3 Znak Ateny Rick Riordan - PDF Free Download (2022)

RICK RIORDAN

Znak Ateny OLIMPIJSCY HEROSI

Niesamowite przygody młodych bohaterów zaczynają się w „innym obozie" półbogów, a potem przenoszą ich daleko, do krainy, nad którą bogowie nie mają już władzy. Pojawiają się nowi herosi, odżywają straszliwe potwory i rodzą się nowe przerażające istoty, a wszystko to ma związek ze spełnianiem się Przepowiedni o Siedmiorgu. RICK RIORDAN jest autorem Czerwonej piramidy i Ognistego tronu z cyklu „Kroniki rodu Kane", a także serii „Percy Jackson i bogowie olimpijscy", w której skład wchodzą: Złodziej pioruna, Morze Potworów, Klątwa tytana, Bitwa w Labiryncie i Ostatni Olimpijczyk. Jego książki zajmowały pierwsze miejsce na liście bestsellerów „New York Timesa". Do jego publikacji dla dorosłych należy popularna seria „Très Navarre", która otrzymała trzy najwyższe nagrody w kategorii powieści grozy. Mieszka w San Antonio w Teksasie, z żoną i dwoma synami.

I ANNABETH Annabeth sądziła, że nic jej nie zaskoczy, póki nie spotkała się z eksplodującym posągiem. Wcześniej jeszcze raz obeszła pokład ich latającego okrętu, „Ar-go II", po raz któryś sprawdzając, czy balisty są dobrze umocowane. Upewniła się, że na maszcie wywieszono białą flagę obwieszczającą: „Przybywamy w pokoju". Omówiła cały plan z resztą załogi a potem plan B i plan C, awaryjny wobec planu B. A przede wszystkim pozbyła się z pokładu ich ogarniętego wojenną obsesją opiekuna, trenera Gleesona Hedgea. Namówiła go, by zamknął się w swojej kajucie i przejrzał nagrania z zawodów w mieszanych sztukach walki. Mieli wlecieć na magicznej greckiej triremie do potencjalnie wrogiego rzymskiego obozu, więc widok ubranego w dres satyra w średnim wieku, wymachującego kijem bejsbolowym i wrzeszczącego: „Gińcie!", mógłby wzbudzić w Rzymianach uzasadnione wątpliwości co do ich pokojowych zamiarów. Wyglądało na to, że wszystko gra. Annabeth nie czuła już nawet - przynajmniej w tej chwili — dziwnego zimna, które ją przeniknęło, gdy tylko wzbili się w powietrze. Okręt opadał przez chmury ku ziemi, ale ona wciąż nie mogła się pozbyć niepewności. A jeśli to zły pomysł? A jeśli Rzymianie spanikują i ruszą do ataku, gdy tylko ich zobaczą? Bo „Argo II" nie mógł budzić zaufania. Długi na prawie dwadzieścia metrów, najeżony od dziobu do rufy rzędami powleczonych spiżem kusz, z metalowym galionem w kształcie ziejącego ogniem smoka i z dwiema obrotowymi balistami pośrodku, miotającymi pociski wybuchowe zdolne rozwalić beton... no, na czymś takim raczej się nie przybywa z przyjacielską wizytą do sąsiadów. Annabeth starała się uniknąć elementu zaskoczenia. Poprosiła Leona, żeby wysłał jeden ze swoich specjalnych wynalazków - holograficzny zwój - i ostrzegł ich przyjaciół znajdujących się w obozie. Miała nadzieję, że dostali wiadomość. Leo chciał wymalować na kadłubie hasło: JAK LECI? z uśmiechniętą buźką, ale uznała, że to zły pomysł. Nie była pewna, czy Rzymianie mają poczucie humoru. Teraz było już za późno, żeby zawrócić.

Chmury rozwiały się wokół kadłuba. Ujrzeli pod sobą zło-to-zielony kobierzec wzgórz Oakland. Annabeth zacisnęła palce na jednej ze spiżowych tarcz, którymi obwieszona była krawędź prawej burty. Troje jej towarzyszy zajęło stanowiska. Na pokładzie rufowym Leo miotał się jak szalony, sprawdzając wskaźniki i dźwignie. Większość sterników zadowoliłaby się kołem sterowym albo rumplem, ale on zainstalował sobie również klawiaturę, monitor, układ sterowniczy z małego odrzutowca, dubstepowy pulpit i kontrolery ruchu z konsoli Nintendo Wii. Mógł kierować okrętem, otwierając i zamykając przepustnicę, mógł wystrzeliwać pociski, samplując jakiś album muzyczny, albo postawić żagle, potrząsając mocno kontrolerami Wii. Leo miał naprawdę ostre ADHD, nawet jak na herosa. Piper przechadzała się po pokładzie między głównym masztem a balistą, powtarzając swoje kwestie. - Opuśćcie broń - mruczała. - Chcemy tylko porozmawiać. Moc jej magicznego głosu była tak wielka, że Annabeth poczuła chęć odrzucenia swojego sztyletu i ucięcia sobie z kimś długiej pogawędki. Piper, córka Afrodyty, starała się ukryć swoją piękność. Dzisiaj ubrana była w wyświechtane dżinsy, znoszone adidasy i białą koszulkę bez rękawów z różowym nadrukiem Hello Kitty. (Może to miał być żart, ale Annabeth nigdy nie była pewna co do Piper). W brązowe włosy, byle jak splecione w warkocz spadający na prawy bok, wetknęła orle pióro. Jason - chłopak Piper - stał na dziobie, na platformie z kuszami, gdzie Rzymianie mogliby go łatwo dostrzec. Gdyby nie palce mocno zaciśnięte na rękojeści złotego miecza, wyglądałby bardzo spokojnie, zwłaszcza jak na kogoś, kto wystawia się na cel. Na dżinsy i pomarańczową koszulkę Obozu Herosów założył togę i purpurowy płaszcz symbole jego dawnej rangi pretora. Z mierzwionymi przez wiatr złotymi włosami i zimnymi jasnoniebieskimi oczami promieniował surową, męską urodą i opanowaniem -jak przystało na syna Jupitera. Wychował się w Obozie Jupiter, więc była nadzieja, że znajoma twarz powstrzyma Rzymian od zestrzelenia okrętu, gdy tylko ich zobaczą. Annabeth wciąż nie do końca mu ufała, choć starała się tego nie okazywać.

Zachowywał się zbyt idealnie - zawsze trzymał się zasad, zawsze robił to, co nakazywał honor. Nawet wyglądał zbyt idealnie. Gdzieś w tyle głowy dręczyła ją myśl: a jeśli to podstęp, jeśli zamierza nas zdradzić? A jeśli wylądujemy w Obozie Jupiter, a on powie: „Czołem, Rzymianie! Bierzcie tych więźniów i ten superokręt, który wam przyprowadziłem!"? Wątpiła, by miało się tak stać, ale i tak nie mogła na niego patrzeć bez posmaku goryczy. Był częścią wymuszonego przez Herę „planu wymiany", który miał pogodzić oba obozy. Jej Irytująca Wysokość Królowa Olimpu przekonała innych bogów, że dwa odłamy ich potomków — Rzymianie i Grecy - muszą połączyć siły, by ocalić świat przed zakusami budzącej się do życia złej bogini Gai i jej potwornych dzieci - gigantów. Hera bez uprzedzenia porwała Percyego Jacksona, chłopaka Annabeth, wyczyściła mu pamięć i wysłała do obozu Rzymian. Grecy z kolei, na zasadzie wymiany, dostali Jasona. Ani jedno, ani drugie nie było winą Jasona, ale na jego widok Annabeth za każdym razem uświadamiała sobie, jak bardzo brak jej Percyego. Percyego... który właśnie jest tam, w dole. „Och, bogowie". Poczuła wzbierającą panikę i natychmiast ją w sobie zdusiła. Nie może się rozklejać. „Jestem córką Ateny" — powiedziała sobie. - „Muszę trzymać się swojego planu i nie mogę ulegać emocjom". I znów to uczucie - ten znajomy dreszcz, jakby jakiś psychotyczny bałwan śniegowy stanął za nią i dyszał jej na kark. Odwróciła się, ale nikogo za nią nie było. To tylko nerwy. Annabeth trudno było uwierzyć, żeby nowy okręt wojenny mógł być nawiedzony, nawet w świecie bogów i potworów. „Argo II" miał dobrą ochronę. Magiczne tarcze z niebiańskiego spiżu, którymi były obwieszone jego burty, chroniły przed potworami, a ich opiekun, satyr Hedge, zwęszyłby każdego intruza. Annabeth chciałaby poprosić o radę swoją matkę, ale teraz to nie było możliwe. Nie po tym okropnym ostatnim spotkaniu w ubiegłym miesiącu, kiedy dostała od niej najgorszy w życiu prezent. Chłód napierał. Wydało się jej, że wiatr przyniósł czyjś cichy śmiech. Każdy mięsień jej ciała był napięty. Miała wrażenie, że zaraz wydarzy się coś strasznego. Już była gotowa rozkazać Leonowi, żeby zawrócił. A wtedy, w dolinie pod nimi,

zagrały rogi. Rzymianie ich dostrzegli. Annabeth myślała, że wie, czego się spodziewać. Jason opisał jej Obóz Jupiter bardzo szczegółowo. A jednak teraz z trudem wierzyła własnym oczom. Obrzeżona wzgórzami Oakland dolina była przynajmniej dwukrotnie większa od Obozu Herosów. Mała rzeczka opływała ją z jednej strony i zakręcała do środka jak wielka litera G, wpadając do roziskrzonego błękitnego jeziora. Tuż pod okrętem, na skraju jeziora jaśniał w słońcu Nowy Rzym. Rozpoznała szczegóły opisywane przez Jasona: hipodrom, amfiteatr, świątynie i parki, osiedle Siedmiu Wzgórz z jego krętymi uliczkami, kolorowymi willami i kwitnącymi ogrodami. Dostrzegła ślady niedawnej walki Rzymian z armią potworów. Kopuła budowli, w której, jak zgadywała, mieściła się siedziba senatu, była rozłupana. Rozległe forum poznaczone było kraterami po wybuchach. Niektóre fontanny i posągi były potrzaskane. Z Domu Senatu wylewał się tłum nastolatków w togach, pragnących zobaczyć „Argo II". Jeszcze więcej Rzymian wychodziło ze sklepów i kafejek, gapiąc się na opadający okręt i pokazując go sobie palcami. Jakieś pół mili na zachód, tam skąd dochodziło granie rogów, rozciągał się na wzgórzu rzymski fort. Wyglądał zupełnie jak na ilustracjach w podręcznikach historii otoczony rowem najeżonym ostrymi palami, wysokimi murami i wieżami uzbrojonymi w balisty. Wewnątrz równe rzędy białych baraków biegły wzdłuż głównej arterii - Via Principalis. Z bramy wymaszerowała kolumna półbogów. Ich zbroje i włócznie połyskiwały w słońcu, gdy ruszyli biegiem ku miastu. Między rzędami wojowników kroczył słoń bojowy. Annabeth wolałaby, żeby „Argo II" wylądował, zanim ten oddział dotrze do miasta, ale od ziemi wciąż dzieliło ich kilkadziesiąt metrów. Przebiegała wzrokiem tłum, wypatrując Percyego. I wówczas za jej plecami rozległ się potężny huk. Wybuch o mało nie wyrzucił jej za burtę. Obróciła się i stanęła oko w oko z rozwścieczonym posągiem. -

To niedopuszczalne! - wrzasnął.

Najwyraźniej dopiero co pojawił się na świecie, właśnie tu, na pokładzie ich okrętu,

czemu towarzyszył ów wybuch. Żółty dym spływał mu z ramion, rozżarzone węgielki tryskały z jego kręconych włosów. Od pasa w dół był prostokątnym marmurowym piedestałem. Od pasa w górę - posągiem muskularnego mężczyzny w todze. -

Nie pozwalam na broń wewnątrz pomerium! - oświadczył nadętym głosem belfra.

- I z pewnością nie wpuszczę żadnych Greków! Jason zerknął na Annabeth znacząco, jakby chciał jej powiedzieć: „Zostaw to mnie". -

Terminusie - odezwał się. - To ja. Jason Grace.

-

Och, dobrze cię pamiętam, Jasonie! - warknął Terminus. -Sądziłem, że masz na

tyle rozumu, by nie bratać się z wrogami Rzymu! -

Ale to nie są wrogowie...

-

Właśnie - wtrąciła się Piper. - Chcemy tylko porozmawiać. Gdybyśmy mogli...

-

Ha! - prychnął posąg. - Nie próbuj ze mną sztuczek z czarującym głosem, młoda

damo! I odłóż ten sztylet, zanim wyrwę ci go z rąk! Piper zerknęła w dół. Całkiem zapomniała, że wciąż trzyma swój spiżowy sztylet. -

Hmm... już się robi. Ale jak byś mi go wyrwał? Przecież nie masz rąk.

-

Co za bezczelność!

Rozległ się głośny trzask i błysnęło coś żółtego. Piper krzyknęła i wypuściła sztylet, który leżał teraz na pokładzie, dymiąc i iskrząc. -

Masz szczęście, że dopiero co brałem udział w bitwie - rzekł Terminus. - Gdybym

był w pełni sił, już dawno zdmuchnąłbym to latające szkaradztwo z nieba! -

Wyluzuj! - Leo zrobił kilka kroków do przodu, wymachując kontrolerem Wii. -

Nazwałeś mój okręt szkaradztwem? Chyba się przesłyszałem. Na myśl o tym, że Leo mógłby zaatakować ten posąg swoimi akcesoriami do gry na konsoli, Annabeth otrząsnęła się z szoku. -

Uspokójmy się trochę. — Uniosła ręce, aby pokazać, że jest bez broni. - Zgaduję,

że jesteś Terminusem, bogiem granic. Jason mi mówił, że chronisz Nowy Rzym. Zgadza się? Jestem Annabeth Chase, córka... -

Och, dobrze wiem, kto ty jesteś! - Posąg zmierzył ją pustymi białymi oczodołami.

- Dziecię Ateny, jak Grecy nazywają Mi-nerwę. To skandal! Wy, Grecy, nie macie poczucia przyzwoitości. My, Rzymianie, dobrze wiemy, gdzie jest miejsce tej bogini. Annabeth zacisnęła szczęki. Wobec tego posągu trudno było zachowywać się

dyplomatycznie. -

Co właściwie masz na myśli, mówiąc ta bogini? I co jest skandalem w...

-

No właśnie! - przerwał jej Jason. - W każdym razie, Termi-nusie, przybywamy z

misją pokojową. Bylibyśmy wdzięczni za zezwolenie na lądowanie, żebyśmy mogli... -

To niemożliwe! - zaskrzeczał posąg. - Rzućcie broń i poddajcie się! I natychmiast

opuśćcie moje miasto! -

To co w końcu mamy zrobić? - zapytał Leo. - Poddać się czy odejść?

-

1 to, i to! Poddajcie się, a potem się wynoście. Za takie pytanie wymierzam ci

policzek, śmieszny chłoptasiu! Czujesz to? -

Ojej. - Leo przyglądał się Terminusowi wzrokiem profesjonalisty. - Jesteś cały

spięty. Nie masz w środku jakichś przekładni do poluzowania? Mogę sprawdzić. Schował kontroler Wii do swojego magicznego pasa i wyjął z niego śrubokręt, którym postukał w marmurowy postument. -

Przestań! - krzyknął Terminus. Kolejny mały wybuch wytrącił Leonowi śrubokręt

z ręki. - Na rzymskiej ziemi wewnątrz po-merium nie jest dozwolona żadna broń. -

Wewnątrz czego? - zapytała Piper.

-

W granicach miasta - wyjaśnił jej Jason.

-

A cały ten statek to broń! - wrzasnął Terminus. - Nie możecie tu wylądować!

Pod nimi, w dolinie, legionowe posiłki były już w połowie drogi do miasta. Tłum na forum liczył teraz ponad setkę osób. Annabeth przebiegała wzrokiem twarze i... och, bogowie. Zobaczyła go. Szedł w stronę okrętu, trzymając obie ręce na ramionach dwojga innych nastolatków, jakby byli najlepszymi kumplami - tęgiego, krótko ostrzyżonego bruneta i dziewczyny w rzymskim hełmie kawaleryjskim. Percy był taki rozluźniony, taki szczęśliwy. Miał na sobie purpurowy płaszcz, identyczny jak Jasona - oznakę pretora. Serce Annabeth wykonało salto. -

Leo, zatrzymaj okręt.

-

Co?!

-

Słyszałeś. Utrzymuj nas w miejscu.

Leo wyciągnął kontroler i szarpnął nim w górę. Wszystkie dziewięćdziesiąt wioseł zamarło. Okręt przestał opadać. -

Terminusie - powiedziała Annabeth - żadne prawo nie zakazuje wiszenia nad

Nowym Rzymem, prawda? Posąg zasępił się. -

No... nie...

-

Możemy zostawić ten okręt w powietrzu. Zejdziemy na forum po drabince

sznurowej. W ten sposób okręt nie znajdzie się na rzymskiej ziemi. Formalnie na niej nie będzie. Posąg rozważał to przez chwilę. Annabeth zastanawiała się, czy Terminus drapie się po brodzie nieistniejącą ręką. -

Lubię formalności - stwierdził - ale...

-

Cała nasza broń pozostanie na pokładzie - obiecała Annabeth. - Zakładam, że

Rzymianie... nawet ten oddział, który ku nam maszeruje... również przestrzegają twoich zasad wewnątrz pomerium, jeśli im rozkażesz, tak? -

Oczywiście! - rzekł Terminus. - Czy wyglądam na kogoś, kto by tolerował

łamanie zasad? -

Yyy... Annabeth... - odezwał się Leo - jesteś pewna, że to dobry pomysł?

Zacisnęła pięści, żeby powstrzymać drżenie rąk. Tuż za sobą wciąż czuła tchnienie zimna. I teraz kiedy Terminus przestał już wrzeszczeć i powodować wybuchy, wydało się jej, że znowu słyszy czyjś śmiech, jakby ktoś cieszył się z jej złych decyzji. Ale Percy był tam, w dole... tak blisko. Musi się z nim spotkać. -

Wszystko będzie dobrze - powiedziała. - Nikt nie będzie miał broni. Możemy

porozmawiać pokojowo. Terminus zadba, żeby obie strony przestrzegały prawa. Spojrzała na marmurowy posąg. - To co, umowa stoi? Terminus pociągnął nosem. -

Tak sądzę. Na razie. Możesz spuścić się po drabince do Nowego Rzymu, córko

Ateny. I bardzo proszę, postaraj się nie zniszczyć mojego miasta.

II ANNABETH Tłum pospiesznie zgromadzonych półbogów rozstępował się przed Annabeth, gdy szła przez forum. Jedni byli spięci, inni nieco wystraszeni. Niektórzy mieli opatrunki na ranach odniesionych w niedawnej walce z gigantami, ale nikt nie posiadał broni. Nikt jej nie zaatakował. Całe rodziny przyszły zobaczyć przybyszów. Annabeth widziała pary z niemowlętami, maluchy czepiające się nóg rodziców, a nawet jakichś staruszków w kombinacjach rzymskich szat i współczesnych ubrań. Czy wszyscy byli półbogami? Tak podejrzewała, choć nigdy nie była w takim miejscu jak to. Wśród półbogów w Obozie Herosów najwięcej było nastolatków. Ci, którzy przetrwali do matury, pozostawali w obozie jako starsi opiekunowie albo decydowali się na życie wśród śmiertelników. Tutaj miała do czynienia z całą wielopokoleniową wspólnotą. Na skraju tłumu dostrzegła cyklopa Tysona i piekielnego psa Percy'ego, Panią 0'Leary - pierwszych zwiadowców z Obozu Herosów, którzy dotarli do Obozu Jupiter. Wyglądali na całkiem zadowolonych z życia. Tyson pomachał jej i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Na szyi, jak wielki śliniaczek, wisiał mu proporzec z literami SPQR. Część jej świadomości odnotowała piękno tego miasta - miłe zapachy z piekarni, pluskające fontanny, ukwiecone ogrody. I ta architektura... o bogowie, ta architektura... pozłacane marmurowe kolumny, olśniewające mozaiki, monumentalne łuki, tarasowate willowe osiedla. Rzymscy półbogowie rozstąpili się przed dziewczyną w pełnym pancerzu i purpurowym płaszczu. Ciemne włosy opadały jej na ramiona. Oczy miała czarne jak obsydian. Reyna. Jason dobrze ją opisał, a nawet bez tego opisu Annabeth poznałaby od razu, że to przywódczyni. Na pancerzu połyskiwały medale. Promieniowała z niej taka pewność siebie, że inni półbogowie cofnęli się i odwrócili wzrok. Annabeth rozpoznała w jej twarzy jeszcze coś innego - w zacięciu warg i zdecydowanym uniesieniu podbródka, jakby gotowa była podjąć każde wyzwanie. Reyna tylko udawała odważną i pewną siebie, ukrywając mieszaninę nadziei, niepokoju i lęku.

Annabeth dobrze znała tę minę i postawę. Widziała je za każdym razem, gdy spojrzała w lustro. Przyglądały się sobie badawczo. Przyjaciele Annabeth stali po obu jej bokach, milcząc. Rzymianie cicho wypowiadali imię Ja-sona, wpatrzeni w niego z podziwem i ze strachem. A potem ktoś jeszcze wyszedł z tłumu i Annabeth przestała widzieć cokolwiek innego. Percy uśmiechał się do niej - tym sarkastycznym, szelmowskim uśmiechem, który tak ją irytował przez całe lata, a potem ją zauroczył. Jego oczy o barwie morza były tak cudowne, jak zapamiętała. Ciemne włosy miał zarzucone na bok, jakby dopiero co wrócił z przechadzki po plaży. Wyglądał nawet lepiej niż sześć miesięcy temu - był jakby wyższy i bardziej opalony, smuklejszy i jeszcze bardziej muskularny. Annabeth tak poraził jego widok, że zamarła bez ruchu. Czuła, że jeśli zrobi choćby jeden krok w jego stronę, wszystkie molekuły jej ciała mogą eksplodować. Zadurzyła się w nim, kiedy mieli po dwanaście lat. Ostatniego lata zakochała się w nim na dobre. Byli szczęśliwą parą przez cztery miesiące - a potem on zniknął. Ta rozłąka coś zmieniła w uczuciach Annabeth. Stały się tak boleśnie intensywne, jakby... jakby odebrano jej leki ratujące życie. Teraz nie była już pewna, co jest większą torturą: życie bez niego czy ponowne z nim spotkanie. Reyna wyprostowała się. Z wyraźnym oporem zwróciła się do Jasona. -Jasonie Grace, mój były kolego... - Słowo kolega wymówiła tak, jakby to było coś niebezpiecznego. - Witam cię w domu. I tych tutaj, twoich przyjaciół... Annabeth bez zastanowienia rzuciła się ku Percy emu, a on jednocześnie pobiegł ku niej. Tłum zamarł. Niektórzy bezwiednie sięgnęli po miecze, których nie mieli. Percy ją objął. Ich usta się odnalazły i przez chwilę nic więcej się nie liczyło. W tej chwili asteroida mogłaby uderzyć w Ziemię i zetrzeć życie z jej powierzchni - Annabeth miałaby to w nosie. Percy pachniał oceanicznym powietrzem. Jego wargi były słone. „Glonomóżdżek" - pomyślała nieprzytomnie. Percy cofnął się i przypatrywał się jej twarzy. -

O bogowie, nigdy nie sądziłem...

Annabeth chwyciła go za nadgarstek i szybkim ruchem przerzuciła sobie przez ramię. Upadł całym ciałem na bruk. Rozległy się przerażone okrzyki Rzymian. Kilku rzuciło się naprzód, ale Reyna krzyknęła: -

Stop! Zostawcie ich!

Annabeth wparła kolano w pierś Percy'ego. Przycisnęła mu gardło przedramieniem. Nie dbała o to, co myślą Rzymianie. Rozpalona do białości kula gniewu wybuchła w jej piersi - guz lęku i goryczy, który rósł w niej od ostatniej jesieni. -Jeśli kiedykolwiek znowu mnie opuścisz - powiedziała, czując pieczenie pod powiekami - to przysięgam na wszystkich bogów... Percy odważył się wybuchnąć śmiechem. Nagle wszystkie emocje stopniały w niej jak śnieg w gorącym słońcu. -

Przyjąłem ostrzeżenie - rzekł Percy. - Ja też za tobą tęskniłem.

Annabeth podniosła się i pomogła mu wstać. Miała straszną ochotę znowu go pocałować, ale opanowała się. Jason odchrząknął. -

No więc, tak... Dobrze jest powrócić.

Przedstawił Reynę Piper, która była trochę zawiedziona, że nie miała okazji wypowiedzieć swoich przygotowanych kwestii, a potem Leonowi, który wyszczerzył zęby i uniósł dłoń w geście pokoju. -

A to jest Annabeth - powiedział Jason. - Yyy... zwykle nie stosuje chwytów

dżudo wobec napotkanych ludzi. Reyna przyglądała się jej roziskrzonymi oczami. -

Annabeth, na pewno nie jesteś Rzymianką? Albo Amazonką?

Annabeth nie wiedziała, czy to komplement, ale wyciągnęła ku niej rękę. -

Traktuję tak tylko mojego chłopaka. Miło mi cię poznać.

Reyna mocno uścisnęła jej dłoń. -

Chyba mamy wiele do omówienia. Centurioni!

Podbiegło kilku Rzymian - najwyraźniej starszych oficerów. U boku Percy ego stanęła para nastolatków, tych samych, których Annabeth widziała z pokładu okrętu. Krzepki chłopak o azjatyckich rysach i żołnierskiej fryzurze miał około piętnastu lat i urok wyrośniętej pandy przytulanki. Dziewczyna była młodsza o jakieś

dwa lata. Miała bursztynowe oczy, czekoladową skórę i długie kręcone włosy. Kawaleryjski hełm wetknęła pod pachę. Ich mowa ciała świadczyła o zażyłości z Percym. Stali przy nim blisko, jakby go chronili i jakby razem z nim przeżyli wiele przygód. Annabeth zatamowała w sobie falę zazdrości. Czyżby Percy i ta dziewczyna... Nie. Chemia między nimi była innego rodzaju. Annabeth przez całe życie uczyła się oceniać ludzi. Od tego zależało, czy przeżyje. Gdyby już miała zgadywać, powiedziałaby, że tęgi azjatycki młodzieniec i dziewczyna są parą, choć podejrzewała, że od niedawna. Jednej rzeczy nie rozumiała: na co ta dziewczyna tąk się gapi? Wciąż popatrywała w stronę Piper i Leona, marszcząc czoło, jakby któreś z nich rozpoznawała, a nie było to miłe wspomnienie. Tymczasem Reyna wydawała rozkazy swoim oficerom: -

...każ legionowi się zatrzymać. Dakota, daj znać duchom w kuchni. Każ im

przygotować ucztę powitalną. A Oktawian... -

Wpuszczasz tych intruzów do obozu? - Przez tłum przecisnął się wysoki chłopak

o jasnych włosach pozlepianych w strąki. -

Reyno, zasady bezpieczeństwa...

-

Nie zaprowadzimy ich do obozu, Oktawianie. - Reyna rzuciła mu surowe

spojrzenie. - Będziemy ucztować tu, na forum. -

Och, co za ulga\ - warknął Oktawian. Wyglądało na to, że tylko on nie darzy

Reyny szacunkiem, chociaż był chudy i blady, a z jego pasa nie wiedzieć czemu zwisały trzy pluszowe misie. -

Chcesz, żebyśmy zażyli relaksu w cieniu ich okrętu bojowego.

-

To są nasi goście - powiedziała Reyna, cedząc dobitnie każde słowo. - I

przyjmiemy ich jak gości, a potem będziemy z nimi rozmawiać. A ty, jako augur, powinieneś złożyć ofiarę bogom w podzięce za szczęśliwy powrót Jasona. -

Dobry pomysł - odezwał się Percy. - Oktawianie, idź i spal swoje misie na

ołtarzu. Widać było, że Reyna z trudem powstrzymuje uśmiech. -

Wydałam rozkazy. Wykonać.

Oficerowie rozeszli się. Oktawian rzucił Percy'emu nienawistne spojrzenie, zmierzył

podejrzliwym wzrokiem Annabeth i odszedł. Percy wsunął rękę w dłoń Annabeth. -

Nie przejmuj się Oktawianem. Większość Rzymian to porządni ludzie... jak ten

tutaj Frank czy Hazel i Reyna. Będzie dobrze. Annabeth poczuła się tak, jakby ktoś zarzucił jej zimny ręcznik na kark. Znowu usłyszała cichy śmieszek, jakby ten ktoś towarzyszył jej od chwili zatrzymania „Argo II" nad Nowym Rzymem. Spojrzała na okręt. Jego masywny spiżowy kadłub lśnił w blasku słońca. W głębi duszy pragnęła porwać Percy ego, wspiąć się z nim na pokład i uciec stąd, póki to możliwe. Nie mogła się pozbyć złowrogiego przeczucia, że wszystko zmierza do jakiejś okropnej katastrofy. A nie zamierzała już nigdy więcej ryzykować, że utraci Percy'ego. -

Będzie dobrze - powtórzyła, starając się w to uwierzyć.

-

Wspaniale - powiedziała Reyna, po czym zwróciła się do Jaso-na, a Annabeth

zdawało się, że jej oczy rozbłysły nienasyconą tęsknotą. - Więc porozmawiajmy i może dojdziemy do pełnej zgody.

III ANNABETH Annabeth żałowała, że nie ma apetytu, bo Rzymianie potrafili ucztować. Na forum zwożono sofy i niskie stoły, aż utworzyły coś w rodzaju sali bankietowej. Rzymianie porozsiadali się na kanapach, gawędząc i dowcipkując, podczas gdy duchy wiatru - aurae - polatywały nad ich głowami, roznosząc najróżniejsze rodzaje pizzy, kanapek, czipsów, zimnych napojów i świeżo upieczonych ciastek. Między półbogami krążyły purpurowe duchy - lary - w togach i strojach legionistów. Satyrowie biegali („nie., fauny biegały" - poprawiła się w duchu Annabeth) od stołu do stołu, żebrząc o jedzenie i drobne monety. Na pobliskiej łące słoń bojowy baraszkował z Panią 0'Leary, a dzieciaki bawiły się w berka wokół posągów Terminusa wyznaczających granice miasta. Cała ta scena była tak znajoma i jednocześnie tak obca, że przyprawiała Annabeth o zawrót głowy. Pragnęła tylko jednego: być razem z Percym - i to najchętniej sam na sam. Wiedziała, że musi poczekać. Rzymianie byli im potrzebni do osiągnięcia celu misji, a to oznaczało, że trzeba ich poznać i zbudować podstawy wzajemnej życzliwości. Reyna i paru jej oficerów (w tym ten jasnowłosy Oktawian, który właśnie złożył pluszowego misia w ofierze bogom) siedzieli przy jednym stole z Annabeth i jej towarzyszami. Dołączył do nich Percy ze swoimi nowymi przyjaciółmi, Frankiem i Hazel. Kiedy tornado talerzy i półmisków spoczęło na stole, Percy pochylił się nad nim i szepnął: -

Chcę ci pokazać cały Nowy Rzym. Tylko ty i ja. To niesamowite miejsce.

Annabeth powinna być wniebowzięta. „Tylko ty i ja" - to było dokładnie to, czego pragnęła. A jednak poczuła lekką urazę do Percy'ego. Co mu się stało? Dlaczego z takim entuzjazmem mówi o tym miejscu? Już zapomniał o Obozie Herosów - o ich obozie, ich domu? Starała się nie patrzeć na nowy tatuaż na jego przedramieniu - SPQR - taki, jaki miał Jason. W Obozie Herosów półbogowie nosili naszyjniki z paciorków, które oznaczały liczbę lat szkolenia. Tutaj Rzymianie wypalali na ciele tatuaż, jakby chcieli powiedzieć: „Należysz do nas. Na zawsze".

Darowała sobie złośliwy komentarz. -

Dobra. Oczywiście.

-

Zastanawiałem się... — powiedział nerwowo. — Pomyślałem, że...

Urwał, bo Reyna wzniosła toast za przyjaźń. Kiedy już wszyscy się zapoznali, Rzymianie i załoga „Argo II" zaczęli o sobie opowiadać. Jason opowiedział, jak przybył do Obozu Herosów pozbawiony pamięci i jak razem z Piper i Leonem wyruszył na misję, której celem było uwolnienie bogini Hery (albo Junony, jak kto woli, równie denerwującej dla Greków i Rzymian) z Wilczego Domu w północnej Kalifornii. — To niemożliwe! - zawołał Oktawian. - To nasze najświętsze miejsce. Skoro giganci uwięzili tam boginię... — To zamierzali ją zniszczyć - przerwała mu Piper. - I zwalić winę na Greków, co doprowadziłoby do wojny między naszymi obozami. A teraz siedź cicho i pozwól Jasonowi skończyć. Oktawian otworzył usta, ale nic nie powiedział. Annabeth uwielbiała jej dar: ten magiczny głos. Zauważyła, że Reyna spogląda raz po raz to na Jasona, to na Piper, marszcząc brwi, jakby zaczynała zdawać sobie sprawę z tego, że są parą. — I w ten sposób — ciągnął Jason - dowiedzieliśmy się o bogini ziemi Gai. Jeszcze się do końca nie przebudziła, ale to ona uwalnia z Tartaru potwory i rodzi gigantów. Porfyrion, ten olbrzymi mięśniak, ich wódz, którego pokonaliśmy w Wilczym Domu, powiedział, że wycofuje się do starożytnych krain... do samej Grecji. Zamierza obudzić Gaję i zniszczyć bogów... jak on to wyraził?. .. „żeby pozbyć się chwastów, trzeba je wyrwać z korzeniami". Percy pokiwał głową. -

Gaja też już działa - powiedział. - Już spotkaliśmy się z Zie-miolicą Królową.

Teraz on opowiedział o swoich przeżyciach. Zaczął od tego, jak obudził się w Wilczym Domu pozbawiony wszelkich wspomnień prócz jednego imienia - Annabeth. Kiedy Annabeth to usłyszała, z trudem powstrzymała się od płaczu. Percy opowiedział im, jak zawędrował na Alaskę z Frankiem i Hazel, jak pokonali olbrzyma Alkyoneusa, uwolnili boga śmierci Tanatosa i powrócili ze złotym orłem do obozu Rzymian, by odeprzeć atak armii gigantów.

Kiedy skończył, Jason zagwizdał z podziwu. -

Nie dziwię się, że zrobili cię pretorem.

Oktawian prychnął. -

Co oznacza, że mamy teraz trzech pretorów! Prawo wyraźnie stanowi, że ma ich

być tylko dwóch! -

Ale ma to swoją dobrą stronę - zauważył Percy. - Zarówno Jason, jak i ja

jesteśmy od ciebie wyżsi rangą, więc obaj możemy kazać ci się zamknąć. Twarz Oktawiana zrobiła się purpurowa jak rzymska koszulka. Jason i Percy przybili piątkę. Nawet Reyna lekko się uśmiechnęła, choć w jej oczach czaił się gniew. -

Problem trzeciego pretora rozwiążemy później - powiedziała. - Teraz mamy

ważniejsze sprawy na głowie. -

Mogę ustąpić na rzecz Jasona - zapewnił ją szybko Percy. -Nie ma sprawy.

-

Nie ma sprawy? - zaperzył się Oktawian. - Urząd pretora Rzymu to dla ciebie

pestka? Percy zlekceważył go i zwrócił się do Jasona. -Jesteś bratem Thalii Grace, tak? Ale jaja! W ogóle nie jesteście do siebie podobni. -

Tak, zauważyłem - odrzekł Jason. - No, ale wielkie dzięki za to, że pomogłeś

moim rodakom, kiedy mnie tu nie było. Odwaliłeś kawał dobrej roboty. -

Ty też.

Annabeth kopnęła go w kostkę. Żal jej było przerywać kiełkowanie braterskiego romansu, ale Reyna miała rację: były ważniejsze sprawy do omówienia. -

Powinniśmy porozmawiać o Wielkiej Przepowiedni. Wygląda na to, że

Rzymianie też ją znają, tak? Reyna pokiwała głową. -

Nazywamy ją Przepowiednią Siedmiorga. Oktawianie, nauczyłeś się już jej na

pamięć? -

Oczywiście. Ale... Reyno...

-

Wyrecytuj ją. Po angielsku, nie po łacinie.

Oktawian westchnął. -

Podjąć musi herosów siedmioro wyzwanie, inaczej pastwą ognia lub burz świat

się stanie... -

Przysięga tchem ostatnim dochowana będzie - wpadła mu w słowo Annabeth - a

wróg w zbrojnym rynsztunku u Wrót Śmierci siędzie. Wszyscy wlepili w nią oczy - wszyscy prócz Leona, który zrobił wiatraczek z aluminiowej folii po gorących tacos i podstawiał go pod przelatujące nad nim duchy wiatru. Annabeth nie miała pojęcia, dlaczego wyrecytowała dwa ostatnie wersy przepowiedni. Po prostu same wyrwały się jej z ust. Frank, ten wielki, tęgi chłopak, wychylił się do przodu, gapiąc się na nią z taką fascynacją, jakby jej wyrosło trzecie oko. -

Naprawdę jesteś córką Min... to znaczy Ateny?

-

Naprawdę - odpowiedziała. Nagle poczuła się tak, jakby usłyszała jakieś

oskarżenie. - To takie dziwne? Oktawian parsknął kpiącym śmiechem. -

Jeśli naprawdę jesteś córką bogini mądrości...

-

Dość - przerwała mu Reyna. - Annabeth jest tym, za kogo się podaje. Przybyła tu

w pokojowych zamiarach. A poza tym... - spojrzała na nią z wymuszonym szacunkiem Percy bardzo cię wychwalał. W jej tonie było coś, co dopiero po chwili dotarło do Annabeth. Percy opuścił głowę, nagle zajmując się swoim cheeseburgerem. Annabeth poczuła, że palą ją policzki. Och, bogowie... A więc Reyna próbowała poderwać Percyego! To by wyjaśniało, dlaczego w jej spojrzeniach i słowach tliła się jakaś gorycz, może nawet zazdrość. A Percy nie uległ Reynie ze względu na nią... W tym momencie Annabeth przebaczyła wszystko temu swojemu śmiesznemu chłopakowi. Z trudem powstrzymała się od zarzucenia mu rąk na szyję. -

Och... dzięki - powiedziała do Reyny. - W każdym razie część tej przepowiedni

staje się już czytelna. Wróg w zbrojnym rynsztunku u Wrót Śmierci... to Rzymianie i Grecy. Musimy połączyć siły, by odnaleźć te drzwi. Hazel, dziewczyna w kawaleryjskim hełmie i o długich, kręconych włosach, chwyciła coś, co leżało tuż obok jej talerza. Wyglądało to jak wielki rubin, ale zanim Annabeth zdążyła się upewnić, Hazel wsunęła to do kieszeni swojej dżinsowej koszuli.

-

Mój brat Nico wyprawił się na poszukiwanie tych wrót - powiedziała.

-

Zaraz... Nico di Angelo? To twój brat?

Hazel kiwnęła głową, jakby to było oczywiste. W głowie Annabeth pytania wirowały jak wiatraczek Leona, ale było ich tyle, że przestała o nich myśleć. -

No dobra. Więc mówiłaś, że...

-

On zniknął. - Hazel zwilżyła sobie wargi językiem. - Boję się... Nie jestem

pewna, ale sądzę, że coś mu się stało. -

Poszukamy go - obiecał jej Percy. - I tak musimy odnaleźć Wrota Śmierci.

Tanatos powiedział nam, że obie odpowiedzi znajdziemy w Rzymie... chyba w tym prawdziwym, dawnym Rzymie. To jest gdzieś po drodze do Grecji, tak? -

Tanatos wam to powiedział? - Do Annabeth z trudem to docierało. - Bóg śmierci?

Spotkała już wielu bogów. Była nawet w Podziemiu, ale opowieść Percy'ego o uwolnieniu wcielenia samej Śmierci naprawdę ją przeraziła. Percy ugryzł burgera. -

Teraz gdy Śmierć została uwolniona, potwory będą się rozpadać w pył i wracać

do Tartaru, tak jak było zawsze. Ale dopóki Wrota Śmierci pozostaną otwarte, będą powracać na świat. Piper obróciła orle pióro we włosach. -Jak woda przeciekająca przez tamę - powiedziała. -

Tak. - Percy uśmiechnął się. - Mamy dziurę w tamie.

-

Co? - zdziwiła się Piper.

-

Och, nic. To taki żart. Rzecz w tym, że musimy odnaleźć te wrota i je zamknąć,

zanim wyprawimy się do Grecji. To jedyny sposób, by zabijać potwory i mieć pewność, że się nie odrodzą. Reyna chwyciła jabłko z przelatującej obok niej tacy. Obracała je w ręku, przyglądając się ciemnoczerwonej skórce. -

Proponujesz wyprawić się do Grecji na waszym okręcie wojennym, tak? Zdajesz

sobie sprawę, że te starożytne krainy... i całe Mare Nostrum... to niebezpieczne tereny? -

Jaka Mary? - zapytał Leo.

-

Mare Nostrum - wyjaśnił Jason. - „Nasze Morze". Tak starożytni Rzymianie

nazywali Morze Śródziemne.

Reyna pokiwała głową. -

Terytoria dawnego Imperium Rzymskiego były nie tylko ojczyzną bogów. To

również ojczyzna potworów, tytanów, gigantów. .. i jeszcze gorszych istot. Wiemy, jak niebezpieczne jest dla półbogów wędrowanie tutaj, po Ameryce, ale tam będzie dziesięć razy groźniej. -

Ostrzegałaś nas przed Alaską - przypomniał jej Percy - a udało nam się przeżyć.

Reyna pokręciła głową. Jej paznokcie żłobiły małe półkola na skórce jabłka. -

Percy, podróżowanie po krajach śródziemnomorskich to zupełnie inny poziom

zagrożenia. Rzymscy półbogowie od wielu wieków nie odwiedzali tych terenów. Nie wyprawiłby się tam żaden heros przy zdrowych zmysłach. -

No to my się nadajemy! - wypalił Leo znad swojego wiatraczka. - Przecież

jesteśmy świrami, no nie? A „Argo II" jest okrętem bojowym pierwszej klasy. Na nim damy radę. -

Mamy niewiele czasu - dodał Jason. - Nie znam dokładnie planów gigantów, ale

Gaja stopniowo odzyskuje świadomość. Nawiedza nas w snach, pojawia się w dziwnych miejscach, wzywa coraz potężniejsze potwory. Musimy powstrzymać gigantów, zanim w pełni ją obudzą. Annabeth wzdrygnęła się. Nie tak dawno sama miała nocne koszmary. -

Podjąć musi herosów siedmioro wyzwanie - powiedziała. - Siedmioro z obu

obozów. Jason, Piper, Leo i ja. To czworo. -

1 ja - odezwał się Percy. - A ze mną Hazel i Frank. Razem siedmioro.

-

Co?! - Oktawian zerwał się na nogi. — I my mamy się na to zgodzić? Bez

głosowania w senacie? Bez żadnej debaty? Bez... -

Percy!

Pędził ku nim cyklop Tyson, a tuż za nim Pani O'Leary. A na grzbiecie piekielnego psa siedziała chuda jak patyk harpia - chorowita dziewczynka o pozlepianych w strąki rudych włosach, czerwonych skrzydłach i w workowatej sukience. Annabeth nie miała pojęcia, skąd wzięła się ta harpia, ale wzruszyła się na widok Tysona w postrzępionym flanelowo-dżinsowym ubranku, z proporcem SPQR na piersiach. Z cyklopami łączyły ją niezbyt miłe wspomnienia, ale Tyson był jej ulubieńcem. Był też przyrodnim bratem Percy ego (to długa historia), a więc to prawie

rodzina. Tyson zatrzymał się przed ich stołem i załamał muskularne ręce. Jego wielkie brązowe oczy pełne były niepokoju. -

Ella jest przerażona - powiedział.

-

Ż-ż-żadnych okrętów więcej - mruczała do siebie harpia, gorączkowo skubiąc

swoje pióra. - „Titanic", „Lusitania", „Pax"... Okręty nie są dla harpii. Leo zmrużył oczy. Spojrzał na Hazel, która siedziała obok niego. -

Czyżbym się przesłyszał? Ten kurczak porównał mój okręt do „Titanica"?

-

To nie jest kurczak. - Hazel odwróciła wzrok, jakby Leo ją zirytował. - Ella jest

harpią. Jest tylko trochę... bardzo nerwowa. -

Ella jest śliczna - powiedział Tyson. -1 przerażona. Musimy ją stąd zabrać, ale na

pokład okrętu nie wejdzie. -

Żadnych okrętów - powtórzyła Ella. Popatrzyła na Annabeth. — Pech. Oto i ona.

Córa mądrości samotnie kroczy... -

Ella! - Frank poderwał się nagle. - To chyba nie najlepsza pora na...

-

Znamię Ateny przez Rzym ogniem się toczy - ciągnęła Ella, zakrywając sobie

dłońmi uszy i podnosząc głos. -Już węszę mdły oddech anioła bliźnięta, pod którego strażą wiecznej śmierci pęta. Blednie olbrzymów zmora ozłocona, z utkanego więzienia w bólu uwolniona. Podobny skutek wywarłby wybuch oślepiającej petardy na stole. Wszyscy wytrzeszczyli oczy na harpię. Zamilkli. Serce Annabeth waliło jak młotem. Znamię Ateny... Oparła się chęci sięgnięcia do kieszeni, ale czuła, że srebrna moneta - przeklęty dar jej matki - zrobiła się cieplejsza. Idź za Znakiem Ateny. Po-mścij mnie. Wokół nich wciąż było gwarno, szczękały talerze i sztućce, ale im te dźwięki wydawały się jakieś dalekie, przygłuszone, jakby ich stół i otaczające go sofy prześliznęły się do jakiegoś spokojniejszego wymiaru. Pierwszym, który się ocknął, był Percy. Wstał i wziął Tyso-na pod ramię. -

Już wiem! - powiedział z udawanym entuzjazmem. - A gdybyś tak wyprowadził

Ellę na świeże powietrze? Ty i Pani O'Leary... -

Chwileczkę. - Oktawian chwycił jednego ze swoich pluszowych misiów i tłamsił

go drżącymi rękami. Oczy miał utkwione w Elli. - Co ona powiedziała? To brzmiało

jak... -

Ella dużo czyta - wypalił Frank. - Znaleźliśmy ją w bibliotece.

-

Tak! - potwierdziła Hazel. - Pewnie dopiero co przeczytała jakąś książkę.

-

Książki - mruknęła grzecznie Ella. - Ella lubi książki.

Teraz, po wypowiedzeniu swojej kwestii, trochę się rozluźniła. Usiadła ze skrzyżowanymi nogami na grzbiecie Pani 0'Leary, muskając sobie piórka. Annabeth obrzuciła Percy ego podejrzliwym spojrzeniem. Najwyraźniej on, Frank i Hazel coś przed nią ukrywali. Bo było oczywiste, że Ella wyrecytowała jakąś przepowiednię - przepowiednię, która dotyczyła jej. Mina Percy'ego mówiła: „Pomóż". -

To była przepowiednia - upierał się Oktawian. - To brzmiało jak przepowiednia.

Wszyscy milczeli. Annabeth nie bardzo wiedziała, co się właściwie dzieje, ale zrozumiała, że Percy jest w tarapatach. Zmusiła się do parsknięcia śmiechem. -

Czyżby, Oktawianie? Może tutaj, w rzymskim obozie, harpie są jakieś inne.

Nasze potrafią tylko sprzątać i gotować. To co, wasze zwykle przepowiadają wam przyszłość? Zwracacie się do nich przy auguriach? Jej słowa odniosły zamierzony skutek. Rzymscy oficerowie roześmiali się nerwowo. Niektórzy popatrywali na Ellę, a potem na Oktawiana i prychali drwiąco. Myśl, że ten kurczak mógłby wypowiadać przepowiednie, była najwyraźniej równie śmieszna dla Rzymian, jak dla Greków. -Ja... ee... - Oktawian wypuścił z rąk pluszowego misia. -Nie, ale... -

Ona po prostu klepie zapamiętane zdania z jakiejś książki -powiedziała Annabeth

- jak stwierdziła Hazel. A w ogóle to powinniśmy się raczej skupić na naszej prawdziwej przepowiedni. Zwróciła się do Tysona. -

Percy ma rację. Może byś zabrał Ellę i Panią 0'Leary na dar? Co na to Ella?

-

Wielkie psy są dobre - oświadczyła Ella. - Żółte psisko, scenariusz Freda Gipsona

i Williama Tunberga. Annabeth nie bardzo wiedziała, co Ella chciała przez to powiedzieć, ale Percy

uśmiechnął się, jakby uznał, że problem został rozwiązany. -

Wspaniale! Kiedy skończymy, poślemy wam wiadomość iry-fonem i spotkamy

się później. Rzymianie spojrzeli na Reynę, czekając na jej decyzję. Annabeth wstrzymała oddech. Reyna przyglądała się Elli z nieodgadnioną twarzą. -

Dobrze - powiedziała w końcu. - Idźcie.

-

Hurra!

Tyson obszedł sofy, ściskając każdego, nawet Oktawiana, który najwyraźniej nie był tym zachwycony. Potem wspiął się na grzbiet Pani 0'Leary obok Elli i piekielny pies wybiegł z forum. Po chwili dał nurka prosto w cień na ścianie Domu Senatu i zniknął. Reyna odłożyła jabłko. -

W jednym muszę przyznać Oktawianowi rację. Musimy uzyskać zgodę senatu,

zanim pozwolimy któremukolwiek legioniście wyruszyć na wyprawę, zwłaszcza tak niebezpieczną, jak mówicie. -

To wszystko zalatuje zdradą - mruknął Oktawian. - Ta tri-rema nie jest okrętem

niosącym pokój. -

Zapraszam na pokład, koleś - zaproponował Leo. - Oprowadzę cię. Będziesz mógł

sobie posterować, a jeśli się okaże, że jesteś w tym dobry, dam ci papierową czapeczkę kapitana. Nozdrza Oktawiana zadrżały. -

Jak śmiesz... To dobry pomysł - powiedziała Reyna. - Oktawianie, idź z nim. Obejrzyj ten

okręt. Za godzinę odbędzie się posiedzenie senatu. -

Ale... - Oktawian urwał. Najwyraźniej poznał po minie Rey-ny, że dalszy

sprzeciw może zagrażać jego zdrowiu. - Dobra. Leo wstał. Odwrócił się do Annabeth, a jego uśmiech się zmienił. Pomyślała, że to jakieś przywidzenie, ale przez chwilę jej się zdawało, że ktoś inny stoi tam, gdzie powinien stać Leo, z zimnym uśmiechem na wargach i błyskiem okrucieństwa w oczach. Mrugnęła i znowu zobaczyła Leona z jego zwykłym szelmowskim uśmiechem na twarzy -

Niedługo wrócę - obiecał. - Będzie super.

Przeniknęło ją lodowate zimno. Kiedy Leo i Oktawian ruszyli w stronę drabinki

sznurowej, miała ochotę ich powstrzymać... ale jak by to wyjaśniła? Oznajmić wszystkim, że coś z nią nie tak, że ma zwidy i lodowate dreszcze? Duchy wiatru zaczęły sprzątać ze stołów. -

Ej, Reyno - odezwał się Jason - chyba nie masz nic przeciwko temu, żebym

oprowadził Piper po obozie, zanim zwołasz senat? Nigdy nie widziała Nowego Rzymu. Rysy Reyny stężały. Annabeth zastanawiała się, czy Jason jest aż tak tępy. Czy to możliwe, by naprawdę nie dostrzegał, że Reyna jest nim zauroczona? Dla Annabeth było to oczywiste. Prosząc o pozwolenie na spacer po mieście z nową dziewczyną, dolewał oliwy do ognia. -

Oczywiście - odrzekła chłodno Reyna.

Percy wziął Annabeth za rękę. -

O tak, ja też. Chciałbym pokazać Annabeth...

-

Nie - warknęła Reyna.

Percy uniósł brwi. -

Słucham?

-

Chcę z nią zamienić kilka słów. Sam na sam. Jeśli nie masz nic przeciwko temu,

kolego pretorze. Jej ton wyraźnie wskazywał, że nie pyta go o zgodę. Annabeth przebiegł zimny dreszcz po plecach. Zastanawiała się, o co Reynie chodzi. Może o to, że obaj, Percy i Jason, pozostali wobec niej obojętni, a teraz będą oprowadzać swoje dziewczyny po mieście? A może chciała jej coś powiedzieć na osobności? W każdym razie Annabeth jakoś nie czuła chęci przebywania sam na sam, i to bez broni, z przywódczynią Rzymian. - Chodź, córko Ateny. - Reyna podniosła się z sofy. - Chodź, przejdziemy się.

IV ANNABETH Annabeth wolałaby znienawidzić Nowy Rzym. Jako miłośniczka architektury nie mogła jednak nie podziwiać tarasowych ogrodów, fontann i świątyń, krętych, brukowanych uliczek i lśniących białych willi. Od zeszłego lata, po wojnie tytanów, marzyła o przebudowie pałaców na górze Olimp. Teraz, spacerując po tym miniaturowym mieście, co raz myślała: „Zrobiłabym taką kopułę. Bardzo mi się podoba, jak ta kolumnada prowadzi na dziedziniec". Architekt Nowego Rzymu musiał poświęcić wiele czasu i zaangażowania projektowi miasta. -

Mamy tu najlepszych na świecie architektów i budowniczych - powiedziała

Reyna, jakby czytała w jej myślach. - W starożytnym Rzymie zawsze tak było. Wielu półbogów pozostaje tu po zakończeniu służby w legionie. Uczą się na naszym uniwersytecie. Osiedlają się tu i zakładają rodziny. Percy chyba też o tym myśli. Annabeth nie wiedziała, co to miało znaczyć. Chyba mimowolnie nachmurzyła się jeszcze bardziej, bo Reyna się roześmiała. -Jesteś wojownikiem, rozumiem. Masz ogień w oczach. -

Wybacz. - Annabeth spróbowała złagodzić spojrzenie.

-

Nie przepraszaj. Jestem córką Bellony.

-

Rzymskiej bogini wojny?

Reyna kiwnęła głową. Odwróciła się i gwizdnęła, jakby przywoływała taksówkę. Chwilę później przybiegły do nich dwa metalowe psy, mechaniczne charty, jeden srebrny, drugi złoty. Ocierały się o nogi Reyny, patrząc na Annabeth świecącymi rubinowymi oczami. -

Moi ulubieńcy - powiedziała Reyna. - Aurum i Argentum. Nie będzie ci

przeszkadzało ich towarzystwo? Annabeth znowu odniosła wrażenie, że nie było .to pytanie. Zauważyła, że charty mają zęby jak stalowe groty strzał. W mieście nie wolno było mieć broni, ale ulubieńcy Reyny mogliby rozerwać ją na strzępy, gdyby zechcieli. Reyna zatrzymała się przy jednej z ulicznych kafejek. Kelner najwyraźniej ją znał. Uśmiechnął się i podał jej tekturowy kubek, a potem zaoferował drugi Annabeth. -

Napijesz się? - zapytała Reyna. - Robią tu wspaniałą gorącą czekoladę. Nie jest to

rzymski napój... -

Przecież czekoladę piją wszędzie.

-

No właśnie.

Było ciepłe czerwcowe popołudnie, ale Annabeth z wdzięcznością przyjęła kubek. Ruszyły dalej; oba psy, srebrny i złoty, wałęsały się w pobliżu. -

W naszym obozie - powiedziała Reyna - Atena jest Miner-wą. Wiesz, czym się

różni jej rzymska postać? Do tej pory Annabeth głębiej tego nie rozważała. Przypomniała sobie, jak Terminus nazwał Atenę „tą" boginią, jakby otaczała ją zła sława. A Oktawian zachowywał się tak, jakby samo istnienie Annabeth było dla niego obrazą. -Wydaje mi się, że Minerwa... ee... nie cieszy się tutaj wielkim szacunkiem. Reyna zdmuchnęła parę znad swojego kubka. -

Szanujemy Minerwę. Jest boginią rzemiosł i mądrości... ale nie jest boginią

wojny. Nie dla Rzymian. Jest też boginią dziewiczą, jak Diana... ta, którą wy nazywacie Artemidą. Nie spotkasz tutaj dzieci Minerwy. Szczerze mówiąc, już sama myśl, że Minerwa mogłaby mieć dzieci, jest dla nas... no, trochę szokująca. - Och. Annabeth poczuła, że się rumieni. Nie chciała się zagłębiać w szczegóły swojego pochodzenia - w końcu wiedziała, że dzieci bogini rodzą się bezpośrednio z jej umysłu, podobnie jak sama Atena, która wyskoczyła z głowy Zeusa. Rozmowy o tym zawsze ją krępowały, czuła się jakimś dziwadłem. Zwykle pytano ją, czy ma pępek, bo przecież urodziła się w taki niezwykły, magiczny sposób. Oczywiście miała pępek, chociaż nie potrafiła tego wyjaśnić. I nie chciała wiedzieć, skąd go ma. -

Rozumiem, że wy, Grecy, inaczej na to patrzycie - ciągnęła Reyna - ale

Rzymianie traktują dziewictwo bardzo poważnie. Na przykład nasze westalki... jeśli złamią śluby i w kimś się zakochają, grozi im spalenie na stosie. Więc już sama myśl, że bogini dziewica mogłaby mieć dzieci... -

Zrozumiałam. - Czekolada w ustach Annabeth nagle straciła smak. Teraz było

jasne, dlaczego tak dziwnie na nią patrzyli. -Nie powinnam w ogóle istnieć. I nawet gdyby w waszym obozie były dzieci Minerwy... -

Nie byłyby takie jak ty. Mogłyby być rzemieślnikami, artystami, może

doradcami, ale nie wojownikami. A już na pewno nie przywódcami niebezpiecznej misji. Annabeth już chciała zaprzeczyć, nie przewodziła przecież ich misji. Na pewno nie oficjalnie. Zaczęła się jednak zastanawiać, co myślą o tym jej przyjaciele. W ciągu ostatnich paru dni zwykle czekali na jej rozkazy — nawet Jason, który mógł wykorzystać przewagę jako syn Jupitera, i trener Hedge, który zwykle nie przyjmował rozkazów od nikogo. -

Na tym nie koniec. - Reyna strzeliła palcami i jej złoty pies, Aurum, natychmiast

do niej przybiegł. - Ta harpia Ella... To była przepowiednia. Obie o tym wiemy, prawda? Annabeth przełknęła ślinę. W rubinowych oczach złotego charta było coś, co sprawiło, że poczuła się niepewnie. Słyszała, że psy potrafią wyczuć czyjś strach, że wyczuwają nawet zmiany oddechu i bicia serca. Nie wiedziała, czy dotyczy to również metalowych psów, ale uznała, że lepiej powiedzieć prawdę. -

To brzmiało jak przepowiednia - przyznała. - Ale dzisiaj zobaczyłam Ellę po raz

pierwszy w życiu i nigdy nie słyszałam tych słów. -Ja je znam - mruknęła Reyna. - A przynajmniej ich część... Niedaleko nich zaszczekał Argentum. Z pobliskiej alejki wypadła grupka dzieci i otoczyła srebrnego psa, głaszcząc go i zaśmiewając się, jakby ostre jak brzytwy zęby nie robiły na nich żadnego wrażenia. -

Chodźmy - powiedziała Reyna.

Ruszyły dalej w górę zbocza. Charty pobiegły za nimi, zostawiwszy dzieci. Annabeth raz po raz zerkała na twarz Reyny. Zaczęło ją dręczyć jakieś niejasne wspomnienie sposób, w jaki Reyna zaczesywała sobie palcami włosy za uszy, srebrny pierścień z wyrytymi pochodnią i mieczem. -

My już się kiedyś spotkałyśmy. Chyba byłaś młodsza.

Reyna obdarzyła ją cierpkim uśmiechem. -

Brawo. Percy mnie nie zapamiętał. Oczywiście rozmawiałaś głównie z moją

starszą siostrą Hyllą, która jest teraz królową Amazonek. Opuściła obóz dzisiaj rano, zanim przybyliście. W każdym razie kiedy się ostatnio widziałyśmy, byłam zwykłą służebną w domu Kirke. -

Kirke...

Annabeth pamiętała swój pobyt na wyspie czarodziejki. Miała wtedy trzynaście lat.

Ją i Percy'ego wyrzuciło na brzeg Morze Potworów. To Hylla ich powitała. Pomogła Annabeth się oczyścić, dała jej cudowną nową suknię i zrobiła makijaż. Annabeth zapamiętała też przewrotną propozycję Kirke: jeśli pozostanie na wyspie, nauczy ją magii i da jej niewiarygodnie potężną moc. Annabeth trochę to kusiło, póki nie zrozumiała, że to pułapka, a Percy nie został zamieniony w gryzonia. (Później wydawało się to śmieszne, ale wówczas było przerażające). A Reyna... tak, była jedną ze służących, które ją czesały. -

To ty... - powiedziała zdumiona. - A Hylla jest królową Amazonek? Jak wy obie...

-

To długa historia. Ale ciebie dobrze pamiętam. Byłaś dzielna. Jeszcze nigdy nie

spotkałam kogoś, kto nie przyjął gościny Kirke, a tym bardziej kogoś, kto ją przechytrzył. Nie dziwię się, że Percy tak cię lubi. W jej głosie zabrzmiał żal. Annabeth pomyślała, że lepiej będzie milczeć. Wyszły na taras na szczycie wzgórza, skąd widać było całą dolinę. -

To moje ulubione miejsce — powiedziała Reyna. — Ogród Bachusa.

Taras ocieniała kratownica porośnięta winoroślą. Pszczoły brzęczały wśród kwitnących krzewów kapryfolium i jaśminu, których słodkie wonie przesycały popołudniowe powietrze. Pośrodku stał posąg Bachusa w pozie przypominającej figurę baletową. Miał tylko przepaskę na biodrach, wydymał policzki, a z jego stulonych warg tryskała woda do kamiennej sadzawki. Mimo dręczących ją złych przeczuć Annabeth prawie się roześmiała. Znała grecką postać tego boga, Dionizosa - albo Pana D., jak go nazywano w Obozie Herosów. Widok ich starego, trochę zbzikowanego i gderliwego dyrektora obozu uwiecznionego w kamieniu, przewiązanego pieluchą i plującego wodą nieco poprawił jej humor. Reyna zatrzymała się na skraju tarasu. Widok wart był wspinaczki. W dole, jak trójwymiarowa mozaika, rozciągało się całe miasto. Na południu, za jeziorem, bieliła się na wzgórzu grupa świątyń. Na północy, ku wzgórzom Berkeley, biegł akwedukt. Grupy rzemieślników naprawiały jeden odcinek, prawdopodobnie zniszczony podczas ostatniej bitwy. -

Chciałabym, żebyś mi to sama powiedziała - odezwała się Reyna.

Annabeth odwróciła się do niej. -

Ja? Ale co?

-

Prawdę. Przekonaj mnie, że ufając tobie, nie popełniam błędu. Opowiedz mi o

sobie. Opowiedz mi o Obozie Herosów. Twoja przyjaciółka Piper rzuca czary. Słyszę to w jej głosie. Spędziłam dość czasu z Kirke, aby to wyczuć. Jej nie potrafię zaufać. A Jason... no cóż, Jason się zmienił. Jakby się oddalił, jakby już przestał być Rzymianinem. W jej głosie zabrzmiał ból; już go nie ukrywała. Annabeth zamyśliła się nad tym, czy i w jej głosie dało się słyszeć ból przez te wszystkie miesiące, w których szukała Percy ego. Ale ona w końcu go odnalazła. Reyna nie miała nikogo. Sama jedna odpowiadała za cały obóz. Nietrudno było zgadnąć, że pragnęła, by Jason ją pokochał. A on zniknął i oto znowu się pojawił, ale tym razem ze swoją nową dziewczyną. Percy został drugim pretorem, ale i on Reynę odrzucił. A teraz pojawiła się Annabeth, aby go ze sobą zabrać. Reyna znowu zostanie sama, z ciężarem obowiązków przeznaczonym dla dwóch osób. Annabeth przybyła do Obozu Jupiter gotowa negocjować z Rey-ną, może nawet z nią walczyć, jeśli okaże się to konieczne. Nie była przygotowana na to, że będzie jej współczuć. Ale nie okazała współczucia. Reyna nie sprawiała wrażenia osoby, która potrzebuje litości. Zamiast tego opowiedziała Reynie o sobie. O ojcu i macosze, o swoich dwóch braciach przyrodnich w San Francisco, o tym, jak czuła się obco we własnej rodzinie. Opowiedziała, jak uciekła z domu, gdy miała zaledwie siedem lat, jak znalazła przyjaciół, Lukę'a i Thalię, i jak trafiła do Obozu Herosów na Long Island. Opisała obóz i lata, w których tam wyrosła. Powiedziała o spotkaniu Percy ego i o przygodach, które razem przeżyli. Reyna potrafiła słuchać. Annabeth kusiło, by powiedzieć jej o swoich bardziej aktualnych problemach: o kłótni z matką, o tej srebrnej monecie, o dręczących ją nocnych koszmarach - o zadawnionym lęku, który ją tak obezwładniał, że z trudem zdobyła się na udział w tej misji. Ale jeszcze nie potrafiła aż tak się przed nią otworzyć. Kiedy Annabeth skończyła opowieść, Reyna obrzuciła Nowy Rzym uważnym spojrzeniem. Jej metalowe psy wałęsały się po ogrodzie, kłapiąc zębami na pszczoły w kapryfolium. W końcu wskazała na grupę świątyń na odległym wzgórzu. -

Widzisz ten mały czerwony budynek - powiedziała - tam, na północy? To

świątynia mojej matki, Bellony. - Zwróciła się w stronę Annabeth. - W przeciwieństwie do twojej, Bellona nie ma greckiej odpowiedniczki. Jest w pełni prawdziwą rzymską boginią. To bogini opiekująca się ojczyzną. Annabeth milczała. Niewiele wiedziała o rzymskich bogach. Żałowała, że się o nich nie nauczyła, ale łacina nigdy nie wchodziła jej do głowy tak łatwo jak greka. W dole, nad forum, „Ar-go II" połyskiwał w słońcu jak olbrzymi spiżowy balon. -

Kiedy Rzymianie wyruszają na wojnę - ciągnęła Reyna - najpierw odwiedzają

świątynię Bellony. Wewnątrz jest symboliczna ścieżka, która przedstawia terytorium wroga. Rzucamy w nią włóczniami, co oznacza, że od tej pory jesteśmy z nim w stanie wojny. Rzymianie zawsze uważali, że najlepszą obroną jest atak. W starożytności, kiedy nasi przodkowie czuli zagrożenie ze strony sąsiadów, pierwsi na nich napadali, aby ochronić swój kraj. -1 wszystkich wokoło podbili — wtrąciła Annabeth. - Kartaginę, Galię... -1 Grecję. — Reyna na chwilę zamilkła, jakby czekała na jej komentarz. - Annabeth, zmierzam do tego, że współdziałanie z innymi potęgami nie leży w naturze Rzymian. Każdemu spotkaniu greckich i rzymskich herosów towarzyszyła walka.- Konflikty między nami zapoczątkowały jedne z najbardziej okrutnych wojen w historii ludzkości, a zwłaszcza wojny domowe. -

Ale tak być nie musi - powiedziała Annabeth. - Musimy ze sobą współpracować,

bo inaczej Gaja zniszczy nas wszystkich. -

Zgoda. Ale czy to współdziałanie jest możliwe? A jeśli plan Junony jest błędem?

Nawet boginie mogą się mylić. Annabeth spodziewała się, że za chwilę Reynę ugodzi piorun albo że zamieni się w pawia. Nic takiego się nie stało. Niestety, sama podzielała jej wątpliwości. Wen popełniała błędy. Annabeth spotykały ze strony tej apodyktycznej bogini same kłopoty. Nie zamierzała wybaczyć Herze, że odebrała jej Percy'ego, nawet jeśli zrobiła to ze szlachetnych pobudek. -

Nie ufam tej bogini - przyznała. - Ale ufam swoim przyjaciołom. To nie podstęp,

Reyno. Możemy współpracować. Reyna dopiła czekoladę. Postawiła kubek na balustradzie tarasu i popatrzyła na dolinę, jakby sobie wyobrażała rozstawione na niej szyki bojowe.

-

Wierzę ci - powiedziała. - Ale jeśli macie wyruszyć do starożytnych krain,

zwłaszcza do samego Rzymu, jest coś, czego powinnaś się dowiedzieć o swojej matce. Ramiona Annabeth naprężyły się. -

O mojej... mojej matce?

-

Na wyspie Kirke miałyśmy wielu gości. Pewnego razu, może rok przed tym, jak

przybyliście tam ty i Percy, morze wyrzuciło na brzeg jakiegoś młodzieńca. Był prawie oszalały z pragnienia i upału. Błąkał się po morzu przez wiele dni. Mówił jak szaleniec, ale powiedział, że jest synem Ateny. Zamilkła, jakby czekała na jej reakcję. Annabeth nie miała pojęcia, kim mógł być ów chłopak. Nie słyszała o żadnym innym dziecku Ateny, które wyprawiłoby się na Morze Potworów z jakąś misją, ale poczuła dreszcz strachu. Światło sączące się przez winorośl tworzyło na ziemi cienie rozbiegane jak kłębowisko insektów. -

1 co się stało z tym półbogiem? - zapytała.

Reyna machnęła ręką, jakby to było błahe pytanie. -

Oczywiście Kirke zamieniła go w świnkę morską. To był zupełnie zbzikowany

gryzoń. Ale zanim to zrobiła, wypytała go o cel jego nieudanej misji. Utrzymywał, że wyruszył do Rzymu za Znakiem Ateny. Annabeth chwyciła się mocno balustrady, żeby nie stracić równowagi. -

Tak - powiedziała Reyna, widząc jej reakcję. - Wciąż bełkotał o dziecięciu

mądrości, o Znaku Ateny i o olbrzymiej zjawie mieniącej się blado i złoto. Te same wersy, które wyrecytowała Ella. Ale ty twierdzisz, że nigdy ich wcześniej nie słyszałaś, tak? -Nie... Nie tak, jak wypowiedziała je Ella - odrzekła Annabeth słabym głosem. Nie kłamała. Nigdy nie słyszała tej przepowiedni, ale matka nakazała jej podążyć za Znakiem Ateny. A kiedy pomyślała o monecie w swojej kieszeni, zakiełkowało w niej straszne podejrzenie. Przypomniała sobie pełne jadu słowa matki. Pomyślała o dziwnych koszmarach, które ostatnio ją nawiedzały. -

Czy ten półbóg... czy on powiedział, na czym polegała jego misja?

Reyna potrząsnęła głową. -

Wtedy nie miałam pojęcia, o czym on mówi. O wiele później, kiedy zostałam

pretorem Obozu Jupiter, zaczęłam podejrzewać.

-

Podejrzewać... co?

-

Jest pewna stara legenda, od wieków przekazywana pretorom Obozu Jupiter. Jeśli

jest prawdziwa, mogłaby wyjaśniać, dlaczego nasze dwa odłamy półbogów nigdy nie były zdolne współpracować. To może być źródło naszej wzajemnej wrogości. Ta legenda głosi, że dopóki ten stary spór nie zostanie rozstrzygnięty, Rzymianie i Grecy nigdy się nie pogodzą. A główną postacią tej legendy jest Atena... Ostry świst przeszył powietrze. Kątem oka Annabeth dostrzegła rozbłysk światła. Odwróciła się i zdążyła zobaczyć, jak potężna eksplozja wyrąbała nowy krater na forum. Płonąca sofa opadała w powietrzu. Herosi rozbiegali się w panice. -

Giganci? — Annabeth sięgnęła po sztylet, którego oczywiście nie znalazła. -

Myślałam, że rozbiliście ich armię! -

To nie giganci. - Oczy Reyny płonęły wściekłością. - Zaufaliśmy wam, a wy nas

zdradziliście. -

Co?! Nie!

Gdy tylko to powiedziała, „Argo II" wystrzelił drugi pocisk, olbrzymią włócznię spowitą greckim ogniem, która przeleciała przez rozbitą kopułę Domu Senatu i wybuchła wewnątrz, rozjaśniając budowlę od środka jak latarnię z wielkiej dyni. Jeśli ktoś tam był... -

O bogowie, nie. - Annabeth poczuła wzbierającą falę mdłości i słabość w

kolanach. - Reyno, to niemożliwe. My nigdy byśmy czegoś takiego nie zrobili. Metalowe psy podbiegły do swojej pani. Zawarczały na Annabeth, ale krążyły niepewnie, jakby się wahały, czy zaatakować. -

Wierzę ci - oświadczyła w końcu Reyna. - Może nie byłaś świadoma zdrady, ale

ktoś musi za to zapłacić. Na forum zapanował chaos. Tłum falował. Unosiły się zaciśnięte pięści. -

Krew została przelana - powiedziała Reyna.

-

Musimy to powstrzymać!

Okropne przeczucie mówiło Annabeth, że może po raz ostatni ona i Reyna działają razem, ale obie pobiegły w dół wzgórza. Gdyby w mieście wolno było nosić broń, przyjaciele Annabeth byliby już martwi. Zgromadzeni na forum Rzymianie zbili się w rozwścieczony tłum. Niektórzy ciskali w

„Argo II" talerzami, jedzeniem i kamieniami, co oczywiście było bezsensowne, bo większość tego wszystkiego opadała na nich. Kilkudziesięciu Rzymian otoczyło Piper i Jasona, którzy bezskutecznie próbowali ich uspokoić. Czarująca mowa Piper nie działała na tylu rozwrzeszczanych, rozwścieczonych półbogów. Z czoła Jasona sączyła się krew. Jego purpurowy płaszcz był porwany na strzępy. Raz po raz wołał: „Jestem po waszej stronie!", ale jego pojnarańczowa koszulka Obozu Herosów nie polepszała sytuacji, podobnie jak okręt wojenny nad nimi, miotający ogniste pociski w Nowy Rzym. Jeden uderzył w pobliżu i zamienił sklep z togami w kupę gruzu. -

Naramienniki Plutona! - zaklęła Reyna. - Patrz.

Ku forum pędzili uzbrojeni legioniści. Dwie załogi artyleryjskie ustawiły katapulty tuż za linią pomerium i przygotowywały się do ataku na „Argo II". -

To tylko wszystko pogorszy - powiedziała Annabeth.

-

Nienawidzę swojej roboty - warknęła Reyna i pobiegła w stronę legionistów, a jej

psy za nią. „Percy!" - wołała w duchu Annabeth, wypatrując go rozpaczliwie. - „Percy, gdzie jesteś?" Rzuciło się na nią dwóch Rzymian. Przemknęła obok nich, dając nurka w tłum. Rozwścieczone twarze, płonące sofy, eksplodujące budynki - jakby tego wszystkiego było mało, na forum zaroiło się od fioletowych duchów, które przenikały przez ciała -

Krew została przelana - powiedziała Reyna.

-

Musimy to powstrzymać!

Okropne przeczucie mówiło Annabeth, że może po raz ostatni ona i Reyna działają razem, ale obie pobiegły w dół wzgórza. Gdyby w mieście wolno było nosić broń, przyjaciele Annabeth byliby już martwi. Zgromadzeni na forum Rzymianie zbili się w rozwścieczony tłum. Niektórzy ciskali w „Argo II" talerzami, jedzeniem i kamieniami, co oczywiście było bezsensowne, bo większość tego wszystkiego opadała na nich. Kilkudziesięciu Rzymian otoczyło Piper i Jasona, którzy bezskutecznie próbowali ich uspokoić. Czarująca mowa Piper nie działała na tylu rozwrzeszczanych, rozwścieczonych półbogów. Z czoła Jasona sączyła się krew. Jego purpurowy płaszcz był porwany na

strzępy. Raz po raz wołał: „Jestem po waszej stronie!", ale jego pomarańczowa koszulka Obozu Herosów nie polepszała sytuacji, podobnie jak okręt wojenny nad nimi, miotający ogniste pociski w Nowy Rzym. Jeden uderzył w pobliżu i zamienił sklep z togami w kupę gruzu. -

Naramienniki Plutona! - zaklęła Reyna. - Patrz.

Ku forum pędzili uzbrojeni legioniści. Dwie załogi artyleryjskie ustawiły katapulty tuż za linią pomerium i przygotowywały się do ataku na „Argo II". -

To tylko wszystko pogorszy - powiedziała Annabeth.

-

Nienawidzę swojej roboty - warknęła Reyna i pobiegła w stronę legionistów, a jej

psy za nią. „Percy!" - wołała w duchu Annabeth, wypatrując go rozpaczliwie. - „Percy, gdzie jesteś?" Rzuciło się na nią dwóch Rzymian. Przemknęła obok nich, dając nurka w tłum. Rozwścieczone twarze, płonące sofy, eksplodujące budynki - jakby tego wszystkiego było mało, na forum zaroiło się od fioletowych duchów, które przenikały przez ciała półbogów, jęcząc i zawodząc. Chaos wykorzystały też fauny, tłocząc się wokół stołów i porywając z nich jedzenie, talerze, a nawet kubki. Jeden przebiegł obok Annabeth ze stosem tortilli w ramionach i całym ananasem w zębach. Tuż przed Annabeth pojawił się w huku eksplozji posąg Terminusa. Ryknął na nią po łacinie, bez wątpienia nazywając ją kłam-czynią i łamaczką zasad, ale odepchnęła go i biegła dalej. W końcu dostrzegła Percyego. On i jego przyjaciele, Hazel i Frank, stali pośrodku fontanny. Percy odpierał ataki- Rzymian potężnymi strumieniami wody. Togę miał w strzępach, ale chyba nie był ranny. Annabeth zawołała do niego, gdy kolejny wybuch wstrząsnął forum. Tym razem błysnęło tuż nad ich głowami. Jedna z rzymskich katapult trafiła „Argo II", który się zachybotał, a z jego spiżowego kadłuba buchnęły płomienie. Dostrzegła jakąś postać uczepioną drabinki sznurowej, próbującą zejść na ziemię. To był Oktawian. Jego szata dymiła, a twarz miał czarną od sadzy. Percy wciąż chlustał strumieniami wody w rozwścieczony tłum. Pobiegła ku niemu, uchylając się przed pięścią jakiegoś Rzymianina i śmigającym w powietrzu półmiskiem z

kanapkami. -

Annabeth! - zawołał Percy. - Co...

-

Nie wiem! — krzyknęła.

-

Powiem wam co! - ryknął głos z góry. Oktawian był już u stóp drabinki. - Grecy

nas zaatakowali! Ten wasz Leo skierował swoje działa na Rzym! Płuca Annabeth wypełniły się ciekłym wodorem. Pomyślała, że zaraz może się rozpaść na milion zlodowaciałych drobinek. -

Kłamiesz! Leo nigdy by nie...

-

Byłem tam! - wrzasnął Oktawian. - Widziałem to na własne oczy!

„Argo II" odpowiedział ogniem. Legioniści rozbiegli się na wszystkie strony, gdy ognisty pocisk roztrzaskał jedną z ich ka-tapult na kawałki. -Widzisz? - zawołał Oktawian. - Rzymianie, śmierć najeźdźcom! Annabeth jęknęła z rozpaczy. Nikt by nie zdążył dociec prawdy. Na jednego Greka z Obozu Herosów przypadało stu Rzymian i nawet jeśli ten chaos był rezultatem jakiejś chytrej sztuczki Oktawiana (co wydawało jej się prawdopodobne), nie byli w stanie przekonać o tym Rzymian, zanim ci ich pozabijają. -

Musimy uciekać - powiedziała Percy'emu. -1 to juz.

Pokiwał ponuro głową. -

Hazel, Frank, wybór należy do was. Idziecie z nami?

Hazel wyglądała na przerażoną, ale założyła swój kawaleryjski hełm. . -

Oczywiście. Ale nie dostaniecie się na okręt, jeśli nie damy wam trochę czasu.

-

Jak?

Hazel gwizdnęła. Nagle przez forum przemknęła struga beżu. Majestatyczny koń zmaterializował się obok fontanny. Stanął dęba, zarżał i rozpędził atakujący tłum. Hazel wskoczyła na jego grzbiet jak urodzony jeździec. Do siodła był przytroczony rzymski kawaleryjski miecz. Dobyła złotej klingi. -

Dajcie mi znak iryfonem, gdy już będziecie bezpieczni. Wtedy się spotkamy.

Arionie, naprzód! Koń pomknął przez tłum z niewiarygodną szybkością, roztrącając Rzymian i wzniecając masową panikę.

Annabeth zaświtała nadzieja. Może jednak ujdą z życiem. A potem gdzieś ze środka forum dobiegł ją głos Jasona: -

Rzymianie! Błagam!

Na niego i na Piper spadał grad talerzy i kamieni. Starał się osłonić Piper, ale cegła ugodziła go w czoło. Zgiął się wpół, a tłum rzucił się na nich z wrzaskiem. -

Cofnąć się! - krzyknęła Piper.

Magia jej głosu podziałała na tłum, który na chwilę się zawahał, ale Annabeth wiedziała, że czar nie potrwa długo. Ona i Percy chyba nie zdążą dotrzeć do przyjaciół z pomocą. -

Frank — powiedział Percy - teraz twoja kolej. Możesz im pomóc?

Annabeth nie wiedziała, jak Frank mógłby im pomóc, ale on przełknął nerwowo ślinę. -

Och, bogowie - mruknął. - No dobra, już się robi. A wy łapcie za drabinkę. Teraz.

Percy i Annabeth dosięgli drabinki. Oktawian wciąż się jej trzymał, ale Percy strącił go w tłum. Gdy zaczęli się wspinać, uzbrojeni legioniści wpadli na forum. Obok głowy Annabeth świsnęły strzały. Eksplozja o mało nie oderwała jej od drabinki. W połowie drogi usłyszała pod sobą ryk i spojrzała w dół. Rzymianie rozbiegali się z krzykiem przed olbrzymim smokiem - bestią jeszcze bardziej przerażającą niż spiżowy smok z dziobu „Argo II". Miał chropowatą szarą skórę jak waran z Komodo i skó-rzaste skrzydła nietoperza. Strzały i kamienie odbijały się od jego skóry, gdy podpełzł do Piper i Jasona, chwycił ich przednimi łapami i uniósł się w powietrze. -

Czy to... - Annabeth nie mogła ubrać tej myśli w słowa.

-

Frank - potwierdził Percy kilka metrów nad nią. - Ma parę niezwykłych darów.

-

Oględnie mówiąc - mruknęła Annabeth. - Wspinaj się! Szybciej!

Gdyby nie ten smok i koń Hazel, nigdy by im się nie udało wspiąć na samą górę, ale w końcu minęli rząd połamanych wioseł powietrznych i wleźli na pokład. Takielunek płonął. Fok był rozdarty, a cały okręt przechylił się niebezpiecznie na prawą burtę. Nigdzie nie było trenera Hedgea, tylko Leo stał pośrodku pokładu, spokojnie ładując balistę. Annabeth poczuła, że żołądek skręca się jej ze zgrozy.

-

Leo! - krzyknęła. - Co ty robisz?

-

Niszczę ich... - Spojrzał na nią. Oczy miał szkliste, poruszał się jak robot. -

Zniszczę ich wszystkich. Znów odwrócił się do balisty, ale Percy rzucił się na niego i zwalił go z nóg. Głowa Leona mocno uderzyła o pokład, a jego oczy stanęły w słup. Szary smok pojawił się nad nimi. Okrążył okręt i wylądował na dziobie, gdzie złożył Jasona i Piper. Oboje padli zemdleni. -

Szybko! - ryknął Percy. - Wydostań nas stąd!

Do Annabeth dopiero po chwili dotarło, że Percy zwraca się do niej. Pobiegła do sterowni. Popełniła błąd - zerknęła za reling i zobaczyła uzbrojonych legionistów ustawiających się w szyk bojowy na forum. Nakładali płonące strzały na cięciwy. Hazel spięła Ariona i wypadli z miasta, ścigani przez tłum. Wytaczano coraz więcej katapult. Wzdłuż linii pomerium rozgorzały purpurą posągi Terminusa, jakby wzbierała w nich energia przed atakiem. Annabeth spojrzała na kontrolki. „Czy to musi być takie skomplikowane?" pomyślała, przeklinając w duchu Leona. Nie było czasu na wymyślne manewry. Znała jedną podstawową komendę: „W górę". Chwyciła drążek sterowy i pociągnęła go do siebie. Okręt jęknął. Dziób poderwał się w górę pod przerażającym kątem. Liny cumownicze pękły z trzaskiem i „Argo II" wystrzelił w chmury.

V LEO Leo żałował, że nie potrafi wynaleźć machiny czasu. Cofnąłby się o dwie godziny i nie dopuścił do tego, co się stało. A może powinien skonstruować machinę TrzaskLeona-W-Pysk, żeby samemu się ukarać, choć pewnie nie bolałoby go to tak jak spojrzenie Annabeth. — Pytam jeszcze raz - powiedziała. - Co się stało?! Usiadł, opierając się o maszt. W głowie wciąż mu dudniło. A jego cudowny nowy okręt... Kusze rufowe zamieniły się w stosy szczap. Fok był porozdzierany. Antena satelitarna do odbioru internetu i telewizji była rozbita na kawałki, co szczególnie rozwścieczyło trenera Hedgea. Spiżowy smok na dziobie, Festus, prychał dymem, jakby się dławił kłakiem, a jękliwe odgłosy dochodzące zza lewej burty wskazywały, że część powietrznych wioseł została uszkodzona albo całkowicie wyrwana, co by wyjaśniało, dlaczego okręt przechylał się i dygotał, a motor świszczał jak astmatyczny parowóz. Zdusił w sobie szloch. -

Nie wiem. W głowie mi się mąci.

Zbyt wiele osób na niego patrzyło: Annabeth (nie mógł znieść jej wściekłości, po prostu go przerażała), trener Hedge z tymi swoimi owłosionymi nóżkami kozła, w pomarańczowej koszulce i z kijem bejsbolowym w ręku (nigdy się z nim nie rozstaje?), no i ten nowy, Frank. Leo nie wiedział, co o nim sądzić. Frank wyglądał jak niemowlę, które właśnie zdobyło mistrzostwo w sumo, chociaż Leo nie był na tyle głupi, by mówić takie rzeczy głośno. W głowie miał zamęt, ale przypominał sobie mgliście, że widział smoka lądującego na pokładzie - smoka, który zamienił się we Franka. Annabeth skrzyżowała ręce na piersi. -

Chcesz powiedzieć, że nie pamiętasz?

-

Ja... - Leo miał uczucie, jakby próbował przełknąć szklaną kulkę. - Pamiętam, ale

to jest tak, jakbym patrzył na siebie z boku. W ogóle nie panowałem nad tym, co robiłem. Trener Hedge postukał kijem w pokład. W dresie, z kapturem zarzuconym na różki, wyglądał jak dawniej, w Szkole Dziczy, gdzie spędził rok jako nauczyciel wychowania fizycznego Jasona, Piper i Leona. Teraz stary satyr łypał na niego tak groźnie, jakby miał

za chwilę kazać mu zrobić pięćdziesiąt pompek. -

Posłuchaj, mały - powiedział Hedge. - Wystrzeliłeś parę tych piekielnych rac.

Dałeś w kość kilku Rzymianom. To niesamowite! Wspaniałe! Ale dlaczego musiałeś rozwalić antenę satelitarną? Właśnie oglądałem niezły kawał boksu! -

Trenerze - powiedziała Annabeth - może byś poszedł i sprawdził, czy już nic się

nie pali. -

Już to zrobiłem.

-

Zrób to jeszcze raz.

Satyr odszedł, mrucząc coś pod nosem. Nawet Hedge nie był aż tak głupi, by sprzeciwiać się Annabeth. Uklękła przy Leonie. Jej szare oczy lśniły jak stal łożysk kulkowych. Jej jasne włosy opadały luźno na ramiona, ale Leo nie widział w tym nic atrakcyjnego. Nie miał pojęcia, skąd się wziął stereotyp tępej, rozchichotanej blondynki. Od czasu gdy zeszłej zimy Annabeth przy Wielkim Kanionie podeszła do niego z miną: „Percy Jackson albo życie", uważał, że blondynki są stanowczo zbyt sprytne i zbyt groźne. -

Leo - powiedziała spokojnie - czy Oktawian jakoś cię oszukał? Wrobił cię albo...

-

Nie. - Leo mógł skłamać i oskarżyć tego głupiego Rzymianina, ale nie chciał

pogarszać sytuacji. - Ten koleś to drań, ale to nie on wystrzelił w obóz. Ja to zrobiłem. Ten nowy, Frank, spojrzał na niego ze złością. -

Specjalnie?

-

Nie! - Leo zacisnął powieki. - To znaczy... tak... ale ja tego nie chciałem. Tylko

że jednocześnie czułem, że tego chcę. Coś kazało mi to zrobić. Poczułem w środku coś takiego zimnego... -

Coś zimnego. - W zmienionym głosie Annabeth słychać było przerażenie.

-

No tak. Bo co?

Spod pokładu dobiegł głos Percyego: -

Annabeth, jesteś tu potrzebna.

„Och, bogowie" - pomyślał Leo. - „Żeby tylko Jasonowi nic się nie stało". Gdy tylko dotarli na okręt, Piper zabrała Jasona pod pokład. Rana na czole wyglądała groźnie. Leo znał Jasona dłużej niż ktokolwiek inny w Obozie Herosów. Byli najlepszymi przyjaciółmi. Gdyby Jason...

-

Nic mu nie będzie. - Twarz Annabeth złagodniała. - Frank, zaraz wrócę. A ty...

popilnuj Leona. Proszę. Frank skinął głową. O ile było to możliwe, Leo poczuł się jeszcze gorzej. Annabeth bardziej ufała jakiemuś rzymskiemu półbogowi, którego dopiero co poznała, niż jemu. Kiedy odeszła, popatrzyli na siebie. Ten wielki osiłek wyglądał dość dziwacznie w swojej todze z prześcieradła, w bluzie z kapturem i dżinsach, z wziętymi z okrętowej zbrojowni łukiem i kołczanem przewieszonymi przez ramię. Leonowi przypomniały się Łowczynie Artemidy - banda cwanych, gibkich dziewczyn w srebrnych szatach, uzbrojonych w łuki. Wyobraził sobie figlującego z nimi Franka. Było to tak śmieszne, że prawie poczuł się lepiej. -

To co - odezwał się Frank - nie nazywasz się Sammy?

Leo łypnął na niego groźnie. -

O co ci biega, koleś?

-

O nic - odrzekł szybko Frank. - Ja tylko... no nic. Jeśli chodzi o to strzelanie...

Oktawian mógł w tym maczać palce. Jakieś czary czy coś. Nie chciał, żeby Rzymianie się z wami skumali. Leo bardzo by chciał w to uwierzyć. I był wdzięczny temu kolesiowi za to, że go nie oskarża. Ale wiedział, że to nie Oktawian. To on, Leo, podszedł do balisty i otworzył ogień. Coś mu mówiło, że źle robi. Pytał sam siebie: „Co ja, do diabła, robię?" Ale to zrobił. Może dostaje świra? Może z tego napięcia przez te wszystkie miesiące, gdy pracował nad „Argo II", w końcu pomieszało mu się w głowie? Ale nie mógł dłużej się nad tym zastanawiać. Czuł, że musi zrobić coś produktywnego. Musiał zająć czymś ręce. -

Posłuchaj, powinienem pogadać z Festusem i uzyskać raport o uszkodzeniach.

Nie masz nic przeciwko...? Frank pomógł mu wstać. -

Kto to jest Festus?

-

To mój kumpel. I też nie nazywa się Sammy. Chodź. Przedstawię ci go.

Na szczęście spiżowy smok nie był uszkodzony. No, nie mówiąc o tym, że ostatniej

zimy utracił wszystko prócz głowy - ale Leo nie brał tego pod uwagę. Kiedy doszli na dziób okrętu, głowa smoka obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i spojrzała na nich. Frank krzyknął i cofnął się. -

To jest żywe!

Leo roześmiałby się, gdyby nie podły nastrój. -

No pewnie. Frank, to jest Festus. Był kompletnym spiżowym smokiem, ale miał

wypadek. -

Miewacie sporo wypadków - zauważył Frank.

-

No wiesz, niektórzy z nas nie potrafią zamieniać się w smoki, więc sami je sobie

budują. - Leo uniósł brwi, patrząc na Franka. - W każdym razie przywróciłem go do życia jako figurę dziobową. Jest teraz czymś w rodzaju głównego interfejsu okrętu. Festusie, jaki jest stan okrętu? Festus parsknął dymem i wydał z siebie serię skrzeków i terkotów. W ciągu ostatnich paru miesięcy Leo nauczył się interpretować język maszyny. Inni półbogowie rozumieli grekę i łacinę, Leo skrzekę i terkotlinę. -

Och. Mogło być gorzej, ale kadłub jest nadwerężony w kilku miejscach.

Powietrzne wiosła trzeba naprawić, jeśli chcemy odzyskać pełną prędkość. Potrzebne będą pewne materiały: niebiański spiż, wapno... -

Wapno?

-

Tak, wapno. Węglan wapnia, składnik cementu i innych takich. .. och, mniejsza z

tym. Problem w tym, że na tym okręcie nie zalecimy daleko, jeśli go nie naprawimy. Festus zajęczał chrypliwie i tym razem Leo nie od razu go zrozumiał. Zabrzmiało to jak EJ-zel. -

Ach... Hazel - domyślił się Leo. - To ta dziewczyna z kręconymi włosami, tak?

Frank przełknął ślinę. -

Co z nią?

-

W porządku. Festus mówi, że jej koń galopuje za nami.

-

Więc musimy wylądować - powiedział Frank.

Leo przyjrzał mu się uważnie. -

To twoja dziewczyna?

Frank przygryzł wargę.

-

Tak.

-

Masz wątpliwości?

-

Tak. Tak, to moja dziewczyna. Na pewno.

Leo uniósł ręce. -

No dobra, dobra. Problem w tym, że możemy sobie pozwolić na tylko jedno

lądowanie. Przy tym stanie kadłuba i wioseł nie wystartujemy ponownie, jeśli nie naprawimy usterek, więc będziemy musieli wylądować gdzieś, gdzie znajdziemy wszystko, czego nam potrzeba. Frank podrapał się po głowie. -

Skąd weźmiesz niebiański spiż? Przecież nie kupisz go w sklepie dla

majsterkowiczów. -

Festusie, znajdź niebiański spiż.

-

To on umie znaleźć magiczny spiż? Czy on czegoś nie umie?

Leo pomyślał: „Szkoda, że go nie widziałeś, kiedy miał całe ciało". Ale nie wypowiedział tego na głos. To było zbyt bolesne. Zerknął w dół. Dolina Kalifornijska przesuwała się powoli pod nimi. Leo nie miał wielkiej nadziei, że wszystko, czego potrzebują, znajdą w jednym miejscu, ale wiedział, że muszą spróbować. Chciał też znaleźć się jak najdalej od Nowego Rzymu. Magiczny napęd „Argo II" pozwalał dość szybko pokonywać dalekie dystanse, ale Leo przypuszczał, że Rzymianie też dysponują jakimiś magicznymi środkami transportu. Za ich plecami zatrzeszczały schody. Percy i Annabeth wspięli się na pokład. Miny mieli ponure. Leonowi serce zamarło. -

Co z Jasonem...?

-

Odpoczywa - odrzekła Annabeth. - Piper przy nim czuwa. Powinien wyzdrowieć.

Percy spojrzał na niego gniewnie. — Annabeth mówi, że to ty odpaliłeś balistę. — Człowieku, ja... ja nie rozumiem, jak to się stało. Tak mi przykro... — Przykro? — warknął Percy. Annabeth położyła dłoń na piersi swojego chłopaka. -Wyjaśnimy to później. Teraz musimy się przegrupować i obmyślić nowy plan. Co z

okrętem? Pod Leonem ugięły się nogi. Pod tym spojrzeniem Percy'ego czuł się tak samo jak wówczas, gdy Jason wyczarowywał błyskawicę. Skóra go świerzbiła, a instynkt nakazywał natarczywie: „Unik!". Powiedział Annabeth o uszkodzeniach i o materiałach, które będą potrzebne. Poczuł się trochę lepiej, mówiąc o czymś, co można naprawić. Narzekał właśnie na brak niebiańskiego spiżu, gdy Festus zaczął terkotać i jęczeć. — Doskonale - powiedział Leo z westchnieniem ulgi. — Co jest doskonałe? Dużo bym dała za coś doskonałego. Leo uśmiechnął się kwaśno. — Wszystko, czego potrzebujemy, będzie w jednym miejscu. Frank, mógłbyś się zamienić w ptaka albo w coś podobnego? Zleć na dół i powiedz swojej dziewczynie, że spotkamy się nad Wielkim Jeziorem Słonym w stanie Utah. Lądowanie nie było łatwe. Z rozdartym fokiem i uszkodzonymi wiosłami Leo ledwo panował nad opadaniem okrętu ku tafli wody. Reszta załogi schroniła się pod pokładem wszyscy prócz trenera Hedgea, który przywarł do relingu na dziobie, rycząc: „NO DALEJ! Jezioro, pokaż, co potrafisz!". Leo stał za sterem, sam jeden na rufie, starając się trafić okrętem w jezioro. Festus wysyłał trzeszczące i terkoczące sygnały ostrzegawcze, które były przekazywane na pokład rufowy przez interkom. -

Wiem, wiem - mruczał Leo przez zaciśnięte zęby.

Nie miał wiele czasu, by ogarnąć wzrokiem scenerię. Na południowym wschodzie, u podnóża łańcucha gór, gnieździło się jakieś miasto, niebieskie i fioletowe w popołudniowych cieniach. Na południu rozciągała się płaska pustynia. Bezpośrednio pod nimi Wielkie Jezioro Słone połyskiwało jak aluminiowa folia; jego brzegi obrastały białe słone bagna, co Leonowi przypominało fotografie powierzchni Marsa. -

Trzymaj się, trenerze! - zawołał. - To będzie bolało!

-

To coś dla mnie!

ŁUUUP! Słona woda chlusnęła na dziób, zalewając trenera Hedge'a. „Argo II" przechylił się niebezpiecznie na prawą burtę, potem wyprostował i zakołysał na powierzchni jeziora. Maszyneria zawyła, gdy powietrzne pióra tych wioseł, które jeszcze

pracowały, wymieniły się na wodne. Trzy rzędy mechanicznych wioseł zanurzyły się w wodzie i zaczęły posu>Vać okręt do przodu. -

Dobra robota, Festusie - rzekł Leo. - Chcemy dopłynąć do południowego brzegu.

-

Ju-huuu! - Trener Hedge wzniósł zaciśniętą pięść ku niebu. Był przemoczony od

rożków do kopyt, ale szczerzył zęby jak zbzi-kowany kozioł. - Zrób to jeszcze raz! -

Eee... może później - odrzekł Leo. - Zostań tu, na pokładzie, dobra? Trzymaj straż,

na wypadek... no wiesz, gdyby jezioro chciało nas zaatakować czy co. -

Jasne.

Leo dał dzwonkiem sygnał: „Koniec zagrożenia" i ruszył ku schodom, ale zanim tam dotarł, potężny stuk kopyt wstrząsnął kadłubem okrętu. Płowy rumak pojawił się na pokładzie z Ha-zel Levesque na grzbiecie. -

Jak...? - Leona zatkało. - Jesteśmy na środku jeziora! Czy to coś potrafi latać?

-

Arion nie potrafi latać - odpowiedziała Hazel - ale galopuje po wszystkim. Po

wodzie, po pionowych powierzchniach, po małych górach. -

Och.

Hazel przyglądała mu się dziwnie, podobnie jak podczas uczty na forum - jakby szukała czegoś w jego twarzy. Kusiło go, by zapytać, czy już się kiedyś spotkali, był jednak pewny, że nigdy. Przecież zapamiętałby dziewczynę, w której budził aż takie zainteresowanie. Często się to nie zdarzało. „Ona jest dziewczyną Franka" - upomniał sam siebie w duchu. Frank wciąż był pod pokładem, ale Leo prawie zapragnął, by ten wielki koleś pojawił się na schodach. Kiedy Hazel tak mu się przyglądała, czuł się onieśmielony i zażenowany. Trener Hedge ruszył ku nim, przypatrując się podejrzliwie magicznemu koniowi. — Valdez, czy to nie jest jakaś inwazja? — Nie! Hm, Hazel, może pójdziesz ze mną. Pod pokładem zbudowałem stajnię, więc gdyby Arion chciał... -

Chyba woli niezależność. - Ześliznęła się z siodła. - Będzie się pasł wokół jeziora,

dopóki go nie zawołam. Ale chętnie obejrzę okręt. Prowadź. „Argo II" był zbudowany jak starożytna trirema, tyle że dwukrotnie większy. Przez

pierwszy pokład biegł środkiem korytarz z kajutami załogi po obu stronach. Na zwykłej triremie większość miejsca zajmowałyby trzy rzędy ławek dla kilkuset spoconych wioślarzy, ale wiosła, które skonstruował Leo, były zautomatyzowane i wysuwane, więc zajmowały niewiele miejsca w kadłubie. Napędzane były energią przesyłaną z maszynowni na drugim, niższym pokładzie, gdzie mieściły się też izba chorych, magazyn i stajnie. Leo poprowadził Hazel po schodach w dół. Zbudował osiem kajut - siedem dla półbogów z przepowiedni i jedną dla trenera Hedgea (Chejron uważał go za odpowiedzialnego dorosłego opiekuna!). Na rufie była duża mesa, dokąd teraz zmierzał. Po drodze minęli kajutę Jasona. Drzwi były otwarte. Piper siedziała na brzegu koi, trzymając Jasona za rękę, a on chrapał z okładem z lodu na głowie. Piper zerknęła na Leona. Przycisnęła palec do warg, ale nie wyglądała na zagniewaną. To już było coś. Leo starał się nie myśleć o swojej winie. Poszli dalej. W mesie zastali Percyego, Annabeth i Franka siedzących ponuro przy stole. Leo postarał się, aby mesa była przytulnym miejscem, bo wiedział, że będą tam spędzać wiele czasu. W kredensie stały rzędem magiczne kubki i talerze z Obozu Herosów, które napełniały się na żądanie jedzeniem i piciem, jakiego się zapragnęło. Była tam również magiczna lodówka przenośna z napojami w puszkach, na wypadek gdyby zechcieli urządzić sobie piknik na brzegu. Do siedzenia służyły wygodne fotele z regulowanymi oparciami, wyposażone w wypustki do masażu pleców, słuchawki i uchwyty na miecz i napój - wszystko, co byłoby potrzebne do relaksu. Nie było okien, ale na ścianach widniały magiczne kadry filmowe pokazujące Obóz Herosów w czasie rzeczywistym - plaża, las, pola truskawek - chociaż teraz Leo nie był pewien, czy te widoki nie nastrajają ich raczej nostalgicznie. Percy wpatrywał się tęsknie w widok Obozu Herosów w świetle zachodzącego słońca, gdzie wśród gałęzi wysokiej sosny połyskiwało Złote Runo. -

Więc wylądowaliśmy - powiedział. - Co teraz?

Frank szarpnął cięciwę swojego łuku. -

Może byśmy pomyśleli, co oznacza ta przepowiednia? Bo... bo to chyba była

przepowiednia, to, co wyrecytowała Ella, nie? Z Ksiąg Sybilli? -

Z czego? - zapytał Leo.

Frank wyjaśnił mu, że ich przyjaciółka harpia w zadziwiający sposób zapamiętywała wszystko, co przeczytała. I kiedyś pochłonęła zbiór starożytnych przepowiedni, który, jak mniemano, uległ zniszczeniu w czasach upadku Rzymu. -

To dlatego nie powiedzieliście nic Rzymianom - zgadł Leo. -Nie chcieliście, żeby

ta harpia wpadła w ich łapy. Percy wciąż wpatrywał się w widok Obozu Herosów. -

Ella jest bardzo wrażliwa. Kiedy ją znaleźliśmy, była w niewoli. Nie chciałem,

żeby... - Zacisnął pięść. - Zresztą teraz to już nieważne. Posłałem Tysonowi wiadomość przez iryfon, powiedziałem mu, żeby ją zabrał do Obozu Herosów. Tam będą bezpieczni. Leo wątpił, czy ktokolwiek z nich będzie bezpieczny teraz, kiedy prócz Gai i gigantów mieli przeciw sobie obóz rozwścieczonych Rzymian, do czego sam się przyczynił - ale nic nie powiedział. Annabeth splotła palce. -

Zastanowię się nad tą przepowiednią... ale teraz mamy na głowie inne, bardziej

naglące problemy. Musimy naprawić okręt. Leo, czego nam potrzeba? -

Najłatwiej będzie o smołę. - Leo był rad, że może zmienić temat. -Ją możemy

dostać w mieście, w jakimś sklepie dekarskim albo czymś takim. Chyba nie będzie też kłopotów z niebiańskim spiżem i z wapnem. Festus mówi, że znajdziemy je na wyspie na jeziorze, na zachód stąd. -

Ale musimy się pospieszyć - ostrzegła Hazel. - Jak znam Oktawiana, to już szuka

nas za pomocą swoich wróżb. Rzymianie wyślą za nami oddział uderzeniowy. To dla nich sprawa honoru. Leo poczuł, że wszystkie oczy są zwrócone na niego. -

Ludzie... ja naprawdę nie wiem, co się stało. Uwierzcie mi, ja...

Annabeth podniosła rękę. -

Rozmawialiśmy o tym. Zgodziliśmy się, że to nie byłeś ty. To zimno... ja też to

poczułam. To chyba jakiś rodzaj magii, może Gai, a może któregoś z jej sługusów. Ale dopóki nie zrozumiemy, co się właściwie stało... Frank chrząknął. -Jak możemy być pewni, że to się nie powtórzy?

Palce zapiekły Leona tak, jakby miały zapłonąć. Jako syn Hefajstosa potrafił wzniecić ogień siłą woli, ale musiał bardzo uważać, żeby nie zrobić tego przypadkowo, zwłaszcza na okręcie pełnym materiałów wybuchowych i łatwopalnych przedmiotów. -Ja już panuję nad sobą - powiedział stanowczo, chociaż wolałby być bardziej tego pewny. - Może powinniśmy dobrać się w pary. Niech nikt nie chodzi nigdzie sam. Na pokładzie możemy zostawić z Jasonem Piper i trenera Hedge'a. Jedna para może udać się do miasta po smołę. Druga po spiż i wapno. -

Rozdzielić się? - odezwał się Percy. - To chyba bardzo zły pomysł.

-

Ale zyskamy na czasie - powiedziała Hazel. — A zresztą coś w tym chyba jest, że

na misje wysyła się najwyżej trójkę herosów, prawda? Annabeth uniosła brwi, jakby ją zaskoczył ten argument. -

Masz rację. Z tego samego powodu potrzebny nam był „Argo II"... Poza obozem

siedmioro półbogów to zbyt wielka gratka dla potworów. Okręt ma nas kryć i ochraniać. Na pokładzie jesteśmy dość bezpieczni, ale poza nim nie powinniśmy wędrować w grupach większych niż trzyosobowe. Nie ma sensu bez potrzeby ściągać na siebie uwagę sług Gai. Percy'emu nadal nie bardzo się to podobało, ale wziął Annabeth za rękę. -

Dopóki jesteś ze mną w parze, niczego się nie boję.

Hazel uśmiechnęła się. -

Nie ma sprawy. Frank, byłeś niesamowity, gdy zamieniłeś się w smoka! Mógłbyś

zrobić to jeszcze raz i zawieźć do miasta Annabeth i Percy'ego po tę smołę? Frank otworzył usta, jakby chciał zaprotestować, ale powiedział: -

No... chyba tak. A ty?

-

Ja pojadę na Arionie z Sa... z Leonem. - Bawiła się rękojeścią swojego miecza, co

Leona trochę niepokoiło. Miała chyba jeszcze więcej nerwowej energii niż on. - Po spiż i wapno. Możemy się tutaj wszyscy spotkać o zmierzchu. Frank spochmurniał. Najwyraźniej nie podobało mu się, że Leo ma towarzyszyć Hazel. To z kolei nagle zachęciło Leona do wyruszenia na tę wyprawę. Musi pokazać, że jest godny zaufania. Nie zamierza ponownie dać ognia z balisty. -

Leo - powiedziała Annabeth - jeśli uda się nam zdobyć te materiały, ile zajmie

naprawa okrętu?

-

Przy odrobinie szczęścia z parę godzin.

-

Wspaniale. Wrócimy tak szybko, jak się da. Ta odrobina szczęścia bardzo by się

przydała. Ale nie ma co na nie liczyć.

VI LEO Jazda na Arionie była najlepszym przeżyciem tego dnia, choć to niewiele mówi, jako że Leo miał wyjątkowo parszywy dzień. Kopyta zmieniały powierzchnię jeziora w słoną mgiełkę. Leo przycisnął dłoń do boku konia, czując mięśnie pracujące jak dobrze naoliwiona maszyna. Po raz pierwszy zrozumiał, dlaczego moc motorów mierzy się w koniach mechanicznych. Arion był czworonożnym maserati. Przed nimi widniała wyspa - linia piasku tak białego, że mógł być czystą solą jadalną. Poza nią wyrastały porośnięte trawą wydmy i omszałe głazy. Leo siedział za Hazel, obejmując ją jedną ręką. Ten bliski kontakt nieco go peszył, ale tylko tak dało się utrzymać na pokładzie (albo jak to się tam nazywa w wypadku konia). Zanim wyruszyli, Percy odciągnął go na bok i opowiedział mu o Hazel. Mówił tak, jakby po prostu dobrze mu życzył, ale można było doszukać się w tym ostrzeżenia: „Jeśli będziesz ją podrywać, osobiście nakarmię tobą rekina ludojada". Jak twierdził Percy, Hazel była córką Plutona. Zmarła w latach czterdziestych i zaledwie kilka miesięcy temu wróciła na świat. Leonowi trudno było w to uwierzyć. Hazel była taka ciepła i bardzo żywa, niepodobna do duchów czy innych przywróconych do życia śmiertelników, z którymi miał do czynienia. Była też towarzyska, w przeciwieństwie do niego; on o wiele lepiej czuł się wśród maszyn. Nie miał pojęcia, jak działają żywe istoty, takie jak konie i dziewczyny. Poza tym Hazel była dziewczyną Franka, więc Leo wiedział, że musi zachować dystans. Ale jej włosy tak miło pachniały i kiedy z nią jechał, serce mimo woli biło mu szybciej. „To dlatego że ten koń tak pędzi" - mówił sobie w duchu. Kopyta Ariona zadudniły po plaży. Zarżał triumfalnie, jak trener Hedge szykujący się do natarcia. Zsiedli z konia. Arion pogrzebał kopytem w piasku. -

Chce mu się jeść — wyjaśniła Hazel. - Lubi złoto, ale...

-

Złoto?

-

Zadowoli się trawą. No, idź, Arionie. Dzięki za podwiezienie. Zawołam cię.

I koń natychmiast zniknął - pozostała po nim tylko parująca smuga na powierzchni jeziora. -

Jest szybki - powiedział Leo - ale wykarmienie go chyba sporo kosztuje.

-

Wcale nie. O złoto nietrudno. Przynajmniej dla mnie.

Leo uniósł brwi. -

O złoto nietrudno? Tylko mi nie mów, że jesteś krewną króla Midasa. Nie lubię

gościa. Hazel ściągnęła wargi, jakby żałowała, że poruszyła ten temat. -

Nieważne.

To jeszcze bardziej zaintrygowało Leona, ale uznał, że chyba lepiej jej nie naciskać. Ukląkł i nabrał garść białego piasku. -

No... w każdym razie jeden problem mamy z głowy. To wapno.

Hazel zmarszczyła brwi. -

Cała plaża?

-

No tak. Widzisz? Drobinki są idealnie okrągłe. To nie piasek. To węglan wapnia.

Wyciągnął z pasa plastikową torbę i wcisnął dłoń w wapno. Nagle zamarł. Przypomniał sobie, jak bogini Gaja pojawiała mu się w ziemi - jej uśpioną twarz z pyłu, piasku lub kurzu. Uwielbiała z niego szydzić. Wyobraził sobie jej zamknięte oczy i senny uśmiech kłębiące się w białym wapnie. -

Odejdź, maty herosie - powiedziała Gaja. - Tylko ty możesz naprawić ten okręt.

-

Leo? Nic ci nie jest?

Westchnął głośno. Gai tu nie ma. To tylko nerwy. -

Nie, spoko. Czuję się świetnie.

Zaczął napełniać torbę. Hazel uklękła przy nim, żeby mu pomóc. -

Trzeba było zabrać kubeł i szufle.

Rozchmurzył się nieco. Nawet się uśmiechnął. -

Zbudowalibyśmy zamek z piasku.

-

Zamek z wapna.

Spoglądali sobie w oczy o sekundę za długo. Hazel odwróciła wzrok. -

Jesteś taki podobny...

-

Do Sammy ego?

Aż ją odrzuciło do tyłu. -

To ty wiesz?

-

Nie mam pojęcia, kim jest Sammy, ale Frank mnie zapytał, czy to na pewno nie

moje imię. -

I... nie twoje?

-

Nie! No weź...

-

Nie masz brata bliźniaka albo... - Hazel urwała. - Twoja rodzina pochodzi z

Nowego Orleanu? -

Nie. Z Houston. Dlaczego pytasz? Znałaś tego Sammy'ego?

-

Mmm... nieważne. Po prostu jesteś do niego bardzo podobny.

Leo wyczul, że Hazel jest tak zażenowana, że nie powie nic więcej. Ale skoro pochodzi z przeszłości... Czyżby ten Sammy też żył w latach czterdziestych? A gdyby tak było, to skąd znał go Frank? I dlaczego Hazel pomyślała, że on, Leo, to Sammy, skoro upłynęło tyle dziesięcioleci? W milczeniu skończyli napełniać torbę. Leo wepchnął ją do swojego pasa i torba znikła - straciła wagę i objętość - chociaż Leo wiedział, że ją odzyska, gdy tylko po nią sięgnie. Mógł nosić wszystko, co mieściło się w kieszeniach pasa. Uwielbiał ten pas na narzędzia. Żałował tylko, że kieszenie nie są na tyle duże, by zmieścić w nich piłę łańcuchową albo bazukę. Wstał i omiótł wzrokiem wyspę — wydmy jak rozjaśnione wybielaczem, płachty trawy i wielkie głazy obrośnięte solą jak szronem. -

Festus powiedział, że niebiański spiż jest gdzieś tu blisko, ale nie bardzo wiem

gdzie... -

Tam. - Wskazała ręką. - Jakieś pięćset metrów stąd.

-Skąd...? -

Kruszce. Jestem dzieckiem Plutona.

Leo przypomniał sobie, co powiedziała o złocie. -

Pożyteczny dar. Prowadź, Pani Wykrywaczko Metalu.

Słońce zaczęło zachodzić. Niebo pokryło się dziwną mieszaniną purpury i żółci. W innych okolicznościach Leo pewnie by się cieszył z przechadzki po plaży w towarzystwie ładnej dziewczyny, ale im dalej szli, tym bardziej się spinał. W końcu Hazel skręciła w

głąb lądu. -Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - zapytał. -Już blisko. Chodź. Tuż za wydmami zobaczyli kobietę. Siedziała na kamieniu pośrodku łąki. W pobliżu stał połyskujący czernią i chromem motocykl, ale w obu kołach miał powycinane wąskie trójkąty, tak że przypominały Pacmany. W tym stanie na pewno nie nadawał się do jazdy. Kobieta miała kręcone czarne włosy i była raczej koścista. Ubrana była w czarne skórzane spodnie motocyklisty, wysokie skórzane buty i krwistoczerwoną skórzaną kurtkę. Wyglądała trochę jak Michael Jackson, gdyby dołączył do klubu Heli's Angels. Ziemia wokół jej stóp była zasłana czymś, co przypominało skorupki. Pochylała się nad jakimś workiem, z którego co chwilę coś wyciągała i rozłamywała. Ostrygi? Leo raczej wątpił, by w Wielkim Jeziorze Słonym były ostrygi. Nie miał ochoty podchodzić bliżej. Miał złe doświadczenia z dziwnymi kobietami. Jego stara opiekunka Tía Callida okazała się Herą i miała brzydki zwyczaj wsadzania go na drzemkę do płonącego kominka. Kiedy miał osiem lat, bogini ziemi Gaja zabiła jego matkę, wzniecając pożar w warsztacie. W Sonomie bogini śniegu Chione próbowała go zamienić w mrożony koktajl mleczny. Ale Hazel ruszyła naprzód, więc nie miał wyboru - poszedł za nią. Kiedy się zbliżyli, dostrzegł niepokojące szczegóły. Kobieta miała zatknięty za pas zwinięty bicz. Na jej czerwonej kurtce widniał delikatny wzór: poskręcane gałęzie jabłoni, wśród których gnieździły się szkieleciki ptaków. A to, co kruszyła, nie było ostrygami, tylko ciasteczkami z wróżbą. Stos połamanych ciasteczek sięgał jej kostek. I wciąż wyjmowała zworka nowe, rozłamywała je i odczytywała wróżby. Większość odrzucała. Przy niektórych mruczała coś pod nosem, wyraźnie niezadowolona, po czym przesuwała palcem po karteczce, jakby ją wygładzała, a potem magicznie zamykała ciasteczko z powrotem i wrzucała je do stojącego obok koszyka. - Co pani robi? - zapytał bez namysłu Leo. Kobieta uniosła głowę. Leo tak szybko wciągnął powietrze do płuc, że o mało mu nie pękły.

-

Ciocia Rosa?

Wydawało się to niedorzeczne, ale ta kobieta wyglądała zupełnie jak jego ciotka. Miała ten sam szeroki nos z pieprzykiem z boku, te same zacięte usta i twarde spojrzenie. Ale to przecież nie mogła być Rosa. Ona nigdy by nie włożyła czegoś takiego, no i wciąż mieszkała w Houston. Nie rozłamywałaby ciasteczek z wróżbą pośrodku Wielkiego Jeziora Słonego. -

Tak mnie widzisz? - zapytała kobieta. - Ciekawe. A ty, Hazel?

-

Skąd pani... - Hazel cofnęła się. - Pani... pani wygląda jak pani Leer. Moja

nauczycielka w trzeciej klasie. Nienawidziłam pani. Kobieta zachichotała. -

Wspaniale. Czułaś do niej urazę, co? Była dla ciebie niesprawiedliwa?

-

Pani... ona... przyklejała mi taśmą ręce do ławki za złe zachowanie. Nazywała

moją matkę wiedźmą. Oskarżała mnie o wszystko, czego wcale nie zrobiłam i... Nie. Ona na pewno nie żyje. Kim pani jest? -

Och, Leo wie. Co myślisz o ciotce Rosie, mijo?

Mijo. Tak zawsze nazywała go matka. Po jej śmierci Rosa go odrzuciła. Nazwała go diabelskim nasieniem. Oskarżyła o wzniecenie pożaru, w którym zginęła jej siostra. Podburzyła przeciw niemu całą rodzinę i zostawiła - mizernego ośmioletniego sierotę na łaskę opieki społecznej. Leo błąkał się od jednego sierocińca do drugiego, aż w końcu znalazł dom w Obozie Herosów. Rzadko kogoś nienawidził, ale teraz, po tylu latach, twarz ciotki Rosy sprawiła, że zawrzała w nim złość. Co myślał? Pragnął wyrównać z nią rachunki. Chciał się zemścić. Przeniósł spojrzenie na motocykl z kołami w kształcie Pacmana. Gdzie już coś podobnego widział? Domek 16 w Obozie Herosów - nad drzwiami widniał symbol połamanego koła. -

Nemezis - powiedział. - Jesteś boginią zemsty.

-

Widzisz? — Bogini uśmiechnęła się do Hazel. — Rozpoznał mnie.

Nemezis rozłamała kolejne ciasteczko i zmarszczyła nos. -

Czeka cię wielkie szczęście, kiedy będziesz się tego najmniej spodziewać -

odczytała. - To są właśnie takie bzdury, których nie znoszę. Ktoś otwiera ciastko i czyta, że nagle będzie bogaty! Nie rozumiem Tyche. Włóczy się po świecie i zawsze obdarza

szczęściem ludzi, którzy na to nie zasługują! Leo spojrzał na pagórek połamanych ciasteczek. -

Ee... ale przecież wiesz, że to nie są prawdziwe przepowiednie, prawda? To tylko

świstki wpychane do ciasteczek w jakiejś fabryce... -

Nie próbuj tego usprawiedliwiać! - warknęła Nemezis. - To cała Tyche: dawać

ludziom nadzieję. Nie, nie. Muszę coś z tym zrobić. - Strzepnęła palcami nad karteczką i litery zrobiły się czerwone. - Umrzesz bolesną śmiercią właśnie wtedy, kiedy będziesz się tego spodziewać. O, teraz o wiele lepiej. -

To okropne! - oburzyła się Hazel. - Ktoś trafi na to ciasteczko... A co będzie, gdy

wróżba się sprawdzi? Nemezis uśmiechnęła się szyderczo. Na twarzy ciotki Rosy wyglądało to wyjątkowo odrażająco. -

Moja kochana Hazel, nie życzyłaś nigdy okropnych rzeczy pani Leer, kiedy podle

cię traktowała? -

Ale to nie znaczy, że chciałam, by się spełniły!

-

Ba! - Bogini zamknęła z powrotem ciasteczko i wrzuciła je do koszyka. - Tyche

to pewnie dla ciebie Fortuna, bo jesteś Rzymian-ką. Jest teraz w okropnym położeniu, jak cała reszta. A ja? Mnie to nie dotyczy. Mnie nazywają Nemezis zarówno po grecku, jak i po łacinie. Ja się nie zmieniam, bo zemsta jest czymś uniwersalnym. -

O czym ty mówisz? - zapytał Leo. -1 co tutaj robisz?

Nemezis otworzyła następne ciasteczko. -

Szczęśliwe numerki. To śmieszne! Tego nawet nie można nazwać szczęściem! -

Skruszyła ciastko i rozrzuciła resztki wokół siebie. -

A teraz odpowiem na twoje pytanie, Leonie Valdezie. Bogowie są w okropnym

położeniu. Tak jest zawsze, kiedy między wami, Rzymianami i Grekami, zanosi się na wojnę domową. Mieszkańcy Olimpu są rozdarci między swoimi dwiema naturami, wzywają ich obie strony. Obawiam się, że to rodzaj schizofrenii. Łupiący ból głowy. Dezorientacja. -

Ale my przecież ze sobą nie walczymy - upierał się Leo.

-

Mm, Leo... - Hazel skrzywiła się. - Tylko że niedawno rozwaliłeś kawał Nowego

Rzymu.

Leo spojrzał na nią, zastanawiając się, po czyjej ona jest stronie. -

Nie zrobiłem tego umyślnie!

-Wiem... ale Rzymianie nie wiedzą. I będą chcieli się na nas zemścić. Nemezis zachichotała. -

Leo, słuchaj, co ona mówi. Wojna wisi na włosku. Gaja już się o to postarała, z

twoją pomocą. A jak myślisz, kogo bogowie obwinią za swoje kłopotliwe położenie? Leo czuł w ustach smak węglanu wapnia. -

Mnie.

Bogini prychnęła. -

Nie ceń się aż tak. Jesteś tylko pionkiem na szachownicy, Leonie Valdezie. Mam

na myśli gracza, który wyprawił was na tę śmieszną misję, żeby Grecy i Rzymianie się spotkali. Bogini Hera... albo Junona, jeśli wolisz! Królowa niebios uciekła z Olimpu przed gniewem swojej rodziny. Nie spodziewaj się już żadnej pomocy ze strony twojej patronki! Leo miał w głowie zamęt. Hera budziła w nim mieszane uczucia. Wtrącała się w jego życie, odkąd był niemowlęciem, kształtując go, by służył jej celom w tej wielkiej przepowiedni, ale w końcu trzymała raczej jego stronę. Jeśli teraz zniknęła ze sceny... -

Więc po co tu jesteś? - zapytał.

-

Po co? Żeby wam zaoferować moją pomoc! - Nemezis uśmiechnęła się

szelmowsko. Leo zerknął na Hazel. Miała minę, jakby ktoś zaoferował jej żywego węża. -

Twoją pomoc - powtórzył.

-

Oczywiście! - zawołała bogini. - Uwielbiam burzyć wszystko, co pyszne i

potężne, a Gaja i jej giganci zasługują na utarcie nosa jak mało kto. Muszę was jednak ostrzec, że nie zniosę niezasłużonego sukcesu. Szczęście w życiu to lipa. Koło fortuny to piramida szczęścia dla naiwnych. Prawdziwy sukces wymaga ofiary. -

Ofiary? - powtórzyła Hazel napiętym głosem. - Straciłam matkę. Umarłam i

powróciłam na świat. Teraz zaginął mój brat. To dla ciebie za mało? Leo dobrze wiedział, o czym ona mówi. Chciał krzyknąć, że też stracił matkę. Całe jego życie było pasmem nieszczęść. Stracił swojego smoka Festusa. O mało się nie zabił, pracując nad „Argo II". Teraz zbombardował rzymski obóz, prawdopodobnie wzniecił

wojnę i być może utracił zaufanie przyjaciół. -

Akurat teraz - powiedział, starając się opanować - potrzebuję tylko trochę

niebiańskiego spiżu. -

Och, to nic trudnego - odrzekła bogini. - Jest tam, za wzniesieniem. Znajdziesz go

z zakochanymi. -

Zaraz - odezwała się Hazel. - Jakimi zakochanymi?

Nemezis wsadziła sobie do ust ciasteczko i połknęła je razem z wróżbą. -

Zobaczysz. I może się czegoś nauczysz, Hazel Levesque. Większość herosów nie

zmieni własnej natury, nawet jeśli dostaje szansę drugiego życia. - Uśmiechnęła się. - Co do twojego brata Nica, nie masz zbyt wiele czasu. Popatrzmy... mamy dwudziesty piąty czerwca, prawda? Tak, od jutra jeszcze sześć dni. A potem umrze, a z nim całe miasto Rzym. Hazel wytrzeszczyła oczy. -Jak... co...? -

A jeśli chodzi o ciebie, synu ognia... - zwróciła się do Leona. - Najgorsze jeszcze

przed tobą. Zawsze będziesz odludkiem, siódmym kołem. Nie znajdziesz miejsca wśród swoich braci. Wkrótce staniesz przed problemem, którego nie potrafisz rozwiązać. Ale mogę ci pomóc... za pewną cenę. Leo poczuł zapach dymu. Zdał sobie sprawę, że płoną palce jego lewej ręki, a Hazel patrzy na niego z przerażeniem. Wsunął rękę do kieszeni, żeby ugasić płomienie. -

Lubię sam rozwiązywać swoje problemy.

-

Twoja wola. - Nemezis strząsnęła okruszki ciastka ze swojej kurtki.

-Ale... mm... o jakiej cenie mówimy? Bogini wzruszyła ramionami. -

Jedno z moich dzieci niedawno wymieniło oko na możliwość dokonania

prawdziwej zmiany w świecie. Żołądek podszedł mu do gardła. -

Chcesz... mojego oka?

-

W twoim wypadku chodzi o inną ofiarę. Ale byłaby równie bolesna. - Wręczyła

mu nierozłamane ciasteczko z wróżbą. - Jeśli chcesz poznać odpowiedź, rozłam je. To

rozwiąże twój problem. Ręka, w której trzymał ciasteczko, zadrżała. -

Jaki problem?

-

Dowiesz się, gdy nadejdzie czas.

-

Nie, dzięki - powiedział stanowczo Leo, ale jego ręka sama wsunęła ciasteczko do

pasa na narzędzia. Nemezis wyjęła z worka jeszcze jedno ciasteczko i przełamała je. -

Wkrótce będziesz musiał na nowo przemyśleć swoje wybory. Och, to mi się

podoba. Nie trzeba niczego zmieniać. Zamknęła ciasteczko i wrzuciła do koszyka. -

Niewielu bogów zdoła wam pomóc w tej misji. Większość jest już bezradna, a ich

stan jeszcze się pogorszy. Tylko jedno mogłoby przywrócić jedność na Olimpie: pomszczenie dawnego zła. Ach, byłoby cudownie, gdyby szale w końcu się zrównoważyły! Ale do tego nie dojdzie, jeśli nie przyjmiecie mojej pomocy. -

Założę się, że nam nie wyjaśnisz, o czym mówisz - mruknęła Hazel. - Ani

dlaczego mój brat Nico ma przed sobą jeszcze tylko sześć dni życia. Albo dlaczego Rzym ma być zniszczony. Nemezis zachichotała. Wstała i zarzuciła worek z ciasteczkami na ramię. -

Och, to wszystko się ze sobą wiąże, Hazel Levesque. A ty, Leonie Valdezie,

zastanów się nad moją ofertą. Dobre z ciebie dziecko. Potrafisz ciężko pracować. Możemy razem coś zrobić. Ale za długo was tu zatrzymuję. Powinniście dotrzeć do zwierciadlanej sadzawki, ?anim się ściemni. Po zmroku mój biedny, przeklęty chłopak staje się bardzo... niespokojny. Leona zaniepokoiły te słowa, ale bogini wsiadła na motocykl. Najwidoczniej nadawał się jednak do jazdy mimo tych pacma-nowych kół, bo Nemezis kopnęła starter i znikła w obłoku czarnego dymu. Hazel pochyliła się. Zniknęły wszystkie połamane ciasteczka i karteczki z wróżbami, pozostał tylko jeden zmięty świstek. Podniosła go i odczytała: -

Zobaczysz swoje odbicie i będziesz miał powód do rozpaczy.

-

Super - mruknął Leo. - Chodźmy i zobaczmy, o co w tym chodzi.

VII LEO K.im jest ciocia Rosa? - zapytała Hazel. Leo nie miał ochoty o niej mówić. Słowa Nemezis wciąż dźwięczały mu w uszach. Jego pas wydawał się nieco cięższy, odkąd wsunął do niego ciasteczko - co przecież było niemożliwe. Do kieszeni pasa mógł włożyć wszystko, a waga nigdy się nie zmieniała. Nie łamały się w nim nawet najkruchsze przedmioty. A jednak wyczuwał ciasteczko, jakby ciągnęło go w dół, jakby tylko czekało, aż zostanie przełamane. -

To długa historia - powiedział. - Porzuciła mnie po śmierci mojej matki, oddała

mnie do opieki społecznej. -

Współczuję ci.

-

No... dobra. - Leo bardzo chciał zmienić temat. - A co z tobą? Co Nemezis

powiedziała o twoim bracie? Hazel zamrugała, jakby sól dostała się jej do oczu. -

Nico... To on odnalazł mnie w Podziemiu. Sprowadził mnie z powrotem na świat

i przekonał Rzymian w Obozie Jupiter, żeby mnie przyjęli. Zawdzięczam mu szansę drugiego życia. Jeśli Nemezis mówiła prawdę, on jest w niebezpieczeństwie... Muszę mu pomóc. -

Jasne — powiedział Leo, chociaż nie bardzo mu się to podobało. Wątpił, by

bogini zemsty zdarzało się udzielić rady z dobroci serca. - A co z tymi sześcioma dniami jego życia... i ze zniszczeniem Rzymu? Masz jakieś pojęcie, co to może znaczyć? -

Nie. Ale obawiam się...

Nie dokończyła, widocznie nie chciała dzielić się obawami. Wspięła się na jeden z największych głazów, żeby mieć lepszy widok. Leo próbował zrobić to samo i stracił równowagę. Hazel chwyciła go za rękę. Wciągnęła go na górę i znaleźli się na szczycie skały, trzymając się za ręce, twarzą w twarz. Oczy Hazel błyszczały jak złoto. „O złoto nietrudno" - powiedziała. Wątpił w to, zwłaszcza gdy na nią patrzył. Kim był ten Sammy? Dręczyło go niejasne poczucie, że powinien to wiedzieć, ale za nic nie potrafił umiejscowić tego imienia. Kimkolwiek był, miał szczęście, jeśli Hazel tak o nim myślała.

-

Hm, dzięki.

Puścił jej dłoń, ale nadal stali tak blisko siebie, że czuł ciepło jej oddechu. Z całą pewnością nie przypominała martwej osoby. -

Kiedy rozmawialiśmy z Nemezis - powiedziała niepewnym tonem - twoje ręce...

widziałam płomienie. -

Tak... To Hefajstosowa moc. Zwykle nad tym panuję.

-

Och.

Przycisnęła jedną dłoń do piersi, jakby miała złożyć przysięgę na wierność sztandarowi. Leo wyczuł, że chętnie by się od niego odsunęła, ale głaz był za mały. „Super" - pomyślał. - „Kolejna osoba uważa mnie za przerażającego dziwoląga". Rozejrzał się. Przeciwległy brzeg był zaledwie kilkaset metrów od nich. Dzieliły ich od niego wydmy i grupy głazów, ale nigdzie nie było ani śladu żadnej zwierciadlanej sadzawki. „Zawsze będziesz odludkiem" - powiedziała mu Nemezis. -„Siódmym kołem. Nie znajdziesz miejsca wśród swoich braci". Równie dobrze mogłaby mu wlać kwas do uszu. Sam doskonale wiedział, że jest dziwakiem i odludkiem. Spędził całe miesiące w Bunkrze Dziewiątym w Obozie Herosów, pracując nad okrętem, podczas gdy jego koledzy razem trenowali, razem siadali do stołu, razem grali w podchody, zdobywali nagrody, cieszyli się życiem. Nawet jego najlepsi przyjaciele, Piper i Jason, często traktowali go jak odludka. Odkąd zaczęli ze sobą chodzić, Leo nie mieścił się już w ich planie dnia. A trzeci jego przyjaciel, smok Festus, został zredukowany do zdobiącej dziób okrętu głowy, po tym jak podczas ich ostatniej przygody jego dysk kontrolny uległ zniszczeniu. Leo był bezradny, nie potrafił go naprawić. Siódme koło. Leo słyszał o „piątym kole" - nadprogramowej, bezużytecznej części wyposażenia. Pomyślał, że siódme koło musi być czymś jeszcze gorszym. Z początku sądził, że być może z tą misją rozpocznie nowe życie. Ciężka harówka przy budowie „Argo II" przyniesie owoce. Będzie miał sześcioro dobrych przyjaciół, którzy będą go cenić i podziwiać. Razem wyruszą o wschodzie słońca, by walczyć z gigantami. I może - takie były jego skryte nadzieje - może nawet znajdzie sobie wreszcie dziewczynę.

„Odrób lekcje" - zakpił z siebie w duchu. Nemezis miała rację. Należał do grupy siedmiorga herosów, ale nadal był osamotniony. Zbombardował Rzymian i jak dotąd sprawił tylko kłopot swoim towarzyszom. „Nie znajdziesz miejsca wśród swoich braci". -

Leo? - odezwała się łagodnie Hazel. - Nie bierz sobie do serca tego, co

powiedziała Nemezis. Spojrzał na nią ponuro. -

A jeśli to prawda?

-

Ona jest boginią zemsty. Może i jest po naszej stronie, ale istnieje po to, by

podsycać urazy. Leo bardzo by chciał tak łatwo odpędzać od siebie złe myśli. Ale nie potrafił. Oczywiście to nie wina Hazel. -

Trzeba iść - powiedział. - Zastanawiam się, czemu Nemezis radziła nam zdążyć

przed zmrokiem. Hazel zerknęła na słońce, które już dotykało horyzontu. -

1 kogo nazwała „przeklętym chłopakiem"?

Pod nimi rozległ się głos: -

Kogo nazwała przeklętym chłopakiem?

Z początku Leo nie zobaczył nikogo. Potem wzrok mu się wyostrzył. Zdał sobie sprawę z tego, że zaledwie kilka metrów od głazu stoi jakaś młoda kobieta. Ubrana była w typową grecką tunikę o barwie otaczających ich skał. Trudno było określić kolor jej rozwichrzonych włosów: były trochę brązowe, trochę blond, trochę szare, więc niemal zanikały na tle zeschłej trawy. Leo ją widział, ale z trudem skupiał na niej wzrok. Twarz miała ładną, ale niezapadającą w pamięć. Prawdę mówiąc, za każdym razem gdy mrugnął oczami, nie potrafił sobie przypomnieć, jak ona wygląda, i musiał się skupić, by ponownie ją odnaleźć. -

Hej - powiedziała Hazel. - Kim jesteś?

-

Kim jesteś? - odpowiedziała dziewczyna słabym głosem, jakby miała już dość

tego pytania. Hazel i Leo wymienili spojrzenia. W czasie misji herosi nigdy nie wiedzieli, na co lub na kogo trafią. Dziewięć razy na dziesięć było to niezbyt przyjemne spotkanie. Leo

wolałby nie mieć do czynienia z żadną wojowniczką ninja kamuflującą się barwami ziemi. -Jesteś tym przeklętym chłopcem, o którym wspomniała Nemezis? - zapytał. - Ale przecież jesteś dziewczyną. -Jesteś dziewczyną - odrzekła dziewczyna. -

Słucham?

-

Słucham - powiedziała dziewczyna żałosnym tonem.

-

Powtarzasz... - Leo urwał. - Och. Zaraz. Hazel, czy nie było jakiegoś mitu o

dziewczynie, która wszystko powtarza? -

Echo - powiedziała Hazel.

-

Echo - zgodziła się dziewczyna.

Przesunęła się, a barwa jej szaty dopasowała się do tła. Jej oczy miały teraz kolor słonej wody. Leo starał się skupić na jej rysach, ale nie zdołał. -

Nie pamiętam tego mitu - powiedział. - Zostałaś zaklęta, żeby powtarzać ostatnie

słowa, jakie usłyszałaś? -

Jakie usłyszałaś - powtórzyła Echo.

-

Biedaczka — powiedziała Hazel. - O ile pamiętam, to sprawka jakiejś bogini.

-

Sprawka jakiejś bogini - potwierdziła Echo.

Leo podrapał się po głowie. -

Ale to przecież było tysiące lat temu... Och. Jesteś jedną z tych śmiertelnych,

którzy powrócili na świat przez Wrota Śmierci. Naprawdę mam już serdecznie dosyć nadziewania się na umarlaków. -

Na umarlaków - powiedziała Echo takim tonem, jakby go ganiła.

Spostrzegł, że Hazel opuściła głowę. -

Och... przepraszam - mruknął. - Nie miałem tego na myśli.

-

Na myśli. - Echo wskazała na daleki brzeg wyspy.

-

Chcesz nam coś pokazać? - zapytała Hazel.

Zsunęła się na dół, a Leo za nią. Nawet z bliska trudno było Echo zobaczyć. Im dłużej się na nią patrzyło, tym bardziej stawała się niewidzialna. -

Jesteś prawdziwa? - zapytał. - To znaczy... masz ciało i krew?

-

Ciało i krew. - Dotknęła jego twarzy. Wzdrygnął się. Miała ciepłe palce.

-

Więc... musisz powtarzać wszystko?

-

Wszystko.

Leo nie mógł się powstrzymać od uśmiechu. -

To może być zabawne.

-

Zabawne - jęknęła.

-

Niebieskie słonie.

-

Niebieskie słonie.

-

Pocałuj mnie, głuptasie.

-

Głuptasie.

-

Hej!

-

Hej!

-

Leo - odezwała się Hazel - przestań się z niej nabijać.

-

Przestań się z niej nabijać - zgodziła się Echo.

-

No dobra, dobra - powiedział z żalem Leo. Nie co dzień spotykał kogoś z

wbudowanym modułem interkomunikacyjnym. -Więc co nam pokazujesz? Potrzebujesz naszej pomocy? -

Pomocy - potwierdziła z naciskiem Echo.

Skinęła na nich i pobiegła w dół zbocza. Leo widział przed sobą tylko ruch trawy i migotanie jej tuniki, gdy jej barwa zmieniała się i dopasowywała do skał. -

Lepiej się pospieszmy, bo ją zgubimy - stwierdziła Hazel.

No i napotkali problem - jeśli można tak określić gromadę pięknych dziewczyn. Echo zaprowadziła ich do porośniętej trawą kotlinki przywodzącej na myśl lej po wybuchu z małą sadzawką pośrodku. Wokół sadzawki pełno było nimf. W każdym razie Leo domyślał się, że to nimfy. Podobnie jak te w Obozie Herosów no-siły muślinowe suknie i były boso. Miały elfie rysy, a skórę w lekko zielonkawym odcieniu. Leo nie miał pojęcia, co one robią. Zbiły się w gromadę w jednym miejscu, twarzami do sadzawki, przepychając się, żeby mieć lepszy widok. Niektóre trzymały telefony komórkowe z aparatami, starając się zrobić zdjęcie ponad głowami innych. Leo jeszcze nigdy nie widział nimf z komórkami. Zastanawiał się, czy przypadkiem nie przyglądają się jakiemuś trupowi. Ale jeśli tak, to dlaczego podskakują i chichocą? -

Na co one patrzą? - zapytał na głos.

-

One patrzą - westchnęła Echo.

-

Nie dowiemy się, jeśli nie sprawdzimy. - Hazel ruszyła naprzód i zaczęła się

przepychać przez tłum. - Przepraszam. Wybaczcie mi. -

Hej! - zawołała jedna nimfa. - My byłyśmy tu pierwsze!

-

Tak - dodała druga, marszcząc nos. - A na was on na pewno nawet nie spojrzy.

Ta druga miała wymalowane na policzkach wielkie czerwone serca. Na muślinową sukienkę założyła koszulkę z napisem: OMG, I <3 N!!! -

Yy... ja w sprawie służbowej. - Leo starał się wypowiedzieć to oficjalnym tonem.

- Przepraszam. Dziękuję. Nimfy gderały, ale rozstąpiły się, by ukazać jakiegoś młodzieńca klęczącego na brzegu sadzawki i uporczywie wpatrzonego w wodę. Leo zwykle nie zwracał uwagi na wygląd innych chłopaków. Pewnie dlatego że najczęściej towarzyszył Jasonowi, który był wysoki, jasnowłosy, bardzo męski i w ogóle w niczym nie przypominał Leona. Przywykł, że dziewczyny nie zwracały na niego uwagi, a w każdym razie był pewny, że swoim wyglądem nie zainteresuje żadnej dziewczyny. Miał nadzieję, że pewnego dnia spodoba się którejś jego osobowość i poczucie humoru, chociaż jak dotąd jeszcze się to nie stało. Tym razem nie mógł nie zauważyć, że facet przy sadzawce jest wyjątkowo przystojny. Miał idealne rysy, z wargami i oczami, które były nieco kobiece, ale nie traciły nic z męskości. Ciemne włosy opadały mu na czoło. Mógł mieć siedemnaście albo dwadzieścia lat, trudno powiedzieć, ale zbudowany był jak tancerz - miał długie, kształtne ramiona i muskularne nogi, idealną postawę i promieniował królewskim spokojem. Ubrany był prosto, w dżinsy i koszulkę, a przez plecy miał przewieszony łuk i kołczan. Widać było, że od dawna nie używał tej broni. Strzały były zakurzone. U szczytu łuku pająk utkał sieć. Kiedy Leo podszedł bliżej, dostrzegł, że młodzieniec ma niezwykle złotą twarz. Słońce zachodziło i jego światło odbijało się od wielkiej blachy niebiańskiego spiżu leżącej na dnie sadzawki, otaczając Pana Przystojniaka ciepłą poświatą. Młodzieniec wyglądał na zafascynowanego swoim odbiciem w metalu. Hazel wzięła głęboki oddech. -Jest cudowny.

Wokół niej nimfy zapiszczały i zaklaskały, wyraźnie podzielając jej zdanie. -Jestem - mruknął jak we śnie młodzieniec, wciąż wpatrując się w wodę. - Jestem taki cudowny. Jedna z nimf pokazała ekran swojego iPhona. -Jego ostatnie wideo na YouTubie miało milion wyświetleń w ciągu godziny. Chyba połowa to moje! Inne nimfy zachichotały. -

Wideo na YouTubie? - zdziwił się Leo. - A co on w nim robił, śpiewał?

-

Nie, głuptasie! Kiedyś był księciem, wspaniałym łowcą i w ogóle. Ale mniejsza z

tym. Teraz jest po prostu... sam zobacz! Pokazała mu filmik. Było w nim dokładnie to, co sami widzieli: młodzieniec wpatrzony w swoje odbicie w sadzawce. -Jest taaaaaaki sexy! - powiedziała inna nimfa. Na jej koszulce widniał napis: PANI NARCYZ. -

Narcyz? - zapytał Leo.

-

Narcyz - zgodziła się smętnie Echo.

-

Och, to znowu tyl

Pani Narcyz próbowała odepchnąć Echo, ale w nią nie trafiła i w rezultacie popchnęła kilka innych nimf. -

Ty już miałaś swoją szansę, Echo! - powiedziała nimfa z iPho-nem. - Rzucił cię

cztery tysiące lat temu! Jesteś dla niego nikim. -

Nikim - powiedziała gorzko Echo.

-

Chwileczkę. — Hazel miała trudności z oderwaniem oczu od pięknego chłopca,

ale w końcu jej się udało. - Co tutaj się dzieje? Dlaczego Echo nas tutaj przyprowadziła? Jedna z nimf spojrzała wymownie w niebo. Trzymała w ręku mazak i pognieciony plakat z Narcyzem. -

Dawno temu Echo była nimfą taką jak my, ale była okropną paplą! Bez przerwy

plotkowała, bla, bla, bla. -

Wiem! - wrzasnęła inna nimfa. - Kto by to zniósł? Wczoraj powiedziałam

Kleopei... no wiesz, mieszka w głazie obok mnie... „Przestań plotkować, bo skończysz jak Echo". Kleopeja to straszna gaduła! Słyszałaś, co powiedziała o tej nimfie obłoku i

tym satyrze? -

Jasne! - odrzekła nimfa z plakatem. - No więc, w każdym razie, za karę za to

paplanie Hera przeklęła Echo, tak że od tej pory mogła tylko wszystko powtarzać, co dla nas było super. Ale potem Echo zakochała się w naszym cudownym chłopcu Narcyzie... jakby myślała, że on kiedykolwiek zwróci na nią uwagę. -

Na nią! - zawołało chórem z sześć nimf.

-

A teraz sobie wymyśliła, że jemu potrzeba pomocy - powiedziała Pani Narcyz. -

Po prostu powinna odejść. -

Powinna odejść - warknęła Echo.

-

Tak się cieszę, że Narcyz znowu żyje - powiedziała inna nimfa w szarej sukience,

która wypisała sobie czarnym flamastrem słowa: NARCYZ + LAIEA na całej długości obu rąk, od ramion po przeguby. - On jest super. I jest na moim terenie. -

Och, przestań, Laiea - powiedziała jej przyjaciółka. - To ja jestem nimfą

sadzawki. Ty jesteś nimfą skały. -

No dobra, ale ja jestem nimfą trawy - zaprotestowała inna.

-

Nie, to przecież oczywiste, że on tutaj przyszedł, bo lubi polne kwiaty! -

zaperzyła się inna. - A one są moje! Wszystkie nimfy zaczęły się kłócić, podczas gdy Narcyz gapił się w staw, nie zwracając na nie uwagi. -

Przestańcie! - ryknął Leo. - Moje panie, przestańcie! Muszę o coś zapytać

Narcyza. Nimfy powoli się uspokoiły i znowu zabrały do pstrykania zdjęć. Leo ukląkł przy pięknym młodzieńcu. -

No więc co jest grane, Narcyzie?

-

Mógłbyś się wynieść? - zapytał Narcyz sennym głosem. -Psujesz mi widok.

Leo spojrzał w wodę. Jego własne odbicie kołysało się obok odbicia Narcyza nad spoczywającym na dnie spiżem. Leo nie miał najmniejszej ochoty wpatrywać się w siebie. W porównaniu z Narcyzem wyglądał jak niewyrośnięty troll. Ale nie było żadnej wątpliwości, że ten metal był wykutą blachą niebiańskiego spiżu, mniej więcej okrągłą, o średnicy około półtora metra. Skąd ta blacha wzięła się w sadzawce, Leo nie wiedział. Niebiański spiż spadał na

ziemię w różnych dziwnych miejscach. Podobno w większości wypadków były to odpady z wielu pracowni jego taty. Hefajstos tracił cierpliwość, kiedy mu się coś nie udawało, i zrzucał skrawki do świata śmiertelników. Ta blacha może była tarczą dla jakiegoś boga, która się nie udała. Gdyby zabrać ją na okręt, wystarczyłaby do dokonania niezbędnych napraw. -

Masz rację, widok jest przedni - powiedział. — I chętnie się stąd wyniosę, ale czy

mógłbym zabrać ten kawał spiżu, jeśli nie jest ci potrzebny? -

Nie - odrzekł Narcyz. - Uwielbiam go. Jest wspaniały.

Leo rozejrzał się, sprawdzając, czy nimfy się śmieją. To musiał być dowcip. Ale nimfy z zapałem kiwały głowami, jakby się zgadzały ze swoim idolem. Tylko Hazel była zbulwersowana. Zmarszczyła nos, jakby uznała, że Narcyz pachnie gorzej, niż wygląda. -

Koleś - rzekł Leo do Narcyza - zdajesz sobie sprawę z tego, że gapisz się na

siebie w wodzie, nie? -

Jestem taki cudowny - westchnął Narcyz. Tęsknie wyciągnął rękę, by dotknąć

powierzchni wody, ale w ostatniej chwili się wstrzymał. - Nie, nie mogę poruszyć wody. To by zepsuło moje odbicie. O rany... jestem taki cudowny. -

No pewnie - mruknął Leo. - Ale jeśli wezmę ten spiż, nadal będziesz się widział

w wodzie. Albo... zobacz... - Sięgnął do swojego pasa na narzędzia i wyciągnął zwykłe lusterko wielkości monokla. - Możemy pohandlować. Narcyz niechętnie wziął lusterko i przyjrzał się z zachwytem swojemu odbiciu. -

Nawet ty nosisz moje zdjęcie? Nie dziwię się. Jestem cudowny. Dziękuję. -

Odłożył lusterko i ponownie wpatrzył się w sadzawkę. - Ja już mam swój o wiele lepszy portret. Na twoim jestem trochę wyblakły, nie uważasz? -

O bogowie, tak! — krzyknęła jakaś nimfa. - Narcyzie, ożeń się ze mną!

-

Nie, ze mną! - zawołała inna. - Podpiszesz się na moim plakacie?

-

Nie, na mojej koszulce!

-

Nie, na moim czole!

-

Nie, podpisz się na mojej...

-

Przestańcie! - warknęła Hazel.

-

Przestańcie - poparła ją Echo.

Echo znowu zniknęła Leonowi z oczu, ale teraz zdał sobie sprawę, że dziewczyna

klęczy przy drugim boku Narcyza i macha mu ręką przed twarzą, jakby próbowała wyrwać go z zachwytu nad samym sobą. Chłopak nawet nie mrugnął. Klub fanek Narcyza próbował odepchnąć Hazel na bok, ale ona wyciągnęła swój kawaleryjski miecz. -

Otrząśnijcie się! - krzyknęła.

-

On się nie podpisze na twoim mieczu - powiedziała z pogardą nimfa z plakatem.

-

Nie poślubi cię - dodała nimfa z iPhonem. -1 nie zabierzecie jego spiżowego

zwierciadła! Ono go tu trzyma! -Jesteście śmieszne - powiedziała Hazel. - Przecież on jest zajęty tylko sobą! I taki ktoś wam się podoba? -

Podoba - westchnęła Echo, wciąż machając mu ręką przed twarzą.

Nimfy westchnęły razem z nią. -

Jestem strasznie pociągający - oświadczył wyrozumiale Narcyz.

-

Narcyzie, posłuchaj. - Hazel wciąż trzymała miecz w gotowości. - Echo

przyprowadziła nas tutaj, żebyśmy ci pomogli. Prawda, Echo? -

Echo - powtórzyła Echo.

-

Kto? - zapytał Narcyz.

-Jedyna dziewczyna, która zamartwia się tym, co ci się przydarzyło. Pamiętasz, jak umierałeś? Narcyz zmarszczył brwi. -

Ja... nié. To niemożliwe. Jestem zbyt ważny, by umrzeć.

-

Umarłeś zapatrzony w siebie - powiedziała stanowczo Hazel. -Już sobie

przypomniałam ten mit. To Nemezis cię przeklęła, bo złamałeś tyle serc. Za karę zakochałeś się we własnym odbiciu. -

Tak bardzo się kocham - zgodził się Narcyz.

-

1 w końcu umarłeś - ciągnęła Hazel. - Nie wiem, która wersja tego mitu jest

prawdziwa. Bo albo się utopiłeś, albo zamieniłeś w kwiat wiszący nad wodą, albo... Echo, o którą chodzi? -

O którą chodzi? - powtórzyła z rozpaczą Echo.

Leo wstał. -

Mniejsza o to. Ważne, że znowu żyjesz, koleś. Masz drugą szansę. Nemezis nam

powiedziała. Możesz wstać i zająć się swoim nowym życiem. Echo próbuje cię ocalić. Możesz też zostać tutaj i gapić się w siebie, aż znowu umrzesz. -

Zostań tutaj! - wrzasnęły wszystkie nimfy.

-

Ożeń się ze mną, zanim umrzesz! - pisnęła jedna z nimf.

Narcyz potrząsnął głową. -

Ty po prostu chcesz mieć moje odbicie. Nie dziwię ci się, ale go nie dostaniesz.

Należy do mnie. Hazel westchnęła. Zerknęła na słońce, które szybko zachodziło. Potem wskazała mieczem na krawędź krateru. -

Leo, możemy chwilę pomówić?

-

Przepraszamy na moment - zwrócił się Leo do Narcyza. -Echo, chcesz z nami iść?

-

Iść - zgodziła się Echo.

Nimfy ponownie otoczyły Narcyza i znów zaczęły kręcić filmy i robić zdjęcia. Hazel odprowadziła ich nieco dalej, gdzie mogli swobodnie rozmawiać. -

Nemezis miała rację. Niektórzy półbogowie nie są w stanie zmienić swojej

natury. Narcyz tu pozostanie, dopóki znowu nie umrze. -

Nie - powiedział Leo.

-

Nie - zgodziła się skwapliwie Echo.

-

Ten spiż jest nam potrzebny - powiedział Leo. - Jeśli go stąd zabierzemy, to może

Narcyz jakoś się wyrwie z tej pułapki. Może Echo uda się go ocalić. -

Uda się go ocalić - powtórzyła z wdzięcznością Echo.

Hazel wbiła miecz w piasek. -

To może też rozwścieczyć kilkadziesiąt nimf. A Narcyz może sobie przypomnieć,

do czego służy łuk. Leo zastanowił się nad tym. Słońce już prawie zachodziło. Nemezis wspomniała, że po zapadnięciu ciemności Narcyz robi się bardzo niespokojny, pewnie dlatego że już nie może zobaczyć swojego odbicia. Leo nie chciał dociekać, co według bogini oznacza „bardzo niespokojny". Miał też niejakie doświadczenie w spotkaniach ze zwariowanymi nimfami. Nie zamierzał tego powtarzać. -

Hazel... - powiedział - a ten twój dar? Potrafisz tylko wyczuwać metale, czy

możesz je wzywać do siebie?

Zmarszczyła czoło. -

Czasem potrafię je wzywać. Nigdy nie próbowałam z czymś tak dużym jak ten

kawał niebiańskiego spiżu. Może dałabym radę przyciągnąć go przez ziemię, ale musiałabym być dość blisko. To wymaga wielkiego skupienia, no i może potrwać za długo. -

Za długo - ostrzegła Echo.

Leo zaklął. Miał już nadzieję, że po prostu wrócą na okręt, a Hazel teleportuje niebiański spiż z bezpiecznej odległości. -

No dobra. Musimy zaryzykować. Hazel, mogłabyś spróbować wezwać ten spiż

stąd, z tego miejsca? Żeby zapadł się w piasek i przebił do ciebie pod ziemią? Wtedy go złapiemy i pobiegniemy do okrętu. -

Ale Narcyz wciąż się w niego wpatruje. Przez cały czas.

-

Przez cały czas - potwierdziła Echo.

-

To już moja działka - rzekł Leo, chociaż już się zżymał na swój plan. - Echo i ja

dokonamy sabotażu. -

Sabotażu? - zdziwiła się Echo.

-

Wyjaśnię ci - obiecał Leo. - Zgoda?

-

Zgoda.

-

Super. A teraz miejmy nadzieję, że wyjdziemy stąd żywi.

VIII LEO Leo przygotował się psychicznie na całkowitą odmianę. Z pasa na narzędzia wyczarował trochę mocnych miętówek i parę spawalniczych gogli. Gogle to wprawdzie nie okulary słoneczne, ale musiały wystarczyć. Podwinął rękawy koszuli. Użył oleju do maszyn, by przylizać sobie włosy. W tylną kieszeń spodni wcisnął klucz francuski (choć nie bardzo wiedział po co) i poprosił Hazel, żeby na bicepsach wypisała mu markerem: SUPERCIACHO, z czaszką i skrzyżowanymi piszczelami. -

Coś ty wymyślił? - zapytała lekko zszokowana.

-

Staram się nie myśleć. Od myślenia mogę dostać świra. Skupiam się na tym, jak

zwędzić ten niebiański spiż. Echo, jesteś gotowa? -

Gotowa.

Leo wziął głęboki oddech. Ruszył z powrotem w stronę sadzawki. Miał nadzieję, że wygląda oszałamiająco, a w każdym razie nie na kogoś, kto cierpi na chorobę psychiczną. -

Leo jest najfajniejszy! - krzyknął.

-

Leo jest najfajniejszy! - powtórzyła ochoczo Echo.

-

Tak jest, dziecinko, sama popatrz!

-

Sama popatrz!

-

Z drogi przed królem!

-

Przed królem!

-

Narcyz jest słaby!

-

Słaby!

Nimfy rozbiegły się, wyraźnie zaskoczone. Leo niedbale machnął ręką, jakby mu przeszkadzały. -

Żadnych autografów, dziewczyny. Wiem, że chętnie byście się na mnie rzuciły,

ale nic z tego. Jestem dla was o wiele za dobry. Lepiej zajmijcie się tym paskudnym ciamajdą Narcyzem. To zero! -

Zero! - powtórzyła z entuzjazmem Echo.

Nimfy zajazgotały ze złością. -

Co ty wygadujesz? - zapytała jedna.

-

Sam jesteś zero! - dodała druga.

Leo poprawił sobie gogle i uśmiechnął się. Napiął bicepsy, chociaż nie miał wiele do napinania, i pokazał swój tatuaż: SUPER-CIACHO". Na razie udało mu się skupić na sobie uwagę nimf, chociaż Narcyz nadał wpatrywał się w swoje odbicie. -

Wiecie, jaki ten Narcyz jest brzydki? - zapytał Leo. - Jest tak brzydki, że kiedy się

urodził, jego matka pomyślała, że jest niedorozwiniętym centaurem... z końskim tyłkiem zamiast twarzy. Kilkanaście nimf wydało z siebie zduszone okrzyki. Narcyz zmarszczył brwi, jakby miał mgliste poczucie, że komar bzyka mu koło głowy. -

Wiecie, dlaczego na jego łuku jest pajęczyna? - ciągnął Leo. -Bo poluje nim na

gruszki na wierzbie, tylko jeszcze żadnej wierzby nie znalazł! Jedna z nimf parsknęła śmiechem. Jej towarzyszki poszturchiwały ją, żeby się uciszyła. Narcyz odwrócił się i łypnął na Leona. -

Kim jesteś?

-

Jestem wielkoformatowym dingolem, koleś! Jestem Leo Val-dez, bardzo

niegrzeczny chłopiec. A panie uwielbiają niegrzecznych chłopców. -

Uwielbiają niegrzecznych chłopców! - pisnęła z przekonaniem Echo.

Leo wyjął długopis i podpisał się na ramieniu jednej z nimf. -

Narcyz to niedojda! Jest tak słaby, że nie udźwignie chusteczki higienicznej. Jest

takim cieniasem, że hasło „cienias" w Wikipe-diijest opatrzone zdjęciem Narcyza... ale jest na nim tak brzydki, że nikt nie chce wystukać tego hasła. Narcyz ściągnął swoje idealne brwi. Barwa jego twarzy ze złotej przeszła w łososiową. Na chwilę całkowicie zapomniał o sadzawce, a Leo zobaczył, że kawał niebiańskiego spiżu zapada się w piasek. -

Co ty wygadujesz? - zapytał Narcyz. - Jestem zupełnie niesamowity. Wszyscy to

wiedzą. -

Niesamowity w robieniu z siebie głupola. Gdybym ja był takim dupkiem jak ty,

tobym się utopił. Ale... zaraz, ty już to zrobiłeś! Inna nimfa zachichotała. Potem jeszcze jedna. Narcyz wydał z siebie groźny pomruk, przez co troszkę zbrzydł. Tymczasem Leo puszył się, unosił brwi nad goglami i rozkładał

ramiona, zachęcając zebranych do aplauzu. -

Tak jest! Wszyscy razem: Leo jest wielki!

-

Leo jest wielki! - krzyknęła Echo.

Wmieszała się w tłum, a ponieważ trudno ją było zobaczyć, nimfy najwyraźniej sądziły, że to głos jednej z nich. -

O bogowie, jaki jestem piękny! - ryknął Leo.

-

Piękny! - wrzasnęła Echo.

-

On naprawdę jest fajny — ośmieliła się powiedzieć jedna z nimf.

-

1 słodki, chociaż taki mizerny - dodała inna.

-

Mizerny? - powtórzył Leo. - Skarbie, to ja wynalazłem mizerność. Mizerność to

nowy styl superseksowności. A JA JESTEM mizerny. Narcyz? To taki łamaga, że nie chcą go nawet w Podziemiu. Żadne widmo dziewczyny nie chciałoby się z nim umówić. -

Ojej - jęknęła jakaś nimfa.

-

Ojej! - zgodziła się z nią Echo.

-

Przestańcie! - Narcyz powstał. - To wszystko nie tak! Ten osobnik wcale nie jest

piękny, więc musi... - Przez chwilę szukał odpowiedniego słowa, bo prawdopodobnie już dawno nie mówił o czymś innym niż o sobie. - Musi nas oszukiwać. Wyglądało na to, że Narcyz nie jest kompletnie głupi. Na jego twarzy pojawił się cień zrozumienia. Znów odwrócił się do sadzawki. -

Spiżowe zwierciadło znikło! Moje odbicie! Oddajcie mi mnie!

-

Leo jest wielki! - pisnęła jedna z nimf, ale reszta ponownie skupiła uwagę na

Narcyzie. -

To ja jestem cudowny! - upierał się Narcyz. - On ukradł moje zwierciadło i

zamierzam stąd odejść, jeśli mi go nie odda! Rozległy-się zduszone okrzyki. Jedna z nimf pokazała coś ręką. -

Tam!

Hazel była już na szczycie krateru i biegła ile sił w nogach, ciągnąc za sobą wielki płat spiżu. -

Oddaj to! - krzyknęła jakaś nimfa.

-

Oddaj to - mruknęła Echo, prawdopodobnie wbrew woli.

-

Tak! - Narcyz zdjął swój łuk i wyciągnął strzałę z zakurzonego kołczanu. -

Pierwszą, która odbierze jej ten spiż, pokocham prawie tak jak samego siebie. Mogę nawet ją pocałować, zaraz po tym jak pocałuję moje odbicie! -

O bogowie! - wrzasnęły nimfy.

-

1 zabijcie tych półbogów! - dodał Narcyz, łypiąc uroczo na Leona. - Oni nie są

tak cudowni jak ja! Leo potrafił biec bardzo szybko, kiedy ktoś próbował go zabić. To przykre, ale miał w tym duże doświadczenie. Dogonił Hazel, co było łatwe, bo walczyła z dwudziestokilo-gramowym kawałem niebiańskiego spiżu. Chwycił za jeden bok blachy i zerknął przez ramię. Narcyz naciągnął cięciwę, ale strzała była tak stara i krucha, że połamała się w drzazgi. -

Au! - krzyknął z wdziękiem. - Mój manicure!

Zwykle nimfy potrafią bardzo szybko biegać - a przynajmniej potrafiły to nimfy z Obozu Herosów - ale te były obciążone plakatami, koszulkami i innymi gadżetami reklamującymi Narcyza. Poza tym nimfy nie najlepiej działają zespołowo. Wciąż na siebie wpadały, popychając się i potrącając. Echo też robiła swoje, biegnąc wśród nich, blokując każdą, która się nawinęła, i podstawiając im nogę. Mimo to szybko się zbliżały. -

Wezwij Ariona! - wydyszał Leo.

-

Już wezwałam!

Popędzili ku plaży. Dobiegli aż na brzeg i ujrzeli „Argo II", ale był za daleko, by do niego dopłynąć, nawet gdyby nie taszczyli niebiańskiego spiżu. Leo odwrócił się. Tłum nimf przebiegał już przez wydmy. Narcyz pędził na przedzie, trzymając łuk jak batutę kapelmistrza. Nimfy wyczarowały różne rodzaje broni. Jedne trzymały kamienie. Inne drewniane pałki przystrojone kwiatami. Kilka wodnych nimf miało niezbyt groźnie wyglądające pistolety na wodę, ale w ich oczach płonęła żądza mordu. -

O kurczę - mruknął Leo, wyczarowując ogień w palcach wolnej dłoni. - Uczciwa

walka to nie jest moja specjalność. -

Trzymaj niebiański spiż. - Hazel dobyła miecza. - Schowaj się za mną!

-

Schowaj się za mną! - powtórzyła Echo.

Kamuflażowa dziewczyna biegła teraz na czele gromady nimf.

Zatrzymała się tuż przed Leonem i rozłożyła ramiona, jakby chciała go sobą osłonić. -

Echo - wykrztusił Leo - jesteś bardzo dzielną nimfą.

-

Dzielną nimfą?

-Jestem dumny z tego, że mi kibicujesz. Jeśli wyjdziemy z tego cało, powinnaś zapomnieć o Narcyzie. -

Zapomnieć o Narcyzie? - powtórzyła niepewnym tonem.

-

Jesteś dla niego stanowczo za dobra.

Nimfy otoczyły ich półkolem. -

Oszustwo! - zawołał Narcyz. - Dziewczyny, oni mnie nie kochają! My wszyscy

kochamy mnie, prawda? -

Tak! - wrzasnęły nimfy, prócz jednej, w żółtej sukience, która pisnęła: - Leo jest

wielki! -

Zabić ich! - rozkazał Narcyz.

Nimfy rzuciły się do ataku, ale nagle piasek przed nimi eksplodował. Arion przygalopował znikąd, okrążając tłum tak szybko, że powstała burza piaskowa. Białe wapno obsypało nimfy, zalepiając im oczy. Hazel Wspięła się na siodło, podniosła spiż i wyciągnęła rękę do Leona. -

Nie możemy zostawić Echo! - powiedział Leo.

-

Zostawić Echo - powtórzyła nimfa.

Uśmiechnęła się i po raz pierwszy Leo zobaczył wyraźnie jej twarz. Była naprawdę ładna. Jej oczy były bardziej niebieskie, niż mu się przedtem wydawało. Jak mógł tego nie zauważyć? -

Dlaczego? - zapytał. - Chyba nie myślisz, że nadal możesz ocalić Narcyza...

-

Ocalić Narcyza - powiedziała z przekonaniem.

I nawet jeśli to było tylko echo, Leo czuł, że naprawdę tego chciała. Dostała drugą szansę w życiu i była zdecydowana ją wykorzystać, by ocalić ukochanego chłopaka mimo że był wyjątkowo beznadziejnym (chociaż wyjątkowo przystojnym) kretynem. Chciał zaprotestować, ale Echo podeszła o krok i pocałowała go w policzek, a potem łagodnie odepchnęła. -

Leo, właź! - zawołała Hazel.

Nimfy już ochłonęły. Powycierały sobie wapno z oczu, które teraz płonęły

zielonkawą wściekłością. Leo ponownie spojrzał na Echo, ale ta wsiąkła już w scenerię. -

No tak - powiedział z trudem, bo zaschło mu w gardle. - Dobra, w porządku.

Wspiął się na grzbiet konia za Hazel. Arion pognał przez jezioro. Słyszeli za sobą krzyk nimf i Narcyza, który wrzeszczał: -

Oddajcie mi mnie! Oddajcie mi mnie!

Leo przypomniał sobie, co Nemezis powiedziała o Echo i Narcyzie: „Może czegoś cię nauczą". Sądził, że miała na myśli Narcyza, ale teraz zaświtało mu w głowie, że nauczył się czegoś od Echo - niewidzialnej dla swoich sióstr, zmuszonej zaklęciem do kochania kogoś, kto miał ją w nosie. Siódme koto. Próbował otrząsnąć się z tej myśli. Przywarł do spiżowej blachy jak do tarczy. Przysiągł sobie, że nigdy nie zapomni twarzy Echo. Zasłużyła, by przynajmniej jedna osoba ją dostrzegła i doceniła. Zamknął oczy, ale wspomnienie jej uśmiechu już blakło.

IX PIPER Piper nie chciała zaglądać w Zwierciadło. Siedząc w kajucie Jasona i czekając, aż się przebudzi, poczuła się jednak bardzo samotna i bezradna. Twarz miał tak bladą, że wyglądała jak oblicze trupa. Pamiętała ten okropny dźwięk, gdy cegła ugodziła go w czoło. Został ranny tylko dlatego, że osłaniał ją przed Rzymianami. Udało im się wmusić w niego nektar i ambrozję, ale i tak nie była pewna, w jakim stanie się przebudzi. A jeśli ponownie utraci pamięć - ale tym razem pamięć o niej? Byłby to najokrutniejszy figiel spłatany jej przez bogów, a zaznała z ich strony wiele okrucieństwa. Słyszała, jak w sąsiedniej kajucie Gleeson Hedge nuci jakąś wojskową piosenkę może Stars and Stripes Forever? Telewizja satelitarna nie działała, więc satyr pewnie siedział na koi i czytał stare numery magazynu „Guns 8c Ammo". Nie był złym opiekunem, za to z całą pewnością był najbardziej wojowniczym starym kozłem, jakiego spotkała. Oczywiście była mu wdzięczna. Pomógł jej ojcu, aktorowi filmowemu Tristanowi McLeanowi, pozbierać się po tym, jak zeszłej zimy porwały go olbrzymy. Przed kilkoma tygodniami Hedge poprosił swoją dziewczynę Melię, żeby zajęła się domem McLeana, a sam wyruszył na misję. Hedge starał się robić wrażenie, że powrót do Obozu Herosów to jego własny pomysł, ale Piper podejrzewała, że coś się za tym kryje. W ciągu tych ostatnich paru tygodni, gdy telefonowała do domu, jej tata i Melia za każdym razem pytali, czy wszystko w porządku. Może jej głos brzmiał podejrzanie? Piper nie mogła opowiadać ojcu o swoich wizjach. Były zbyt przerażające. Zresztą i tak wypił już eliksir, który wymazał z jego pamięci wszystko, co wiązało się z faktem, że jego córka jest pół-boginią. Wciąż jednak wyczuwał, kiedy spotykały ją niepowodzenia, i była niemal pewna, że to on poprosił Hedgea, by ją odnalazł. Nie powinna wyciągać sztyletu. Poczuje się jeszcze gorzej. Lecz w końcu pokusa okazała się zbyt silna. Wyjęła Katoptris z pochwy. Nie

wyglądał jakoś wyjątkowo, był krótkim trójkątnym sztyletem z nieozdobioną rękojeścią, ale należał kiedyś do Heleny Trojańskiej. Katoptris, czyli Zwierciadło. Wpatrzyła się w spiżową klingę. Z początku widziała tylko swoje odbicie. Potem światło zafalowało na metalu. Ujrzała tłum rzymskich półbogów zgromadzony na forum. Przemawiał ten jasnowłosy i podobny do stracha na wróble Oktawian, wymachując pięścią. Nie słyszała go, ale domyślała się, o co mu chodzi. Musimy pozabijać tych Greków! Reyna, pretor obozu, stała z boku z twarzą spiętą od tłumionych emocji. Gorycz? Gniew? Trudno powiedzieć. Piper była przygotowana na to, że znienawidzi Reynę, ale wyszło inaczej. Podczas uczty na forum podziwiała jej opanowanie. Reyna domyśliła się, co Piper łączy z Jasonem. Jako dziecko Afrodyty Piper łatwo to wyczuła. A jednak przywódczyni Rzymian nie przestała być wobec niej uprzejma, nie straciła nad sobą panowania. Przedłożyła dobro obozu nad swoje emocje. Dała Grekom uczciwą szansę... aż do chwili gdy „Argo II" zaczął niszczyć jej miasto. Piper niemalże czuła się winna, że jest dziewczyną Jasona, chociaż to było głupie. Jason nigdy tak naprawdę nie był chłopakiem Reyny. Może Reyna nie była taka zła, ale teraz nie miało to znaczenia. Zmarnowali szansę na pokój. Perswazyjny czar Piper okazał się tym razem całkowicie nieskuteczny. Jej skryty lęk? Może za słabo się starała. Nigdy nie chciała zaprzyjaźnić się z Rzymianami. Zbyt martwiła się o to, że utraci Jasona, który powróci do swojego dawnego życia. Może podświadomie nie przyłożyła się dostatecznie do czarowania swoim głosem. Teraz Jason był ranny. Okręt prawie zniszczony. A wizja na ostrzu Zwierciadła mówiła wyraźnie, że ten dusiciel pluszowych misiów, Oktawian, rozbudza w Rzymianach żądzę wojny. Scena na klindze zmieniła się. Mignęła szybka seria epizodów, które już przedtem widziała, ale których wciąż nie rozumiała: galopujący na pole bitwy Jason, z oczami złotymi, a nie niebieskimi, jakaś kobieta w staromodnej balowej sukni, stojąca w nadmorskim parku z palmami, wyłaniający się z rzeki byk z twarzą brodatego mężczyzny, dwaj giganci w jednakowych żółtych togach, ciągnący za linę zawieszoną na

systemie bloków, wydobywający z jakiejś ciemnej dziury wielki spiżowy kocioł. A potem pojawiła się najgorsza scena. Ujrzała samą siebie z Jasonem i Percym; stali po pas w wodzie na dnie ciemnej, okrągłej komory, Piper drapała paznokciami ściany, chcąc stamtąd uciec, ale nie było dokąd. Woda sięgnęła ich piersi, Jason został wciągnięty pod wodę, Percy potknął się i zniknął. Czy dziecko boga morza może się utopić? Nie wiedziała, ale patrzyła na siebie w tej wizji, samotną i szamoczącą się w ciemności, aż woda przykryła jej głowę. Zamknęła oczy. „Nie pokazuj mi tego więcej" - błagała. - „Pokaż mi coś budzącego nadzieję". Zmusiła się, by ponownie spojrzeć na klingę. Tym razem zobaczyła pustą szosę przecinającą pola pszenicy i słoneczników. Na tabliczce był napis: TOPEKA 32. Na skraju drogi stał mężczyzna w szortach khaki i fioletowej koszulce obozowej. Twarz ocieniało mu szerokie rondo kapelusza oplecionego winoroślą. Trzymał srebrną czarę i przyzywał Piper gestem ręki. Zrozumiała, że chce jej coś dać - jakiś lek albo antidotum. -

Hej - wychrypiał Jason.

Piper tak się wzdrygnęła, że upuściła sztylet. -

Obudziłeś się!

-

A co, to takie dziwne? - Dotknął obandażowanej głowy i zmarszczył brwi. - Co...

co się stało? Pamiętam wybuchy i... -

Pamiętasz, kim jestem?

Próbował się roześmiać, ale skończyło się na bolesnym skrzywieniu. -

Kiedy ostatnio sprawdzałem, byłaś moją cudowną dziewczyną Piper. Chyba że

coś się zmieniło, odkąd straciłem przytomność. Piper prawie załkała z ulgi. Pomogła mu usiąść i podała odrobinę nektaru, opowiadając, co się wydarzyło. Wyjaśniała właśnie, w jaki sposób Leo chce naprawić okręt, gdy usłyszała stukot końskich kopyt nad ich głowami. Chwilę później Leo i Hazel stanęli w drzwiach, dźwigając między sobą wielki, płaski kawał kutego spiżu. -

Bogowie Olimpu... - Piper wytrzeszczyła oczy na Leona. -Co ci się stało?

Tłuste włosy miał zaczesane do tyłu. Na czole tkwiły mu gogle spawacza, na

policzku miał ślad szminki, a na ramionach i koszulce napisy: SUPERCIACHO, NIEGRZECZNY CHŁOPIEC i LEO JEST WIELKI. -

To długa historia - odpowiedział. - Tamci wrócili?

-

Jeszcze nie.

Leo zaklął. Potem dostrzegł siedzącego Jasona i twarz mu się rozjaśniła. -

Hej, koleś! Fajnie, że ci lepiej. Będę w maszynowni.

Wybiegł z kawałem spiżu, zostawiając Hazel w drzwiach. Piper spojrzała na nią, unosząc brwi. -

Leo jest wielki.

-

Spotkaliśmy Narcyza - odrzekła Hazel, co niewiele wyjaśniało. - A także

Nemezis, boginię zemsty. Jason westchnął. -

Najlepsza zabawa mnie ominęła.

Nad ich głowami coś głucho huknęło, jakby na pokładzie wylądowało jakieś ciężkie stworzenie. Annabeth i Percy już biegli korytarzem. Percy taszczył dymiące, dwudziestolitrowe plastikowe wiadro, które okropnie cuchnęło. Annabeth miała we włosach smugę czegoś czarnego i kleistego. Koszulka Percy'ego była tym cała umazana. -

Smoła dekarska? - zapytała Piper.

Za nimi pojawił się Frank, przez co w korytarzu zrobiło się ciasno od półbogów. Przez twarz biegła mu wielka krecha czarnej mazi. -

Wpadliśmy na smołowe potwory - wyjaśniła Annabeth. — Hej, Jason, jak to

dobrze, że się obudziłeś. Hazel, gdzie jest Leo? Hazel wskazała w dół. -

W maszynowni.

Nagle cały okręt przechylił się na lewą burtę. Wszyscy się zachwiali. Percy o mało nie wylał smoły z wiaderka. -

Uch, co to było? - zapytał.

-

Och... - Hazel wyraźnie się zmieszała. - Mogliśmy trochę rozzłościć nimfy, które

mieszkają w tym jeziorze. I to... wszystkie. -

Super. — Percy wręczył Frankowi i Annabeth wiaderko ze smołą. - Pomóżcie

Leonowi. Ja powstrzymam te wodne duchy, ile dam radę.

-

Robi się! - zawołał Frank.

Rozbiegli się wszyscy troje, pozostawiając Hazel w drzwiach kajuty. Okręt znowu się przechylił i Hazel złapała się za żołądek, jakby ją zemdliło. -Ja tylko... - Przełknęła ślinę, słabo machnęła ręką w stronę korytarza i wybiegła. Jason i Piper zostali pod pokładem, podczas gdy okrętem kołysało tam i z powrotem. Piper czuła się strasznie bezradna. Fale łomotały w kadłub, a z pokładu dochodziły gniewne głosy - Percy coś wykrzykiwał, trener Hedge ryczał na jezioro. Głowa Festusa zionęła parę razy ogniem. Hazel jęczała żałośnie w swojej kajucie. Z dołu, z maszynowni, dochodziły takie odgłosy, jakby Leo, Frank i Annabeth ćwiczyli irlandzki taniec z kowadłami przywiązanymi do podeszew. Po jakimś czasie, który wlókł się niemiłosiernie, motor zaskoczył. Wiosła zatrzeszczały i stęknęły i Piper poczuła, że okręt wznosi się w powietrze. Kołysanie i dygotanie kadłuba ustało. Słychać było tylko ciche brzęczenie maszynerii. W końcu Leo wyszedł z maszynowni. Cały był pokryty potem, wapiennym pyłem i smołą. Jego koszulka wyglądała, jakby ją wciągnęły stopnie ruchomych schodów i porwały na strzępy. Napis: LEO JEST WIELKI na jego piersi głosił teraz: LEO JEST. Z uśmiechem szaleńca oświadczył, że są bezpieczni. -

Spotkamy się w mesie za godzinę - dodał. - Zwariowany dzień, nie?

Kiedy wszyscy doprowadzili się do porządku, trener Hedge stanął za sterem, a półbogowie zgromadzili się w mesie na kolację. Po raz pierwszy wszyscy zasiedli razem - cała siódemka. Może ich obecność powinna Piper uspokoić, ale widok ich wszystkich w jednym miejscu uświadomił jej tylko, że Przepowiednia Siedmiorga właśnie zaczyna się sprawdzać. Nie będzie już czekania, aż Leo skończy budować okręt. Nie będzie miłych dni w Obozie Herosów, nie będzie udawania, że przyszłość jest wciąż daleko. Byli już w drodze, mając za sobą gromadę rozwścieczonych Rzymian, a przed sobą starożytne krainy. Giganci będą na nich czekać. Gaja się odradza. A jeśli ich misja się nie powiedzie, świat ulegnie zagładzie. Inni też musieli to odczuwać. Napięcie w mesie było niczym nabrzmiewanie burzy elektrycznej, a porównanie to nie było od rzeczy, biorąc pod uwagę talenty Percyego i Jasona. Już na samym początku doszło do niezręcznej sytuacji, gdy obaj chłopcy próbowali usiąść na tym samym krześle u szczytu stołu. Z palców dłoni Jasona

wystrzeliły iskry. Po krótkim zawahaniu - jakby obaj pomyśleli: „No co ty, stary?" oddali krzesło Annabeth, a sami usiedli przy stole naprzeciw siebie. Wymienili relacje z wydarzeń w Salt Lake City i na wyspie, ale nawet zabawna opowieść Leona o tym, jak wywiódł w pole Narcyza, nie zdołała poprawić im nastroju. -

To dokąd teraz? - zapytał Leo z ustami pełnymi pizzy. - Naprawiłem, co było

konieczne, żeby nas wydostać z jeziora, ale uszkodzeń wciąż jest sporo. Powinniśmy znowu wylądować i wszystko zreperować, zanim ruszymy przez Atlantyk. Percy zajadał placek, który z bliżej nieznanych powodów był całkowicie niebieski niebieskie było nadzienie, ciasto, a nawet smuga bitej śmietany na wierzchu. -

Musimy się oddalić od Obozu Jupiter - powiedział. - Frank wypatrzył jakieś orły

nad Salt Lake City. Wygląda na to, że Rzymianie są niedaleko. To nie poprawiło nastroju wokół stołu. Piper wolałaby milczeć, ale czuła się zobowiązana... i trochę winna. -

Ale czy nie powinniśmy wrócić i spróbować jakoś przekonać Rzymian? Może...

może nie przyłożyłam się dostatecznie do czaromowy? Jason wziął ją za rękę. -

To nie twoja wina, Pipes. Ani Leona - dodał szybko. - To wszystko sprawka Gai,

która chciała poróżnić oba nasze obozy. Piper była mu wdzięczna za wsparcie, ale nieprzyjemne uczucie pozostało. -

Może gdybyśmy im to wytłumaczyli...

-

Bez żadnych dowodów? - zapytała Annabeth. - I mimo że sami nie wiemy, co

właściwie się stało? Doceniam to, co powiedziałaś, Piper. I ja wolałabym mieć Rzymian po naszej stronie, ale dopóki nie pojmiemy, co Gaja zamierza, powrót to samobójstwo. -

Ona ma rację - zgodziła się Hazel. Wciąż była blada po ataku choroby morskiej,

ale spróbowała zjeść parę słonych krakersów. Brzeg jej talerza był wysadzany rubinami, a Piper była pewna, że nie było ich tam na początku kolacji. - Reyna może by nas wysłuchała, ale Oktawian nie. Rzymianie muszą dbać o swój honor. Zostali zaatakowani. I najpierw będą strzelać, a dopiero potem zadawać pytania. Piper zagapiła się w swój talerz. Na magicznych talerzach mogły się pojawić najróżniejsze potrawy z jarzyn. Szczególnie lubiła awokado i quesadillę z grillowaną papryką, ale tego wieczoru jakoś nie miała apetytu.

Pomyślała o wizjach, które zobaczyła na klindze sztyletu: Jason ze złotymi oczami, byk z ludzką głową, dwaj giganci w żółtych togach wyciągający spiżową kadź z jakiejś jamy. I to najgorsze: jak sama tonęła w czarnej wodzie. Zawsze lubiła wodę. Miała cudowne wspomnienia z surfowania ze swoim ojcem. Ale od kiedy zaczęła oglądać tę wizję na ostrzu Katoptrisa, coraz częściej myślała o pewnej starej indiańskiej legendzie, którą opowiadał jej dziadek, żeby przestrzec ją przed chodzeniem nad rzekę płynącą koło jego domku. Mówił, że Czirokezi wierzyli w dobre duchy wodne, podobne do greckich najad, ale wierzyli też w złe duchy wody, wodne ludojady, które polowały na ludzi za pomocą niewidzialnych strzał i szczególnie lubiły topić małe dzieci. -

Słusznie - powiedziała. - Musimy lecieć dalej. Nie tylko z powodu Rzymian.

Mamy mało czasu. Hazel pokiwała głową. -

Nemezis powiedziała, że mamy tylko sześć dni. Za sześć dni Nico umrze, a Rzym

zostanie zniszczony. Jason zmarszczył brwi. -

Chodzi o Rzym, nie o Nowy Rzym?

-

Chyba tak. Ale w takim razie mamy mało czasu.

-

Dlaczego sześć dni? - zastanawiał się Percy. -1 jak mają zniszczyć Rzym?

Nikt nie odpowiedział. Piper nie chciała mnożyć złych wiadomości, ale uznała, że musi to zrobić. -

Jest jeszcze coś. Widziałam różne rzeczy na moim sztylecie.

Frank zamarł z widelcem owiniętym spaghetti w połowie drogi do ust. -

Różne rzeczy, czyli...?

-

Trudno się połapać, o co w tym wszystkim chodzi, bo to były takie dziwaczne

migawki, ale zobaczyłam dwóch jednakowo ubranych gigantów. Może bliźniaków. Annabeth wpatrzyła się w magiczne wideo na ścianie, ukazujące Obóz Herosów. Teraz pokazywało salon w Wielkim Domu: w kominku trzaskał wesoły ogień, a na jego gzymsie smacznie chrapała wypchana głowa lamparta Seymoura. -

Bliźniacy, jak w przepowiedni Elli - powiedziała. - Gdybyśmy zdołali zrozumieć,

o co chodzi w tym zdaniu, mogłoby to coś wyjaśnić.

-

Córa mądrości samotnie kroczy... - zacytował Percy. - Znamię Ateny przez Rzym

ogniem się toczy. Annabeth, tu musi chodzić o ciebie. Junona powiedziała mi... no, powiedziała, że w Rzymie czeka cię ciężkie zadanie. I że wątpi, byś mu podołała. Ale jestem pewny, że się myli. Annabeth wzięła głęboki oddech. -

Reyna miała mi coś powiedzieć, na chwilę zanim okręt zaczął nas bombardować.

Mówiła, że wśród rzymskich pretorów krąży pewna stara legenda... coś w związku z Ateną. Powiedziała, że to może być przyczyną odwiecznej wrogości Greków i Rzymian. Leo i Hazel wymienili niespokojne spojrzenia. -

Nemezis mówiła coś podobnego - dodał Leo. - O starym sporze, który trzeba

rozstrzygnąć... -

O jednej rzeczy, która może pogodzić dwie natury boga - przypomniała sobie

Hazel. -1 o pomszczeniu starego zła. Percy nakreślił zmartwioną buźkę na swojej niebieskiej bitej śmietanie. -

Byłem pretorem zaledwie dwie godziny. Jasonie, słyszałeś kiedyś o takiej

legendzie? Jason wciąż trzymał Piper za rękę. Palce mu zwilgotniały. -Ja... ee, nie jestem pewny. Muszę pomyśleć. Percy zmrużył oczy. -

Nie jesteś pewny?

Jason nie odpowiedział. Piper chciała go zapytać, o co chodzi. Wyczuwała, że po prostu nie chce rozmawiać o tej starej legendzie. Spojrzał na nią i w jego oczach wyczytała: „Później". Milczenie przerwała Hazel. -

A co z resztą przepowiedni? - Obróciła swój wysadzany rubinami talerz. —Już

węszą mdły oddech anioła bliźnięta, pod którego strażą wiecznej śmierci pęta. -

Blednie olbrzymów zmora ozłocona - dodał Frank - z utkanego więzienia w bólu

uwolniona. -

Zmora olbrzymów - powiedział Leo. - Cokolwiek to znaczy, zmora olbrzymów

nam pasuje, nie? I chyba musimy ją odnaleźć. Jeśli to pomoże bogom pozbyć się rozdwojenia jaźni i zaczną działać razem, będzie fajnie. Percy pokiwał głową. -

Nie pokonamy gigantów bez pomocy bogów.

Jason zwrócił się do Franka i Hazel: -

Myślałem, że sami, we dwoje, zabiliście tego olbrzyma na Alasce bez pomocy

żadnego boga. -

Alkyoneus to szczególny przypadek - odrzekł Frank. - Był nieśmiertelny tylko

tam, gdzie się urodził, na Alasce. Ale już nie w Kanadzie. Chciałbym pozabijać wszystkich olbrzymów, przeciągając ich przez granicę między Alaską a Kanadą, ale... Wzruszył ramionami. - Percy ma rację. Potrzebna nam będzie pomoc bogów. Piper rozglądała się po ścianach. Bardzo żałowała, że Leo wyczarował na nich obrazy z Obozu Herosów. Były jak bramy do domu, przez które w żaden sposób nie można przejść. Patrzyła na ognisko Hestii, które zapłonęło pośrodku łąki, gdy w domkach pogasły światła po ogłoszeniu ciszy nocnej. Zastanawiała się, co czują rzymscy półbogowie, Frank i Hazel, gdy patrzą na te sceny. Nigdy nie byli w Obozie Herosów. Może wydawały im się obce, a może uważali, że powinien być też podgląd Obozu Jupiter? Wzbudzały w nich tęsknotę za własnym domem? Co oznaczają te słowa z przepowiedni? Czym może być „utkane więzienie"? W jaki sposób bliźnięta mogą wyczuwać oddech anioła? „Wiecznej śmierci pęta" też nie brzmiały zbyt optymistycznie. -

No więc... - Leo odsunął swoje krzesło od stołu. - Najpierw to, co najważniejsze.

Musimy rano wylądować, żeby dokończyć naprawę okrętu. -

W pobliżu jakiegoś miasta - zaproponowała Annabeth - bo może będą nam

potrzebne jakieś materiały. Ale gdzieś na uboczu, żeby Rzymianie zbyt łatwo nas nie wytropili. Wszyscy milczeli. Piper przypomniała sobie wizję na klindze sztyletu: dziwny mężczyzna w fioletowej koszulce, trzymający czarę i przyzywający ją do siebie. Stał przed znakiem z napisem: TOPEKA 32. -

Słuchajcie - powiedziała - a co myślicie o Kansas?

X PIPER Piper nie mogła zasnąć. Trener Hedge całą pierwszą godzinę ciszy nocnej chodził tam i z powrotem po korytarzu i ryczał: „Gasić światła! Kłaść się! Niech no ktoś spróbuje się wymknąć, to tak go zdzielę, że poleci na Long Island!" Walił kijem bejsbolowym w drzwi kajut, gdy tylko usłyszał jakiś hałas, wrzeszcząc, że wszyscy natychmiast mają iść spać, przez co nikł nie mógł zasnąć. Piper pomyślała, że satyr nie miał takiej uciechy od czasu, gdy był nauczycielem wuefu w Szkole Dziczy. Zagapiła się na spiżowe dźwigary na suficie. Kajuta była bardzo przytulna. Leo tak zaprojektował ich kwatery, że same wykrywały, jaka temperatura najbardziej odpowiada mieszkańcowi, więc nigdy nie było ani za zimno, ani za gorąco. Wypchane puchem pegaza materace i poduszki (żaden pegaz przy tym nie ucierpiał, zapewnił ją Leo) były naprawdę bardzo wygodne. Mosiężna lampa zwisała z sufitu, dając takie światło, jakiego sobie Piper zażyczyła. Boki lampy były podziurkowane, więc w nocy po ścianach przesuwały się konstelacje świetlistych refleksów. Obawiała się, że wcale nie zaśnie, bo zbyt wiele myśli kołatało się w jej głowie. Ale było coś uspokajającego w łagodnym kołysaniu się kadłuba i monotonnym szumie powietrznych wioseł, gdy okręt szybował przez niebo. W końcu powieki zaczęły jej ciążyć i zasnęła. Wydawało się, że minęły zaledwie sekundy, gdy obudził ją dzwon na śniadanie. -

Hej, Piper! - Leo już pukał do jej drzwi. - Lądujemy!

-

Lądujemy? - Usiadła, nie całkiem przytomna.

Leo otworzył drzwi i wsadził głowę do środka. Zasłaniał sobie oczy, co byłoby miłym gestem, gdyby nie zerkał przez palce. -

Możesz już pokazać się ludziom?

-

Leo!

-

Przepraszam. - Uśmiechnął się. - Hej, masz fajnych Power Rangersów na

piżamce. -

To nie są Power Rangersi! To czirokeskie orły!

-

No dobra. W każdym razie lądujemy parę mil za Topeką, zgodnie z życzeniem.

I... ee... - Zerknął na korytarz, po czym znowu wsadził głowę do środka. - Dzięki, że nie potraktowałaś mnie jak śmierdzące jajko za wczorajsze bombardowanie Rzymian. Piper przetarła oczy. Więc ta uczta w Nowym Rzymie była zaledwie wczoraj? -

Nie ma sprawy, Leo. Przecież nie byłeś sobą.

-

No tak... ale... nie musiałaś być aż tak lojalna.

-

Chyba żartujesz! Jesteś jak nieznośny młodszy braciszek, którego nigdy nie

miałam. Zawsze będę wobec ciebie lojalna. -

Ee... dzięki.

Z góry dobiegł ich ryk trenera Hedgea: -

Łajba cumuje! Kansas, ahoj!

-

Na Hefajstosa - mruknął Leo. - Powinien trochę podszlifować marynarską gwarę.

Lepiej pójdę na pokład. Piper zdążyła wziąć prysznic, ubrać się i porwać w przelocie precel z mesy, gdy maszyny okrętowe zahuczały głośniej w trybie lądowania. Wyszła na pokład i dołączyła do reszty załogi w chwili, gdy „Argo II" osiadł na polu słoneczników. Wiosła pochowały się w kadłubie. Trap sam się opuścił. Poranne powietrze pachniało wilgocią, rozgrzanymi roślinami i żyzną ziemią. Niezły zapach. Przypominał jej działkę dziadka Toma w Tahleąuah w Oklahomie, w indiańskim rezerwacie. Percy pierwszy ją zauważył. Uśmiechnął się do niej, co ją trochę zaskoczyło. Miał na sobie wyblakłe dżinsy i świeżą pomarańczową koszulkę Obozu Herosów, jakby nigdy nie opuszczał Greków. Pewnie to te nowe ciuchy poprawiły mu samopoczucie - oraz oczywiście fakt, że stojąc przy relingu, otaczał ramieniem Annabeth. Piper ucieszyła się, widząc Annabeth w lepszym nastroju, bo poza nią nie miała tak dobrej przyjaciółki. Annabeth zadręczała się przez całe miesiące myślą o utracie Percy'ego. Teraz, mimo że czekała ich tak niebezpieczna misja, przynajmniej go odzyskała. -

Hej! - Annabeth wyrwała jej precel z ręki i odgryzła kawałek, co Piper przyjęła z

uśmiechem. W Obozie Herosów wciąż dla żartu podkradały sobie śniadania. - To jesteśmy na miejscu. Co dalej? -

Chciałabym zbadać tę szosę. Znaleźć ten znak drogowy z napisem: TOPEKA 32.

Leo zatoczył koło swoim kontrolerem Wii i żagle same się zwinęły. -

To chyba gdzieś niedaleko - powiedział. - Festus i ja wyliczyliśmy miejsce

lądowania najlepiej, jak zdołaliśmy. Po co ci ten znak? Piper opowiedziała, co zobaczyła na klindze sztyletu - mężczyznę w fioletowej koszulce, z czarą w ręku. Nie wspomniała jednak o innej wizji: o tym, jak tonęła razem z Percym i Jasonem. Sama nie wiedziała, co to oznacza, a wszyscy byli w tak dobrym nastroju, że nie chciała go zepsuć. -

Fioletowa koszulka? - zapytał Jason. - Winorośle na kapeluszu? To mi wygląda

na Bachusa. -

Dionizosa - mruknął Percy. - Jeśli przebyliśmy taki kawał drogi, żeby spotkać się

z Panem D... -

Bachus nie jest taki zły - rzekł Jason. - Nie bardzo lubię jego wyznawców...

Piper wzdrygnęła się. Ona, Jason i Leo kilka miesięcy temu spotkali menady, które o mało co nie rozszarpały ich na kawałki. -

Ale sam bóg jest w porządku - ciągnął Jason. - Raz oddałem mu pewną przysługę

w krainie winnic. Percy miał wątpliwości. -

No dobra, może jako rzymski Bachus jest lepszy, ale dlaczego miałby się pałętać

w pobliżu Kansas? Czy Zeus nie zakazał bogom wszelkich kontaktów ze śmiertelnikami? Frank odchrząknął. Tego ranka miał na sobie niebieski dres, jakby szykował się do porannego biegu po polu słoneczników. -

Jak dotąd bogowie nie bardzo przestrzegali tego zakazu - zauważył. - A poza tym

jeśli są w tak schizofrenicznym stanie, jak mówiła Hazel... - 1 Leo - wtrącił Leo. Frank spojrzał na niego ze złością. -

...to kto wie, co właściwie knują mieszkańcy Olimpu? Może nam szykują jakiś

niezły pasztet. -

Zabrzmiało groźnie! - zgodził się ochoczo Leo. - No dobra... to wy się bawcie. Ja

zabiorę się za ten kadłub. Trener Hedge będzie naprawiał kusze. I... ee... Annabeth... przyda mi się twoja pomoc. Tylko ty jeszcze co nieco kumasz, jeśli chodzi o inżynierię. Annabeth spojrzała wymownie na Percy ego.

-

Ma rację. Powinnam zostać i mu pomóc.

-

Wrócę do ciebie. — Pocałował ją w policzek. - Obiecuję.

Tak im było ze sobą dobrze, że Piper poczuła ukłucie zazdrości w sercu. Oczywiście Jason był super, tylko że czasami wydawał się jakiś obcy. Jak ostatniego wieczoru, kiedy nie chciał rozmawiać o tej starej rzymskiej legendzie. Zbyt często sprawiał wrażenie, że wciąż wspomina dawne życie w Obozie Jupiter. Nie była pewna, czy kiedykolwiek będzie w stanie przedrzeć się przez tę barierę. Nie pomogła wyprawa do Obozu Jupiter ani poznanie Reyny. Nie pomagał fakt, że Jason założył dziś fioletową koszulkę - kolor Rzymian. Frank zdjął łuk z ramienia i oparł go o reling. -

To ja zamienię się w kruka i pofruwam po okolicy, żeby wypatrywać rzymskich

orłów. -

Dlaczego w kruka? - zapytał Leo. - Stary, skoro potrafisz zamienić się w smoka,

to rób to za każdym razem. To jest dopiero cool. Twarz Franka wyglądała jak oblana sokiem żurawinowym. -

Równie dobrze mógłbym zapytać, dlaczego nie wyciskasz maksymalnego ciężaru

za każdym razem, gdy podnosisz sztan-gę. Bo to jest bardzo trudne i można sobie zrobić krzywdę. Zamiana w smoka wcale nie jest łatwa. -

Och. - Leo pokiwał głową. - Nie wiedziałem. Nie targam ciężarów.

-

Widzę. Ale mógłbyś o tym pomyśleć, panie...

Hazel wkroczyła między nich. -

Pomogę ci, Frank - powiedziała, patrząc z wyrzutem na Leona. - Mogę przywołać

Ariona i powęszyć po okolicy. -

Oczywiście - odrzekł Frank, wciąż łypiąc spode łba na Leona. - Dobra, dzięki.

Piper zastanawiała się, co się dzieje między tą trójką. Chłopcy popisujący się przed Hazel i kpiący z siebie nawzajem - to było zrozumiałe. Ale mogłoby się zdawać, że Hazel i Leona coś w przeszłości łączyło, a przecież - o ile się nie myliła - poznali się dopiero wczoraj. Chyba że coś jeszcze się wydarzyło podczas ich wypadu na Wielkie Jezioro Słone - coś, o czym dotąd nie powiedzieli. Hazel zwróciła się do Percy'ego: -

Tylko bądźcie czujni. Wokoło same pola, pełno zbóż. Mogą tu grasować karpoi.

-

Karpoi? - zapytała Piper.

-

Duchy zbóż. Spotkanie z nimi nie należy do przyjemności.

Piper nie bardzo rozumiała, jak duchy zbóż mogą być groźne, ale Hazel powiedziała to tak przekonującym tonem, że zrezygnowała z dalszych pytań. -

No więc wyprawimy się we troje - powiedział Percy. - Ja, Jason i Piper. Nie

zachwyca mnie perspektywa spotkania z Panem D. Facet działa mi na nerwy. Ale, Jason, ty chyba jesteś z nim w lepszych stosunkach... -

Zgadza się. Jeśli go spotkamy, ja z nim pogadam. Piper, to twoja wizja.

Prowadzisz. Piper przeszył dreszcz. Widziała, jak wszyscy troje toną w ciemnej studni. Czy to ma się stać właśnie w Kansas? Na to się raczej nie zanosiło, ale kto wie? -

Oczywiście - odpowiedziała, starając się, by zabrzmiało to optymistycznie. -

Chodźmy, poszukajmy tej szosy. Po przebrnięciu pół mili przez nagrzane pola, pogryzieni przez komary i podrapani przez szorstkie liście słoneczników dotarli w końcu do szosy. Stary billboard stacji benzynowej Bubba's Gas 'n' Grub wskazywał, że od Topeki dzieli ich czterdzieści mil. -

Może się mylę - powiedział Percy - ale czy to nie oznacza, że mamy jeszcze

osiem mil do przejścia? Jason popatrzył na szosę, w jedną i drugą stronę. Dzięki magicznym właściwościom ambrozji i nektaru wyglądał o wiele lepiej. Nie był już taki blady, a blizna na czole prawie znikła. U pasa wisiał mu nowy gladius, który dała mu Hera w zimie. Większość facetów czułaby się niezręcznie, paradując w dżinsach z pochwą przywiązaną do pasa, ale u Jasona wyglądało to całkiem naturalnie. -

Żadnych samochodów... - zauważył. - No, ale chyba nie chcemy podróżować

autostopem? -

Nie - zgodziła się Piper, wpatrując się z niepokojem w szosę. -Już za długo

łazimy po tych polach. Ziemia to teren Gai. -

Hmm... -Jason strzelił palcami. - Mogę przywołać kumpla, żeby nas podwiózł.

Percy uniósł brwi. -

Tak? Ja też. Zobaczymy, czyj kumpel przybiegnie pierwszy.

Jason gwizdnął. Piper wiedziała, że zamierza w ten sposób przywołać Groma, ale

udało mu się to tylko trzy razy od ostatniej zimy, gdy spotkali tego ducha burzy w Wilczym Domu. Dzisiaj niebo było tak niebieskie, że trudno było spodziewać się sukcesu. Percy po prostu zamknął oczy i skupił się. Piper jeszcze nigdy nie przyglądała mu się uważniej. Po tym, co usłyszała o nim w Obozie Herosów - Percy Jackson to, Percy Jackson tamto - pomyślała, że wygląda... no, niezbyt atrakcyjnie, zwłaszcza przy Jasonie. Percy był szczuplejszy, troszkę niższy, miał nieco dłuższe, o wiele ciemniejsze włosy. Nie był w jej typie. Gdyby go spotkała w jakimś centrum handlowym, pewnie by pomyślała, że jeździ na desce - nawet słodki, choć niechlujny, trochę dziki, na pewno lubi pakować się w kłopoty. Trzymałaby się od niego z daleka. Miała dość kłopotów w życiu. Rozumiała jednak, że Percy może się podobać Annabeth, a już na pewno wiedziała, dlaczego jemu ta dziewczyna jest tak potrzebna. Jeśli ktokolwiek mógł nad nim zapanować, to tylko ona. Grzmot przetoczył się po czystym niebie. Jason uśmiechnął się. -

Zaraz tu będzie.

-

Za późno. - Percy wskazał na wschód, skąd leciał ku nim czarny, skrzydlaty

kształt, zataczając koła. W pierwszej chwili Piper pomyślała, że to Frank przemieniony w kruka. Potem uświadomiła sobie, że jest za duży jak na ptaka. -

Czarny pegaz? Jeszcze nigdy takiego nie widziałam.

Skrzydlaty rumak wylądował koło nich. Podbiegł do Percyego i musnął mu nosem twarz, po czym spojrzał z ciekawością na Piper i Jasona. -

Mroczny - powiedział Percy - to jest Piper i Jason. Przyjaciele.

Koń zarżał cicho. -

Ee... może później - odpowiedział Percy.

Piper słyszała, że Percy, jako syn końskiego boga Posejdona, potrafi rozmawiać z końmi, ale jeszcze nigdy nie widziała go w akcji. -

Czego Mroczny chce? - zapytała.

-

Donatów. Zawsze donatów. Może zabrać nas troje, jeśli...

Nagle zrobiło się zimno. Piper poczuła, że uszyją szczypią. Jakieś pięćdziesiąt metrów od nich szczyty słoneczników mierzwił wysoki na trzy piętra miniaturowy cyklon, jak w scenie z Czarnoksiężnika z Oz. Dotarł do szosy tuż obok Jasona i przybrał kształt konia - mglistego wierzchowca, przez którego tułów przebiegała błyskawica. -

Grom - powiedział Jason, uśmiechając się od ucha do ucha. -Dawno się nie

widzieliśmy, przyjacielu. Duch burzy stanął dęba i zarżał. Mroczny cofnął się nerwowo. -

Spokojnie, chłopcze - rzekł Percy. - To też przyjaciel. - Spojrzał z podziwem na

Jasona. — Niezły numer, Grace. Jason wzruszył ramionami. -

Zaprzyjaźniłem się z nim podczas naszej bitwy w Wilczym Domu. To wolny

duch, dosłownie, ale czasem godzi się udzielić mi pomocy. Percy i Jason wspięli się na swoje rumaki. Piper nigdy nie czuła się bezpiecznie na Gromie. Jazda pełnym galopem na zwierzęciu, które w każdej chwili może się zmienić w obłok pary, nieco ją peszyła. Chwyciła jednak wyciągniętą rękę Jasona i usiadła za nim na grzbiecie konia. Grom pognał po szosie, a Mroczny pofrunął nad nim. Na szczęście nie mijali żadnego samochodu, bo mogliby spowodować wypadek. W mgnieniu oka dotarli do kamienia milowego 32, który wyglądał dokładnie tak, jak go Piper zobaczyła w swojej wizji. Mroczny wylądował. Oba konie postukały kopytami w asfalt. Nie wyglądały na zadowolone z nagłego przerwania biegu, podczas gdy dopiero zaczęły się rozpędzać. Mroczny zarżał. -

Masz rację - powiedział Percy. - Ani śladu tego faceta od wina.

-

Słucham? - rozległ się głos gdzieś w polu.

Grom obrócił się tak szybko, że Piper o mało co z niego nie spadła. Lany pszenicy rozchyliły się i pojawił się mężczyzna z jej wizji. Nosił kapelusz z szerokim rondem opleciony winoroślą, fioletową koszulkę, szorty khaki, sandały i białe skarpetki. Miał może trzydzieści lat i niewielki brzuszek. Wyglądał jak facet, który nie zdaje sobie do końca sprawy, że studia się skończyły. -

Czy ktoś nazwał mnie przed chwilą „facetem od wina"? - zapytał, przeciągając

sylaby. - Wypraszam sobie. Jestem Bachus. Albo Pan Bachus. Albo Jego Wysokość

Bachus. Albo, czasami, O-Bogowie-Nie-Zabijaj-Mnie, Panie Bachusie. Percy rozkazał swojemu pegazowi podejść bliżej. Mroczny usłuchał z wyraźną niechęcią. -

Zmieniłeś się - powiedział Percy. - Zeszczuplałeś. Masz dłuższe włosy. I koszulkę

masz trochę mniej wyzywającą. Bóg wina spojrzał na niego spod przymrużonych powiek. -

O czym ty, do licha, mówisz? Kim jesteś i gdzie Ceres?

-

Ee... jaki serek?

-

On chyba ma na myśli Ceres - odezwał się Jason. - Bogini rolnictwa. U was

Demeter. - Skłonił głowę z szacunkiem przed bogiem. - Panie Bachusie, czy pan mnie pamięta? Pomogłem panu z tym zaginionym lampartem w Sonomie. Bachus podrapał się po szczeciniastym podbródku. -

Ach... tak. John Green.

-

Jason Grace.

-

Mniejsza z tym. Więc przysyła cię Ceres?

-

Nie, Panie Bachusie. A spodziewa się pan ją tutaj spotkać?

Bóg prychnął. -

No, przecież nie przybyłem do Kansas imprezować, mój chłopcze. Ceres

zaprosiła mnie tu na naradę wojenną. Gaja się odradza i zboża więdną. Szerzą się susze. Karpoi się burzą. Nawet moje winorośle nie są już bezpieczne. Ceres chce stworzyć jednolity front w wojnie roślin. -

W wojnie roślin - powtórzył Percy. - Chce pan uzbroić te wszystkie winogronka

w maleńkie strzelby? Bóg zmrużył oczy. -

My się znamy?

-

Poznaliśmy się w Obozie Herosów. Znam pana jako Pana D... Dionizosa.

-

Agh! - Bachus skrzywił się i przycisnął dłonie do skroni. Przez chwilę cały

zamigotał i nagle Piper ujrzała inną postać -grubszą, bardziej przysadzistą, w o wiele bardziej wyzywającej koszulce w cętki lamparta. A potem Bachus powrócił do dawnej postaci. -

Przestań! - zawołał. - Przestań o mnie myśleć po grecku!

Percy zamrugał. -

Ee... ale...

-

Masz w ogóle pojęcie, jak trudno jest utrzymać się w postaci widzialnej? Aż w

głowie łupie! Nigdy nie wiem, co robię i dokąd zmierzam! I wciąż zrzędzę! -

To chyba u pana normalne - powiedział Percy.

Nozdrza boga zadrgały. Jeden z liści na jego kapeluszu buchnął płomieniem. - Jeśli znamy się z tamtego obozu, to aż dziw, że jeszcze cię nie zamieniłem w delfina. -

Była o tym mowa - zapewnił go Percy. - Myślę, że jest pan zbyt leniwy, by to

zrobić. Piper obserwowała tę scenę z pełną grozy fascynacją, jakby oglądała zderzenie dwóch samochodów. Teraz zdała sobie sprawę z tego, że Percy dolewa oliwy do ognia, a Annabeth nie ma w pobliżu, żeby go uspokoić. Pomyślała, że jej przyjaciółka nigdy by jej nie wybaczyła, gdyby Percy powrócił z misji zamieniony w morskiego ssaka. -

Panie Bachusie! - zawołała, ześlizgując się z grzbietu Groma.

-

Piper, ostrożnie - powiedział Jason.

Rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie: „Nie wtrącaj się". -

Wybacz, że cię niepokoję, wielmożny panie - zwróciła się do boga - ale"

przybyliśmy tu, żeby prosić cię o radę. Pozwól nam skorzystać ze swojej niezwykłej mądrości. Wypowiedziała to uniżonym tonem, zabarwiając szacunkiem swoją czaromowę. Bóg zmarszczył brwi, ale purpurowy blask w jego oczach przygasł. -

Jesteś wygadana, dziewczyno. Chodzi o radę? Dobrze. Nie polecałbym karaoke.

Tematyczne przyjęcia w ogóle wyszły z mody. W tych surowych czasach ludzie pragną prostych, kameralnych spotkań z lokalnymi przekąskami i... -

Nie chodzi o przyjęcie - przerwała mu Piper - chociaż jest to niewiarygodnie

użyteczna rada, Panie Bachusie. Mieliśmy nadzieję, że pomoże nam pan w naszej misji. Opowiedziała o „Argo II" i o ich wyprawie mającej na celu powstrzymanie olbrzymów przed obudzeniem Gai. Powtórzyła, co powiedziała Nemezis: że za sześć dni Rzym zostanie zniszczony. Opisała wizję, którą zobaczyła na ostrzu sztyletu: Bachusa oferującego jej srebrną czarę.

-

Srebrną czarę? - Bóg nie był tym zbyt podekscytowany. Chwycił puszkę

dietetycznej pepsi-coli, która znikąd pojawiła się w powietrzu, i otworzył ją. -

Zwykle pije pan dietetyczną coca-colę - zauważył Percy.

-

Nie wiem, o czym mówisz - warknął Bachus. - A jeśli chodzi o tę wizję, młoda

damo, to mogę ci najwyżej zaproponować pepsi. Jupiter surowo zakazał mi częstować winem nieletnich. To kłopotliwe, ale nic na to nie poradzę. Co do gigantów, to dobrze ich znam. Walczyłem w pierwszej wojnie gigantów. -

Potrafi pan walczyć? - zapytał Percy.

Piper wolałaby, żeby w jego głosie nie było tyle niedowierzania. Dionizos warknął. Puszka z napojem zamieniła się-w półtorametrową laskę oplecioną bluszczem, z szyszką sosnową na szczycie. -

Tyrs! - krzyknęła Piper, mając nadzieję odwrócić uwagę boga, zanim zdzieli

Percyego w głowę. Widziała już taką broń w rękach szalejących nimf i teraz jej widok specjalnie jej nie przeraził, ale udała, że robi na niej wrażenie. - Och, cóż to za potężna broń! -

Zaiste - zgodził się Bachus. - Cieszę się, że ktoś w waszej grupie ma olej w

głowie. Ta szyszka to przerażające narzędzie zniszczenia! Sam byłem półbogiem w pierwszej wojnie gigantów. Synem Zeusa! Jason wzdrygnął się. Może niezbyt zachwyciła go myśl, że praktycznie rzecz biorąc, Facet od Wina to jego starszy brat. Bachus zamachnął się laską i o mało nie stracił równowagi pod ciężarem swojego brzucha. -

Oczywiście to było na długo przed tym, jak wynalazłem wino i stałem się

nieśmiertelny Walczyłem ramię w ramię z bogami i pewnym innym półbogiem... to był chyba Harry Cleese. -

Herakles? - podpowiedziała mu uprzejmie Piper.

-

Jakoś tak. W każdym razie zabiłem olbrzyma Efialtesa i jego brata Otisa. Straszne

chamidła. Obaj dostali szyszką po mordzie! Piper wstrzymała oddech. Kilka myśli wpadło jej jednocześnie do głowy: wizje na sztylecie, wersy przepowiedni, o których dyskutowali poprzedniego wieczoru. Poczuła się jak kiedyś, kiedy nurkowała z ojcem, a on przetarł jej maskę pod wodą. Nagle

wszystko stało się o wiele jaśniejsze. -

Panie Bachusie - powiedziała, starając się opanować podniecenie - ci dwaj

giganci, Efialtes i Otis... czy oni czasem nie byli bliźniakami? -

Hmm? - Bóg był bardzo zajęty wymachiwaniem swoim tyr-sem, ale pokiwał

głową. - Tak, byli bliźniakami. Zgadza się. Piper spojrzała na Jasona. Była pewna, że on też o tym pomyślał. Już węszą mdły oddech anioła bliźnięta. Na klindze Zwierciadła zobaczyła dwóch olbrzymów w żółtych szatach, wyciągających kadź z głębokiej jamy. -

Właśnie dlatego tu jesteśmy - powiedziała Bachusowi. - Jesteś częścią naszej

misji! Bachus zmarszczył czoło. -

Wybacz, dziewczyno. Nie jestem już półbogiem. Nie biorę udziału w misjach.

-

Ale gigantów mogą zabić tylko współpracujący herosi i bogowie. Jesteś teraz

bogiem, a ci dwaj giganci, których musimy pokonać, to Efialtes i Otis. Myślę... myślę, że czekają na nas w Rzymie. Chcą jakoś zniszczyć miasto. Ta srebrna czara z mojej wizji... może to był symbol twojej pomocy. Musisz nam pomóc zabić tych gigantów! Bachus obrzucił ją gniewnym spojrzeniem i zrozumiała, że źle dobrała słowa. -

Dziewczyno - rzekł chłodno — ja niczego nie muszę. A poza tym pomagam tylko

tym, którzy złożą mi odpowiedni hołd, czego nikt nie dokonał od wielu, wielu stuleci. Mroczny zarżał niespokojnie. Piper nie miała do niego o to żalu. W niej słowo „hołd" też wzbudziło lęk. Pamiętała menady, oszalałe towarzyszki Bachusa, które potrafiły rozerwać niewierzących na strzępy gołymi rękami. I to wówczas, gdy były w dobrym nastroju. Percy wypowiedział pytanie, które bała się zadać: -

Jaki hołd?

Bachus pogardliwie machnął ręką. -

Nic takiego, na co byłoby cię stać, bezczelny Greku. Ale udzielę wam darmowej

rady, bo ta dziewczyna ma jakieś maniery. Odnajdźcie syna Gai, Forkisa. Zawsze nienawidził swojej matki, zresztą nie dziwię mu się. Nie przepadał też za swoim rodzeństwem, tymi bliźniakami. Znajdziecie go w mieście nazwanym po tej bohaterce -

Atalancie. Piper zawahała się. -

Masz na myśli Atlantę?

-

Zgadza się.

-

Ale ten Forkis... - odezwał się Jason. - On jest gigantem? Tytanem?

Bachus roześmiał się. -

Ani tym, ani tym. Szukajcie słonej wody.

-

Słonej wody... - powtórzył Percy. - W Atlancie?

-

Tak. Słuch ci szwankuje? Jeśli ktokolwiek może wam coś powiedzieć o Gai i jej

bliźniakach, to tylko Forkis. Ale uważajcie na niego. -

Co pan chce przez to powiedzieć? - zapytał Jason.

Bóg spojrzał na słońce, które było już wysoko. -

Ceres się spóźnia? Trochę to do niej niepodobne, chyba że wyczuła jakieś

zagrożenie w okolicy. Albo... - Twarz mu nagle stężała. - Albo pułapkę. No, na mnie już czas! I na waszym miejscu też bym już ruszał! -

Panie Bachusie, niech pan zaczeka! - zaprotestował Jason.

Bóg zamigotał i znikł z odgłosem podobnym do tego, który wydaje otwierana puszka z napojem gazowanym. Wiatr zaszeleścił w słonecznikach. Konie poruszyły się nerwowo. Mimo że dzień był suchy i gorący, Piper przeszedł dreszcz. Zimno... Annabeth i Leo też mówili o uczuciu zimna... -

Bachus ma rację - powiedziała. - Lepiej się stąd zabierajmy...

-

Za późno - rozległ się senny głos, buczący ze wszystkich pól wokół nich i

rezonujący w ziemi u stóp Piper. Percy i Jason dobyli mieczy. Piper, stojąca między nimi na szosie, zamarła ze strachu. Moc Gai wydawała się promieniować ze wszystkich stron. Słoneczniki obróciły się do nich kwiatami. Kłosy pszenicy pochyliły się ku nim jak milion kos. -

Witajcie na moim przyjęciu - zamruczała Gaja. Jej głos przypominał Piper

odgłosy wydawane przez rosnące zboże: trzeszczący, syczący, nieustający dźwięk, który tak często słyszała w chacie dziadka Toma w spokojne noce w Oklahomie. -

Co wam Bachus powiedział? - szydziła bogini. - Proste, kameralne spotkanie z

lokalnymi przekąskami? Tak. Jeśli chodzi o moje przekąski, to planuję dwie: krew półbogini i krew półboga. Piper, moja droga, wybieraj, który heros umrze razem z tobą. -

Gajo! - zawołał Jason. - Przestań się kryć w pszenicy. Pokaż się nam!

-

Co za brawura - syknęła Gaja. -Ale ten drugi, Percy Jackson, też jest pociągający.

Wybieraj, Piper McLean, albo sama to zrobię. Serce Piper waliło jak młotem. Gaja zamierza ją zabić. To jej nie zaskoczyło, ale o co chodzi z tym wyborem jednego z chłopców? Czyżby chciała kogoś puścić wolno? To musi być podstęp. -Jesteś szalona! - zawołała. - Nikogo nie będę dla ciebie wybierać! Nagle Jason wydał zduszony okrzyk i wyprostował się w siodle. -Jason! Co ci się stało...? Bóg zamigotał i znikł z odgłosem podobnym do tego, który wydaje otwierana puszka z napojem gazowanym. Wiatr zaszeleścił w słonecznikach. Konie poruszyły się nerwowo. Mimo że dzień był suchy i gorący, Piper przeszedł dreszcz. Zimno... Annabeth i Leo też mówili o uczuciu zimna... -

Bachus ma rację - powiedziała. - Lepiej się stąd zabierajmy...

-

Za późno - rozległ się senny głos, buczący ze wszystkich pól wokół nich i

rezonujący w ziemi u stóp Piper. Percy i Jason dobyli mieczy. Piper, stojąca między nimi na szosie, zamarła ze strachu. Moc Gai wydawała się promieniować ze wszystkich stron. Słoneczniki obróciły się do nich kwiatami. Kłosy pszenicy pochyliły się ku nim jak milion kos. -

Witajcie na moim przyjęciu - zamruczała Gaja. Jej głos przypominał Piper

odgłosy wydawane przez rosnące zboże: trzeszczący, syczący, nieustający dźwięk, który tak często słyszała w chacie dziadka Toma w spokojne noce w Oklahomie. -

Co wam Bachus powiedział? - szydziła bogini. - Proste, kameralne spotkanie z

lokalnymi przekąskami? Tak. Jes'li chodzi o moje przekąski, toplanuję dwie: krewpółbogini i krewpółboga. Piper, moja droga, wybieraj, który heros umrze razem z tobą. -

Gajo! - zawołał Jason. - Przestań się kryć w pszenicy. Pokaż się nam!

-

Co za brawura - syknęła Gaja. — Ale ten drugi, Percy Jackson, też jest

pociągający. Wybieraj, Piper McLean, albo sama to zrobię. Serce Piper waliło jak młotem. Gaja zamierza ją zabić. To jej nie zaskoczyło, ale o co chodzi z tym wyborem jednego z chłopców? Czyżby chciała kogoś puścić wolno? To musi być podstęp. -Jesteś szalona! - zawołała. - Nikogo nie będę dla ciebie wybierać! Nagle Jason wydał zduszony okrzyk i wyprostował się w siodle. -Jason! Co ci się stało...? Spojrzał na nią z góry, twarz miał upiornie spokojną. Jego oczy nie były już niebieskie. Płonęły złotem. -

Percy, na pomoc! - Piper ześliznęła się z Groma.

Ale Percy już odjechał. Zatrzymał się na szosie jakieś dziesięć metrów od niej i zawrócił pegaza. Uniósł miecz i wycelował ostrzem w Jasona. -Jeden z nas umrze - wycedził Percy nieswoim głosem. Był to głuchy i pusty dźwięk, jakby ktoś szeptał z wnętrza lufy armatniej. -Ja dokonam wyboru - odrzekł Jason takim samym pustym głosem. -

Nie! - ryknęła Piper.

Wokół niej zatrzeszczały i zasyczały pola, śmiejąc się głosem Gai, gdy Percy i Jason natarli na siebie z gotowymi do ciosu mieczami.

XI PIPER Gdyby nie konie, już byłoby po Piper. Jason i Percy natarli na siebie, ale Grom i Mroczny ociągały się na tyle, że -zdążyła uskoczyć w bok. Przetoczyła się na skraj szosy i spojrzała za siebie, oszołomiona i przerażona, gdy chłopcy skrzyżowali miecze, złoto przeciw spiżowi. Trysnęły iskry. Klingi zamigotały cios i jego odparowanie - a ziemia zadrżała. Pierwsza wymiana ciosów trwała zaledwie sekundę, ale Piper wprost nie mogła uwierzyć w szybkość ich mieczy. Konie odskoczyły od siebie - Grom grzmiąc w proteście, Mroczny łopocząc skrzydłami. - Przestańcie! — krzyknęła Piper. Na chwilę Jason jakby otrzeźwiał, słysząc jej głos. Zwrócił na nią złote oczy i Percy to wykorzystał, godząc w niego mieczem. Dzięki bogom obrócił miecz - może celowo, a może przypadkiem - i trafił go płazem w pierś, ale siła uderzenia była tak duża, że Jason spadł ze swojego wierzchowca. Mroczny odbiegł galopem, gdy zaskoczony Grom stanął dęba. Duch burzy pomknął w pole słoneczników i znikł w obłoku pary. Percy z pewnym trudem zdołał zawrócić pegaza. -

Percy! - wrzasnęła Piper. - Jason to twój przyjaciel! Odrzuć broń!

Percy opuścił ramię z mieczem. Piper być może udałoby się przemówić mu do rozsądku, ale na nieszczęście Jason podniósł się z ziemi. Ryknął. Z czystego błękitnego nieba strzeliła błyskawica. Piorun odbił się od jego gladiusa i zwalił Percy ego z pegaza. Mroczny zarżał i pogalopował w pole pszenicy. Jason natarł na Percy'ego, który leżał na plecach w dymiącym ubraniu. Przez jedną straszną chwilę Piper nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wydawało się jej, że Gaja szepce: „Musisz wybrać jednego. Może niech Jason go zabije". -

Nie! - krzyknęła. - Jason, stój!

Zamarł, czubek jego miecza zawisł w powietrzu półtora centymetra od twarzy Percy'ego. Odwrócił się do niej, złoty blask w jego oczach zamigotał niepewnie. -

Nie mogę. Jeden z nas musi umrzeć.

Coś w tym głosie... to nie była Gaja. To nie był Jason. Ktokolwiek to był, mówił z pewnym trudem, jakby angielski był dla niego językiem obcym. -

Kim jesteś? - zapytała Piper.

Jego usta wykrzywiły się w upiornym uśmiechu. -

Jesteśmy ejdolonami. Odrodzimy się.

-

Ejdolonami...? - Piper myślała gorączkowo. W Obozie Herosów uczyła się o

najróżniejszych rodzajach potworów, ale ta nazwa nie brzmiała znajomo. - Jesteś... jesteś jakimś duchem? -

On musi umrzeć.

Ponownie zwrócił się w stronę Percy'ego, ale ten odzyskał już przytomność. Błyskawicznie podkurczył nogę i kopnął Jasona, zwalając go z nóg. Głowa Jasona uderzyła w asfalt z ohydnym stukiem. Percy wstał. -

Przestań! - krzyknęła ponownie Piper, ale tym razem w jej głosie nie było czaru.

Krzyczała w czystej rozpaczy. Percy uniósł Orkana nad piersią Jasona. Gardło Piper ścisnęło się ze strachu. Chciała rzucić się na Percyego ze sztyletem, ale wiedziała, że to nic nie da. Ktokolwiek nim owładnął, posiadł również wszystkie jego umiejętności. Nie było szansy, by pokonała go w walce. Skupiła się. Wlała cały gniew w swój głos. -

Ejdolonie, wstrzymaj się.

Percy zamarł. -

Odwróć się do mnie - rozkazała Piper.

Syn boga morza odwrócił się. Oczy miał złote zamiast zielonych, twarz bladą i okrutną, zupełnie niepodobną do twarzy Percyego. -

Nie wybrałaś, więc on umrze.

-Jesteś duchem z Podziemia. Nawiedziłeś ciało Percy ego Jacksona. Zgadza się? Percy zaśmiał się szyderczo. -

Odrodzę się w tym ciele. Matka Ziemia obiecała. Pójdę, dokąd będę chciał,

zawładnę, kim zechcę. Ogarnęła ją fala zimna. „Leo... to samo stało się z nim. Ejdo-lon nim zawładnął".

To coś w ciele Percyego roześmiało się posępnie. -

Za późno to zrozumiałaś. Nie powinnaś ufać nikomu.

Jason wciąż się nie poruszał. Piper nie mogła mu pomóc, nie mogła go ocalić. Za Percym coś zaszeleściło w pszenicy. Piper dostrzegła czubek czarnego skrzydła, a Percy zaczął się odwracać w stronę tego odgłosu. -

Nie zwracaj na to uwagi! - krzyknęła. - Patrz na mnie!

Percy usłuchał. -

Nie możesz mnie powstrzymać. Zabiję Jasona Grace.

Za jego plecami z pszenicy wyłonił się czarny pegaz, poruszając się zadziwiająco ostrożnie jak na tak duże zwierzę. -

Nie zabijesz go - powiedziała Piper rozkazującym tonem. Ale nie patrzyła na

Percy ego. Patrzyła w oczy pegazowi, nasycając swoje słowa całą mocą woli i mając nadzieję, że Mroczny zrozumie. - Ogłuszysz go. Czaromowa podziałała na Percy ego. Poruszył niepewnie mieczem. -

Ja... go ogłuszę?

-

Och, wybacz. - Piper uśmiechnęła się. - Nie mówiłam do ciebie.

Pegaz zarżał i ugodził go kopytem w głowę. Percy runął na asfalt obok Jasona. -

Och, bogowie! - Piper podbiegła do chłopców. — Mroczny, chyba go nie zabiłeś,

co? Pegaz parsknął. Piper nie znała końskiego, ale pomyślała, że powiedział: „Daj spokój. Znam własną siłę". Groma nigdzie nie było widać. Widocznie powrócił tam, gdzie przebywają duchy burzy podczas bezchmurnych dni. Piper zbadała Jasona. Oddychał spokojnie, ale dwa uderzenia w głowę w ciągu dwóch dni musiały mu zaszkodzić. Potem obejrzała głowę Percy'ego. Nie dostrzegła krwi, tylko rosnący szybko wielki guz w miejscu, w które ugodziło go kopyto konia. -

Trzeba ich zabrać z powrotem na okręt - powiedziała pegazowi.

Mroczny kiwnął łbem na znak, że zrozumiał. Ukląkł, żeby Piper mogła wciągnąć Percy'ego i Jasona na jego grzbiet. Nie było to łatwe (nieprzytomni chłopcy byli bardzo ciężcy), ale w końcu się udało. Sama dosiadła pegaza, który wzbił się w powietrze i

skierował ku okrętowi. Pozostali byli trochę zaskoczeni, kiedy Piper powróciła na pegazie z dwoma nieprzytomnymi herosami. Frank i Hazel zajęli się Mrocznym, a Annabeth i Leo pomogli Piper przenieść chłopców do izby chorych. -

Jeśli tak dalej pójdzie, to wkrótce zabraknie nam ambrozji -gderał trener Hedge,

opatrując im rany. - Dlaczego nigdy mnie nie zabieracie na te wypady? Piper usiadła przy Jasonie. Czuła się już dobrze po łyku nektaru i odrobinie wody, ale wciąż martwiła się o chłopców. -

Leo, okręt już gotów do lotu? - zapytała.

-

Tak, ale...

-

Kurs na Atlantę. Później ci wyjaśnię.

-

Ale... no dobra.

Wybiegł. Annabeth też z nią nie dyskutowała. Była zbyt zajęta badaniem rany w kształcie podkowy na głowie Percy ego. -

Kto go tak urządził? - zapytała.

-

Mroczny.

-

Co?!

Piper spróbowała jej to wyjaśnić, podczas gdy trener Hedge smarował głowy chłopców jakąś maścią. Nigdy nie miała zaufania do jego uzdolnień medycznych, ale tym razem chyba zastosował coś skutecznego, a może duchy, które nimi owładnęły, wzmocniły ich odporność, w każdym razie obaj jęknęli i otworzyli oczy. Po kilku minutach siedzieli już na swoich kojach i mówili pełnymi zdaniami. Obaj mieli bardzo mętne wspomnienia z tego, co się wydarzyło. Kiedy Piper opisała ich pojedynek na szosie, Jason skrzywił się. -

Znokautowany dwa razy w ciągu dwóch dni - mruknął. - Taki już los herosa. -

Spojrzał z zakłopotaniem na Percy ego. - Wybacz, stary. Nie chciałem cię walnąć. Koszulka Percyego była upstrzona wypalonymi dziurami. Włosy miał jeszcze bardziej rozczochrane niż zwykle. Mimo to roześmiał się słabo. -

Nie pierwszy raz dostałem w łeb. Kiedyś twoja starsza siostra przywaliła mi

całkiem nieźle w obozie.

-

No tak... ale mogłem cię zabić.

-

Albo ja ciebie - odrzekł Percy.

Jason wzruszył ramionami. -

Może, gdyby w Kansas był jakiś ocean.

-

Nie potrzebuję oceanu, żeby...

-

Chłopcy - przerwała im Annabeth - nie wątpię, że obaj z łatwością byście się

pozabijali. Ale teraz musicie trochę odpocząć. -

Najpierw coś zjedzmy, dobrze? - powiedział Percy. - No i musimy pogadać.

Bachus powiedział coś, co... -

Bachus? - Annabeth uniosła rękę. - W porządku. Dobra. Musimy pogadać. W

mesie. Za dziesięć minut. Powiem pozostałym. I błagam cię, Percy... przebierz się. Cuchniesz, jakby cię stratował elektryczny koń. Leo przekazał ster trenerowi Hedgeowi, który przyrzekł, że nie skieruje okrętu do najbliższej bazy wojskowej „dla zabawy". Zebrali się wokół stołu jadalnego i Piper opowiedziała, co się wydarzyło na szosie przy znaku: TOPEKA 32 - o ich rozmowie z Bachusem, o pułapce zastawionej przez Gaję i o ejdolonach, które opętały chłopców. -

Oczywiście! - Hazel uderzyła dłonią w stół, aż przestraszony Frank wypuścił z

ręki swoje burrito. - To samo stało się z Leonem! -

Więc to nie moja wina - ucieszył się Leo. - To nie ja rozpętałem trzecią wojnę

światową. Po prostu opętał mnie jakiś zły duch. Co za ulga! -

Ale Rzymianie o tym nie wiedzą - powiedziała Annabeth. - _ I dlaczego mieliby

uwierzyć nam na słowo? -

Możemy porozumieć się z Reyną - zaproponował Jason. -Ona nam uwierzy.

Wypowiedział jej imię tak, jakby to była lina ratownicza łącząca go z przeszłością. Piper ogarnęło przygnębienie. Jason zwrócił się do niej z nadzieją w oczach. -Ty mogłabyś ją przekonać, Pipes. Jestem pewny, że tobie by się udało. Piper poczuła się tak, jakby cała krew spłynęła jej do stóp. Współczujące spojrzenie Annabeth mówiło: „Chłopcy są tacy tępi". Nawet Hazel się skrzywiła. -

Mogłabym spróbować - powiedziała bez zapału. - Ale to Oktawian mnie martwi.

Na klindze mojego sztyletu widziałam, jak podburzał tłum Rzymian. Nie jestem pewna, czy Reyna zdołałaby go powstrzymać. Jason sposępniał. Gaszenie jego entuzjazmu nie sprawiło Piper żadnej przyjemności, ale pozostali Rzymianie - Hazel i Frank -kiwnęli głowami. -

Racja - powiedział Frank. - Kiedy po południu poszliśmy na zwiad, znowu

widzieliśmy rzymskie orły. Były daleko, ale szybko się zbliżały. Oktawian wkroczył na wojenną ścieżkę. Hazel skrzywiła się. -1 to jest właśnie ta szansa, której zawsze pragnął. Spróbuje przejąć władzę. Jeśli Reyna się sprzeciwi, Oktawian powie, że tchórzy przed Grekami. A te orły... Chyba mogą nas wywęszyć. -

Mogą - przyznał Jason. - Rzymskie orły tropią półbogów lepiej niż potwory. Ten

okręt to nasza kryjówka, ale nie przed wszystkimi. Nie przed nimi. Leo zabębnił palcami w stół. -

Super. Powinienem zainstalować zasłonę dymną, dzięki której okręt cuchnąłby

wielkimi nuggetsami z kurczaka. Następnym razem przypomnijcie mi o tym. Hazel zmarszczyła brwi. -

Co to są nuggetsy z kurczaka?

-

O kurczę... - Leo pokręcił głową z niedowierzaniem. - No tak. Nie było cię na

świecie przez jakieś siedemdziesiąt lat. No więc, moja panno, nuggetsy z kurczaka... -

Nieważne - przerwała mu Annabeth. - Rzecz w tym, że będzie nam bardzo trudno

wyjaśnić Rzymianom, co się naprawdę stało. A nawet jeśli nam uwierzą... -

Masz rację. - Jason wychylił się do przodu. - Powinniśmy lecieć dalej. Gdy już

pokonamy Atlantyk, będziemy bezpieczni... W każdym razie pozbędziemy się legionu. Powiedział to tak smętnym tonem, że Piper nie wiedziała, czy mu współczuć, czy się obrazić. -

Skąd ta pewność? - zapytała. - Niby dlaczego nie mieliby nas dalej ścigać?

Potrząsnął głową. -

Słyszałaś, co Reyna mówiła o tych starożytnych krainach. Są zbyt niebezpieczne.

Rzymskim półbogom od pokoleń nie wolno ich odwiedzać. Nawet Oktawian nie mógłby złamać tego zakazu.

Frank przełknął kawałek burrito z takim trudem, jakby w ustach zmienił mu się w tekturę. -

No więc jeśli my tam dotrzemy...

-

Będziemy zdrajcami wyjętymi spod prawa - przyznał Jason. -Każdy rzymski

heros będzie miał prawo zabić nas bez ostrzeżenia. Tym bym się jednak nie przejmował. Po drugiej stronie Atlantyku nie będą nas ścigać. Będą przekonani, że zginiemy na Morzu Śródziemnym... na Mare Nostrum. Percy wycelował w niego swoim kawałkiem pizzy. -

Ty, panie, jesteś promykiem słońca.

Jason milczał. Inni spuścili głowy, wpatrując się w swoje talerze. Wszyscy prócz Percy'ego, który ze smakiem zajadał pizzę. Piper nie miała pojęcia, gdzie mu się to wszystko mieści. Miał apetyt jak satyr. -

Więc lećmy dalej - powiedział - i postarajmy się nie zginąć. Pan D... Bachus...

rany, czy muszę go teraz nazywać Panem B.? W każdym razie wspomniał o tych bliźniakach z przepowiedni Elli. O dwóch gigantach. Otis i... ee... to się chyba zaczynało na F? -

Efialtes - powiedział Jason.

-

Dwaj giganci... Jak w wizji Piper... - Annabeth przesunęła palcem po brzegu

swojego kubka. - Pamiętam opowieść o dwóch bliźniakach gigantach. Próbowali wedrzeć się na Olimp, zwalając na kupę góry. Frank o mało się nie zakrztusił. -

No, fajnie. Olbrzymy, które budują z gór jak z klocków. I mówicie, że Bachus

pozabijał ich szyszką zatkniętą na kiju? -

Coś w tym rodzaju - powiedział Percy. - Ale tym razem chyba nie możemy liczyć

na jego pomoc. Zażądał hołdu i dał wyraźnie do zrozumienia, że to coś, czego nie zniesiemy. Zapadło milczenie. Piper słyszała, jak na pokładzie trener Hedge śpiewa Błow theMan Down, z tym że chyba nie znał słów, więc wyśpiewywał głównie: „Bla-bla-umde-dam-dam". Nie mogła się pozbyć wrażenia, że Bachus naprawdę chciał im pomóc. Ci dwaj giganci byli w Rzymie. Mieli coś, czego potrzebowali półbogowie - coś w kadzi ze spiżu.

Cokolwiek to było, czuła, że kryje się w tym sposób na zamknięcie Wrót Śmierci... Pod którego strażą wiecznej śmierci pęta... Była też przekonana, że nie zwyciężą gigantów bez pomocy Bachusa. I jeśli nie dokonają tego w ciągu pięciu dni, Rzym zostanie zniszczony, a Nico, brat Hazel, umrze. Z drugiej strony gdyby się okazało, że wizja Bachusa oferującego jej srebrną czarę jest fałszywa, to może te pozostałe wizje też się nie sprawdzą - zwłaszcza ta, w której ona, Percy i Jason toną. Może miało to tylko jakieś symboliczne znaczenie. „Krew półbogini - powiedziała Gaja - i krew półboga. Piper, moja droga, wybieraj, który heros umrze razem z tobą". -

Chce dwojga z nas - mruknęła Piper.

Wszyscy na nią spojrzeli. Piper nie znosiła być w centrum zainteresowania. Mogło to być dość dziwne jak na córkę Afrodyty, ale widziała przecież, jak przez całe lata borykał się ze swoją sławą jej ojciec. Pamiętała, jak Afrodyta uznała ją przy ognisku przed całym obozem, zaczarowując przy tym w królową piękności. Był to najbardziej kłopotliwy moment w jej życiu. I nawet tutaj, w towarzystwie tylko sześciorga półbogów, poczuła się teraz nieswojo. „To moi przyjaciele" - powiedziała sobie. - „To normalne". Miała jednak dziwne poczucie... że patrzy na nią więcej niż sześć par oczu. -

Dzisiaj, na szosie, Gaja powiedziała mi, że pragnie krwi tylko dwojga półbogów.

Ona... ona kazała mi wybierać, który z chłopców ma umrzeć. Jason ścisnął jej dłoń. -

Ale żaden z nas nie umarł. Ocaliłaś nas.

-

Wiem. Ale... dlaczego tego chciała?

Leo cicho zagwizdał. -

Słuchajcie, pamiętacie Wilczy Dom? Naszą ulubioną lodową księżniczkę Chione?

Mówiła o przelaniu krwi Jasona... że jego krew skala to miejsce na całe pokolenia. Może krew półboga ma podobną moc. - Och... Percy odłożył na talerz trzeci kawałek pizzy. Odchylił się do tyłu i wpatrzył w przestrzeń, jakby dopiero teraz odczuł skutki kopnięcia w głowę przez konia. -

Percy? - Annabeth chwyciła go za ramię.

-

Och, niedobrze - mruknął. - Niedobrze. Bardzo niedobrze. - Spojrzał przez stół na

Franka i Hazel. - Pamiętacie Polybotesa? -

Tego olbrzyma, który napadł na Obóz Jupiter? - zapytała Hazel. - Tego anty-

Posejdona, którego rąbnąłeś w głowę posągiem Terminusa, tak? Chyba go pamiętam. -

Miałem sen, kiedy lecieliśmy na Alaskę. Polybotes rozmawiał z gorgonami i

powiedział... powiedział, że chce mnie uwięzić, nie zabić. Powiedział: „Chcę go mieć w łańcuchach u swoich stóp, żebym mógł go zabić, gdy nadejdzie czas. Jego krew obryzga głazy Olimpu i przebudzi Matkę Ziemię!" Piper pomyślała, że chyba popsuła się klimatyzacja, bo nagle poczuła, że cała trzęsie się z zimna. To było to samo uczucie, które dopadło ją na szosie przed Topeką. -

Myślisz, że ci giganci chcą użyć naszej krwi... krwi dwojga z nas...

-

Nie wiem - odrzekł Percy. - Ale dopóki się nie dowiemy, uważam, że

powinniśmy nie dać się porwać. Jason chrząknął. -

Z tym się zgadzam.

-

Ale jak się tego dowiemy? - zapytała Hazel. - Znak Ateny, bliźniacy,

przepowiednia Elli... jak to wszystko powiązać? Annabeth zacisnęła palce na krawędzi stołu. -

Piper, kazałaś Leonowi wziąć kurs na Atlantę.

-

Zgadza się. Bachus mówił, że powinniśmy tam poszukać... Jak on się nazywa?

-

Forkis - podpowiedział Percy.

Annabeth zrobiła zdziwioną minę, jakby nie przywykła do tego, że jej chłopak może coś wiedzieć. -

Znasz go?

Percy wzruszył ramionami. -

Z początku go nie skojarzyłem. Potem Bachus wspomniał o słonej wodzie i

zaświtało mi w głowie. Forkis to stary bóg morza, jeszcze sprzed czasów mojego ojca. Nigdy go nie spotkałem, ale chyba jest synem Gai. Tylko nadal nie rozumiem, co bóg morza mógłby robić w Atlancie. Leo prychnął. -

A co robił bóg wina w Kansas? Bogowie są dziwni. W każdym razie powinniśmy

znaleźć się w Atlancie jutro w południe, chyba że coś jeszcze pójdzie nie tak.

-

Wypluj te słowa - mruknęła Annabeth. - Robi się późno. Wszyscy powinniśmy

się przespać. -

Chwileczkę - powiedziała Piper. I znowu wszyscy na nią spojrzeli.

Nagle zabrakło jej odwagi i zaczęła się zastanawiać, czy instynkt jej nie zawodzi, ale zmusiła się, by mówić dalej. -

Jest jeszcze coś. Te ejdolony... te duchy opanowujące ciała. One wciąż są tutaj, w

tym pomieszczeniu.

XII PIPER Piper nie potrafiła wyjaśnić, skąd to wie. Nie znosiła opowieści o zjawach i dręczonych duszach. Ojciec często żartował sobie z czirokeskich legend opowiadanych przez dziadka Toma, kiedy jeszcze mieszkali w indiańskim rezerwacie, ale nawet później, w ich wielkim domu w Malibu z widokiem na Pacyfik, za każdym razem kiedy przywoływał te legendy, zapadały jej głęboko w pamięć. Czirokeskie duchy zawsze były niespokojne. Często gubiły drogę do Krainy Zmarłych albo kręciły się w pobliżu żywych z czystego uporu. Czasami nawet nie zdawały sobie sprawy z tego, że są umarłe. W miarę jak Piper uczyła się być półboginią, coraz bardziej się przekonywała, że czirokeskie mity nie tak mocno się różnią od greckich. Te ejdolony zachowywały się zupełnie jak duchy z opowieści ojca. Czuła instynktownie, że nadal tu są po prostu dlatego, że nikt nie rozkazał im odejść. Kiedy skończyła to wyjaśniać, reszta popatrzyła na nią z pewnym zażenowaniem. Z góry dobiegał głos trenera Hedgea, który chyba śpiewał In the Navy, podczas gdy Mroczny tupał w pokład, rżąc na znak protestu. W końcu Hazel westchnęła. -

Piper ma rację.

-

Skąd ta pewność? - zapytała Annabeth.

-

Spotkałam już ejdolony. W Podziemiu, kiedy byłam... no wiecie.

Umarła. Piper zapomniała, że Hazel żyje po raz drugi. W pewnym sensie sama była odrodzonym duchem. -

Więc... - Frank potarł dłonią swoje krótko ostrzyżone włosy, jakby jakieś duchy

zagnieździły mu się na czaszce. - Sądzisz, że te stwory czają się gdzieś na okręcie albo... -

Być może czają się gdzieś w nas - powiedziała Piper. - Tego nie wiemy.

Jason zacisnął pięść. -

Jeśli to prawda...

-

Musimy coś zrobić - przerwała mu Piper. -1 chyba wiem co.

-

Co? - zapytał Percy.

-

Po prostu posłuchaj, dobrze? - Piper wzięła głęboki oddech. - Wszyscy słuchajcie.

Popatrzyła na każdego z osobna. -

Ejdolony - powiedziała, używając czaromowy - podnieście ręce.

Zapadło pełne napięcia milczenie. Leo roześmiał się nerwowo. -

Ty naprawdę myślisz, że to...

Zamilkł. Twarz mu zwiotczała. Podniósł rękę. Jason i Percy zrobili to samo. Ich oczy stały się szkliste i złote. Hazel wstrzymała oddech. Siedzący obok Leona Frank dźwignął się z krzesła i stanął oparty plecami o ścianę. -

Och, bogowie. - Annabeth spojrzała na Piper badawczo. -Możesz ich wyleczyć?

Piper miała ochotę załkać i schować się pod stół, ale przecież musiała pomóc Jasonowi. Nie mogła uwierzyć, że ściska rękę... Nie, nie chciała o tym nawet myśleć. Skupiła się na Leonie, bo najmniej ją onieśmielał. -Jest was więcej na tym okręcie? zapytała. -

Nie - odrzekł Leo pustym głosem. — Matka Ziemia wysłała nas trzech.

Najsilniejszych, najlepszych. Znowu odżyjemy. -

Nie tutaj - warknęła Piper. - Wszyscy trzej, słuchajcie uważnie. Jason i Percy

zwrócili ku niej głowy. Te złote oczy były naprawdę przerażające, ale widok trzech chłopców w takim stanie wzniecił w niej gniew. -

Macie opuścić te ciała — rozkazała.

-

Nie - powiedział Percy. Leo syknął cicho.

-

Musimy żyć. Frank sięgnął po łuk.

-

Na Marsa wszechmocnego! Co za ohyda! Wynoście się stąd, duchy! Zostawcie

naszych przyjaciół w spokoju. Leo zwrócił się do niego. -

Nie możesz nam rozkazywać, synu wojny. Twoje własne życie jest bardzo

kruche. Twoja dusza może spłonąć w każdej chwili. -

Frank, nie. - Hazel wstała z krzesła. Siedzący obok niej Jason dobył miecza.

-

Przestańcie! - krzyknęła Piper, ale głos jej się załamał. Szybko traciła wiarę w

swój plan. Zdemaskowała ejdolony, ale co dalej? Jeśli nie nakłoni ich do odejścia i poleje się krew, to będzie jej wina. W głowie słyszała śmiech Gai. -

Usłuchajcie Piper. - Hazel wskazała na miecz Jasona. Złota klinga zaciążyła mu w

dłoni i stuknęła o stół. Jason opad do tyłu na krzesło. Percy warknął bardzo zmienionym głosem: -

Córko Plutona, możesz rządzić klejnotami i metalami. Nie panujesz nad

umarłymi. Annabeth wyciągnęła ku niemu ręce, jakby chciała go powstrzymać, ale Hazel zatrzymała ją gestem. -

Posłuchajcie, ejdolony - powiedziała stanowczo Hazel. - Nie przynależycie do

tego świata. Nie mogę wam rozkazywać, ale Piper może. Usłuchajcie jej. Zwróciła się do Piper z miną, która mówiła: „Spróbuj jeszcze raz. Uda ci się". Piper zebrała się na odwagę. Spojrzała na Jasona - prosto w oczy tej istoty, która go opanowała. -

Macie opuścić te ciała — powtórzyła z jeszcze większą siłą.

Mięśnie twarzy Jasona zadrgały. Na czole zalśniły kropelki potu. -

My... my opuścimy te ciała.

-

Przysięgnijcie na Styks, że już nigdy nie powrócicie na ten okręt - ciągnęła Piper -

i nigdy nie owładniecie ciałem żadnego członka tej załogi. Leo i Percy syknęli w proteście. -

Przysięgnijcie na Styks - nalegała Piper.

Chwila napięcia - czuła, jak ich wole walczą z jej wolą. A potem wszyscy trzej przemówili razem: -

Przysięgamy na Styks.

-

Jesteście umarłymi - powiedziała Piper.

-

Jesteśmy umarłymi - powtórzyli.

-

A teraz odejdźcie.

Wszyscy trzej upadli bezwładnie. Głowa Percy'ego trafiła w pizzę. -

Percy! - Annabeth objęła go.

Piper i Hazel chwyciły Jasona za ręce, gdy zsuwał się z krzesła.

Leo nie miał takiego szczęścia. Osunął się w stronę Franka, który nawet nie próbował go złapać, i padł na podłogę. -

Au! - jęknął.

-

Nic ci się nie stało? - zapytała Hazel.

Leo podniósł się. Na czole miał kawałek makaronu w kształcie cyfry 3. -

Podziałało?

-

Podziałało - odrzekła Piper, czując, że się nie myli.

-

1 chyba już nie wrócą.

Jason zamrugał. -

Czy to znaczy, że nie będę już miał więcej urazów głowy?

Piper parsknęła śmiechem, wydychając z siebie całe napięcie. -

Chodź, moja Błyskawico. Musisz zaczerpnąć świeżego powietrza.

Piper i Jason spacerowali po pokładzie. Jason wciąż nie czuł się zbyt pewnie, więc Piper zachęciła go, aby otoczył ją ramieniem i wsparł się na niej. Leo stał przy sterze, konferując z Festusem przez interkom; z własnego doświadczenia wiedział, że trzeba tym dwojgu dać teraz spokój. Telewizja satelitarna znowu działała, więc trener Hedge zaszył się w swojej kajucie i uszczęśliwiony oglądał pokazy wrestlingu. Mroczny, pegaz Percyego, dokądś odleciał. Reszta półbogów szykowała się do nocnego spoczynku. „ Argo II" mknął na wschód na wysokości około stu metrów nad ziemią. Pod nimi przemykały małe miasteczka jak rozświetlone wysepki pośród ciemnego morza prerii. Piper wspominała, jak ostatniej zimy leciała na smoku Festusie nad Quebekiem. Nigdy przedtem nie widziała czegoś tak pięknego i jeszcze nigdy nie była tak szczęśliwa, czując obejmujące ją ramiona Jasona - ale to było chyba jeszcze lepsze. Noc była ciepła. Okręt szybował łagodniej niż wówczas smok. A najlepsze było to, że oddalali się od Obozu Jupiter, i to tak szybko, jak tylko się dało. Starożytne krainy mogły być bardzo niebezpieczne, ale Piper pragnęła tam dotrzeć jak najszybciej. Miała nadzieję, że Jason się nie mylił, mówiąc, iż Rzymianie nie będą ich ścigać poprzez Atlantyk. Jason zatrzymał się na śródokręciu i oparł o reling. W świetle księżyca jego blond włosy były srebrne. -

Dziękuję ci - powiedział. - Znowu mnie ocaliłaś.

Objął ją jedną ręką w pasie. Pomyślała o tym dniu, w którym spadli do Wielkiego Kanionu - kiedy się dowiedziała, że Jason potrafi panować nad powietrzem. Trzymał ją wtedy tak blisko siebie, że czuła bicie jego serca. A potem przestali spadać i unosili się swobodnie w powietrzu. Mój. Najlepszy. Przyjaciel. Zapragnęła go pocałować, ale coś ją powstrzymało. -

Nie wiem, czy Percy będzie mi jeszcze ufać - powiedziała. -Po tym jak kazałam

jego koniowi kopnąć go w głowę... Jason roześmiał się. -

O to się nie martw. Percy to równy gość, ale odnoszę wrażenie, że co jakiś czas

trzeba go czymś rąbnąć w łeb. -

Mogłeś go zabić.

Spoważniał. -

Nie byłem sobą.

-

Ale ja prawie ci w tym pomogłam. Kiedy Gaja powiedziała, że muszę wybrać,

zawahałam się i... Zamrugała, przeklinając łzy zbierające się jej pod powiekami. -

Nie osądzaj się tak surowo - powiedział Jason. - Ocaliłaś nas obu.

-

Ale jeśli dwoje z naszej załogi naprawdę musi umrzeć, chłopak i dziewczyna...

-

Nie przyjmuję tego do wiadomości. Powstrzymamy Gaję. Wszyscy siedmioro

wrócimy z tej misji żywi. Przyrzekam ci. Piper wolałaby, żeby nie przyrzekał. To słowo przypomniało jej Przepowiednię Siedmiorga: Przysięga tchem ostatnim dochowana będzie. „Błagam cię" - pomyślała, zastanawiając się, czy usłyszy to jej matka, bogini miłości. - „Nie pozwól, żeby to było ostatnie tchnienie Jasona. Jeśli miłość coś znaczy, nie odbieraj mi go". Ta myśl wywołała w niej wyrzuty sumienia. Jak mogłaby znieść widok pogrążonej w bólu Annabeth, gdyby zginął Percy? Jak mogłaby dalej żyć, gdyby którekolwiek z siedmiorga półbogów umarło? Każde z nich już tyle przeżyło. Nawet tych dwoje Rzymian, Hazel i Franka, traktowała już jak swoich krewniaków. W Obozie Jupiter Percy opowiedział jej o ich wyprawie na Alaskę i czegoś tak strasznego ona sama nigdy jeszcze nie przeżyła. A po sposobie, w jaki Hazel i Frank próbowali jej pomóc w trakcie

egzorcyzmu, widać było, że są dzielnymi, dobrymi ludźmi. -

Ta legenda, o której wspomniała Annabeth, o Znaku Ateny... dlaczego nie

chciałeś o niej rozmawiać? Bała się, że Jason znowu się od niej odsunie, ale on tylko zwiesił głowę, Jakby spodziewał się tego pytania. -

Pipes, ja nie wiem, co jest prawdą, a co nie. Ta legenda... to może być zapowiedź

prawdziwego zagrożenia. -

Dla kogo?

-

Dla nas wszystkich — odrzekł ponuro. - Według tej legendy w dawnych czasach,

kiedy Rzymianie podbili greckie miasta, ukradli Grekom coś dla nich ważnego. Piper czekała, ale Jason się zamyślił. -

Co ukradli? - zapytała.

-

Nie wiem. I chyba nikt w legionie nigdy tego nie wiedział. Ale legenda głosi, że

to coś zostało zabrane do Rzymu i tam ukryte. Od tego czasu dzieci Ateny, greccy półbogowie, zawsze nas nienawidzili. Zawsze podburzali swoich braci przeciw Rzymianom. Jak już powiedziałem, nie wiem, ile w tym prawdy... -

A dlaczego nie chcesz tego powiedzieć Annabeth? Przecież nagle cię nie

znienawidzi. Spojrzał na nią, mrużąc oczy. -

Mam nadzieję. Ale ta legenda głosi, że dzieci Ateny będą szukać tego czegoś

przez całe tysiąclecia. W każdym pokoleniu bogini wybiera kilkoro z nich, aby tego szukali. I najwyraźniej prowadzi ich do Rzymu jakiś znak... Znak Ateny. -

Jeśli Annabeth jest jedną z tych poszukujących... powinniśmy jej pomóc.

Jason zawahał się. -

Może. Kiedy już będziemy bliżej Rzymu, powiem jej to, co wiem, a wiem tak

mało. Przyrzekam. Ale z tej opowieści wynika, przynajmniej w tej wersji, którą ja usłyszałem, że jeśli Grecy kiedyś odnajdą to, co im skradziono, nigdy nam tego nie wybaczą. Zniszczą legion i Rzym raz na zawsze. A po tym, co powiedziała Leonowi Nemezis, że Rzym zostanie zniszczony za pięć dni... Przyglądała się badawczo jego twarzy. Był z całą pewnością najdzielniejszą osobą, jaką znała, ale teraz zrozumiała, że się boi. Ta legenda - myśl o tym, że ich grupa może

się rozpaść i że jakieś miasto może ulec zagładzie - po prostu go przerażała. Co takiego mogli Rzymianie ukraść, że było to tak ważne dla Greków... Nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby coś mogło nagle obudzić w Annabeth żądzę zemsty. Z drugiej strony nie potrafiła też sobie wyobrazić, że mogłaby wybierać między życiem jednego półboga a życiem drugiego, a dzisiaj, na tej opuszczonej szosie, przez chwilę Gaja prawie ją do tego skusiła... -

A w ogóle to cię przepraszam - powiedział Jason.

Otarła ostatnią łzę z policzka. -

Przepraszasz? Za co? To przecież ejdolon zaatakował...

-

Nie chodzi o to. - Drobna blizna na górnej wardze Jasona zdawała się jaśnieć w

blasku księżyca. Uwielbiała ją. Ta niedoskonałość czyniła jego twarz jeszcze bardziej interesującą. - Byłem głupi, prosząc cię, żebyś się skontaktowała z Reyną. To było bezmyślne. -

Och. - Spojrzała w górę, na chmury, myśląc o tym, czy to jej matka Afrodyta w

jakiś sposób go natchnęła. Aż trudno jej było uwierzyć, że naprawdę to powiedział. „Tylko nie przerywaj" - pomyślała. -

Naprawdę, nie ma sprawy.

-

Bo, zrozum... ja nigdy nie czułem nic do Reyny, więc nie pomyślałem, że może ci

to sprawić przykrość. Nie było nic, co mogłoby cię niepokoić, Pipes. -

Chciałam ją znienawidzić - powiedziała Piper. - Tak się bałam, że wrócisz do

Obozu Jupiter. Jason zrobił zdziwioną minę. -

To w ogóle nie wchodzi w rachubę. Chyba że razem z tobą. Przyrzekam.

Podniosła rękę. Uśmiechnęła się, ale pomyślała: „Jeszcze jedna obietnica. Przysięga tchem ostatnim dochowana będzie". Starała się odepchnąć od siebie te myśli. Wiedziała, że powinna po prostu cieszyć się tą spokojną chwilą z Jasonem, ale kiedy spojrzała za burtę okrętu, nie mogła się pozbyć wrażenia, że preria wygląda teraz jak ciemna woda - jak to mroczne pomieszczenie, w którym tonęli, to, które zobaczyła na ostrzu sztyletu.

XIII PERCY C o tam zasłona dymna o zapachu panierki z kurczaka. Percy wolałby, żeby Leo wynalazł czapkę chroniącą przed snami. Tej nocy dręczyły go okropne koszmary. Najpierw śniło mu się, że jest znowu na Alasce, na misji, której celem jest odnalezienie legionowego orła. Wspinał się górską ścieżką, ale gdy tylko zszedł na pobocze, pochłonęło go bagno - muskeg, jak to nazwała Hazel. Dusił się w błocie, nie mogąc się poruszyć ani złapać oddechu. Po raz pierwszy w życiu zrozumiał, jak to jest tonąć. „To tylko sen" - powiedział sobie. - „Zaraz się obudzę". Ale to nie pomagało. Nigdy nie bał się wody. To był żywioł jego ojca. Od czasu przeżycia z muskegiem zaczął się jednak bać uduszenia. Nie mówił o tym nikomu, ale zaczął nawet odczuwać pewną niechęć do nurkowania. Wiedział, że to głupota. Przecież nie może utonąć. Podejrzewał jednak, że jeśli nie opanuje tego strachu, strach może opanować jego. Pomyślał o swojej przyjaciółce Thalii, która miała lęk wysokości, chociaż była przecież córką boga nieba. Jason, jej brat, potrafił latać, przyzywając wiatry. Thalia tego nie potrafiła, może dlatego że za bardzo się bała spróbować. Gdyby on sam uwierzył, że może utonąć... Muskeg napierał na jego klatkę piersiową. Za chwilę pękną mu płuca. „Przestań panikować" - mówił do siebie. - „To przecież sen". W chwili gdy już naprawdę zabrakło mu powietrza w płucach, sen się zmienił. Stał w jakimś olbrzymim, mrocznym pomieszczeniu podobnym do podziemnego parkingu. Rzędy kamiennych filarów biegły we wszystkie strony, podtrzymując sklepienie jakieś sześć metrów nad nim. Tu i tam stały koksowniki, rozsiewające mętny czerwony blask na posadzce. Percy nie widział, co jest dalej, bo było dość ciemno, ale pod sufitem dostrzegł jakieś liny na bloczkach, worki z piaskiem, rzędy lampek przyciemnionych jak w teatrze. Wokół piętrzyły się stosy skrzynek z napisami: REKWIZYTY, BROŃ, KOSTIUMY. Na jednej widniał napis: ZESTAW WYRZUTNI RAKIETOWYCH. Z ciemności dochodziło skrzypienie jakiejś maszynerii, zgrzyt wielkich przekładni i

szum wody w rurach. A potem zobaczył olbrzyma... a w każdym razie pomyślał, że to olbrzym. Miał ponad trzy metry wysokości - byłoby to dość dużo jak na cyklopa, ale niewiele w porównaniu z olbrzymami, z którymi Percy miał już do czynienia. Był też bardziej uczłowieczony, bez typowych smoczych nóg swoich większych krewniaków. W jego długich, purpurowych dredach połyskiwały złote i srebrne monety, co było dość typową fryzurą olbrzyma. Przez plecy miał przewieszony trzymetrowy oszczep - dość typową broń olbrzyma. Miał na sobie najobszerniejszy czarny golf, jaki Percy w życiu widział, czarne obcisłe spodnie i czarne skórzane buty z noskami tak długimi i zakrzywionymi, że mogły być butami klowna. Chodził tam i z powrotem przed jakąś platformą, popatrując na spiżowy kocioł wysokości Percyego. -

Nie, nie, nie - mruczał pod nosem. - Za słaby efekt. Nie ma wartości. Otis! -

ryknął w ciemność. Percy usłyszał w oddali czyjeś człapanie. Z mroku wyłonił się drugi olbrzym. Ubrany był dokładnie tak jak pierwszy, łącznie z tymi butami klowna. Jedyna różnica polegała na tym, że ten drugi miał włosy zielonkawe, a nie purpurowe. Pierwszy olbrzym zaklął. -

Otisie, dlaczego robisz mi to codziennie? Powiedziałem ci, że dzisiaj ja noszę

czarny golf. Mogłeś założyć cokolwiek, byle nie czarny golf! Otis zamrugał, jakby dopiero co się obudził. -

Myślałem, że nosisz dzisiaj żółtą togę.

-

To było wczoraj! Kiedy ty pojawiłeś się w żółtej todze!

-

Och. No tak. Wybacz, Efi.

Jego brat warknął. Musieli być bliźniakami, bo twarze mieli jednakowo odrażające. -

1 nie nazywaj mnie Efi. Mów do mnie Efialtes. Tak mam na imię. Możesz też

używać mojego scenicznego imienia. WIELKI EF! Otis skrzywił się. -

Do tego scenicznego jakoś nie mam przekonania.

-

Bzdura! Jest znakomite. No dobra, jak tam przygotowania?

-

Świetnie. - W głosie Otisa trudno było doszukać się entuzjazmu. - Tygrysy

ludojady, wirujące ostrza... Ale wciąż uważam, że przydałoby się kilka baletnic. -

Żadnych baletnic! A to? - Machnął ze wstrętem w stronę kadzi ze spiżu. - Co to

jest? To nie jest ciekawe. -

Ale to przecież gwóźdź programu. On umrze, chyba że go uratują. A jeśli

przybędą zgodnie z planem... -

Oby przybyli! Pierwszego lipca, w kalendy lipcowe, dzień Ju-nony. To wtedy

Matka chce zniszczyć tych głupich półbogów i naprawdę zaśmiać się Junonie w twarz. A poza tym nie będę płacił duchom gladiatorów za nadgodziny! -

No dobra, wszyscy zginą - powiedział Otis - i zaczniemy niszczyć Rzym.

Dokładnie jak chce Matka. Idealnie. Tłumom się spodoba. Rzymskie duchy uwielbiają takie igrzyska. Efialtes nie wyglądał na przekonanego. -

Ale po co tu tkwi ten kocioł? Nie można go zawiesić nad ogniem albo rozpuścić

w sadzawce jakiegoś kwasu? -

Musi przeżyć jeszcze przez parę dni - przypomniał bratu Otis.

-

Bo inaczej siedmioro nie złapie przynęty i nie zechce go ocalić.

-

Hmm. Chyba tak. Ale wciąż mi brakuje wrzasku. Taka powolna śmierć jest

nudna. Aha, a nasza utalentowana przyjaciółka? Jest gotowa przyjąć gościa? Otis skrzywił się. -

Ja naprawdę nie lubię z nią rozmawiać. Denerwuje mnie.

-

Ale jest gotowa?

-

Tak - odrzekł z pewnym oporem Otis. - Jest gotowa od stuleci. Nikt nie ruszy

tego posągu. -

Doskonale. — Efialtes zatarł ręce. - To nasza wielka szansa, braciszku.

-

To samo mówiłeś o naszym ostatnim numerze - mruknął Otis.

-

Wisiałem na tej bryle lodu nad rzeką Lete przez sześć miesięcy, a media nie

zwróciły na nas uwagi. -

To będzie coś zupełnie innego! Stworzymy nowy standard rozrywki! Jeśli Matka

będzie zadowolona, zdobędziemy bilet do sławy i fortuny! -

Skoro tak mówisz - westchnął Otis. - Chociaż nadal uważam, że te kostiumy z

Jeziora łabędziego wyglądałyby prześlicznie...

-

Żadnego baletu!

-

Przepraszam.

-

Chodź, obejrzymy tygrysy. Chcę mieć pewność, że będą głodne!

I odeszli, ginąc w mroku, a Percy spojrzał na kocioł. „Muszę zobaczyć, co jest w środku" - pomyślał. Zapragnął znaleźć się bliżej kadzi, tuż przy jej ściance. A potem przez nią przeniknął. Powietrze w środku cuchnęło nieświeżym oddechem i zaśniedziałym metalem. Mdła purpurowa poświata pochodziła z miecza ze stygijskiej stali, opartego o bok kotła. Tuż przy nim kulił się markotny chłopiec w podartych dżinsach i starej kurtce lotniczej. Na palcu jego prawej ręki połyskiwał srebrny pierścień z trupią czaszką. -

Nico! - zawołał Percy, ale syn Hadesa go nie słyszał.

Kocioł był szczelnie zamknięty. Powietrze robiło się trujące. Nico miał zamknięte oczy, oddychał ciężko. Sprawiał wrażenie, że medytuje. Twarz miał bladą i wychudzoną. Na wewnętrznej ściance kadzi widniały trzy pionowe kreski, co wyglądało na znaki wydrapane przez Nica czubkiem miecza -może trzy dni, w których był tutaj uwięziony? Trzy dni? To chyba nie było możliwe, boby się udusił. Choć Percy wiedział, że śni, sam poczuł panikę, walcząc o tlen. Nagle dostrzegł coś między stopami chłopca - jakieś drobne błyszczące ziarenka, nie większe od niemowlęcych ząbków. -

Nico - powiedział - gdzie to jest? Ocalimy cię...

Wizja zanikła, dziewczęcy głos wyszeptał: -

Percy.

Z początku pomyślał, że jeszcze się nie obudził. Kiedy utracił pamięć, wciąż śniła mu się Annabeth, jedyna osoba, którą zapamiętał. Teraz podniósł powieki, zaczął widzieć jasno i zrozumiał, że ona naprawdę tu jest. Stała przy koi, uśmiechając się do niego. Jasne włosy opadały jej na ramiona. Oczy szare jak burzowe chmury rozjaśniało rozbawienie. Przypomniał sobie swój pierwszy dzień w Obozie Herosów, pięć lat temu, kiedy obudził się ze śpiączki i ujrzał stojącą nad nim Annabeth. Powiedziała wtedy: „Ślinisz się przez sen".

To było takie sentymentalne... -

C-co się dzieje? - zapytał. — To sen?

-

Nie - odpowiedziała cicho. - To środek nocy.

-

To znaczy...

Serce zabiło mu szybciej. Zdał sobie sprawę z tego, że jest w piżamie, w łóżku. Prawdopodobnie się oślinił albo wydawał dziwne odgłosy, kiedy był pogrążony we śnie. Jest niemożliwie rozczochrany i ma nieświeży oddech. -

Wśliznęłaś się w środku nocy do mojej kajuty?

Annabeth wymownie spojrzała w sufit. -

Percy, za dwa miesiące skończysz siedemnaście lat. Nie możesz wciąż się bać, że

trener Hedge na ciebie nakrzyczy. -

A widziałaś jego kij bejsbolowy?

-

A w ogóle, głuptasie, pomyślałam, że moglibyśmy się przejść. Nie mieliśmy

jeszcze okazji pobyć sam na sam. Chcę ci coś pokazać... moje ulubione miejsce na okręcie. Percy nadal miał przyspieszony puls, ale już nie z obawy przed kłopotami. -

A mogę... no wiesz... umyć przedtem zęby?

-

Nawet powinieneś. Bo cię nie pocałuję. I uczesz się.

Jak na triremę okręt był duży, ale dla Percyego przytulny - jak budynek z sypialniami w Yancy Academy i we wszystkich innych szkołach z internatem, z których go wyrzucono. Zeszli na dolny pokład, którego Percy jeszcze dobrze nie poznał, oczywiście poza izbą chorych. Annabeth poprowadziła go koło maszynowni, która wyglądała jak bardzo niebezpieczny zestaw drabinek z placu zabaw, z rurkami, zaworami i tłokami wybiegającymi z osadzonej pośrodku spiżowej kuli. Kable przypominające wielkie metalowe nitki makaronu wiły się po całej podłodze i po ścianach. -

Jak to działa? - zapytał Percy.

-

Nie mam pojęcia. Ale oprócz Leona tylko ja potrafię tym pokierować.

-

To pocieszające.

-

Nie martw się. To może wybuchnąć tylko raz.

-

Mam nadzieję, że żartujesz.

Uśmiechnęła się. -

Idziemy dalej.

Minęli magazyny i zbrojownię. W części rufowej doszli do podwójnych drewnianych drzwi, otwartych na wielką stajnię. Pachniało tu świeżym sianem i wełnianymi kocami. Po lewej stronie były trzy puste boksy dla koni, podobne do tych, które mieli w obozie dla pegazów. Po prawej były dwie puste klatki, na tyle duże, że mogły pomieścić wielkie zwierzęta z zoo. Środek podłogi — kwadrat o boku długości półtora metra - był przeszklony. Widać było nocny pejzaż - mile ciemnego lądu poprzecinanego pajęczyną oświetlonych autostrad. -

Statek ze szklanym dnem? - zapytał Percy.

Annabeth wzięła koc z najbliższego boksu i rozłożyła na części szklanej podłogi. -

Usiądźmy tutaj.

Rozłożyli się na kocu, jakby byli na pikniku, i zapatrzyli w dół. -

Leo zbudował te stajnie tak, żeby pegazy mogły łatwo przylatywać i odlatywać -

powiedziała Annabeth. - Tylko nie wziął pod uwagę tego, że pegazy wolą hasać swobodnie po świecie, więc stajnie zawsze są puste. Percy zaczął się zastanawiać, gdzie może być teraz Mroczny. Może szybuje gdzieś w przestworzach, śledząc ich okręt? Głowa wciąż go trochę bolała od kopnięcia kopytem pegaza, ale nie miał mu tego za złe. -

Jak to łatwo przylatywać i odlatywać? Przecież taki pegaz musiałby pokonać

dwie kondygnacje schodów. Annabeth postukała knykciami w szkło. -

To są klapy. Jak w bombowcu.

Percy przełknął ślinę. -

Chcesz powiedzieć, że siedzimy na drzwiach? A gdyby się otworzyły?

-

No, tobyśmy spadli i się zabili. Ale się nie otworzą. To bardzo mało

prawdopodobne. -

Super.

Annabeth roześmiała się. -

Wiesz, dlaczego lubię to miejsce? Nie tylko ze względu na widoki. Co ci ono

przypomina? Percy rozejrzał się: klatki i boksy, zwisająca z belki lampa z niebiańskiego spiżu, zapach siana, no i, oczywiście, siedząca przy nim Annabeth z twarzą tak piękną, ale i nieco widmową w łagodnym pomarańczowym świetle. -

Tę ciężarówkę z zoo - powiedział. - Tę, którą jechaliśmy do Las Vegas.

Po jej uśmiechu poznał, że to prawidłowa odpowiedź. -

To było tak dawno - dodał. - Byliśmy w okropnym stanie, wędrując przez kraj w

poszukiwaniu tego głupiego pioruna, uwięzieni w ciężarówce z gromadą zabiedzonych zwierząt. A ty to wspominasz z łezką w oku? -

Bo widzisz, Glonomóżdżku, właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę ze sobą

rozmawialiśmy, ty i ja. Opowiedziałam ci o mojej rodzinie i... Wyjęła swój obozowy naszyjnik z nanizanym szkolnym pierścieniem ojca i kolorowymi glinianymi paciorkami, z których każdy oznaczał jeden rok spędzony w Obozie Herosów. Teraz na rzemyku wisiało jeszcze coś: wisiorek z prawdziwego koralu, który Percy jej dał, kiedy zaczęli ze sobą chodzić. Zabrał go z pałacu ojca na dnie morza. -

...i to mi przypomina - ciągnęła Annabeth - jak długo już się znamy. Percy,

mieliśmy wtedy po dwanaście lat. Możesz w to uwierzyć? -

Nie. Więc... od tego momentu już wiedziałaś, że mnie polubisz?

Uśmiechnęła się łobuzersko. -

Z początku cię nie znosiłam. Wkurzałeś mnie. Potem tolerowałam cię przez parę

lat. A później... -

W porządku. Wystarczy.

Pochyliła się i pocałowała go: był to prawdziwy dobry pocałunek bez świadków - bez Rzymian czy wrzeszczących satyrów. -

Tęskniłam za tobą, Percy.

Chciał jej powiedzieć to samo, ale wydawało mu się, że to za mało. Kiedy był wśród Rzymian, tylko myśl o niej utrzymywała go przy życiu. „Tęskniłem za tobą" nie oddałoby tego, co wtedy czuł. Przypomniał sobie, jak Piper zmusiła ejdolona do opuszczenia jego ciała. Nie zdawał sobie sprawy z jego obecności, dopóki nie użyła swojej czaromowy. A kiedy ejdolon go opuścił, poczuł się tak, jakby z czoła wyciągnięto mu rozgrzany szpikulec. Przedtem nie

odczuwał żadnego bólu. A potem rozjaśniło mu się w głowie. Jego dusza wyciągnęła się wygodnie w jego ciele. Teraz poczuł się podobnie. Ostatnich kilka miesięcy mogło być jednym z jego dziwnych snów. To, co się wydarzyło w Obozie Jupiter, wydawało się tak mętne i nierealne jak ta walka z Jasonem, kiedy obaj byli opętani przez ejdolony. Nie żałował jednak czasu spędzonego w Obozie Jupiter. Otworzyło mu to oczy na wiele spraw. -

Annabeth - powiedział niepewnym tonem - w Nowym Rzymie półbogowie mogą

mieszkać spokojnie przez całe życie. Na jej twarzy pojawiła się czujność. -

Reyna mi mówiła. Ale, Percy, ty jesteś z Obozu Herosów. Tamto życie...

-

Wiem. Ale kiedy tam byłem, widziałem tylu półbogów żyjących bez strachu,

dzieciaki idące do szkoły, pary zawierające małżeństwa i zakładające rodziny. W Obozie Herosów czegoś takiego nie ma. Wciąż myślałem o nas... i może pewnego dnia, kiedy skończy się ta wojna z gigantami... Trudno było to stwierdzić w złotym świetle, ale wydawało mu się, że Anńabeth się zarumieniła. Powiedziała tylko: -Och. Zląkł się, że powiedział za dużo. Może wystraszył ją tym swoim marzeniem o przyszłości. Zwykle to ona wszystko planowała. Przeklął w duchu samego siebie. Tak długo znał Annabeth, a wciąż mu się zdawało, że słabo ją rozumie. Nawet wtedy, kiedy chodzili ze sobą już od wielu miesięcy, ich stosunki zawsze były nowe i kruche jak rzeźba ze szkła. Wciąż się bał, że zrobi coś nie tak i ją stłucze. -Wybacz mi - powiedział. - Ja po prostu... musiałem o tym myśleć, żeby żyć. To mi dawało nadzieję. Zapomnij o tym, co ci powiedziałem... -

Nie! Nie, Percy. O bogowie, to było takie słodkie. Tylko że... że może spaliliśmy

ten most. Jeśli nie uda nam się naprawić stosunków z Rzymianami... No bo wiesz, te dwa odłamy półbogów nigdy nie żyły w zgodzie. Właśnie dlatego bogowie nas rozdzielili. Nie wiem, czy kiedykolwiek będzie to możliwe. Percy nie chciał się z nią sprzeczać, ale nie zamierzał tracić nadziei. To było bardzo ważne - nie tylko dla niego i Annabeth, ale też dla wszystkich półbogów. I to musiało być

możliwe: należenie do dwóch światów jednocześnie. Ostatecznie na tym przecież polega życie półboga - nie całkiem należy do świata śmiertelników, nie całkiem do Olimpu, ale próbuje pogodzić obie strony swojej natury. Niestety w ten sposób znów zaczął myśleć o bogach, o wojnie, która ich czekała, i o tym śnie o bliźniakach Efialtesie i Otisie. - Śnił mi się koszmar, kiedy mnie obudziłaś - wyznał. Opowiedział Annabeth, co zobaczył. Wyglądało na to, że nie zaskoczyły jej nawet najbardziej niepokojące fragmenty wizji. Ponuro pokręciła głową, kiedy opisywał uwięzienie Nica w kadzi ze spiżu. W jej oczach pojawił się błysk gniewu, kiedy opowiedział o olbrzymach planujących jakieś bardzo spektakularne zniszczenie Rzymu, z okrutnymi mordami na samym początku. -

Nico jest przynętą - mruknęła. - Poplecznicy Gai'musieli go w jakiś sposób

porwać. Ale nie wiemy dokładnie, gdzie go trzymają. -

Gdzieś w Rzymie. Gdzieś pod ziemią. Odniosłem wrażenie, że Nico ma jeszcze

parę dni życia przed sobą, tylko nie rozumiem, jak mógłby wytrzymać tak długo bez tlenu. -

Jeszcze pięć dni według Nemezis. Kalendy lipcowe. Przynajmniej tyle wiemy.

-

Co to są kalendy?

Annabeth uśmiechnęła się znacząco, jakby się ucieszyła, że znowu jest tak jak dawniej - Percy czegoś nie wie, a ona mu to wyjaśnia. -

To rzymski termin oznaczający pierwszy dzień miesiąca. Stąd pochodzi słowo

kalendarz. Ale jak Nico ma przeżyć tak długo? Trzeba porozmawiać z Hazel. -

Teraz?

Zawahała się. -

Nie. Myślę, że to może poczekać do rana. Nie chcę jej zaskakiwać taką

wiadomością w środku nocy. -

Olbrzymy wspomniały o jakimś posągu - przypomniał sobie Percy. - I o jakiejś

utalentowanej przyjaciółce, która go strzeże. Otis wyraźnie się jej bał. Ktoś, kto może wystraszyć olbrzyma... Annabeth zapatrzyła się na szosę wijącą się pośród ciemnych wzgórz. -

Percy, widziałeś się ostatnio z Posejdonem? Albo dał ci w jakiś sposób znak?

Potrząsnął głową. -

Nie... i to od... kurczę, chyba się nad tym nie zastanawiałem. Od końca wojny

tytanów. Widziałem go w Obozie Herosów, ale to było w sierpniu zeszłego roku. - Nagle ogarnął go strach. -Dlaczego pytasz? Widziałaś Atenę? Nie odważyła się spojrzeć mu w oczy. -

Parę tygodni temu. To... to nie było przyjemne. Nie wyglądała jak zawsze. Może

to ta grecko-rzymska schizofrenia, o której mówiła Nemezis. Nie wiem. Bardzo mnie zabolało to, co mówiła. Powiedziała, że ją zawiodłam. -

Tyją zawiodłaś? - Percy nie mógł uwierzyć własnym uszom. Annabeth była

idealną półboginią. Była modelową córką Ateny. -Jak mogłabyś... -

Nie wiem - odpowiedziała ze smutkiem. - I do tego wszystkiego ja też mam w

nocy koszmary, chociaż nie mają tyle sensu co twoje. Percy czekał, ale Annabeth nic więcej na ten temat nie powiedziała. Pragnął poprawić jej samopoczucie, zapewnić ją, że wszystko jakoś się ułoży, ale nie potrafił. Chciał coś zrobić, żeby wszystko skończyło się dobrze. Po tych trzech latach nawet najokrutniejsi bogowie powinni uznać, że oboje na to zasługują. A jednak w głębi duszy czuł, że tym razem nic nie może zrobić, aby pomóc Annabeth. Może tylko przy niej być. Córa mądrości samotnie kroczy. Poczuł się tak bezsilny i bezradny jak wówczas, gdy zapadł się w muskeg. Annabeth uśmiechnęła się lekko. -

W taki piękny wieczór, co? Żadnych złych rzeczy aż do rana. - Znowu go

pocałowała. - Zobaczysz, wszystkiego się w końcu dowiemy. Znowu jesteś przy mnie. Na razie tylko to się liczy. -

Masz rację. Nie mówmy już o odradzaniu się Gai, o uwięzionym Nicu, o

nadchodzącym końcu świata, o gigantach... -

Przestań, Glonomóżdżku. Po prostu mnie obejmij. Siedzieli przytuleni, ciesząc się

swoim ciepłem. Percy ani się spostrzegł, kiedy buczenie motoru, przyćmione światło i cudowne uczucie bycia z Annabeth sprawiły, że powieki zaczęły mu ciążyć i zasnął. Kiedy się obudził, przez szklaną podłogę wpadało już światło dnia, a jakiś chłopięcy głos powiedział: -

Och... Macie kłopoty, i to jakie.

XIV PERCY Percy widział już Franka otoczonego przez krwiożercze ogry, walczącego z nieśmiertelnym olbrzymem, a nawet uwalniającego Tanatosa, boga śmierci, ale jeszcze nigdy nie widział go tak przerażonego jak teraz, gdy znalazł ich pogrążonych we śnie w stajni na dolnym pokładzie. -

Co...? - Percy przetarł oczy. - Och, trochę przysnęliśmy.

Frank przełknął ślinę. Miał na sobie ciemne bojówki, adidasy i T-shirt z zimowych igrzysk olimpijskich w Vancouverze, z odznaką rzymskiego centuriona przypiętą pod szyją (Percy nie bardzo wiedział, czy uznać to za ponury żart, czy za symbol nadziei, jako że byli teraz renegatami). Frank spojrzał w bok, jakby widok tych dwojga razem mógł go oślepić. -

Wszyscy myślą, że zostaliście porwani - powiedział. - Przetrząsnęliśmy cały

okręt. Kiedy trener Hedge się dowie... Och, bogowie, byliście tu całą noc? -

Frank! - Uszy Annabeth miały barwę truskawek. - Zeszliśmy tu pogadać. I

zasnęliśmy. Niechcący. To wszystko. -

Parę razy się pocałowaliśmy - dodał Percy.

Annabeth spojrzała na niego ze złością. -

To nam nie pomoże!

-

Może lepiej... - Frank wskazał na drzwi stajni. - Ee... mamy się spotkać na

śniadaniu. I może wyjaśnicie, co zrobiliście... to znaczy... czego nie zrobiliście? To znaczy... naprawdę nie chcę, żeby ten faun... to znaczy satyr... mnie zabił. I wybiegł. Kiedy już wszyscy zebrali się w mesie, nie było aż tak źle, jak się Frank obawiał. Jason i Piper odetchnęli z ulgą na ich widok. Leo nie przestawał się uśmiechać i mruczeć: „Ale numer, ale numer". Tylko Hazel wyglądała na oburzoną, może dlatego że pochodziła z lat czterdziestych. Wciąż wachlowała sobie twarz i unikała spojrzenia Percy'ego. Oczywiście trener Hedge był wściekły, ale Percy'emu trudno było traktować go poważnie, skoro satyr mierzył zaledwie półtora metra. -

Jeszcze nigdy w moim życiu...! - grzmiał Hedge, wymachując kijem bejsbolowym

i zwalając miskę jabłek. - To łamanie zasad! Nieodpowiedzialność! -

Trenerze - powiedziała Annabeth - to był wypadek. Rozmawialiśmy i zasnęliśmy.

-

A w ogóle - dodał Percy - to zaczynasz się zachowywać jak Terminus.

Hedge zmrużył oczy. -

Chcesz mnie znieważyć, Jackson? Bo... bo zaraz cię wyterminuję, kolego!

Percy starał się zachować powagę. -

To już się nie powtórzy, trenerze. Obiecuję. No dobra, ale nie mamy

poważniejszych spraw na głowie? Hedge wciąż się wściekał. -

Pewnie! Ale będę cię obserwował, Jackson. A ty, Annabeth Chase... myślałem, że

masz trochę więcej rozumu... Jason odchrząknął. -

No to bierzmy się za żarcie. Zaczynajmy.

Zebranie przypominało naradę wojenną przy donatach. Ale w końcu w Obozie Herosów zwykle toczyli najpoważniejsze dyskusje przy stole pingpongowym w sali rekreacyjnej, zajadając krakersy pomazane sosem serowym, więc Percy czuł się jak w domu. Opowiedział im o swoim śnie: o dwóch olbrzymach przygotowujących się na ich przyjęcie w podziemnym parkingu z mnóstwem wyrzutni rakietowych, o Nicu di Angelo uwięzionym w kadzi ze spiżu, powoli umierającym z braku tlenu, z pestkami granatu u stóp. Hazel zdusiła szloch. -

Nico... Och, bogowie. Pestki.

-

Wiesz, Co to jest? - zapytała Annabeth.

Hazel pokiwała głową. -

Kiedyś mi je pokazał. Pochodzą z ogrodu naszej macochy.

-

Waszej maco... och... - wykrztusił Percy. — To znaczy Persefony.

Percy spotkał raz małżonkę Hadesa. Nie była osobą ciepłą i przyjemną. Był też w jej ogrodzie - ponurym miejscu pełnym kryształowych drzew oraz krwistoczerwonych i trupio białych kwiatów. -

Te pestki to żywność ratunkowa - powiedziała Hazel. Percy odgadł, że Hazel się

denerwuje, bo wszystkie srebrne naczynia na stole zaczęły ku niej sunąć. - Mogą je spożywać tylko dzieci Hadesa. Nico zawsze miał trochę tych pestek przy sobie, na wypadek gdyby gdzieś utknął. Ale jeśli naprawdę jest uwięziony... -

To giganci chcą nas zwabić w pułapkę - dokończyła Annabeth. - Zakładają, że

będziemy próbowali go uwolnić. -

No i mają rację! - Hazel rozejrzała się wokół stołu, z gasnącą nadzieją szukając

ich poparcia. - Prawda? -

Tak! - ryknął trener Hedge z ustami pełnymi papierowych serwetek. - A to

znaczy, że będziemy walczyć, prawda? -

Hazel, to oczywiste, że mu pomożemy - powiedział Frank. - Ale ile mamy czasu,

zanim... ee... to znaczy, jak długo Nico wytrzyma? -Jedna pestka dziennie - odrzekła ze smutkiem Hazel. - Jeśli postanowi zapaść w śmiertelny trans. -

Śmiertelny trans? - Annabeth zmarszczyła brwi. - To nie brzmi zabawnie.

-

To mu spowalnia pobieranie tlenu - wyjaśniła Hazel. - Jak hibernacja albo koma.

Jedna pestka wystarczy mu na zaledwie jeden dzień. -

A ma jeszcze pięć pestek - powiedział Percy. - To oznacza pięć dni, łącznie z

dzisiejszym. Giganci musieli tak to zaplanować, żebyśmy przybyli do pierwszego lipca. Zakładając, że Nico jest więziony gdzieś w Rzymie... -

To nie mamy wiele czasu - podsumowała Piper. Położyła rękę na ramieniu Hazel.

- Znajdziemy go. W każdym razie wiemy już, co oznaczają te wersy przepowiedni: Już węszą mdły oddech anioła bliźnięta, pod którego strażą wiecznej śmierci pęta. Nazwisko twojego brata to „di Angelo". Angelo to po włosku „anioł". -

Och, bogowie - mruknęła Hazel. - Nico...

Percy wpatrywał się w swój donat z galaretką. Nie miał najlepszych wspomnień ze spotkania z Nikiem di Angelo. Facet podstępem namówił go do wizyty w pałacu Hadesa i Percy wylądował w celi. Trzeba jednak przyznać, że zwykle stał po właściwej stronie. Na pewno nie zasługiwał na powolne uduszenie w kadzi ze spiżu, a Percy nie zniósłby widoku pogrążonej w cierpieniu Hazel. -

Uwolnimy go - obiecał jej. - Musimy. Przepowiednia mówi, że to on strzeże

wiecznej śmierci pęt.3

-

Słusznie - powiedziała krzepiącym tonem Piper. - Hazel, twój brat wyprawił się

do Podziemia, aby odnaleźć Wrota Śmierci, tak? Musiał je odnaleźć. A pęta wiecznej śmierci to pewnie jakiś klucz do tych wrót. -

Może nam powiedzieć, gdzie one są - dodał Percy - i jak je zamknąć.

Hazel wzięła głęboki oddech. -

Tak. Dobrze.

-

Ee... — Leo poruszył się na krześle. — Jedna sprawa. Giganci czekają, aż to

zrobimy, tak? Więc sami pakujemy się w pułapkę? Hazel spojrzała na niego tak, jakby wykonał jakiś ordynarny gest. -

Nie mamy wyboru!

-

Nie zrozum mnie źle, Hazel. Chodzi mi tylko o to, że twój brat Nico..-. on wie o

obu obozach, tak? -

No tak.

-

Krążył od jednego do drugiego i żadnej stronie się do tego nie przyznał.

Jason pochylił się nad stołem; minę miał ponurą. -

Nie wiesz, czy możemy mu zaufać, tak? Ja też.

Hazel zerwała się z krzesła. -

Nie wierzę własnym uszom! To mój brat. Wyprowadził mnie z Podziemia, a wy

nie chcecie mu pomóc? Frank położył rękę na jej ramieniu. -

Nikt tego nie powiedział. - Spojrzał groźnie na Leona. -1 lepiej niech nikt tak nie

mówi. Leo zamrugał. -

Posłuchajcie... ja tylko...

-

Hazel - rzekł Jason - Leo poruszył ważną sprawę. Pamiętam Nica z Obozu

Jupiter. Teraz się dowiaduję, że odwiedził też Obóz Herosów. To jest dla mnie... no, odrobinę podejrzane. Czy my naprawdę wiemy, wobec kogo jest lojalny? Po prostu musimy być ostrożni. Ramiona Hazel zadygotały. Srebrny półmisek śmignął ku niej i uderzył w ścianę po jej lewej stronie, rozpryskując jajecznicę. -Ty... ty wielki Jasonie Grace... pretorze, na którego tak czekałam. Miałeś być takim

sprawiedliwym, dobrym przywódcą. A teraz... Tupnęła nogą i wybiegła z mesy. -

Hazel! - zawołał za nią Leo. - Och, na bogów. Powinienem...

-

Już dość zrobiłeś - warknął Frank.

Wstał, by za nią pójść, ale Piper zatrzymała go gestem ręki. -

Daj jej trochę czasu - poradziła mu, a potem spojrzała chłodno na Leona i Jasona.

-

No wiecie, tego się po was nie spodziewałam.

Jason zrobił zdumioną minę. -

Co ja takiego zrobiłem? Ja tylko jestem ostrożny!

-

Jej brat umiera - powiedziała Piper.

-

Pójdę i z nią porozmawiam - nalegał Frank.

-

Nie. Niech trochę ochłonie. Zostaw to mnie. Za kilka minut zobaczę, co z nią.

-

Ale... - Frank naburmuszył się jak rozzłoszczony niedźwiedź. — Dobra.

Poczekam. Z góry dobiegł warkot, jakby ktoś włączył potężną wiertarkę. -

To Festus - powiedział Leo. - Włączyłem mu autopilota, ale chyba już zbliżamy

się do Atlanty. Muszę tam pójść... no... zakładając, że wiemy, gdzie wylądować. Wszyscy zwrócili głowy w stronę Percy'ego. Jason uniósł brwi. -

Ty tu jesteś ekspertem. Masz jakiś pomysł?

Czyżby w jego głosie zabrzmiała uraza? Percy zastanawiał się, czy Jason w głębi duszy nie jest na niego obrażony za ten pojedynek w Kansas. Co prawda Jason dowcipkował na ten temat, ale Percy czuł, że żywią do siebie nawzajem lekki żal. Jeśli walczą ze sobą dwaj półbogowie, zawsze chcą stwierdzić, który jest silniejszy. -

Nie jestem pewny - odpowiedział. - Gdzieś wysoko, żebyśmy mieli dobry widok

na miasto. Może w jakimś parku? Chyba nie chcemy, żeby okręt wojenny wylądował w samym środku miasta. Pewnie nawet Mgła nie ukryłaby czegoś tak dużego. Leo pokiwał głową. -

Już się robi.

I pobiegł do schodów. Frank odchylił się na krześle w tył. Widać było, że dręczy go niepokój. Percy'emu zrobiło się go żal. Podczas wyprawy na Alaskę był świadkiem, jak Hazel i Frank coraz

bardziej się do siebie zbliżali. Wiedział, że Frank pragnie ją chronić. Dostrzegał też jego nienawistne spojrzenia rzucane Leonowi. Uznał, że dobrze by było zabrać Franka z okrętu na jakiś czas. -

Kiedy wylądujemy, chciałbym powęszyć wokół Atlanty - powiedział. - Frank,

mógłbyś mi pomóc. -

To znaczy, żebym znowu zamienił się w smoka? Naprawdę, Percy, nie chcę być

waszą latającą taksówką przez całą naszą misję. -

Nie. Chcę cię mieć przy sobie, bo masz w sobie krew Posejdona. Może pomożesz

mi znaleźć tę słoną wodę. A poza tym potrafisz walczyć. To trochę Franka udobruchało. -

No pewnie.

-

Wspaniale. Jeszcze ktoś trzeci. Annabeth...

-

O nie! - warknął trener Hedge. - Młoda damo, masz szlaban.

Annabeth spojrzała na niego tak, jakby przemówił w obcym języku. -

Słucham?!

-

Ty i Jackson nigdzie nie pójdziecie razem! - Hedge łypnął groźnie na Percyego,

nakazując mu milczeć. - Ja pójdę z Frankiem i Panem Spryciarzem Jacksonem. Reszta ma strzec okrętu i dopilnować, żeby Annabeth znowu nie złamała którejś zasady! „Cudownie" - pomyślał Percy. - „Dzień w męskim gronie z Frankiem i żądnym krwi satyrem w poszukiwaniu słonej wody w mieście położonym w głębi lądu". - Zapowiada się fantastyczna zabawa - powiedział.

XV PERCY Percy wyszedł na pokład i zawołał: -

O kurczę!

Wylądowali tuż pod szczytem porośniętego lasem wzgórza. Na lewo, pośród sosen, widniał kompleks białych budynków, przywodzący na myśl jakieś muzeum lub uniwersytet. Pod nimi rozciągała się Atlanta - grupa brązowych i srebrnych drapaczy chmur wyrastała z sięgającej horyzontu płaszczyzny szos, torów kolejowych, domów i zielonych plam lasu. -

Och, cudowne miejsce. - Trener Hedge odetchnął głęboko porannym powietrzem.

- Dobry wybór, Valdez. Leo wzruszył ramionami. -

Po prostu wybrałem wysokie wzgórze. Tam jest jakaś biblioteka prezydencka czy

coś takiego. W każdym razie Festus tak twierdzi. -

Nic mi o tym nie wiadomo! - warknął Hedge. - Nie wiesz, co się wydarzyło na

tym wzgórzu? Franku Zhang, powinieneś wiedzieć! Frank drgnął. -

Powinienem?

-

Stał tu syn Aresa! - zawołał z oburzeniem Hedge.

-

Jestem Rzymianinem... więc nie Aresa, ale Marsa, jakby co.

-

Mniejsza o to! To słynne miejsce. Amerykańska wojna domowa!

-

Jestem Kanadyjczykiem, jakby co.

-

Mniejsza o to! Generał Sherman, wódz Unii. Stał na tym wzgórzu, patrząc, jak

płonie Atlanta. Wyrąbał szlak zniszczenia stąd aż do morza. Paląc, szabrując, plądrując... To dopiero był heros! Frank cofnął się nieco. -

Aha, rozumiem.

Percy ego nie bardzo obchodziła historia, ale zaczął się zastanawiać, czy wylądowanie w tym miejscu to nie jest zły omen. Słyszał, że większość wojen domowych zaczęła się od walki między greckimi a rzymskimi półbogami. Teraz stali na miejscu jednej z takich bitew. Miasto, na które właśnie patrzyli, zostało zrównane z

ziemią na rozkaz syna Aresa. Nietrudno mu było wyobrazić sobie niektórych mieszkańców Obozu Herosów wydających taki rozkaz. Na przykład Clarisse La Rue na pewno by się nie zawahała. Ale Frank? Chybaby nie był aż takim twardzielem. -

W każdym razie - powiedział - tym razem spróbujmy raczej nie spalić tego

miasta. Trener był wyraźnie zawiedziony. -

No dobra. Ale dokąd teraz?

Percy wskazał na śródmieście. -

Jeśli są jakieś wątpliwości, trzeba zacząć od środka.

Złapanie okazji było łatwiejsze, niż sądzili. Doszli do tej biblioteki prezydenckiej która okazała się Centrum Cartera - i zapytali obsługę, czy może im przywołać taksówkę albo wskazać kierunek do najbliższego przystanku autobusowego. Percy mógł wezwać Mrocznego, ale głupio mu było prosić pegaza o pomoc w tak krótkim czasie po ich ostatniej klęsce. Frank nie chciał się w nic zmieniać. A poza tym Percy miał nadzieję dla odmiany skorzystać ze środka transportu używanego przez zwykłych śmiertelników. Jedna z bibliotekarek, Esther, zaproponowała, że sama podrzuci ich do miasta. Nalegała z takim wdziękiem, iż Percy zaczął podejrzewać, że to jakiś potwór w ludzkim przebraniu, ale Hedge odciągnął go na bok i zapewnił, że Esther pachnie jak normalny człowiek. -

Z małym dodatkiem suszonych kwiatków - dodał. — Goździki. Płatki róży.

Mniam, mniam. Wsiedli do wielkiego czarnego cadillaca Esther i pojechali w stronę śródmieścia. Esther była taka malutka, że ledwo coś widziała zza kierownicy, ale to jej wyraźnie nie przeszkadzało. Zręcznie lawirowała między innymi pojazdami, racząc ich przy tym opowieściami o zwariowanych rodzinach z Atlanty: o dawnych właścicielach plantacji, o założycielach Coca-Coli, gwiazdach sportu i dziennikarzach CNN. Sprawiała wrażenie osoby tak dobrze poinformowanej, że Percy postanowił spróbować szczęścia. -

Och, Esther, mam dla ciebie trudne pytanie. Słona woda w Atlancie. Z czym ci się

to kojarzy? Starsza pani zachichotała.

-

Ach, mój skarbie. To łatwe. Rekiny wielorybie!

Frank i Percy wymienili spojrzenia. -

Rekiny? - zapytał nerwowo Frank. - Macie w Atlancie rekiny wielorybie?

-

W oceanarium, skarbie. Bardzo słynnym! W samym śródmieściu. Tam chcecie

podjechać? Oceanarium. Percy zastanowił się. Nie bardzo wiedział, co jakiś starożytny grecki bóg morza mógłby robić w oceanarium w stanie Georgia, ale nie miał lepszego pomysłu. -

Tak - powiedział. - Tam właśnie chcemy się dostać.

Esther podwiozła ich pod wejście, gdzie już tworzyła się kolejka zwiedzających. Wcisnęła im karteczkę z numerem swojego telefonu - „Na wszelki wypadek!" - trochę pieniędzy na taksówkę, którą wrócą do Centrum Cartera, i słoik domowych konfitur z brzoskwiń, który z jakiegoś powodu trzymała w pudle w bagażniku. Frank wcisnął słoik do plecaka i podziękował Esther, która od pewnego czasu nie zwracała się już do niego „skarbie", lecz „synu". Kiedy odjechała, Frank powiedział: -

Czy wszyscy w Atlancie są tacy mili?

Hedge odchrząknął. -

Mam nadzieję, że nie. Nie mógłbym z nimi walczyć, gdyby byli mili. No, to

chodźmy i pokonajmy parę rekinów. Czuję, że będzie groźnie! Percy'emu nie przyszło do głowy, że będą musieli płacić za wstęp ani że będą stać w kolejce za gromadą rodzin i dzieciaków z letnich obozów. Patrząc na te dzieciaki w kolorowych koszulkach różnych półkolonii, poczuł ukłucie żalu. Powinien teraz być w Obozie Herosów, w swoim domku, uczyć szermierki na arenie, wymyślać psikusy swoim kolegom. Te dzieciaki nie miały pojęcia, jak cudowny może być obóz letni. Westchnął. -

No cóż, chyba staniemy w kolejce. Czy ktoś ma pieniądze?

Frank sprawdził swoje kieszenie. -

Trzy denary z Obozu Jupiter. Pięć dolarów kanadyjskich.

Hedge poklepał swoje dresy i wyciągnął to, co tam znalazł. -

Trzy ćwierćdolarówki, dwie dziesiątki, gumka recepturka i... bingo! Kawałek

selera. Zaczął żuć seler, spoglądając łakomie na recepturkę. -

Super - powiedział Percy.

On sam nie miał w kieszeniach nic prócz swojego długopisu--miecza Orkana. Już myślał, czy nie udałoby im się jakoś wśliznąć bez biletów, gdy podeszła do nich jakaś kobieta w niebiesko-zielonej koszulce Oceanarium Georgii, uśmiechając się promiennie. -

Ach, wycieczka VIP-ów!

Miała piegowate policzki, okulary w grubych oprawkach, klamerki na zębach i kręcone czarne włosy, zaplecione po bokach w warkoczyki, więc choć zapewne dobiegała trzydziestki, wyglądała jak rezolutna licealistka powszechnie uważana za dziwoląga. Prócz służbowej koszulki polo miała na sobie czarne spodnie i czarne tenisówki. Przez cały czas kołysała się na piętach, jakby rozpierała ją energia. Na przypiętej do koszulki tabliczce widniało imię: KATE. -

Aha, widzę, że macie przygotowaną kasę - powiedziała. - Wspaniale!

-

Co? - zdziwił się Percy.

Kate zgarnęła trzy denary z dłoni Franka. -

Tak, akurat tyle. Tędy!

Obróciła się jak fryga i ruszyła truchtem do głównego wejścia. Percy popatrzył na trenera Hedgea i Franka. -

Pułapka?

-

To możliwe - odrzekł Frank.

-

To nie jest śmiertelna istota - orzekł Hedge, węsząc. - Prawdopodobnie jakiś

rodzaj pożerającego kozły, niszczącego półbogów demona z Tartaru. -

Bez wątpienia - zgodził się Percy.

-

Fantastycznie. - Hedge wyszczerzył zęby. - Idziemy.

Kate minęła kolejkę i wprowadziła ich bez problemu do środka. -

Tędy. - Uśmiechnęła się do Percy'ego. - To cudowna ekspozycja. Nie będziecie

zawiedzeni. Tak rzadko mamy tu VIP-ów. -

Ee... to znaczy półbogów? - zapytał Frank.

Kate mrugnęła do niego szelmowsko i przyłożyła palec do ust. -

No więc tutaj mamy zwierzęta zimnowodne, pingwiny, bia-łuchy i różne takie. A

tam... no, tam są jakieś rybki. Jako pracownik oceanarium powinna nieco lepiej orientować się w mniejszych rybach. Kiedy mijali wielkie akwarium z tropikalnymi gatunkami, Frank wskazał na jakąś rybę i zapytał, co to jest, a Kate odpowiedziała: -

Ach, to te żółte.

Minęli sklepik z pamiątkami. Frank zwolnił, żeby spojrzeć na ladę z ubraniami i zabawkami. -

Bierz, co chcesz - powiedziała mu Kate.

Frank zamrugał. -

Naprawdę?

-

Oczywiście. Jesteś VIP-em!

Frank zawahał się, po czym wepchnął do plecaka jakiś T-shirt. -

Stary, co ty robisz? - zapytał Percy.

-

Powiedziała, że mogę - szepnął Frank. - A poza tym potrzebuję więcej ubrań. Nie

spakowałem się na dłuższą wycieczkę! Wziął też szklaną kulę z padającym w środku śniegiem, czego Percy jakoś nie mógł uznać za ubranie. Potem wyłowił jakiś pleciony rulonik wielkości batona. -

Co to jest? - zapytał.

-

Chińska pułapka - odrzekł Percy.

Frank, jako Kanadyjczyk chińskiego pochodzenia, zrobił obrażoną minę. -

Chińska? Niby dlaczego?

-

Nie wiem. Tak się po prostu nazywa. Kupuje się to dla żartu.

-

Chodźcie, chłopaki! - zawołała Kate.

-

Później ci pokażę - obiecał Percy.

Frank wsunął rulonik do plecaka i ruszyli dalej. Szli przeszklonym tunelem. Ryby krążyły nad ich głowami i Percy poczuł wzbierający w nim irracjonalny strach. „To jakaś głupota" - pomyślał. - „Milion razy byłem pod wodą. A teraz nawet nie jestem w wodzie". Po chwili przypomniał sobie, że prawdziwym zagrożeniem jest Kate. Hedge już wywąchał, że to nie jest człowiek. W każdej chwili może się zamienić w jakiegoś

strasznego potwora i rzucić się na nich. Ale nie miał wyboru - musieli dalej udawać wycieczkę VIP-ów, póki nie znajdą tego Forkisa, nawet jeśli miałoby to oznaczać pakowanie się w pułapkę. Weszli do pomieszczenia wypełnionego niebieskim światłem. Za szklaną ścianą było największe akwarium, jakie Percy w życiu widział. Krążyły w nim tuziny olbrzymich ryb, w tym dwa nakrapiane rekiny, dwukrotnie większe od Percyego. Były tłuste i powolne, miały otwarte pyski bez zębów. -

Rekiny wielorybie - warknął trener Hedge. - Czeka nas walka na śmierć i życie.

Kate zachichotała. -

Głupi 6atyr. Rekiny wielorybie nie są groźne. Żywią się wyłącznie planktonem.

Percy zmarszczył czoło. Skąd Kate wiedziała, że trener jest satyrem? Założył dresy i specjalnie dopasowane buty ukrywające jego kopyta, co zwykle robią satyrowie, kiedy kontaktują się ze śmiertelnikami. Czapka bejsbolowa przykrywała mu rogi. Im dłużej Kate chichotała i zachowywała się przyjaźnie, tym mniej Percyemu się podobała, natomiast trener Hedge nie wydawał się speszony. -

Niegroźne rekiny? - powiedział z wyraźną odrazą. - To po co tu są?

Frank odczytał z tabliczki obok akwarium: -

Jedyne na świecie rekiny wielorybie trzymane w niewoli. Zdumiewające.

-

Tak, a te są małe - powiedziała Kate. - Powinniście zobaczyć inne moje dzieci w

oceanie. -

Twoje dzieci? - zapytał Frank.

Biorąc pod uwagę diabelski błysk w oczach Kate, Percy nie miał wątpliwości, że nie chciałby się spotkać z jej dziećmi. Uznał, że czas przerwać tę zabawę. Nie zamierzał zagłębiać się w to oceanarium dalej, niż musiał. -

No więc, Kate - powiedział - szukamy pewnego faceta... to znaczy boga, który się

nazywa Forkis. Może go znasz? Kate prychnęła. -

Czy go znam? To mój brat. Właśnie do niego idziemy, głuptasy. Prawdziwe

okazy są tam. Wskazała na oddaloną ścianę. Solidna czarna powierzchnia rozsunęła się, ukazując wejście do kolejnego tunelu wypełnionego fioletowym światłem.

Kate weszła do środka. Pójście za nią było ostatnią rzeczą, jakiej Percy pragnął, ale jeśli Forkis naprawdę tam był i miał informacje, które pomogłyby im w ich misji... Wziął głęboki oddech i wkroczył do tunelu za swoimi towarzyszami. Gdy tylko znaleźli się w korytarzu, trener Hedge zagwizdał. -

O, to jest dopiero ciekawe.

Nad ich głowami snuły się wielobarwne meduzy wielkości kontenerów na śmieci, każda wyposażona w setki czułek, które wyglądały jak kable okręcone jedwabnymi nićmi. Jedna oplątała nimi sparaliżowanego trzymetrowego miecznika, powoli zaciskając macki wokół swojej ofiary. Kate spojrzała z triumfalnym uśmiechem na trenera Hedge'a. -

Widzisz? Zapomnij o rekinach wielorybich! A to dopiero początek.

Wprowadziła ich do jeszcze większej komory. Na jednej ścianie połyskiwał czerwony napis: ŚMIERĆ W MORSKIEJ TONI! Sponsor: Pączkobranie. Percy przeczytał napis dwukrotnie, pamiętając o swojej dyslek-sji, a potem jeszcze dwa razy, żeby to do niego dotarło. -

Pączkobranie?

-

Och, tak - odpowiedziała Kate. - Jeden z naszych korporacyjnych sponsorów.

Percy przełknął ślinę. Jego ostatnie spotkanie z Pączkobraniem nie należało do przyjemnych. Były plujące kwasem głowy wężów, dużo wrzasku i armata. W jednym akwarium dryfował bez celu z tuzin wielkich hipokampów - koni z rybimi ogonami. Percy widywał hipokampy w morzu, a nawet na kilku jeździł, ale jeszcze nigdy nie widział żadnego w akwarium. Próbował z nimi porozmawiać, ale nie zwracały na niego uwagi, tylko co jakiś czas obijały się o szklaną ścianę. Wyglądały na przymulone. -

To nie jest w porządku - mruknął pod nosem.

Odwrócił się i ujrzał coś jeszcze gorszego. Na dnie mniejszego pojemnika dwie nereidy - żeńskie duchy morskie - siedziały po turecku naprzeciw siebie, grając w „Łowisko". Wyglądały na śmiertelnie znudzone. Ich długie zielone włosy falowały apatycznie wokół twarzy. Oczy miały przymknięte. Percy poczuł taką wściekłość, że ledwo mógł złapać oddech. Spojrzał groźnie na Kate. -

Jak możecie je tutaj trzymać?

-

Wiem. - Kate westchnęła. - Nie są zbyt interesujące. Próbowaliśmy nauczyć je

jakichś sztuczek, ale chyba nic z tego nie wyszło. Myślę, że tamto akwarium bardziej ci się spodoba. Percy już miał zaprotestować, ale Kate ruszyła dalej. -

Święta matko kóz! - zawołał trener Hedge. - Popatrzcie na te śliczności!

Gapił się na dwa węże morskie - prawie dziesięciometrowe potwory z rozjarzonymi niebieskimi oczami i szczękami, które mogłyby przegryźć na pół rekina wielorybiego. W innym akwarium z cementowej pieczary wyglądała kałamarnica wielkości czterdziestotonowej ciężarówki, z pyskiem jak olbrzymi przecinak sworzni. Trzecie akwarium zamieszkiwały humanoidalne stworzenia o lśniących tułowiach fok, psich pyskach i ludzkich rękach. Siedziały na piasku na dnie, budując coś z klocków Lego, chociaż i one wyglądały na równie otępiałe jak nereidy. -

Czy to są...? - Percy szukał nazwy w pamięci.

-

Telchiny? - dopowiedziała Kate. - Tak! Jedyne okazy w niewoli.

-

Ale one przecież walczyły po stronie Kronosa w ostatniej wojnie! Są bardzo

groźne! Kate wywróciła oczami. -

No, chybabyśmy nie mogli nazwać tej ekspozycji: „Śmierć w morskiej toni",

gdyby niektóre okazy nie były groźne. Nie bój się. Są na prochach. -

Na prochach? To jest legalne?

Kate udała, że nie dosłyszała. Szła dalej, wskazując na inne okazy. Percy spojrzał przez ramię na telchiny. Jeden był najwyraźniej młodziakiem. Próbował skonstruować miecz z lego, ale był chyba zbyt przymulony, żeby poskładać klocki razem. Percy nie przepadał za potworami morskimi, ale teraz zrobiło mu się ich żal. -

A te potwory morskie - Kate wskazała głową - mogą w oceanie osiągnąć sto

pięćdziesiąt metrów długości. Mają ponad tysiąc zębów. A tamte? Ich ulubionym przysmakiem są półbogowie... -

Półbogowie?! - krzyknął Frank.

-

Ale pożerają też wieloryby albo mniejsze łodzie. - Kate zwróciła się do Percy'ego

z wypiekami na twarzy. - Przepraszam... jestem tak potwornie głupia! Przecież ty to wszystko znasz jako syn Posejdona i w ogóle.

Percy słyszał już donośny dzwonek alarmowy. Nie podobało mu się, że Kate tyle o nim wie. Nie podobały mu się jej niby przypadkowe uwagi o narkotyzowaniu uwięzionych tu stworzeń albo o tym, które z jej maluchów lubią pożerać półbogów. -

Kim jesteś? - zapytał. - „Kate" coś oznacza?

-

Kate? - Zrobiła głupią minę. Potem zerknęła na swoją tabliczkę z imieniem. -

Och... - Roześmiała się. - Nie, to jest... -

Hej! - zawołał ktoś z głębi sali.

Z ciemności wyłonił się drobny człowieczek. Szedł bokiem na krzywych nogach jak krab, ze zgarbionymi plecami i rękami uniesionymi w górę, jakby niósł niewidzialne talerze. Miał na sobie piankowy skafander do nurkowania w okropnych odcieniach zieleni. Błyszczący srebrny napis biegnący po boku kostiumu głosił: SZALEŃSTWA FLORKA. Spomiędzy tłustych, grubych włosów wystawał mu zestaw słuchawkowy z mikrofonem. Oczy miał mlecznoniebieskie, jedno osadzone trochę wyżej od drugiego, a choć się uśmiechał, nie wyglądał przyjaźnie — raczej jak ktoś o twarzy zniekształconej w tunelu powietrznym. -

Goście! - zagrzmiał przez mikrofon. Miał głos didżeja, głęboki i wyraźny,

zupełnie niepasujący do jego wyglądu. - Witajcie w Szaleństwach Forkisa! Machnął ramionami w jedną stronę, jakby chciał ich ostrzec, że za chwilę coś wybuchnie. Nic nie wybuchło. -

Niech to szlag - warknął. - Telchiny, to sygnał dla was! Ja macham rękami, a wy

skaczecie energicznie w górę, robicie podwójne salto i opadacie, ustawiając się w piramidę. Ćwiczyliśmy to! Morskie demony nie zwróciły na niego uwagi. Trener Hedge zrobił krok w jego stronę i powąchał błyszczący, mokry kostium. -

Ładny garniturek.

Nie powiedział tego kpiącym tonem. Oczywiście sam nosił strój gimnastyczny tylko dla zabawy. -

Dziękuję! - odrzekł krabowaty mężczyzna. - Jestem Forkis.

Frank przeniósł ciężar ciała z jednej stopy na drugą. -

Dlaczego masz na kostiumie wypisane: Florek?

Forkis warknął gniewnie. -

Głupia wytwórnia kostiumów! Zawsze coś sknocą.

Kate postukała w swoją tabliczkę z imieniem. -

Mówiłam im, że mam na imię Keto. No i wyszło im Kate. Mój brat... no cóż,

teraz to jest Florek. -

Nieprawda! Nie jestem żadnym Florkiem. Zresztą to imię zupełnie nie pasuje do

szaleństw. Wyobrażacie sobie pokaz o nazwie Szaleństwa Florka? Ale wy, moi drodzy, na pewno nie chcecie wysłuchiwać naszych żalów. Patrzcie, oto niezwykły majestat wielkiej, morderczej kałamarnicy! Zrobił teatralny gest w stronę akwarium z kałamarnicą. Tym razem przed szklaną ścianą wytrysnęły pióropusze złotych fajerwerków. Z głośników popłynęła muzyka. Światła pojaśniały, ukazując niezwykły majestat pustego akwarium. Kałamarnica najwyraźniej schowała się w swojej pieczarze. -

Niech to szlag! - ryknął ponownie Forkis. Odwrócił się do swojej siostry. - Keto,

tresura tej kałamarnicy to twoja działka. Mówiłem: żonglerka. Może trochę rozszarpywania mięsa na finał. Prosiłem o zbyt wiele? -Jest płochliwa - odpowiedziała Keto. - A poza tym każda z jej macek ma sześćdziesiąt dwa zadziory, które trzeba codziennie ostrzyć. - Zwróciła się do Franka. Wiesz, że ta potworna kałamarnica jako jedyne zwierzę kiedy połknie całego herosa, razem ze zbroją i wszystkim, nie dostaje po tym niestrawności? To prawda! Frank odszedł na bok, trzymając się za brzuch, jakby się upewniał, że wciąż jest cały. -

Keto! - warknął Forkis, strzelając palcami jak krab szczypcami. - Te wszystkie

informacje zanudzają naszych gości. Mniej wiedzy, więcej rozrywki! Już to omawialiśmy. -

Ale...

-

Żadnych ale! Jesteśmy tu, żeby zaprezentować „Śmierć w morskiej toni!".

Sponsorem jest Pączkobranie! Ostatnie słowa potoczyły się po sali z dodatkowym rezonansem. Światła rozbłysły. Z podłogi zaczął się wydobywać dym, tworząc kółka podobne do donatów, które pachniały jak prawdziwe świeże pączki. -

Dostępne w sklepiku - doradził im Forkis. - Ale wy przecież wydaliście z trudem

zdobyte denary, by zapewnić sobie pokaz dla VIP-ów! Chodźcie ze mną! -

Yyy... chwileczkę - powiedział Percy.

Uśmiech Forkisa ustąpił miejsca grymasowi. -Tak? -Jesteś bogiem morza, tak? Synem Gai? Krabowaty mężczyzna westchnął. -

Minęło pięć tysięcy lat, a wciąż jestem znany jako synek Gai. Jakbym nie był

jednym z najstarszych istniejących bogów morza. Nawiasem mówiąc, starszym od tego dorobkiewicza, twojego ojca. Jestem bogiem najgłębszych morskich otchłani! Panem wodnych demonów! Ojcem tysiąca potworów! Ale nie... nikt mnie nie zna. Popełniłem jeden drobny błąd, poparłem tytanów w ich wojnie i wygnano mnie z oceanu... Dokąd? Do jakiejś Atlanty! -

Myśleliśmy, że Olimpijczycy powiedzieli: „Atlantyda" - wyjaśniła Keto. - To

chyba miał być żart, że nas tu zesłali. Percy zmrużył oczy. -

A ty jesteś boginią?

-

Keto, tak! - Uśmiechnęła się z satysfakcją. - Boginią morskich potworów

oczywiście! Wielorybów, rekinów, kałamarnic i innych morskich olbrzymów, ale moje serce zawsze należy do potworów. Czy wiecie, że młode węże morskie mogą zwracać mięso swoich ofiar i przez sześć lat nim się żywić? To prawda! Frank wciąż trzymał się za brzuch, jakby mu się zbierało na wymioty. Trener Hedge zagwizdał. -

Sześć lat? To fascynujące.

-

Wiem! - powiedziała z dumą Keto.

-

A jak dokładnie mordercza kałamarnica wyrywa mięso ze swoich ofiar? - zapytał

Hedge. - Uwielbiam przyrodę. -

Och, jeśli chodzi o to...

-

Dość! - przerwał jej Forkis. - Rujnujesz przedstawienie! Oto nasze nereidy

gladiatorki w walce na śmierć i życie! W akwarium z nereidami osunęła się lustrzana kula dyskotekowa i woda roztańczyła się wielokolorowym światłem. Na piaszczyste dno upadły dwa miecze. Nereidy nie

zwróciły na nie uwagi i nadal grały w „Łowisko". -

Niech to szlag! - Forkis tupnął koślawymi nogami.

Keto spojrzała na trenera Hedgea, krzywiąc się wymownie. -

Nie przejmuj się Florkiem. Okropny gaduła. Chodź ze mną, mój wspaniały

satyrze. Pokażę ci barwne diagramy łowieckich zwyczajów potworów. -

Świetnie!

Zanim Percy zdążył wyrazić sprzeciw, Keto zginęła z trenerem Hedge'em w labiryncie akwariów, pozostawiając jego i Franka sam na sam z krabowatym bogiem morza. Po karku Percy'ego potoczyła się kropla potu. Chłopcy wymienili nerwowe spojrzenia. To wyglądało na strategię „dziel i rządź". Percy już czuł, że to spotkanie nie skończy się dla nich dobrze. A może od razu zaatakować Forkisa, wykorzystując element zaskoczenia? No tak, ale nie uzyskali jeszcze żadnej pożytecznej informacji. Zaczął wątpić, czy uda im się odnaleźć Hedgea. Nie był nawet pewny, czy sam znajdzie stąd wyjście. Forkis chyba trafnie ocenił jego minę. -

Och, wszystko w porządku! - zapewnił go bóg. - Keto bywa trochę nudna, ale na

pewno dobrze się zaopiekuje twoim przyjacielem. I uwierz mi, najlepsza część pokazu jeszcze przed nami! Percy starał się myśleć chłodno, ale rozbolała go głowa - nie wiadomo, czy na skutek świeżej kontuzji, efektów specjalnych Forkisa czy obrzydliwych wykładów jego siostry na temat obyczajów morskich potworów. -

A więc - wyjąkał - przysłał nas tutaj Dionizos.

-

Bachus - poprawił go Frank.

-

No tak. - Percy starał się opanować rozdrażnienie. W tej chwili z trudem

przypominał sobie imiona bogów. - Bóg wina. Nieważne. - Spojrzał na Forkisa. - Bachus powiedział, że może znasz zamiary twojej mamusi Gai i twoich bliźniaczych braci Efialtesa i Otisa. I jeśli przypadkiem wiesz coś o Znaku Ateny... -

Bachus sądził, że wam pomogę? - zapytał Forkis.

-

No... tak. Przecież jesteś Forkisem. Wszyscy o tobie mówią.

Forkis przechylił głowę tak, że jego niesymetryczne oczy znalazły się prawie w

jednej linii. -

Naprawdę?

-

Oczywiście. Prawda, Frank?

-

Och... no jasne! - zapewnił Frank. - Ludzie wciąż o tobie mówią.

-

A co mówią?

Frank zrobił niepewną minę. -

No... że urządzasz wspaniałe pokazy sztucznych ogni. I że masz znakomity głos

konferansjera. No i ta... ee... kula dyskotekowa... -

To prawda! - Forkis głośno pstryknął palcami. - Mam też największą na świecie

kolekcję potworów morskich w niewoli! -

1 wszystko wiesz - dodał Percy. - Na przykład o tych bliźniakach i co zamierzają.

-

Bliźniacy! - Forkis dodał echo do swojego głosu. Przed akwarium z wężem

morskim roziskrzyły się zimne ognie. - Tak, wiem wszystko o Efialtesie i Otisie. O tych kiepskich naśladowcach! Nigdy nie dorównają innym gigantom. Są za wątli... no i te węże zamiast stóp. -

Węże zamiast stóp? - Percy przypomniał sobie długie, zakrzywione buty, które

mieli na nogach bliźniacy w jego śnie. -

Tak, tak - odrzekł niecierpliwie Forkis. - Uznali, że nie mogą liczyć na własne

siły, więc wybrali teatr: iluzje, sztuczki sceniczne, takie tam numery. Gaja ukształtowała swoje wielkie dzieci tak, że każdy gigant ma w mózgu zakodowanego konkretnego wroga. Każdy został zrodzony, by zabić jakiegoś boga. Efialtes i Otis... no cóż, razem tworzą coś w rodzaju anty-Dionizosa. Percy próbował to ogarnąć umysłem. -

Więc... chcą zamienić całe wino w sok żurawinowy czy coś w tym rodzaju?

Bóg morza parsknął. -

Ależ skąd! Efialtes i Otis zawsze pragnęli wszystko ulepszyć, by było bardziej

krzykliwe, bardziej widowiskowe! Och, oczywiście chcieli zabić Dionizosa. Ale najpierw musieli go upokorzyć, sprawić, by przy ich atrakcjach jego hulanki wydawały się wprost żałosne! Frank spojrzał na zimne ognie. -

Przez użycie fajerwerków i kul dyskotekowych?

Usta Forkisa rozciągnęły się w tym uśmiechu jak z tunelu powietrznego. -

Otóż to! Uczyłem bliźniaków wszystkiego, co sam wiedziałem, a w każdym razie

starałem się ich nauczyć. Nigdy mnie nie słuchali. Ich pierwsza wielka sztuczka? Próbowali wedrzeć się na Olimp, zwalając jedną górę na drugą. Oczywiście była to iluzja. Powiedziałem im, że to śmieszne. Powinniście zacząć od czegoś mniejszego, tak im powiedziałem. Poprzecinajcie się nawzajem piłą, wyjmijcie gorgony z kapelusza, o, coś takiego. I sprawcie sobie garnitury wyszywane cekinami. To pasuje do bliźniaków! -

Dobra rada - zgodził się Percy. - A teraz bliźniacy...

-

Och, przygotowują się do swojego spektaklu zagłady Rzymu - powiedział Forkis

kpiącym tonem. - To jeden z tych głupich pomysłów Matki. Trzymają jakiegoś więźnia w wielkiej kadzi ze spiżu. - Zwrócił się do Franka. - Jesteś synem Aresa, tak? Czuję to nosem. Kiedyś bliźniacy podobnie uwięzili twojego ojca. -

Synem Marsa - poprawił go Frank. - Zaraz... ci giganci wsadzili mojego tatę do

kotła ze spiżu? -

Tak, to ich jeszcze jeden głupi numer. Jak można pokazać więźnia, jeśli siedzi w

kadzi? To nie ma żadnej wartości rozrywkowej. Co innego moje kochane zwierzątka! Machnął ręką w stronę hipokampów, które apatycznie uderzały głowami w szklaną szybę. Percy starał się zebrać myśli. Czuł się tak, jakby i jego ogarniał letarg, w którym tkwiły przymulone morskie stworzenia. -

Powiedziałeś... że ten spektakl zagłady to pomysł Gai?

-

No wiesz... plany Matki zawsze są wielowarstwowe. - Zaśmiał się. - Ziemia ma

warstwy! To by się chyba zgadzało! -

Mhm. Więc jej plan...

-

Och, wyznaczyła nagrodę za zabicie pewnej grupy półbogów. Nie obchodzi jej;

kto ich zabije, ale żeby zostali zabici. No cóż... trzymam ją za słowo. Bardzo wyraźnie zaznaczyła, że trzeba oszczędzić dwoje. Chłopca i dziewczynę. Chyba tylko Tartar wie dlaczego. W każdym razie bliźniacy zaplanowali swój mały pokaz w nadziei, że zwabią tych półbogów do Rzymu. Może myślą też, że ci półbogowie będą na tyle głupi, by wejść na ich terytorium w poszukiwaniu Znaku Ateny. - Szturchnął Franka łokciem w żebra. Ha! Powodzenia, co?

Frank zaśmiał się nerwowo. -

No... Ha-ha. To by było naprawdę głupie, bo...

Forkis zmrużył oczy. Percy wsunął rękę do kieszeni i zacisnął palce na Orkanie. Nawet ten stary bóg morza nie jest chyba na tyle głupi, by się nie domyślić, że ma przed sobą półbogów, za których głowy wyznaczono nagrodę. Ale Forkis tylko wyszczerzył zęby i znowu szturchnął Franka w bok. -

Ha! Dobry jesteś, synu Marsa. I chyba masz rację. Po co sobie strzępić język?

Przecież nawet gdyby ci półbogowie znaleźli tę mapę w Charleston, nigdy nie dotrą żywi do Rzymu! -

Tak, tę MAPĘ W CHARLESTON - powtórzył głośno Frank, wytrzeszczając oczy

w stronę Percy'ego, żeby się upewnić, czy ta informacja do niego dotarła. Dobitniejszy byłby może wielki plakat z czerwonym napisem: WSKAZÓWKA!!! -

Ale dość już tych nudnych edukacyjnych spraw! - rzekł Forkis. - Zapłaciliście za

pokaz dla VIP-ów. Pozwólcie, że pokażę wam wszystko do końca. Bo tych trzech denarów, niestety, nie możemy już wam zwrócić. Percy nie miał ochoty na zachwycanie się kolejnymi pokazami fajerwerków, wąchanie dymu pachnącego donatami czy oglądanie pogrążonych w depresji morskich stworzeń. Zerknął jednak na Franka i uznał, że będzie lepiej ustąpić staremu krabowatemu bogu, w każdym razie do czasu gdy odnajdą trenera Hedgea i dotrą bezpiecznie do wyjścia. Prócz tego może uda im się coś jeszcze z Forkisa wyciągnąć. -

Ale później będziemy mogli zadać parę pytań?

-

Oczywiście! Powiem wam wszystko, co powinniście wiedzieć. — Forkis klasnął

dwa razy w dłonie. W ścianie pod rozjarzonym czerwonym znakiem pojawiło się wejście do nowego tunelu. - Zapraszam w moje ślady! -1 wbiegł bokiem do tunelu. Frank podrapał się w głowę. -

Czy musimy... - Sam też ustawił się bokiem.

-

To tylko takie wyrażenie, stary - powiedział Percy. - Idziemy.

XVI PERCY Tunel biegł pod dnem akwarium wielkości sali gimnastycznej. Zbiornik zawierał wodę i jakieś tanie dekoracje, poza tym wydawał się majestatycznie pusty. Percy podejrzewał, że nad ich głowami jest dwieście tysięcy litrów wody. Gdyby ściany tunelu z jakiegoś powodu popękały... „Coś dla mnie" - pomyślał. - „Tysiące razy byłem otoczony masami wody. To mój dom". Ale serce biło mu mocno. Pamiętał, jak na Alasce zapadał się w zimne bagno - czarny muł zalewający oczy, usta i nos. Forkis zatrzymał się pośrodku tunelu i z dumą rozłożył ramiona. - Piękna ekspozycja, co? Percy starał się nie rozmyślać i skupić na szczegółach. W kącie zbiornika, w zagajniku sztucznych wodorostów stała spora plastikowa chatka z piernika, z bąbelkami ulatującymi z komina. W przeciwległym rogu klęczał przy skrzyni ze skarbami plastikowy nurek w staroświeckim skafandrze. Skrzynia otwierała się co parę sekund, wypluwała bąble powietrza i zamykała z powrotem. Na dnie, na białym piasku rozsypane były szklane kulki wielkości kul do kręgli i dziwna zbieranina broni, takiej jak trójzęby i harpuny. Przed szklaną ścianą zbiornika wznosił się amfiteatr z ławkami na kilka setek widzów. -

Co tutaj trzymacie? - zapytał Frank. - Wielką złotą rybkę o morderczych

skłonnościach? Forkis uniósł brwi. -

Och, to wspaniały pomysł! Ale nie, Franku Zhang, potomku Posejdona. To nie

jest akwarium ze złotą rybką. Na słowa „potomku Posejdona" Frank drgnął. Cofnął się, ściskając swój plecak jak maczugę, którą zamierzał się zamachnąć. Percy poczuł, że przerażenie ścieka mu przełykiem jak syrop na kaszel. Niestety, zdążył już przywyknąć do tego uczucia. -

Skąd znasz nazwisko Franka? - zapytał. - Skąd wifesz, że jest potomkiem

Posejdona?

-

Cóż... - Forkis niedbale wzruszył ramionami - te dane pewnie były w opisie, który

dostarczyła Gaja. No wiesz, w tym liście gończym, Percy Jacksonie. Percy ściągnął zatyczkę ze swojego długopisu. W jego dłoni pojawił się Orkan. -

Nie oszukuj mnie, Forkisie. Obiecałeś, że odpowiesz mi na pytania.

-

Tak, po pokazie dla VIP-ów - zgodził się Forkis. - Obiecałem powiedzieć wam

wszystko, co musicie wiedzieć. Rzecz w tym, że tak naprawdę niczego nie musicie wiedzieć. - Wyszczerzył zęby w groteskowym uśmiechu. - Bo widzisz, nawet gdybyście dotarli do Rzymu, co jest raczej niemożliwe, nigdy nie zwyciężycie moich braci gigantów bez jakiegoś boga po waszej stronie. A który z bogów miałby wam pomóc? Dlatego mam o wiele lepszy plan. Zostaniecie tutaj. Jesteście VIP-ami - Very Important Prisoners'! * VIP - Very Important Person - Bardzo Ważna Osobistość; tutaj: Very Important Prisoners - Bardzo Ważni Więźniowie - przyp. tłum. Percy rzucił się do przodu. Frank cisnął plecakiem w głowę Forkisa. Bóg morza po prostu zniknął. Jego głos niósł się przez głośniki, odbijając się echem po tunelu: -Tak, świetnie! Walka to dobra rzecz! Matka nigdy nie powierzała mi ważnych zadań, ale pozwoliła mi zatrzymać wszystko, co zdołam złapać. Wy dwaj będziecie moimi wspaniałymi okazami, jedynymi potomkami Posejdona żyjącymi w niewoli. Półboskie Diabły... tak, to mi się podoba! Już mamy upatrzonych sponsorów w Galerii Wyprzedaży. Możecie walczyć codziennie o jedenastej, o pierwszej i podczas pokazu wieczornego o siódmej. -Jesteś wariatem! - ryknął Frank. -

Dajcie z siebie wszystko! - zawołał Forkis. - Będziecie naszą największą atrakcją!

Frank pobiegł do wyjścia, ale uderzył w szklaną ścianę. Percy popędził w drugą stronę i też natrafił na barierę ze szkła. Tunel zamienił się w wielki bąbel. Percy przyłożył rękę do szyby i wyczuł, że szkło mięknie, rozpuszcza się jak lód. Wkrótce woda wedrze się do tunelu. -

Nie będziemy współpracować, Forkisie! - krzyknął.

-

Och, jestem dobrej myśli - rozbrzmiał głos boga. - Jeśli nie zechcecie ze sobą

walczyć, nie ma problemu! Mogę codziennie wpuszczać wam nowe morskie potwory. A

gdy już przywykniecie do pokarmu, który będziecie tu dostawać, staniecie się pokorni jak baranki. Wierzcie mi, pokochacie swój nowy dom. Tuż nad głową Percyego w szkle pojawiła się szczelina i woda zaczęła przeciekać do środka. -Jestem synem Posejdona! - Percy starał się ukryć strach. — Nie możesz uwięzić mnie w wodzie. Właśnie w wodzie jestem najsilniejszy. Śmiech Forkisa zdawał się ich otaczać ze wszystkich stron. -

Cóż za zbieg okoliczności! Ja też jestem najsilniejszy w wodzie. Ten zbiornik

został zaprojektowany specjalnie dla półbogów. No, a teraz bawcie się dobrze. Zobaczymy się w porze karmienia! Szklana kopuła pękła i woda runęła do środka. Percy wstrzymywał oddech tak długo, jak zdołał. Kiedy w końcu nabrał wody do płuc, mógł nią oddychać jak powietrzem. Ciśnienie wody mu nie przeszkadzało. Nawet nie zamokło mu ubranie. Jego podwodne zdolności nie zaniknęły. „To tylko jakaś głupia fobia" - pomyślał. - „Przecież nie utonę". A potem przypomniał sobie o Franku i nagle ogarnęły go panika i poczucie winy. Tak był zajęty sobą, że zapomniał, iż Frank jest tylko dalekim potomkiem Posejdona. Nie potrafił oddychać pod wodą. Ale gdzie on jest? Obrócił się wokoło. Nic. Zerknął w górę. Nad nim unosiła się wielka złota ryba. Frank zamienił się - razem z ubraniem, plecakiem, wszystkim - w japońskiego karpia koi wielkości nastolatka. -

Stary - Percy wysłał swoje myśli przez wodę, jak zawsze gdy rozmawiał z innymi

mieszkańcami morza. - Złota rybka? Odebrał odpowiedź Franka: -

Wkurzyłem się. Akurat rozmawialiśmy o złotej rybce, więc się w nią zmieniłem.

Przeszkadza ci? -

Rozmawiam sobie telepatycznie z wielkim japońskim karpiem - powiedział

Percy. -Super. Możesz się zamienić w coś bardziej... pożytecznego? Cisza. Może Frank się skupiał? Trudno to było stwierdzić, bo karpie japońskie nie mają bogatego repertuaru min.

-

Przykro mi. - Frank najwyraźniej był zakłopotany. - Zaklinowałem się. To się

czasami zdarza, kiedy spanikuję. -

Wspaniałe. - Percy zazgrzytał zębami. - Pomyślmy, jak się stąd wydostać.

Frank opłynął zbiornik i zameldował, że nie ma żadnego wyjścia. Górę pokrywała drobna siatka z niebiańskiego spiżu, podobna do żaluzji, jakimi zamyka się sklepy w domach towarowych. Percy próbował ją rozciąć Orkanem, ale na metalu nie została nawet rysa. Spróbował przebić się przez szklaną ścianę, uderzając w nią rękojeścią - bez skutku. Powtórzył te próby z użyciem broni leżącej na dnie i tylko połamał trzy trójzęby, miecz i harpun. W końcu spróbował zapanować nad wodą. Rozkazał jej rozkołysać się i przebić zbiornik albo wezbrać i roztrzaskać sklepienie. Woda nie zareagowała. Może była zaczarowana albo słuchała tylko Forkisa. Percy koncentrował się, aż go uszy rozbolały, ale udało mu się tylko oderwać wieko skrzyni ze skarbami. „No to mamy klops" - pomyślał ponuro. - „Już do końca życia będę mieszkać w plastikowej chatce z piernika, walczyć z moim przyjacielem, wielką złotą rybką, i czekać na porę karmienia". Forkis obiecał, że w końcu to polubią. Percy pomyślał o przy-mulonych telchinach, o nereidach i hipokampach krążących bezmyślnie po akwariach. I tak mają skończyć? Ta myśl nie dodała mu otuchy. Zastanawiał się, czy Forkis nie ma racji. Nawet gdyby udało im się stąd uciec, jak zdołają pokonać gigantów, skoro wszyscy bogowie zostali obezwładnieni? Może Bachus mógłby im pomóc? Już raz zabił dwóch gigantów. No tak, ale on walczyłby po ich stronie pod warunkiem, że złożą mu ten niemożliwy hołd, a już sama myśl o składaniu Bachusowi jakiegokolwiek hołdu sprawiała, że Percy miał ochotę zadławić się pączkiem z Paczkobrania. -

Patrz! - powiedział Frank.

Za szklaną szybą Keto prowadziła trenera Hedge'a przez amfiteatr, udzielając mu objaśnień. Trener kiwał głową i podziwiał rzędy ławek. -

Trenerze! - zawołał Percy, po czym zdał sobie sprawę, że to beznadziejne. Satyr

nie mógł usłyszeć jego telepatycznych wołań.

Frank uderzył pyskiem w szybę. Hedge nie zwrócił na to uwagi. Keto żwawym krokiem prowadziła go przez amfiteatr. Nawet nie spojrzała na szybę zbiornika, pewnie przekonana, że jest pusty. Wskazała koniec sali, jakby mówiła: „Chodźmy dalej. Będzie tam więcej przerażających potworów". Percy uświadomił sobie, że za kilka sekund trenera już nie będzie. Popłynął za nimi, ale woda okazała się jakaś inna niż zwykle. Jakby stawiała mu opór, jakby go spychała do tyłu. Odrzucił miecz i użył obu rąk. Trener Hedge i Keto byli już półtora metra od wyjścia. Zrozpaczony Percy zgarnął wielką szklaną kulę i cisnął nią jak kulą do kręgli. Kula ugodziła w szkło z głuchym fank - nie na tyle głośnym, by przyciągnąć uwagę. Percyego ogarnęła rozpacz. Ale trener Hedge miał uszy satyra. Zerknął przez ramię. Kiedy zobaczył Percyego, przez jego twarz przemknęły kolejno niezrozumienie, zaskoczenie i wściekłość, która wreszcie ustąpiła miejsca masce spokoju. Zanim Keto spostrzegła, co jest grane, Hedge wskazał na sklepienie amfiteatru i najwidoczniej zawołał: „Na bogów Olimpu, a co to takiego?!". Keto odwróciła się. Trener zrzucił swoją sztuczną nogę i jak ninja kopnął boginię w tył głowy koźlim kopytem. Keto zwaliła się na podłogę. Percy skrzywił się. Jego nie tak dawno kopnięta głowa zapulsowała ze współczucia, ale jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy z powodu opiekuna lubiącego wrestling. Hedge podbiegł do szyby. Uniósł dłonie w geście: „Co ty tam robisz, Jackson?" Percy uderzył pięścią w szybę i odpowiedział bezgłośnie: - Rozwal to! Hedge ryknął w odpowiedzi coś, co mogło brzmieć: „Gdzie jest Frank?!". Percy wskazał na wielkiego karpia japońskiego. -

Co jest? - Frank machnął lewą płetwą piersiową.

Za Hedge em morska bogini poruszyła się. Percy pokazał na nią gorączkowo. Satyr potrząsnął nogą, jakby rozgrzewał kopyto do ciosu, ale Percy zamachał rękami. Nie. Nie mogą wciąż kopać Keto w głowę. To na nic, jest nieśmiertelna. W ten sposób nie wydostaną się ze zbiornika. A Forkis na pewno niedługo tu wróci. -

Na trzy - powiedział bezgłośnie Percy, podnosząc trzy pałce i wskazując na

szklaną ścianę. - Wszyscy razem. Percy nigdy nie był dobry w zgadywankach mimicznych, ale Hedge kiwnął głową, jakby zrozumiał. Rozwalanie przedmiotów to język, który dobrze znał. Percy podniósł olbrzymią szklaną kulę. -

Frank, ty też będziesz nam potrzebny. Możesz już się zmienić?

-

Może z powrotem w człowieka.

-

W człowieka? Znakomicie! Tylko wstrzymaj oddech. Jeśli nam się uda...

Keto podniosła się na kolana. Nie było czasu do stracenia. Percy odliczył na palcach. Raz, dwa, trzy! Frank zamienił się w człowieka i naparł na szybę ramieniem. Trener kopnął z półobrotu jak Chuck Norris. Percy z całej siły rąbnął w nią kulą, ale na tym nie poprzestał. Zawołał do wody, by go usłuchała, i tym razem nie godził się na odmowę. Poczuł skumulowane ciśnienie wewnątrz zbiornika i zapragnął je wykorzystać. Woda chce być wolna. Wystarczy trochę czasu i woda przełamie każdą barierę, a nie znosi niewoli, podobnie jak Percy. Pomyślał o powrocie do Annabeth. Pomyślał o wepchnięciu Forkisowi w gardło jego mikrofonu. I dwieście tysięcy litrów wody zareagowało na jego gniew. Szklana ściana popękała. Szczeliny rozbiegły się zygzakami z miejsca uderzenia i nagle cały zbiornik roztrzaskał się na kawałki. Potężny nurt wyrzucił na zewnątrz Percyego, który przeturlał się przez amfiteatr razem z Frankiem, kilkoma wielkimi kulami szklanymi i kępą plastikowych wodorostów. Keto właśnie stawała na nogi, gdy trafił w nią posąg nurka, jakby chciał porwać ją w objęcia. Trener Hedge wypluł słoną wodę. -

Na fletnię Pana! Co ty tu robiłeś?

-

Forkis! — wybełkotał Percy. - Pułapka! Uciekajmy!

Zewsząd rozdzwoniły się sygnały alarmowe. Przybiegli koło akwarium z nereidami, potem obok telchinów. Percy chciał je uwolnić, ale jak? Były naćpane, przymulone, no i w końcu były stworzeniami morskimi. Nie przeżyłyby, chyba że znalazłby jakiś sposób przetransportowania ich do oceanu. Prócz tego Percy nie wątpił, że gdyby Forkis ich złapał, moc morskiego boga przeważyłaby jego moc. A i Keto rzuciłaby się na nich, gotowa nakarmić nimi swoje

potwory. -

Wrócę - obiecał Percy, ale nawet jeśli więźniowie w akwariach go usłyszeli, nie

dali tego po sobie poznać. Z głośników zadudnił głos Forkisa: -

Percy Jackson!

Co jakiś czas wybuchały race i zimne ognie. Pachnący dona-tami dym wypełnił pomieszczenia wystawowe. Dramatyczna muzyka - pięć lub sześć różnych ścieżek dźwiękowych równocześnie - grzmiała z głośników. Światła zaczęły mrugać i przepalać się, gdy wszystkie efekty specjalne w całym budynku włączyły się jednocześnie. Percy, trener Hedge i Frank wypadli ze szklanego tunelu i znaleźli się w sali z rekinami wielorybimi. Część oceanarium dostępna dla śmiertelników pełna była krzyczących ludzi - rodziny i grupy młodzieży z półkolonii biegały w różne strony, podczas gdy obsługa miotała się gorączkowo, próbując zapewnić każdego, że to fałszywy alarm. Percy nie dał się na to nabrać. Razem z przyjaciółmi wmieszał się w tłum i biegł do wyjścia.

XVII ANNABETH Annabeth próbowała rozweselić Hazel, opowiadając o najbardziej glonomóżdżkowych wyczynach Percy ego, kiedy Frank wpadł do jej kajuty. -

Gdzie Leo? - wydyszał. - Odlatujemy! Odlatujemy!

Obie dziewczyny zerwały się na nogi. -

Gdzie Percy? - zapytała Annabeth. - I kozioł?

Frank zgiął się wpół, próbując złapać oddech. Jego ubranie było sztywne i wilgotne, jakby je wyprano w czystym krochmalu. -

Na pokładzie. Nic im nie jest. Ścigają nas!

Annabeth przepchnęła się obok niego i pobiegła schodami, przeskakując po trzy stopnie naraz, Hazel tuż za nią, a na końcu Frank, wciąż ledwo dysząc. Percy i Hedge leżeli na pokładzie; wyglądali na wykończonych. Hedge nie miał butów. Wyszczerzył zęby ku niebu, mrucząc: „Niesamowite. Niesamowite". Percy miał liczne zadrapania, jakby wyskoczył przez zamknięte okno. Bez słowa złapał rękę Annabeth, jakby chciał powiedzieć: „Zaraz będę, niech tylko świat przestanie się kręcić". Leo, Piper i Jason, którzy jedli w mesie, wpadli na pokład. -

Co?! Co?! - wolał Leo, trzymając niedojedzony tost z serem. -Już nie można mieć

nawet przerwy na lunch? Co się dzieje? -

Ścigają nas! - krzyknął ponownie Frank.

-

Ale kto? - zapytał Jason.

-

Nie wiem! - wydyszał Frank. - Wieloryby? Potwory morskie? Może Kate i

Florek! Annabeth miała ochotę go udusić, ale nie była pewna, czy obejmie dłońmi jego gruby kark. -

Nic nie można z tego zrozumieć. Leo, lepiej stąd zwiewajmy.

Leo, z sandwiczem w zębach jak pirat z nożem, pobiegł do sterowni. Wkrótce „Argo II" wznosił się w niebo. Annabeth stanęła za kuszą rufową. Nie dostrzegła żadnych ścigających ich wielorybów ani potworów, ale Percy, Frank i Hedge zaczęli dochodzić do siebie dopiero wtedy, gdy Atlanta stała się mglistą smugą na horyzoncie.

-

Charleston - powiedział Percy, kuśtykając po pokładzie jak staruszek. Wciąż

wydawał się wstrząśnięty. - Kurs na Charleston. -

Charleston? - Jason wypowiedział to słowo takim tonem, jakby obudziło w nim

złe wspomnienia. - Ale co znaleźliście w Atlancie? Frank otworzył plecak i zaczął wyciągać pamiątki. -

Trochę konfitur brzoskwiniowych. Parę T-shirtów. Szklaną kulę z padającym

śniegiem. I... ee... tę pułapkę, udającą chińską. Annabeth z trudem utrzymywała nerwy na wodzy. -

Może byś zaczął od początku, a nie od plecaka?

Zebrali się na pokładzie rufowym, żeby Leo mógł przysłuchiwać się rozmowie, sterując okrętem. Percy i Frank na zmianę opowiadali, co się wydarzyło w Oceanarium Georgii. Trener Hedge przerywał im od czasu do czasu, wołając: „To było niesamowite!" albo „Wtedy dałem jej kopa w łeb!" Chyba zapomniał o nocy spędzonej przez Percyego i Annabeth w stajni, choć i tak z ich opowieści wynikało, że Annabeth miała na głowie poważniejsze problemy niż szlaban. Kiedy Percy opowiedział o stworzeniach morskich uwięzionych w oceanarium, zrozumiała, dlaczego jest taki przygnębiony. -

To okropne - powiedziała. - Musimy im pomóc.

-

Pomożemy - obiecał Percy. - W swoim czasie. Muszę tylko wymyślić jak.

Chciałbym... - Potrząsnął głową. - Nieważne. Najpierw musimy coś zrobić z tym listem gończym za nami. Trener Hedge stracił zainteresowanie rozmową - prawdopodobnie dlatego że już go nie dotyczyła - i poszedł na dziób, aby ćwiczyć wykopy z półobrotu i chwalić ich technikę przed samym sobą. Annabeth ścisnęła rękojeść swojego sztyletu. -

List gończy za nami... jakbyśmy nie mieli dość potworów na głowie.

-

Jesteśmy na plakatach z napisem: POSZUKIWANI? - zapytał Leo. — A ustalili

wysokość nagród za każdego z nas? Hazel zmarszczyła nos. -

Co ty bredzisz?

-

Po prostu ciekawi mnie, ile jestem ostatnio wart. To znaczy, mogę zrozumieć, że

nie aż tyle, ile Percy albo Jason... ale czy jestem wart, powiedzmy, dwóch Franków albo trzech Franków? -

Ej! - zawołał Frank.

-

Zamknijcie się! - uciszyła ich Annabeth. - Przynajmniej wiemy, że musimy

wylądować w Charleston, żeby odnaleźć tę mapę. Piper oparła się o panel kontrolny. Tego dnia powtykała w warkocz białe pióra, co nieźle wyglądało przy jej ciemnobrązowych włosach. Annabeth zastanawiała się, jak znalazła na to czas. Sama ledwie pamiętała, by się uczesać. -

Mapę - powiedziała Piper. - Ale do czego prowadzi ta mapa?

-

Do Znaku Ateny. - Percy ostrożnie spojrzał na Annabeth, jakby się bał, że

powiedział za dużo. Chyba wysłała mu jakiś bardzo silny sygnał z przesłaniem: „Nie chcę o tym mówić". -

W każdym razie - ciągnął - wiemy, że chodzi o coś ważnego w Rzymie, coś, co

mogłoby załagodzić konflikt między Rzymianami a Grekami. -

Zmora olbrzymów - dodała Hazel.

Percy pokiwał głową. -

A w moim śnie olbrzymi bliźniacy mówili o jakimś posągu.

-

Hm... - Frank obracał w palcach pułapkę udającą chińską. -Forkis twierdzi, że

bylibyśmy obłąkani, gdybyśmy próbowali to odnaleźć. Ale co to jest? Wszyscy spojrzeli na Annabeth. Czuła mrowienie na czubku głowy, jakby myśli próbowały wyrwać się z jej mózgu: posąg... Atena... Grecy i Rzymianie, nocne koszmary, kłótnia z matką. Wszystkie -fragmenty zaczęły się układać w całość, ale nie mogła uwierzyć, że to prawda. Odpowiedź ją przerastała, była zbyt ważna i zbyt przerażająca. Zauważyła, że Jason przypatruje się jej, jakby dokładnie wiedział, o czym ona myśli, i jakby także jemu wcale się to nie podobało. Znowu powróciło dręczące pytanie: „Dlaczego ten facet aż tak mnie niepokoi? Czy aby na pewno jest po mojej stronie? Wpadam już w paranoję jak moja matka..." -

Ja... ja już prawie znam odpowiedź - powiedziała. - Będę wiedziała więcej, jeśli

odnajdziemy tę mapę. Jason, zareagowałeś na nazwę „Charleston" tak, jakbyś już tam

kiedyś był... Jason spojrzał niespokojnie na Piper. Annabeth nie bardzo wiedziała dlaczego. -

No tak - odrzekł. - Reyna i ja byliśmy tam rok temu na pewnej misji.

Ratowaliśmy broń z cesarskiego złota z „Hunleya". -

Z czego? - zapytała Piper.

-

Ale czad! - zawołał Leo. - To pierwszy udany okręt podwodny. Z wojny

secesyjnej. Zawsze chciałem go zobaczyć. -

Został skonstruowany przez rzymskich półbogów - powiedział Jason. - Miał

ukryte torpedy z cesarskiego złota... a myje wydobyliśmy i przenieśliśmy z powrotem do Obozu Jupiter. Hazel skrzyżowała ramiona. -

Więc Rzymianie walczyli po stronie konfederatów? Czy jako wnuczka

niewolnicy mogę tylko powiedzieć... to nie było fajne? Jason wyciągnął przed siebie obie ręce dłońmi do góry. -

Osobiście wtedy jeszcze nie żyłem. I nie wszyscy Grecy byli po jednej stronie, a

nie wszyscy Rzymianie po drugiej. Ale... tak. To nie było fajne. Półbogowie dokonują czasem złych wyborów. I mówimy bez zastanowienia. Hazel spojrzała na niego uważnie. Powoli docierało do niej, że Jason się usprawiedliwia. Jason szturchnął Leona w bok. -Au! To znaczy... tak... złe wybory. Na przykład brak zaufania do pewnych braci, którzy... no wiesz... mogą potrzebować wsparcia. Załóżmy. Hazel ściągnęła wargi. -

Świetnie. Z powrotem do Charleston. I co, mamy ponownie przeszukać tę łódź

podwodną? Jason wzruszył ramionami. -

Cóż... myślę o dwóch miejscach w Charleston, które moglibyśmy przeszukać.

Muzeum, w którym trzymają „Hunleya", to jedno. Mają tam mnóstwo zabytków z czasów wojny secesyjnej. W którymś może być ukryta ta mapa. Znam rozkład budynku. Mogę poprowadzić grupę zwiadowczą. -

Ja pójdę — powiedział Leo. - Może być super.

Jason pokiwał głową. Zwrócił się do Franka, który próbował wyciągnąć palce z chińskiej pułapki. -

Ty też powinieneś pójść. Możesz być nam potrzebny.

Frank zrobił zdziwioną minę. -

Dlaczego? W tym oceanarium jakoś się nie wykazałem.

-

Dobrze się spisałeś - zapewnił go Percy. - Trzeba było nas trzech, żeby rozwalić

to szkło. -

No i jesteś synem Marsa - dodał Jason. - Duchy przegranych spraw muszą ci

służyć. A w muzeum w Charleston jest mnóstwo duchów konfederatów. Będziesz potrzebny, żeby trzymać ich w ryzach. Frank przełknął ślinę. Annabeth przypomniała sobie, co mówił Percy o przemianie Franka w złotą rybkę, i z trudem powstrzymała uśmiech. Już zawsze kiedy spojrzy na tego wielkiego faceta, będzie widziała złotego karpia koi. -

No dobra - zgodził się wreszcie Frank. - W porządku. -Zmarszczył brwi,

przyglądając się swoim palcom i próbując je uwolnić z pułapki. - Ee... jak to się... Leo zachichotał. -

Stary, nigdy tego nie widziałeś? To proste.

Frank znowu spróbował, ale zabawka nie puszczała. Nawet Hazel ledwie powstrzymywała śmiech. Frank zmarszczył czoło, nadął się i zacisnął wargi. I nagle zniknął. Tam, gdzie stał, na pokładzie przycupnęła teraz zielona iguana obok chińskiej pułapki. -

Dobra robota, Franku Zhang - powiedział Leo oschłym tonem, naśladując głos

centaura Chejrona. - Właśnie w ten sposób można się uwolnić z chińskiej pułapki. Trzeba się zamienić w iguanę. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Frank powrócił do ludzkiej postaci, podniósł pułapkę i schował ją do plecaka. Uśmiechnął się z zakłopotaniem. -

W każdym razie - powiedział, wyraźnie chcąc zmienić temat - trzeba przeszukać

to muzeum. Ale... Jason, mówiłeś, że są dwa takie miejsca. Jason spoważniał. Nie wiedzieli, o czym pomyślał, ale Annabeth mogła przysiąc, że nie było to nic przyjemnego. -

Tak. To drugie nazywa się Battery. To park tuż obok przystani. Kiedy ostatnio

tam byłem... z Reyną... - Zerknął na Piper, po czym mówił dalej: - Zobaczyliśmy coś w tym parku. Jaśniejącą zjawę piękności z Południa, polatującą po parku. Próbowaliśmy do niej podejść, ale za każdym razem znikała. No i Reyna jakoś wyczuła... powiedziała, że musi spróbować sama. Ze tylko wtedy uda się porozmawiać z tą dziewczyną. Sama podeszła do ducha i rzeczywiście przemówił do niej. Wszyscy czekali. -

No i co powiedział? — zapytała w końcu Annabeth.

-

Tego się od Reyny nie dowiedziałem. Ale musiało to być coś ważnego.

Wyglądała... na wstrząśniętą. Może to była przepowiednia albo jakaś zła wiadomość. I po tym wydarzeniu Reyna jakoś się zmieniła w stosunku do mnie. Annabeth zamyśliła się. Po spotkaniu z ejdolonami nie tęskniła za duchami, zwłaszcza takimi, jakie zmieniają ludzi, przekazując im złe wiadomości albo przepowiednie. Z drugiej strony jej matka była boginią wiedzy, a wiedza to najpotężniejsza broń. Annabeth nie mogła odrzucić potencjalnego źródła informacji. -

A więc to przygoda dla dziewczyn - powiedziała. - Piper i Hazel mogą iść ze

mną. Obie kiwnęły głowami, chociaż Hazel miała niepewną minę. Po latach w Podziemiu miała już dość spotykania się z duchami. W oczach Piper pojawił się wyzywający błysk, jakby gotowa była zrobić wszystko, do czego była zdolna Reyna. Annabeth zdała sobie sprawę, że jeśli w sumie wyruszy sześcioro z nich, na pokładzie pozostaną tylko Percy i trener Hedge, a nie była to chyba sytuacja, w której powinna stawiać chłopaka jego troskliwa dziewczyna. Nie chciała też znowu tracić Percy ego z oczu - nie po tym, jak ich rozdzielono na wiele miesięcy. Co prawda Percy był tak przygnębiony po spotkaniu z uwięzionymi stworami morskimi, że może powinien trochę wypocząć. Spojrzała mu w oczy, zadając milczące pytanie. Kiwnął głową, jakby chciał powiedzieć: „W porządku, nie ma problemu". -

Więc to już ustalone. - Annabeth zwróciła się teraz do Leona, który wpatrywał się

w konsolę, słuchając trzasków i klików Festusa przez interkom. - Leo, kiedy dolecimy do Charleston? -

Dobre pytanie - mruknął. - Festus właśnie wykrył za nami dużą grupę orłów...

Radar dalekiego zasięgu, jeszcze ich nie widać.

Piper pochyliła się nad konsolą. -Jesteś pewny, że to Rzymianie? Leo przewrócił oczami. -

Nie, Pipes. To może być przypadkowa grupa ogromnych orłów lecących w

idealnej formacji bojowej. No pewnie, że to Rzymianie. Moglibyśmy obrócić okręt i walczyć... -1 byłby to bardzo zły pomysł - przerwał mu Jason - bo wtedy nie mieliby już żadnych wątpliwości, że jesteśmy ich wrogami. -

No to mam inny pomysł - powiedział Leo. - Jeśli polecimy prosto do Charleston,

moglibyśmy tam być za parę godzin. Ale orły nas dościgną i sprawy nieco się skomplikują. Zamiast tego moglibyśmy użyć podstępu i wyprowadzić je w pole. Możemy polecieć do Charleston okrężną drogą i przybyć tam jutro rano... Hazel zaczęła protestować, ale Leo podniósł rękę. -

Wiem, wiem. Nico ma kłopoty i musimy się pospieszyć.

-

Mamy dwudziesty siódmy czerwca - powiedziała Hazel. - Od jutra jeszcze cztery

dni. Potem umrze. -

Wiem! Ale w ten sposób Rzymianie mogą zgubić nasz ślad. Wciąż powinniśmy

zdążyć dolecieć do Rzymu. Hazel zmarszczyła brwi. -

Gdy mówisz „powinniśmy zdążyć"...

Leo wzruszył ramionami. -

A pasuje ci „ledwie zdążymy"?

Hazel na trzy sekundy zakryła twarz rękami. -

Jakie to dla nas typowe.

Annabeth uznała to za zielone światło. -

Okej, Leo. Jaki podstęp masz na myśli?

-

Jak miło, że pytasz!

Stuknął w parę guzików na konsoli, pokręcił talerzem i kilka razy bardzo szybko wcisnął klawisz A na swoim kontrolerze Wii, po czym zawołał przez interkom: -

Buford? Zamelduj się, proszę.

Frank cofnął się o krok.

-

To ktoś jeszcze jest na pokładzie? Kim jest Buford?

Z luku buchnęła strużka pary i automatyczny stolik Leona wspiął się na pokład. Annabeth nieczęsto widywała Buforda podczas lotu. Zwykle tkwił w maszynowni. (Leo twierdził, że Buford kocha się skrycie w maszynie). Był to trójnożny stolik z mahoniowym blatem. W spiżowej podstawie miał kilka szufladek, jakieś pokrętła i otwory wentylacyjne. Do jednej z nóg miał teraz przywiązaną torbę podobną do worka na pocztę. Podtoczył się ze szczękiem do sterowni i zagwizdał jak mała lokomotywa. -

To jest Buford - oznajmił Leo.

-

Nadajesz imiona swoim meblom? - zapytał Frank.

Leo prychnął. -

Koleś, chciałbyś mieć takie fajne meble. Buford, jesteś gotowy do Operacji

Koniec Stolika? Buford wypluł trochę pary. Podtoczył się do relingu. Jego mahoniowy blat rozszczepił się na cztery części podobne do kawałków pizzy, z których powstały łopatki wirnika. Łopatki zawirowały i Buford odleciał. -

Helikopterowy stolik - mruknął Percy. - Muszę przyznać, to jest coś. A co ma w

tym worku? -

Brudne łachy półbogów. Mam nadzieję, Frank, że nie masz nic przeciwko.

Franka zatkało. -

Co?!

-

W ten sposób orły stracą nasz trop.

-

To były moje jedyne zapasowe majtki!

Leo wzruszył ramionami. -

Kazałem Bufordowi je wyprać i schludnie złożyć, kiedy będzie wykonywał

zadanie. Liczę, że to zrobi. - Zatarł dłonie i wyszczerzył zęby. - Okej! Ja to nazywam dobrą robotą. A teraz wyznaczę objazd. Zobaczymy się na kolacji! Percy wcześnie zasnął, wobec czego Annabeth spędziła wieczór przed komputerem. Oczywiście zabrała ze sobą laptop Dedala. Dwa lata temu odziedziczyła go po największym wynalazcy wszech czasów. Naładowany był pomysłami wynalazków, schematami i diagramami, z których większość była dla niej wciąż niezbyt zrozumiała. Po dwóch latach typowy laptop byłby już przestarzały, ale Annabeth wiedziała, że

komputer Dedala wciąż wyprzedza wszystkie modele dostępne na rynku o jakieś pięćdziesiąt lat. Potrafił powiększać przekątną, kurczyć się do rozmiarów tabletu albo zamieniać w metalową płytkę mniejszą od telefonu komórkowego. Był niesamowicie szybki, nawiązywał łączność satelitarną, łapał kanał telewizyjny Hefajstosa z Olimpu i miał unikatowe programy, które potrafiły zrobić wszystko prócz zawiązywania sznurowadeł. A może i do tego była jakaś aplikacja, ale Annabeth jeszcze jej nie znalazła. Siedziała na swojej koi, wizualizując ateński Partenon w jednym z Dedalowych programów do obróbki grafiki trójwymiarowej. Zawsze marzyła, by go zwiedzić, bo uwielbiała architekturę, no i dlatego że była to najsłynniejsza świątynia jej matki. Teraz mogła wreszcie spełnić to marzenie, gdyby tylko udało im się przeżyć podróż do Grecji. Ale im więcej myślała o Znaku Ateny i tej starej rzymskiej legendzie, o której wspomniała Reyna, tym większy niepokój ją ogarniał. Niechcący przypomniała sobie sprzeczkę z matką. Nawet po tylu tygodniach te słowa wciąż sprawiały jej ból. Wracała wtedy metrem z Upper East Side po wizycie u mamy Percy'ego. Podczas tych długich miesięcy, kiedy zaginął, Annabeth odwiedzała ją raz w tygodniu: nie tylko by poinformować Sally Jackson i jej męża Paula o stanie poszukiwań, ale i po to by razem z Sally pocieszać się i wzajemnie przekonywać, że Percy wciąż jest cały i zdrowy. Tamta wiosna była wyjątkowo ciężka. Wtedy Annabeth mogła już mieć nadzieję, że Percy wciąż żyje, bo wszystko wskazywało na to, że zgodnie z planem Hery znalazł się u Rzymian. Nie była tylko pewna, gdzie on jest. Jason mniej więcej pamiętał położenie swojego dawnego obozu, ale cała grecka magia - nawet ta, którą dysponowali mieszkańcy domku Hekate - nie pomogła im potwierdzić, że Percy jest tam lub gdziekolwiek indziej. Jakby zniknął z powierzchni ziemi. Wieszczka Rachel próbowała odczytać przyszłość i choć wiele nie zobaczyła, była pewna, że Leo musi ukończyć „Argo II", zanim będą mogli skontaktować się z Rzymianami. Mimo to Annabeth spędzała każdą wolną chwilę na poszukiwaniu śladów Percy'ego. Rozmawiała z duchami przyrody, czytała stare legendy o Rzymie, szukała wskazówek w laptopie Dedala i wydawała setki złotych drachm na iryfony, zasypując pytaniami wszystkie przyjazne duchy, wszystkie potwory i wszystkich napotkanych półbogów. Bez

skutku. Tamtego popołudnia, wracając od Sally, czuła się jeszcze bardziej przygnębiona i zniechęcona niż zwykle. Najpierw się z Sally wypłakały, potem próbowały dodać sobie otuchy, ale wciąż nerwy miały w strzępach. W końcu Annabeth wsiadła do metra przy Lexington Avenue i pojechała na dworzec Grand Central. Były, oczywiście, inne drogi do jej szkolnego internatu z Upper East Side, ale lubiła tę trasę przez Grand Central. Piękne wzornictwo i wielka otwarta przestrzeń przypominała jej górę Olimp. Wspaniałe budowle zawsze poprawiały jej nastrój - dzięki czemuś tak trwałemu mogła poczuć się pewniej. Minęła właśnie sklep ze słodyczami, w którym kiedyś pracowała matka Percy'ego, i zastanawiała się, czy do niego nie wstąpić, żeby - wspominając stare czasy - kupić trochę niebieskich cukierków, kiedy zobaczyła Atenę studiującą plan metra na ścianie. -

Matko!

Annabeth nie wierzyła własnym oczom. Nie widziała jej od miesięcy - od czasu gdy Zeus zamknął bramy Olimpu i zabronił bogom wszelkich kontaktów z półbogami. Mimo to Annabeth wciąż próbowała wezwać matkę, żeby błagać ją o radę, paląc ofiary przy każdym posiłku w obozie. Nigdy nie doczekała się odpowiedzi. I oto teraz miała przed sobą Atenę, ubraną w dżinsy, buty turystyczne i czerwoną flanelową koszulę, z kaskadą czarnych włosów opadających jej na ramiona. Trzymała plecak i kij wędrowca, jakby się przygotowywała do długiej podróży. -

Muszę wrócić do domu - mruknęła, studiując plan. - To skomplikowane. Szkoda,

że nie ma tu Odysa. On by to zrozumiał. -

Mamo! Ateno!

Bogini odwróciła się. Popatrzyła na Annabeth niewidzącym wzrokiem, jakby jej nie poznawała. -

Tak się nazywałam - powiedziała rozmarzonym głosem - zanim zdobyli moje

miasto, odebrali mi tożsamość, zrobili ze mnie to. - Spojrzała z odrazą na swoje ubranie. Muszę wrócić do domu. Annabeth cofnęła się wstrząśnięta. -

Jesteś... jesteś Minerwą?

-

Nie nazywaj mnie tak! - Szare oczy bogini zapłonęły gniewem. - Nosiłam

włócznię i tarczę. Trzymałam w dłoni zwycięstwo. Byłam kimś! -

Mamo - powiedziała Annabeth drżącym głosem. - To ja, Annabeth. Twoja córka.

-

Moja córka... - powtórzyła Atena. - Tak, moje dzieci mnie pomszczą. Muszą

pokonać Rzymian. Tych okropnych, haniebnych, żałosnych naśladowców. Hera nalegała, by nie dopuścić do kontaktu między dwoma obozami. Ja powiedziałam: nie, niech walczą. Niech moje dzieci zniszczą uzurpatorów. Annabeth słyszała bicie własnego serca. -

Chciałaś tego? Przecież jesteś mądra. Znasz się na wojnie lepiej od każdego...

-

Kiedyś! Zwolniona. Wyrzucona. Wywieziona jak łup... z mojej ukochanej

ojczyzny. Tyle utraciłam. Przysięgam, że nigdy tego nie wybaczę. I moje dzieci nie mogą tego wybaczyć. - Skupiła wzrok na Annabeth. - Jesteś moją córką? - Tak. Bogini wyłowiła coś z kieszeni koszuli - żeton do metra - i wcisnęła go w dłoń Annabeth. -

Idź za Znakiem Ateny - powiedziała. - Pomścij mnie.

Annabeth spojrzała na krążek. Na jej oczach zmienił się z żetonu do nowojorskiego metra w starożytną srebrną drachmę, jaka była w użyciu w Atenach. Była na niej sowa, święty ptak Ateny, z gałązką oliwną z jednej strony i greckim napisem z drugiej. Wtedy Annabeth nie miała pojęcia, co to znaczy. Nie rozumiała, dlaczego jej matka tak się zachowuje. Może sobie być i Miner-wą, ale tak nie powinna się zachowywać. -

Mamo... - Starała się przemawiać najrozsądniejszym tonem, na jaki było ją stać. -

Percy zaginął. Potrzebuję twojej pomocy. I zaczęła jej opowiadać o planie Hery, polegającym na połączeniu sił obu obozów w celu pokonania Gai i gigantów, ale bogini zastukała kijem w marmurową posadzkę. -

Nigdy! Każdy, kto pomoże Rzymowi, musi zginąć. Jeśli ty się do nich

przyłączysz, nie będziesz już moim dzieckiem. Już mnie zawiodłaś. -

Matko!

-

Nie obchodzi mnie ten Percy. Jeśli odszedł do Rzymian, niech zginie. Zabij go.

Zabij wszystkich Rzymian. Odnajdź Znak, idź za nim aż do jego źródła. Bądź świadkiem, jak haniebnie potraktowali mnie Rzymianie, i przysięgnij, że mnie pomścisz. -

Atena nie jest boginią zemsty. - Annabeth zacisnęła pięści tak, że paznokcie wbiły

jej się w dłonie. Srebrna moneta stawała się cieplejsza. - Percy jest dla mnie wszystkim. -

A dla mnie wszystkim jest zemsta - warknęła bogini. - Która z nas jest

mądrzejsza? -

Z tobą jest niedobrze. Co się stało?

-

Rzym się stał! - powiedziała z goryczą bogini. - Zobacz, co ze mnie zrobili. Chcą,

żebym była ich boginią? Więc niech poczują smak własnego zła. Zabij ich, moje dziecko. -

Nie!

-

Więc jesteś niczym. — Bogini z powrotem spojrzała na plan metra. Z

roztargnieniem wpatrywała się w tablicę, a jej twarz złagodniała. - Gdybym tylko potrafiła znaleźć drogę... drogę do domu, to może... Ale nie. Pomścij mnie albo zapomnij. Nie jesteś moim dzieckiem. Annabeth zapiekło pod powiekami. Przez głowę przemknęło jej tysiąc różnych okropnych słów, ale nie była w stanie ich wypowiedzieć. Odwróciła się i uciekła. Próbowała pozbyć się srebrnej monety, ale ona po prostu znów pojawiała się w jej kieszeni, tak jak Orkan w kieszeni Percy ego. Niestety, jej drachma nie miała magicznej mocy - w każdym razie żadnej użytecznej. Wywoływała tylko nocne koszmary i za nic nie można było jej się pozbyć. Teraz, siedząc w swojej kajucie na pokładzie „Argo II", Annabeth czuła, że moneta robi się coraz cieplejsza. Wpatrywała się w model Partenonu na ekranie laptopa i myślała o tej sprzeczce z Ateną. Kłębiły się w jej głowie frazy, które usłyszała w ciągu ostatnich kilku dni: Utalentowana przyjaciółka, gotowa na przyjęcie gościa. Nikt nie odzyska tego posągu. Córa mądrości samotnie kroczy. Chyba w końcu zrozumiała, co to wszystko znaczy. Chciałaby się mylić i o to modliła się do bogów. Z tych rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Miała nadzieję, że to Percy, ale do kajuty zajrzał Frank Zhang. -

Mm... przepraszam. Mogę...?

Była tak zaskoczona jego widokiem, że dopiero po chwili do niej dotarło, że Frank chce wejść. -

No pewnie - odpowiedziała. - Wejdź.

Wszedł do środka i rozejrzał się po kajucie. Nie było w niej wiele do oglądania. Na

biurku oprócz stosu książek, jakiegoś magazynu i długopisu leżało zdjęcie jej ojca pilotującego dwupłatowca „Sopwith Camel". Szczerzył zęby w uśmiechu i unosił kciuki. Annabeth lubiła to zdjęcie. Przypominało jej czasy, w których byli sobie tacy bliscy, kiedy aby ją ocalić, zbombardował cały zastęp potworów uzbrojonych w karabiny maszynowe z niebiańskiego spiżu - najlepszy prezent, jaki może sobie wymarzyć dziewczyna. Na ścianie wisiała na haku czapka nowojorskich Yankees, jej najcenniejszy podarunek od matki. Kiedyś ta czapka była magiczna: ten, kto ją nałożył, stawał się niewidzialny. Od czasu sprzeczki z Ateną utraciła tę moc. Annabeth uparła się, by zabrać ją na misję, choć nie bardzo wiedziała dlaczego. Każdego ranka nakładała ją na głowę, mając nadzieję, że czar znowu zadziała. Jak dotąd czapka przypominała tylko o gniewie matki. Poza tym w kajucie nie było nic. Annabeth lubiła proste i czyste wnętrza. Twierdziła, że to pomaga jej myśleć. Percy w to nie wierzył, bo zawsze miała najlepsze stopnie, ale jak większość półbogów, miała też ADHD. Nie potrafiła się skupić, gdy w jej najbliższym otoczeniu było zbyt wiele przedmiotów. -

No więc... Frank, o co chodzi?

Frank był chyba ostatnią osobą spośród całej załogi, której wizyty w swojej kajucie mogłaby się spodziewać. Gdy zarumienił się i wyjął z kieszeni chińską pułapkę, nadal nie miała pojęcia, o co chodzi. -

To mnie wnerwią - mruknął. - Możesz mi pokazać, na czym polega ta sztuczka?

No wiesz... chyba tylko ciebie mogę o to zapytać. Jego słowa docierały do niej z pewnym opóźnieniem. Zaraz... Frank prosi ją o pomoc? A potem zaświtało jej w głowie: no jasne, był upokorzony. Leo dość bezceremonialnie się z niego nabijał. Nikt nie lubi być pośmiewiskiem. Jego mina mówiła sama za siebie: Frank nie chce, by to się powtórzyło. Chce rozwiązać tę zagadkę bez zamieniania się w iguanę. Poczuła się dziwnie dumna. Frank jej zaufał, wierzył, że nie będzie się z niego wyśmiewać. A zresztą zawsze miała słabość do każdego, kto chciał się czegoś dowiedzieć - nawet czegoś tak prostego jak zasada działania chińskiej pułapki. Poklepała koję obok siebie.

-

Oczywiście. Siadaj.

Frank usiadł na skraju materaca, jakby był gotów do szybkiej ucieczki. Annabeth wzięła pleciony rulonik i przytrzymała tuż przy laptopie. Stuknęła w klawisz skanowania w podczerwieni. Po paru sekundach na ekranie pojawił się trójwymiarowy model chińskiej pułapki. Obróciła laptop, żeby Frank mógł widzieć ekran. -

Jak to zrobiłaś? - zdziwił się.

-

Nowatorska technika starożytnych Greków. No dobra, patrz. Ta struktura to

cylindryczny splot dwuosiowy, więc ma doskonałą elastyczność. — Manipulowała obrazem tak, że splot rozszerzał się i ścieśniał jak akordeon. - Kiedy wciskasz palce do środka, splot się rozluźnia. Ale kiedy próbujesz je wyciągnąć, obwód się kurczy, bo splot się zacieśnia. Nie można się uwolnić, ciągnąc i szarpiąc pałce. Frank wpatrywał się w nią beznamiętnie. -

Ale jakie jest rozwiązanie?

-

No... - Pokazała mu część wyliczeń: niewiarygodną odporność pułapki na

rozciąganie i nacisk, w zależności od.materiału, z którego wykonano splot. - To zdumiewające jak na taką strukturę, prawda? Lekarze używają jej do wyciągów, a elektrycy... -

Ale jakie jest rozwiązanie?

Annabeth roześmiała się. -

Nie walczysz z tym. Wpychasz palce do środka, a nie wyciągasz. To rozluźnia

splot. -

Och. - Frank spróbował. Podziałało. - Dzięki, ale... nie mogłaś mi tego po prostu

pokazać, bez tych trójwymiarowych wykresów i kalkulacji? Annabeth zawahała się. Czasami mądrość płynie z dziwnych miejsc, nawet z olbrzymiej, nastoletniej złotej rybki. -

Chyba masz rację. To było głupie. Ja też się czasami uczę.

Frank ponowił próbę. -

To łatwe, jeśli zna się sposób.

-

Najlepsze pułapki zwykle są proste. Trzeba tylko trochę pomyśleć i mieć

nadzieję, że twoja ofiara nie pomyśli.

Frank pokiwał głową. Sprawiał wrażenie, że ociąga się z wyjściem. -

Frank, Leo nie zrobił tego naumyślnie. Po prostu go poniosło. Kiedy ktoś go

wnerwią, broni się kpinami. Frank zmarszczył czoło. -

Nowatorska technika starożytnych Greków. No dobra, patrz. Ta struktura to

cylindryczny splot dwuosiowy, więc ma doskonalą elastyczność. - Manipulowała obrazem tak, że splot rozszerzał się i ścieśniał jak akordeon. - Kiedy wciskasz palce do środka, splot się rozluźnia. Ale kiedy próbujesz je wyciągnąć, obwód się kurczy, bo splot się zacieśnia. Nie można się uwolnić, ciągnąc i szarpiąc palce. Frank wpatrywał się w nią beznamiętnie. -

Ale jakie jest rozwiązanie?

-No... - Pokazała mu część wyliczeń: niewiarygodną odporność pułapki na rozciąganie i nacisk, w zależności od materiału, z którego wykonano splot. - To zdumiewające jak na taką strukturę, prawda? Lekarze używają jej do wyciągów, a elektrycy... -

Ale jakie jest rozwiązanie?

Annabeth roześmiała się. -

Nie walczysz z tym. Wpychasz palce do środka, a nie wyciągasz. To rozluźnia

splot. -

Och. - Frank spróbował. Podziałało. - Dzięki, ale... nie mogłaś mi tego po prostu

pokazać, bez tych trójwymiarowych wykresów i kalkulacji? Annabeth zawahała się. Czasami mądrość płynie z dziwnych miejsc, nawet z olbrzymiej, nastoletniej złotej rybki. -

Chyba masz rację. To było głupie. Ja też się czasami uczę.

Frank ponowił próbę. -

To łatwe, jeśli zna się sposób.

-

Najlepsze pułapki zwykle są proste. Trzeba tylko trochę pomyśleć i mieć

nadzieję, że twoja ofiara nie pomyśli. Frank pokiwał głową. Sprawiał wrażenie, że ociąga się z wyjściem. -

Frank, Leo nie zrobił tego naumyślnie. Po prostu go poniosło. Kiedy ktoś go

wnerwią, broni się kpinami.

Frank zmarszczył czoło. -

Dlaczego miałbym go wnerwiać?

-

Jesteś dwa razy większy od niego. Potrafisz zamieniać się w smoka.

„I Hazel cię lubi" - pomyślała, ale tego nie powiedziała. Frank chyba nie dał się przekonać. -

Leo potrafi wzywać ogień. - Obrócił pułapkę. - Annabeth... może mogłabyś

pomóc mi w czymś innym, nie tak prostym? Bo ja mam... wy to chyba nazywacie piętą Achillesa. Annabeth poczuła się tak, jakby się napiła rzymskiej gorącej czekolady. Nigdy do końca nie pojmowała wyrażenia „misiowatość", ale teraz właśnie to odczuła. Frank był po prostu wielkim pluszowym misiem. Zrozumiała, dlaczego Hazel go lubi. -

Z przyjemnością - odpowiedziała. - Czy ktoś już wie o tej achillesowej pięcie?

-

Percy i Hazel. Tylko oni. Percy... to naprawdę równy gość. Pójdę za nim

wszędzie. Chyba o tym wiesz. Annabeth poklepała go po ramieniu. -

Percy ma dryg do znajdowania sobie dobrych przyjaciół. Takich jak ty. Ale,

Frank, możesz zaufać każdemu na tym okręcie. Nawet Leonowi. Jesteśmy jedną drużyną. Musimy mieć do siebie zaufanie. -

No... chyba tak.

-

Więc na czym polega twoja słabość?

Zabrzmiał dzwonek na kolację i Frank poderwał się. -

Może... może później - powiedział. - Trudno mi o tym rozmawiać. Ale dziękuję

ci, Annabeth. - Uniósł pleciony rulonik. -Najważniejsze: nie komplikować.

XVIII ANNABETH Tej nocy Annabeth nie dręczyły koszmarne sny, co ją zaniepokoiło, gdy się obudziła. Cisza przed burzą? Leo przycumował okręt do nabrzeża przystani Charleston, tuż obok bulwaru. Wzdłuż brzegu ciągnęła się historyczna dzielnica miasta, z wysokimi willami, palmami i ogrodzeniami z kutego żelaza. Starodawne armaty celowały w morze. Kiedy Annabeth wyszła na pokład, Jasona, Franka i Leona już nie było, wyruszyli na zwiad do muzeum. Trener Hedge powiedział, że obiecali wrócić przed zachodem słońca. Piper i Hazel były już gotowe do wyjścia, ale Annabeth najpierw zwróciła się do Percyego, który stał oparty o reling, wpatrując się w zatokę. Wzięła go za rękę. -

Co zamierzasz robić, kiedy nas nie będzie?

-

Wskoczę do zatoki - odpowiedział takim tonem, jakby mówił: „Zrobię sobie

kanapkę". - Pogadam z tutejszymi nereidami. Może mi doradzą, jak uwolnić tych więźniów w Atlancie. No i myślę, że morze dobrze mi zrobi. Po tej wizycie w oceanarium czuję się... nieczysty. Jego włosy były czarne i splątane jak zwykle, ale Annabeth pomyślała o szarym kosmyku, który miał kiedyś z boku głowy. Kiedy mieli po czternaście lat, oboje po kolei dźwigali na ramionach ciężar nieba (nie z własnej woli). Po tym wysiłku pozostały im pamiątki w postaci kosmyków siwych włosów. W ostatnim roku, kiedy Percy zaginął, te siwizny w końcu zniknęły, co Annabeth zasmuciło i trochę zaniepokoiło. Poczuła się tak, jakby straciła jakąś symboliczną więź z Percym. Pocałowała go. -

Powodzenia, Glonomóżdżku. Tylko wróć do mnie, dobrze?

-

Wrócę - obiecał. - Ty też do mnie wróć.

Starała się zdławić narastający w niej niepokój. Zwróciła się do Piper i Hazel. -

No dobra, moje panie. Odnajdźmy tego ducha Battery.

Później Annabeth żałowała, że nie wskoczyła do zatoki razem z Percym. Wolałaby nawet muzeum pełne duchów.

Nie dlatego że miała coś przeciwko powłóczeniu się z Hazel i Piper. Z początku z przyjemnością spacerowały po okolicy. Tabliczki głosiły, że ten nadmorski park nazywa się White Point Gardens. Wiatr od morza rozwiewał lepki upał popołudnia, a pod niskimi palmami panował miły chłód. Wzdłuż szosy stały armaty z czasów wojny secesyjnej i odlane z brązu pomniki historycznych postaci, które w Annabeth wywołały dreszcze. Pomyślała o posągach z Nowego Jorku, ożywionych na rozkaz Dedala podczas wojny tytanów. Zastanawiała się, ile jeszcze innych posągów w tym kraju to w rzeczywistości roboty czekające na uruchomienie. Zatoka Charleston połyskiwała w słońcu. Od północy i od południa obejmowały ją długie ramiona lądu, a u ujścia zatoki, o milę od brzegu, widniała wyspa z kamiennym fortem. Annabeth przypomniała sobie mgliście, że ten fort odegrał jakąś ważną rolę w wojnie secesyjnej. Wdychała morskie powietrze i myślała o Percym. Niech bogowie bronią, by kiedykolwiek miała z nim zerwać. Nie mogłaby więcej spojrzeć na morze, nie odczuwając bólu złamanego serca. Poczuła ulgę, kiedy zostawiły za sobą bulwar i weszły do parku. Nie było tam wielu ludzi. Pomyślała, że większość mieszkańców miasta pewnie wyjechała na wakacje albo zażywa sjesty w domach. Szły wzdłuż South Battery Street, otoczonej trzypiętrowymi willami w stylu kolonialnym. Ceglane ściany pokrywał bluszcz. Fasady były ozdobione strzelistymi białymi kolumnami jak rzymskie świątynie. Ogrody wzdłuż ulicy pękały od nadmiaru rozkwitłych krzewów róż, pnączy kapryfolium i bugenwilli' Jakby kilkadziesiąt lat temu Demeter ustawiła zegar czasu w taki sposób, by rośliny rosły, a potem o nich zapomniała. - Trochę mi to przypomina Nowy Rzym - powiedziała Hazel. - Te wszystkie wielkie wille i ogrody, kolumny i łuki. Annabeth pokiwała głową. Kiedyś czytała, że mieszkańcy amerykańskiego Południa przed wojną secesyjną często przyrównywali je do starożytnego Rzymu. Za dawnych dni bardzo dbali tu o wspaniałą architekturę i o kodeks honorowy. Gorsze było to, że niewolnictwo uważali za coś normalnego. „W Rzymie było niewolnictwo argumentowali niektórzy - więc dlaczego nie ma go być u nas?" Wzdrygnęła się. Bardzo jej się podobała ta architektura. Te domy i ogrody były

naprawdę piękne, bardzo rzymskie. Tylko dlaczego tak piękne rzeczy musiały mieć tak złą historię? A może było odwrotnie? Może to zła historia kazała ludziom wznosić piękne budowle, by przykryć jej mroczniejsze aspekty? Potrząsnęła głową. Percy wściekałby się na nią za takie filozofowanie. Kiedy próbowała z nim rozmawiać o takich sprawach, wymownie patrzył w niebo lub sufit. Jej towarzyszki niewiele mówiły. Piper rozglądała się na wszystkie strony, jakby się spodziewała zasadzki. Powiedziała, że widziała ten park na ostrzu swojego sztyletu, ale nie rozwodziła się nad szczegółami. Annabeth podejrzewała, że Piper boi się o tym mówić. W końcu kiedy ostatnio w Kansas próbowała interpretować swoją wizję, Percy i Jason o mało się nie pozabijali. Hazel też była jakaś zamyślona. Może po prostu chłonęła piękno otoczenia, a może martwiła się o brata. Jeśli go nie odnajdą i nie uwolnią przed upływem czterech dni, Nico umrze. Annabeth sama czuła ciężar tego ostatecznego terminu. Nico di Angelo zawsze budził w niej mieszane uczucia. Podejrzewała, że durzył się w niej od czasu, gdy wyciągnęła jego i jego starszą siostrę Biancę z tej szkoły wojskowej w Maine, ale nigdy jej nie pociągał. Był dla niej za młody i za ponury. Było w nim coś mrocznego, co budziło w niej niepokój. Czuła się jednak za niego odpowiedzialna. Kiedy się spotkali, żadne z nich nie wiedziało o Hazel, jego siostrze przyrodniej. Wtedy jedynym żyjącym członkiem jego rodziny była Bianca. Po jej śmierci Nico stał się bezdomnym sierotą, samotnie wędrującym po świecie. Annabeth dobrze to znała. Tak się zamyśliła, że mogłaby chodzić po parku bez końca, gdy nagle Piper chwyciła ją za ramię. -

Tam.

Wskazała na zatokę. Jakieś sto metrów od brzegu po powierzchni wody sunęła biała postać. Z początku Annabeth pomyślała, że to może boja albo mała łódka, w której odbija się słońce, ale wkrótce dostrzegła, że sylwetka promieniuje blaskiem i porusza się płynniej niż łódka, zmierzając prosto ku nim. Kiedy się zbliżyła, Annabeth rozpoznała postać kobiety.

-Duch. - To nie duch - powiedziała Hazel. - Żaden duch nie świeci tak jasno. Annabeth uznała, że trzeba się z nią zgodzić. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak to jest być Hazel, umrzeć tak młodo i powrócić z Podziemia, wiedząc więcej o umarłych niż o żywych. Piper, jak w transie, ruszyła przez ulicę na skraj nabrzeża, o mało nie wpadając pod koła dorożki. -

Piper! - zawołała Annabeth.

-

Lepiej idźmy za nią - powiedziała Hazel.

Kiedy ją dogoniły, biała zjawa była już tylko parę metrów od nich. Piper patrzyła na nią takim wzrokiem, jakby obrażał ją sam jej widok. -

To ona - wymamrotała.

Annabeth spojrzała na ducha, ale świecił zbyt mocno, by dało się dostrzec szczegóły. A potem zjawa uniosła się nad bulwar i zatrzymała tuż przed nimi. Jej blask przygasł. Annabeth wzięła głęboki oddech. Kobieta była niesamowicie piękna i dziwnie znajoma. Jej twarz trudno było opisać - przypominała coraz to inną olśniewającą gwiazdę filmową. Jej oczy migotały swawolnie, raz były zielone, raz niebieskie lub bursztynowe. Zmieniały się też jej włosy - od długich i prostych blond po czekoladowe loki. Annabeth natychmiast poczuła zazdrość. Zawsze chciała mieć takie ciemne włosy. Uważała, że nikt nie traktuje jej poważnie, bo jest blondynką. Musiała pracować dwa razy ciężej, żeby zdobyć uznanie jako strateg, architekt, starszy opiekun - cokolwiek miało coś wspólnego z mózgiem. Nieznajoma była ubrana jak piękność z Południa, tak jak ją opisał Jason. Miała na sobie suknię z głęboko wyciętym stanikiem z różowego jedwabiu i trójwarstwową szeroką spódnicę obramowaną falistą koronką, a na rękach długie, białe jedwabne rękawiczki. Przy piersi trzymała wachlarz z różowo-białych piór. Wszystko w niej zdawało się obliczone na to, by Annabeth poczuła się kimś gorszym: niewymuszony wdzięk, z jakim nosiła suknię, idealny, choć prawie niewidoczny makijaż, sposób, w jaki promieniała kobiecym czarem, któremu nie oparłby się żaden mężczyzna. Annabeth zdała sobie sprawę, że jej zazdrość jest irracjonalna. To ta dama ją zmuszała, by tak się czuła. Już kiedyś to przeżywała. I rozpoznała kobietę, choć jej twarz zmieniała

się co sekundę, piękniejąc bardziej i bardziej. -

Afrodyta.

-

Wenus? - zapytała z niedowierzaniem Hazel.

-

Mama - powiedziała bez entuzjazmu Piper.

-

Dziewczęta! - Bogini rozłożyła ramiona, jakby chciała je uścisnąć wszystkie

naraz. Trzy półboginie nie usłuchały. Hazel cofnęła się pod palmowe drzewko. -

Tak się cieszę, że tu jesteście - powiedziała Afrodyta. - Nadchodzi wojna. Rozlew

krwi jest nieunikniony. Można zrobić tylko jedno. -

Och... ale co? - zapytała Annabeth.

-

Co? Oczywiście napić się herbaty i pogawędzić. Chodźcie!

Zaprowadziła je do pawilonu w środku parku - wspartej na białych kolumnach altany, gdzie stał stół ze srebrną i z porcelanową zastawą, z parującym dzbankiem herbaty, której zapach zmieniał się płynnie jak wygląd Afrodyty - raz był to cynamon, raz jaśmin, raz mięta. Były tam talerze pełne babeczek, ciastek i słodkich bułeczek, było świeże masło i dżem - wszystko, jak na oko Annabeth, bardzo tuczące, no chyba że się jest nieśmiertelną boginią miłości. Afrodyta zasiadła w wiklinowym pawim krześle. Nalała im herbaty i nałożyła ciastek, czyniąc to z pełnym godności wdziękiem i z olśniewającym uśmiechem. Na jej suknię nie spadł przy tym ani jeden okruszek, ani jedna kropelka. Im dłużej siedziały, tym większą Annabeth czuła do niej odrazę. -

Och, moje słodkie dziewczęta - powiedziała bogini. - Jak ja uwielbiam

Charleston! Wesela, które odbywały się w tej altanie, wyciskały mi łzy z oczu. I te wytworne bale w stylu dawnego Południa. Ach, były naprawdę cudowne. W ogrodach wielu z tych willi wciąż stoją moje posągi, chociaż tu nazywali mnie Wenus. -

Którą z nich jesteś? - zapytała Annabeth. - Wenus czy Afrodytą?

Bogini upiła trochę herbaty. W jej oczach zamigotały figlarne iskierki. -

Annabeth Chase, wyrosłaś na piękną młodą damę. Tylko powinnaś coś zrobić ze

swoimi włosami. A twój strój, Hazel Levesque... -

Mój strój? - Hazel spojrzała na swoje znoszone dżinsy odrobinę skonsternowana,

jakby nie mogła zrozumieć, co jest z nimi nie tak.

-

Matko! - odezwała się Piper. - Wprawiasz mnie w zakłopotanie.

-

Nie bardzo rozumiem dlaczego - odrzekła bogini. - To, że tobie nie odpowiada

mój styl, Piper, nie oznacza, że inni go nie doceniają. Mogłabym szybko zmienić image Annabeth i Hazel... na przykład jedwabne balowe suknie, takie jak moje, byłyby... -

Matko!

-

Dobrze już, dobrze - westchnęła Afrodyta. - A jeśli chodzi o twoje pytanie,

Annabeth, jestem i Afrodytą, i Wenus. W przeciwieństwie do innych mieszkańców Olimpu nie zmieniam się z upływem czasu. To miło pomyśleć, że w ogóle się nie zestarzałam! — Jej palce zatrzepotały z wdziękiem wokół twarzy. - Ostatecznie miłość to miłość, bez względu na to, czy jest się Grekiem, czy Rzymianinem. Ta wojna domowa nie będzie miała na mnie takiego wpływu jak na innych. „Cudownie" - pomyślała Annabeth. Jej własna matka, najtrzeź-wiej myśląca mieszkanka Olimpu, zamieniła się w jakąś złośliwą wariatkę włóczącą się po stacjach metra. A spośród wszystkich bogów, którzy mogliby im pomóc, tylko Afrodyty, Nemezis i Dionizosa nie dotknęła schizma grecko-rzymska. Miłość, zemsta i wino. Ładna mi pomoc! Hazel ugryzła kruche ciasteczko. -

Wojna jeszcze się nie rozpoczęła, proszę pani.

-

Ach, moja droga Hazel. - Afrodyta złożyła wachlarz. - Co za optymizm w obliczu

łamiących serce wydarzeń, które cię czekają. To oczywiste, że wojna jest już blisko. Miłość i wojna zawsze chodzą w parze. To szczyty ludzkich emocji! Zło i dobro, piękno i brzydota. Uśmiechnęła się do Annabeth, jakby wiedziała, że dziewczyna rozmyślała wcześniej o dawnym Południu. Hazel odłożyła ciasteczko. Na jej podbródku pozostało parę okruszków i Annabeth podobało się, że Hazel albo o tym nie wie, albo o to nie dba. -

Łamiące serce wydarzenia? - powtórzyła Hazel. - Co pani ma na myśli?

Bogini roześmiała się, jakby Hazel była uroczą małą dziewczynką. -

No cóż, Annabeth mogłaby ci coś powiedzieć na ten temat. Kiedyś jej obiecałam,

że będzie miała ciekawe życie miłosne. I co, może tak nie było? Annabeth o mało nie zmiażdżyła uszka swojej filiżanki. O złamanym sercu mogła

wiele powiedzieć: cierpiała przez nie latami. Najpierw był Lukę Castellan, jej pierwsza miłość, który traktował ją jak młodszą siostrzyczkę, a kiedy później przeszedł na złą stronę i wreszcie ją polubił, umarł. Potem był Percy, irytujący, ale słodki, który chyba zakochał się w innej dziewczynie, Rachel; on też był bliski śmierci, i to nie raz. W końcu gdy już go zdobyła, przepadł na sześć miesięcy i utracił pamięć. -

„Ciekawe" - powiedziała - to bardzo łagodne określenie.

-

Nie mogę wziąć odpowiedzialności za wszystkie twoje kłopoty - powiedziała

bogini - ale przyznaję: lubię wzloty i upadki w miłości. Och, wy wszystkie jesteście wspaniałymi tego przykładami! Jestem z was dumna! -

Matko - odezwała się Piper - czy jest jakiś powód, dla którego tu jesteś?

-

Mmm? Och, masz na myśli: poza herbatką? Często tu bywam. Lubię ten widok,

to jedzenie, tę atmosferę... To się wyczuwa w powietrzu, prawda? Całe wieki romansów i złamanych serc. - Wskazała na pobliską willę. - Widzicie ten taras? Kiedy wybuchła amerykańska wojna secesyjna, byłam tam na wspaniałym przyjęciu. W ten sam wieczór, kiedy ostrzelano Fort Sumter. -

Och, tak. - Annabeth wreszcie to sobie przypomniała. - Wyspa w zatoce. To tam

toczyły się pierwsze walki. Konfederaci ostrzelali oddziały Unii i zdobyli fort. -

Cóż to było za przyjęcie! Kwartet skrzypcowy, wszyscy mężczyźni w

eleganckich nowych mundurach oficerskich. A suknie kobiet! Szkoda, że tego nie widziałyście! Tańczyłam z Aresem... a może to był Mars? Chyba się troszkę upiłam. I te cudowne rozbłyski nad zatoką, ryk armat, który mężczyźni wykorzystywali jako pretekst, by objąć swoje zatrwożone dziewczątka! Herbata Annabeth wystygła. Nie tknęła ciasteczek, ale czuła się tak, jakby miała zwymiotować. -

Mówisz o początku najbardziej krwawej wojny w historii Stanów Zjednoczonych.

Zginęło ponad sześćset tysięcy ludzi, więcej Amerykanów niż w pierwszej i drugiej wojnie światowej razem. -

A napoje i przekąski! - ciągnęła Afrodyta. - Ach, były boskie. Pojawił się sam

generał Beauregard. Straszny drań. Miał już drugą żonę, ale trzeba było widzieć, jak patrzył na Lisbeth Cooper... -

Matko! - Piper rzuciła swoją babeczkę gołębiom.

-

No tak, przepraszam. Przejdźmy do rzeczy. Jestem tu po to, by wam pomóc,

dziewczęta. O Herze raczej zapomnijcie. Przez tę waszą małą misję nie jest miłe widziana w sali tronowej. A inni bogowie, jak wiecie, są raczej niedysponowani, rozdarci między Rzymianami a Grekami. Jedni mniej, inni bardziej. - Utkwiła oczy w Annabeth. Chyba powiedziałaś przyjaciółkom o swojej kłótni z matką? Annabeth poczuła, że policzki jej płoną. Hazel i Piper spojrzały na nią z ciekawością. -

O kłótni? - powtórzyła Hazel.

-

To była sprzeczka - odpowiedziała Annabeth. - Drobna różnica zdań.

-

Drobna różnica zdań! - zawołała bogini. - No, nie powiedziałabym. Atena była

najbardziej grecka ze wszystkich bogiń. W końcu była patronką Aten. Kiedy Rzymianie podbili Grecję... och, przejęli Atenę, do pewnego stopnia. Stała się Minerwą, boginią rzemiosła i wynalazków. Ale Rzymianie mieli innych bogów wojny, bardziej pasujących do ich upodobań, bardziej rzymskich. .. jak Bellona... -

Matka Reyny - mruknęła Piper.

-

Tak - zgodziła się bogini. — Porozmawiałam sobie kiedyś miło z Reyną, tutaj, w

tym parku. No i, oczywiście, Rzymianie mieli Marsa. A później był Mitra, właściwie nawet ani grecki, ani rzymski bóg, którego uwielbiali legioniści. Osobiście zawsze uważałam go za prostaka, okropnego nuworysza. W każdym razie biedna Atena została usunięta w cień. Dla Rzymian miała niewiele wspólnego z wojaczką. Grecy nigdy im nie wybaczyli tej zniewagi. I Atena też. Annabeth nastawiła uszu. -

Znak Ateny - powiedziała. - Prowadzi do jakiegoś posągu, tak? Prowadzi do...

tego posągu. Afrodyta uśmiechnęła się. -

Jesteś inteligentna, jak twoja matka. Zrozum jednak, że twoi bracia i siostry,

dzieci Ateny, szukali go przez całe stulecia. Nikomu nie udało się odnaleźć tego posągu. A wrogość Greków do Rzymian wciąż trwała. Każda wojna domowa... tyle przelanej krwi i tyle złamanych serc... to przede wszystkim dzieło dzieci Ateny. -

To jest... — Annabeth chciała powiedzieć „niemożliwe", ale przypomniała sobie

gorzkie słowa Ateny na dworcu Grand Central, nienawiść płonącą w jej oczach. -

Romantyczne? - podpowiedziała jej Afrodyta. — Tak, myślę, że tak.

-

Ale... - Annabeth starała się myśleć jasno. - Ten Znak Ateny. .. jak on działa? Czy

to jakaś seria wskazówek, czy jakiś szlak wyznaczony przez Atenę... -

Hmm. - Afrodyta sprawiała wrażenie uprzejmie znudzonej. -Trudno powiedzieć.

Nie wierzę, by Atena stworzyła Znak świadomie. Gdyby sama wiedziała, gdzie jest jej posąg, powiedziałaby wam, gdzie go szukać. Nie... podejrzewam, że Znak to coś jak duchowy szlak z okruszków. To jakaś więź między posągiem a dziećmi bogini. Ten posąg chce być odnaleziony, ale mogą tego dokonać tylko jej najbardziej wartościowe dzieci. -

1 przez cale tysiąclecia - powiedziała Annabeth - nikomu to się nie udało.

-

Chwileczkę - odezwała się Piper. - O jakim posągu jest mowa?

Bogini roześmiała się. -

Och, jestem pewna, że Annabeth może ci na to odpowiedzieć. W każdym razie

wskazówka, której potrzebujecie, jest blisko: to mapa pozostawiona przez dzieci Ateny w 1861 roku. Pamiątka, która wskaże wam początek drogi, kiedy już dotrzecie do Rzymu. Ale jak powiedziałaś, Annabeth Chase, nikomu jeszcze nie udało się pójść za Znakiem Ateny do samego końca. Tam dopadnie cię najgorszy strach, strach każdego dziecka Ateny. I nawet jeśli przetrwasz, jak użyjesz twojej zdobyczy? W służbie wojny czy pokoju? Annabeth cieszyła się, że stół jest przykryty obrusem, bo nogi jej drżały. -Ta mapa... gdzie ona jest? -

Patrzcie! - Hazel pokazała na niebo.

Nad palmami krążyły dwa wielkie orły. Z wysoka opadał ku nim latający rydwan zaprzężony w pegazy. Najwyraźniej Leonowi nie udało się odciągnąć Rzymian metodą na Buforda - a w każdym razie nie na długo. Afrodyta posmarowała sobie bułeczkę masłem, jakby nic się nie stało. -

Och, ta mapa jest w Forcie Sumter. - Wskazała nożem wysepkę w zatoce. -

Wygląda na to, że Rzymianie chcą was od niej odciąć. Na waszym miejscu wróciłabym szybko na okręt. Może weźmiecie ze sobą trochę herbatników?

XIX ANNABETH Nie dotarły do okrętu. W połowie pomostu opadły przed nimi z nieba trzy wielkie orły. Z każdego zeskoczył rzymski komandos w purpurowym płaszczu i dżinsach, w hełmie, lśniącym złotym napierśniku, z mieczem i tarczą. Orły odleciały, a Rzymianin stojący w środku, szczuplejszy od pozostałych, podniósł przyłbicę. -

Poddajcie się Rzymowi! - wrzasnął Oktawian.

Hazel dobyła swojego kawaleryjskiego miecza i warknęła: -

Marne szanse, Oktawianie!

Annabeth zaklęła pod nosem. Mizerny augur nie stanowił większego zagrożenia, ale dwaj pozostali wyglądali na wytrawnych wojowników - byli dla niej o wiele za wielcy i silni, zwłaszcza że ona i Piper miały tylko sztylety. Piper podniosła ręce w uspokajającym geście. -

Oktawianie, ktoś nas wrobił w ten atak na obóz. Możemy to wyjaśnić.

-

Nie słyszę cię! - krzyknął Oktawian. - Wosk w uszach, standardowa procedura,

kiedy walczymy ze złymi syrenami. Rzućcie broń i obróćcie się powoli, żebym mógł związać wam ręce. -

Pozwól mi go dziabnąć - mruknęła Hazel. - Proszę.

Okręt był zaledwie piętnaście metrów od nich, ale Annabeth nie dostrzegła na pokładzie trenera Hedgea. Prawdopodobnie był na dole i gapił się na te swoje głupie programy o sztukach walki. Grupa Jasona miała powrócić dopiero przed zachodem słońca, a Percy pewnie był pod wodą, nieświadom ataku. Gdyby przedostała się na pokład, mogłaby użyć balisty, ale drogę zagradzali jej ci trzej Rzymianie. Czasu było coraz mniej. Orły krążyły nad ich głowami, krzycząc tak, jakby chciały zaalarmować swoich braci: „Hej, mamy tu kilka smakowitych półbogiń!". Latającego rydwanu nie było nigdzie widać, ale Annabeth była pewna, że jest w pobliżu. Trzeba coś wymyślić, zanim pojawi się więcej Rzymian. Trzeba ściągnąć pomoc... wysłać jakiś alarmujący sygnał trenerowi Hedgeowi, a jeszcze lepiej Percy'emu. -

No to jak będzie? - zapytał Oktawian, a jego dwaj towarzysze zakołysali

mieczami. Bardzo powoli, używając tylko dwóch palców, Annabeth wyciągnęła swój sztylet, ale nie rzuciła go na pomost, tylko cisnęła jak najdalej w morze. -

A to co?! - zawołał piskliwym głosem augur. - Nie kazałem ci go ciskać w morze!

To mógłby być dowód rzeczowy. Albo łup wojenny! Annabeth uśmiechnęła się jak głupia blondynka. Nikt, kto ją znał, nie dałby się na to nabrać, ale Oktawian chyba to kupił. Prychnął ze złości. -

A wy dwie... - wskazał mieczem na Hazel i Piper - odłóżcie broń na pomost.

Tylko bez żadnych... Wokół Rzymian zatoka Charleston wybuchła jak fontanna w Las Vegas podczas pokazu efektów specjalnych. Kiedy ściana wody opadła, trzej Rzymianie byli już w zatoce, wypluwając wodę i starając się utrzymać głowy nad powierzchnią. Percy stał na pomoście, w ręku miał sztylet Annabeth. -

Upuściłaś go - powiedział z kamienną twarzą.

Annabeth rzuciła mu się w objęcia. -

Kocham cię!

-

Dzieci - przerwała im Hazel z uśmieszkiem na twarzy. - Musimy się pospieszyć.

Z dołu dobiegł ich krzyk Oktawiana: -

Wydostańcie mnie stąd! Zabiję was!

-

Kusząca propozycja! - zawołał Percy.

-

Co?!

Oktawian kurczowo trzymał się jednego z legionistów, który walczył, by nie utonąć. -

Nic! - odkrzyknął Percy. - Dziewczyny, idziemy.

Hazel zmarszczyła brwi. -

Przecież nie możemy pozwolić, żeby się potopili.

-

Nie utoną. Kazałem wodzie krążyć wokół ich stóp. Gdy tylko będziemy

bezpieczni, wyrzucę ich na brzeg. Piper wyszczerzyła zęby. -

Niezłe.

Wspięli się na pokład „Argo II" i Annabeth pobiegła do sterowni. -

Piper, zejdź na dół. Użyj zlewu w kambuzie i wyślij wiadomość iryfonem.

Wezwij Jasona, by natychmiast wracał! Piper kiwnęła głową i zbiegła po schodach. -

Hazel, znajdź trenera i powiedz mu, żeby przytaskał swój fu-trzasty zadek na

pokład! -

Robi się!

-

Percy... ty i ja musimy doprowadzić okręt do Fortu Sumter.

Percy pokiwał głową i pobiegł do masztu. Annabeth stanęła za sterem. Przebiegła palcami po konsoli. Teraz pozostała tylko nadzieja, że wie, jak jej użyć. Widziała już, jak Percy panował nad wielkimi żaglowcami jedynie siłą woli. I tym razem jej nie zawiódł. Liny same świsnęły - zwalniając cumy i podnosząc kotwicę. Żagle rozwinęły się i złapały wiatr. Tymczasem Annabeth włączyła motor. Wiosła wysunęły się, terkocąc jak seria z karabinu maszynowego, i „Ar-go II" odbił od pomostu, kierując się ku wysepce u ujścia zatoki. Trzy orły wciąż krążyły nad okrętem, ale nie próbowały wylądować na pokładzie, prawdopodobnie dlatego że głowa Festusa zionęła ku nim ogniem za każdym razem, gdy podlatywały bliżej. Więcej orłów leciało już w szyku bojowym ku Fortowi Sum-ter było ich przynajmniej tuzin. Jeśli na każdym siedzi rzymski półbóg... wrogów jest całkiem sporo. Trener Hedge wbiegł z tupotem po schodach, za nim Hazel. -

Gdzie oni są? - zapytał. - Kogo mam zabić?

-

Żadnego zabijania! - zawołała Annabeth. - Masz tylko bronić okrętu!-

-

Ale oni mi przerwali film z Chuckiem Norrisem!

Pojawiła się Piper. -

Mam odpowiedź od Jasona. Trochę mętną, ale już wraca. Powinien być... o! Tam!

Nad miastem szybował wielki bielik amerykański, niepodobny do rzymskich orłów. Zmierzał w ich stronę. -

Frank! - zawołała Hazel.

Leo trzymał się nóg orła; zrównał się już z okrętem. I nawet z pokładu Annabeth słyszała, jak wrzeszczy i przeklina w powietrzu. Za nimi leciał Jason, dosiadając wiatru. -

Pierwszy raz widzę Jasona w locie - mruknął Percy. - Wygląda jak blond

Superman. -

Nie pora na żarty! - skarciła go Piper. - Patrz, mają kłopoty!

Bo oto z obłoku wynurzył się rzymski latający rydwan i zanurkował prosto na nich. Jason i Frank poderwali się w górę, by uniknąć stratowania przez pegazy. Załoga rydwanu napięła łuki. Strzały świsnęły pod stopami Leona, który znowu zaczął wrzeszczeć i przeklinać. Jason i Frank byli zmuszeni przelecieć nad „Argo II" i poszybować ku Fortowi Sumter. -

Zaraz ich łupnę! - ryknął trener Hedge.

Obrócił balistę z lewej burty. Zanim Annabeth zdążyła krzyknąć: „Nie bądź głupi!", dał ognia. Płonąca włócznia pomknęła ku rydwanowi. Eksplodowała nad głowami pegazów, które wpadły w panikę. Niestety, wybuch opalił również skrzydła Frankowi. Utracił kontrolę nad lotem, spadając spiralą w dół, a Leo puścił jego nogi. Rydwan pomknął w stronę Fortu Sumter, uderzając w Jasona. Annabeth patrzyła z przerażeniem, jak Jason - najwidoczniej oszołomiony i poraniony - nurkuje do Leona, łapie go i stara się utrzymać w poziomie. Udało mu się tylko spowolnić spadanie. Po chwili znikli za obwarowaniami fortu. Frank spadł za nimi. A potem rydwan opadł gdzieś wewnątrz fortu i rozległ się głośny trzask. Jedno koło wyleciało w powietrze. -

Trenerze! - krzyknęła Piper.

-

No co! To był tylko strzał ostrzegawczy!

Annabeth dodała gazu. Kadłub zadygotał, gdy nabrali szybkości. Teraz od przystani na wyspie dzieliło ich tylko ze sto metrów, ale coraz więcej orłów szybowało nad ich głowami, a każdy niósł w szponach rzymskiego półboga. Przewaga Rzymian wynosiła teraz przynajmniej trzy do jednego. -

Percy - powiedziała Annabeth - zaraz będzie ciężko. Musisz zapanować nad

wodą, tak żebyśmy się nie roztrzaskali o przystań. Gdy już tam będziemy, powstrzymaj atakujących. Reszta niech mu pomoże bronić okrętu. -

Ale... Jason! - powiedziała Piper.

-

Frank i Leo! - dodała Hazel.

-

Znajdę ich - obiecała Annabeth. - Muszę wykombinować, gdzie jest ta mapa. I

jestem pewna, że tylko ja mogę to zrobić.

-

Fort roi się od Rzymian - ostrzegł ją Percy. - Będziesz musiała się przez nich

przebić, odnaleźć naszych przyjaciół... zakładając, że są żywi... odnaleźć mapę i wrócić cało razem z nimi. I tego wszystkiego chcesz dokonać sama? -

Dzień jak co dzień. - Pocałowała go. - A ty rób, co chcesz, tylko nie pozwól, żeby

opanowali okręt!

XX ANNABETH Zaczęła się nowa wojna domowa. Leonowi jakoś się udało spaść bez szwanku. Annabeth widziała, jak biega podcieniami, miotając ogniem w wielkie orły pikujące na niego z góry. Rzymianie go ścigali, wpadając na stosy kul armatnich i grupy przerażonych turystów, którzy rozbiegali się z krzykiem. -

To tylko rekonstrukcja wydarzeń! - wołali przewodnicy, ale nie brzmiało to zbyt

przekonująco. Mgła trochę zmieniała obraz tego, co widzieli śmiertelnicy. Pośrodku dziedzińca wyrośnięty słoń - czyżby to był Frank? -szalał wokół masztów flagowych, rozpraszając rzymskich legionistów. Jakieś pięćdziesiąt metrów dalej Jason walczył na miecze z przysadzistym centurionem, który miał wargi uwalane czymś wiśniowoczerwonym jak krew. Wampir amator czy maniak kool-aidu? Annabeth usłyszała, jak Jason krzyczy: -

Przepraszam, Dakoto!

Annabeth Przeskoczył centurionowi nad głową jak akrobata i ugodził go rękojeścią gladiusa w tył głowy. Dakota padł. -

Jason! - zawołała Annabeth.

Przebiegł wzrokiem pole bitwy, zanim ją dostrzegł. Wskazała na miejsce, gdzie przycumował „Argo II". -

Ściągnij wszystkich na pokład! Odwrót!

-

A co z tobą?! - odkrzyknął.

-

Nie czekajcie na mnie!

I odbiegła, zanim zdążył zaprotestować. Z trudem manewrowała wśród tłumu turystów. Dlaczego aż tylu ludziom zachciało się zwiedzić Fort Sumter w parny letni dzień? Szybko zdała sobie jednak sprawę, że te tłumy ratują im życie. Gdyby nie chaos przerażonych śmiertelników, Rzymianie już by ich otoczyli, wykorzystując przewagę liczebną. Wpadła do jakiegoś baraku, zapewne części koszar, i starała się uspokoić oddech.

Wyobraziła sobie, co musiał czuć jakiś żołnierz unijny na tej wyspie w 1861 roku. Otoczeni przez wrogów. Bez jedzenia i amunicji, bez nadziei na przybycie posiłków. Niektórzy z obrońców fortu byli dziećmi Ateny. Ukryli tu ważną mapę - coś, co nie mogło wpaść w ręce wroga. Gdyby była jednym z tych półbogów, gdzie by ją schowała? Nagle ściany zalśniły. Zrobiło się gorąco. Pomyślała, że ma halucynacje. Już miała wybiec na zewnątrz, gdy drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Zaprawa między kamieniami zaczęła się łuszczyć. Pęcherzyki popękały i na ścianach zaroiło się od małych czarnych pająków. Annabeth zdrętwiała. Serce w niej zamarło. Pająki pokryły ściany, pełznąc jedne po drugich, rozlazły się po posadzce i stopniowo ją otaczały. To było niemożliwe. To nie mogła być prawda. Groza obudziła w niej straszne wspomnienie. Miała siedem lat, była sama w swojej sypialni w Richmond w stanie Wirginia. Pająki pojawiły się w nocy. Wypełzały całymi falami z szafy i czyhały Annabeth w cieniu. Wołała na ojca, ale jego nie było, był w pracy. Chyba nigdy nie było go w domu, zawsze był w pracy. Zamiast niego przyszła macocha. „Mogę być tym złym policjantem" - powiedziała kiedyś ojcu Annabeth, myśląc, że ona tego nie słyszy. -

To tylko twoja wyobraźnia - tłumaczyła teraz. - Straszysz swoich małych braci.

-

To nie są moi bracia - zaprzeczyła Annabeth, co macochę wyraźnie rozzłościło.

Jej oczy zrobiły się prawie tak przerażające jak pająki. -

Śpij już - burknęła. -1 żadnych więcej krzyków.

Gdy tylko wyszła, pająki powróciły. Annabeth próbowała schować się pod kołdrę, ale to nie pomogło. W końcu zasnęła ze zmęczenia. Obudziła się rano cała pokąsana, pajęczyny oblepiały jej oczy, usta i nos. Ślady po ukąszeniach znikły, zanim się ubrała, więc mogła macosze pokazać tylko pajęczyny, ale ona uznała, że to jakaś sprytna sztuczka. -1 nie gadaj mi więcej o pająkach - powiedziała stanowczo. -Jesteś już dużą dziewczynką. Następnej nocy pająki znowu przyszły. Macocha nadal była złym policjantem. Zakazała Annabeth dzwonić do ojca i zawracać mu głowę bzdurami. Nie, nie wróci

wcześniej z pracy. Trzeciej nocy Annabeth uciekła z domu. Później, już w Obozie Herosów, dowiedziała się, że dzieci Ateny boją się pająków. Przed wiekami Atena dała pewnej śmiertelnej tkaczce, Arachne, surową nauczkę przeklęła ją za pychę, zamieniając ją w pierwszego pająka. Od tego czasu pająki nienawidzą dzieci Ateny. Niestety, to wyjaśnienie niewiele jej pomogło. Kiedyś o mało nie zabiła Connora Stolla za to, że włożył jej do koi tarantulę. Po latach dostała ataku paniki w parku wodnym w Denver, kiedy ją i Percy ego zaatakowały mechaniczne pająki. A w ciągu ostatnich kilku tygodni prawie co noc śniło jej się, że pełzną po niej, duszą ją, omotują pajęczynami. Teraz w pustym baraku Fortu Sumter otaczały ją pająki. Nocne koszmary stały się rzeczywistością. Senny głos zamruczał w jej głowie: -

Już wkrótce, moja kochana. Już wkrótce spotkasz tkaczkę.

-

Gaja? - Bała się odpowiedzi, ale zapytała: - Kim... kim jest ta tkaczka?

Pająki ożywiły się, rojąc się na ścianach, kłębiąc się wokół stóp Annabeth jak połyskliwy czarny wir wodny. Nie zemdlała jeszcze ze strachu, bo wciąż się łudziła, że to iluzja. -

Mam nadzieję, że przeżyjesz, moje dziecko — powiedział kobiecy głos. -

Wolałabym zachować cię jako moją ofiarę. Musimy jednak pozwolić tkaczce nasycić się zemstą... Głos Gai zanikł. Na odległej ścianie, pośród kłębowiska pająków, rozjarzył się czerwony symbol: sowa, podobna do tej ze srebrnej drachmy, patrząca prosto na Annabeth. A potem, jak w tych koszmarach nocnych, Znak Ateny rozgorzał na ścianach, spalając wszystkie pająki, aż w pomieszczeniu pozostał tylko słodko--mdlący zapach popiołów. -

Idź - powiedział nowy głos, głos matki. - Pomścij mnie. Idź za Znakiem.

Rozjarzony symbol sowy zniknął. Drzwi baraku otworzyły się z hukiem. Annabeth stała pośrodku izby oniemiała, nie wiedząc, czy przed chwilą zdarzyło się coś realnego, czy była to tylko wizja.

Wybuch wstrząsnął budynkiem. Przypomniała sobie, że jej przyjaciele są w niebezpieczeństwie. Już za długo tu siedzi. Z trudem wstała. Wciąż drżąc, niepewnym krokiem wyszła na zewnątrz. Orzeźwiło ją morskie powietrze. Spojrzała na dziedziniec - ponad głowami przerażonych turystów i walczących półbogów — na skraj muru obronnego, gdzie stał wielki moździerz artyleryjski skierowany ku morzu. Mogła to być tylko jej wyobraźnia, ale stary moździerz zdawał się płonąć czerwonym blaskiem. Pobiegła ku niemu. Zapikował na nią orzeł, ale uskoczyła w bok i biegła dalej. Nic nie mogło jej tak przerazić jak te pająki. Rzymscy półbogowie utworzyli szyk bojowy i zbliżali się już do „Argo II", gdy miniaturowa burza zebrała się nad ich głowami. Choć dzień był bezchmurny, huknął grom i nad Rzymianami wystrzeliła błyskawica. Deszcz i wiatr zepchnęły ich do tyłu. Annabeth nie zatrzymała się. Dobiegła do moździerza i położyła dłoń na osłonie lufy. Na zatyczce blokującej wylot zapłonął Znak Ateny - czerwony zarys sowy. -

W moździerzu - mruknęła Annabeth. - Oczywiście.

Próbowała podważyć zatyczkę palcami. Bez skutku. Klnąc pod nosem, wyjęła swój sztylet. Gdy tylko niebiański spiż dotknął za-tyczki, skurczyła się i obluzowała. Annabeth wyjęła ją i wsunęła rękę do moździerza. Jej palce natrafiły na coś zimnego, gładkiego i metalowego. Wyciągnęła dysk ze spiżu, wielkości spodka od filiżanki, z wyrytymi delikatnymi literami i rysunkami. Postanowiła zbadać go później. Wrzuciła go do plecaka i odwróciła się. -

Spieszy ci się? - zapytała Reyna.

Stała trzy kroki obok, w pełnej zbroi, ze złotą włócznią w dłoni. Dwa metalowe psy powarkiwały u jej boku. Annabeth szybko się rozejrzała. Były same. Walka przeniosła się bliżej przystani. Miała nadzieję, że wszyscy jej przyjaciele dostali się na pokład, ale wiedziała, że muszą natychmiast odlecieć. Czasu było mało. -

Reyno - powiedziała - to, co się stało w Obozie Jupiter, to sprawka Gai. Ejdolony,

duchy, które opętują...

-

Oszczędź sobie wyjaśnień. Będą ci potrzebne przed sądem. Psy zawarczały i

podsunęły się trochę w stronę Annabeth. Tym razem wyglądało na to, że nie obchodzi ich, czy mówi prawdę. Starała się wymyślić jakiś plan ucieczki. Wątpiła, czy udałoby jej się pokonać Reynę w pojedynku. Z tymi metalowymi psami nie miała żadnych szans. -

Jeśli pozwolisz, by Gaja szczuła na siebie oba obozy - powiedziała - giganci już

wygrali. Zniszczą Rzymian, Greków, bogów, cały świat śmiertelników. -

Myślisz, że o tym nie wiem? - Głos Reyny był twardy jak stal. - Jaki wybór mi

pozostawiliście? Oktawian już zwietrzył krew. Podburzył legionistów, którzy pałają żądzą walki, a ja nie mogę ich powstrzymać. Poddaj się. Zawiozę cię z powrotem do Nowego Rzymu na proces. Nie będzie uczciwy. Zostaniesz okrutnie uśmiercona. Ale to może wystarczy, by powstrzymać dalszą przemoc. Oczywiście Oktawiana to nie zadowoli, ale myślę, że przekonam innych, by odłożyli broń. -

To nie moja wina!

-

A co to ma za znaczenie! - warknęła Reyna. - Ktoś musi zapłacić za to, co się

wydarzyło. Padło na ciebie. To lepsza opcja. Annabeth ścierpła skóra. -

Lepsza od czego?

-

Rusz głową. Jeśli dziś uciekniecie, nie będziemy was ścigać. Już ci mówiłam:

nawet szaleniec nie wyruszyłby przez morze dzielące nas od starożytnych krain. Jeśli Oktawian nie zaspokoi żądzy zemsty, niszcząc wasz okręt, zajmie się Obozem Herosów. Legion wtargnie na wasze terytorium. Zrównamy obóz z ziemią i posypiemy solą. -

Pozabijaj Rzymian - usłyszała natarczywy głos matki. - Nigdy nie będą waszymi

sprzymierzeńcami. Annabeth była bliska płaczu. Obóz Herosów był jej jedynym prawdziwym domem, a chcąc się z Reyną zaprzyjaźnić, powiedziała jej, gdzie go znaleźć. Nie może pozostawić go na łaskę Rzymian i udać się w podróż na drugą półkulę. Ale co z ich misją, z tym wszystkim, co wycierpiała, by odzyskać Percy'ego? Jeśli nie wyprawi się w tę podróż, to wszystko spełznie na niczym. A poza tym Znak Ateny nie musi prowadzić do zemsty. „Gdybym tylko potrafiła znaleźć drogę do domu" - powiedziała jej matka.

„Jak użyjesz twojej zdobyczy?" - zapytała Afrodyta. - „W służbie wojny czy pokoju?" Jest na to odpowiedź. Jeśli przeżyje, Znak Ateny może ją do niej doprowadzić. -

Idę - powiedziała. - Pójdę za Znakiem Ateny do Rzymu.

Pretor pokręciła głową. -

Nie masz pojęcia, co cię tam czeka.

-

Mam. Ta nienawiść między naszymi obozami... mogę położyć jej kres.

-

Ta nienawiść trwa od tysięcy lat. I jedna osoba ma położyć jej kres?

Annabeth marzyła, by mieć na to przekonującą odpowiedź, pokazać Reynie jakiś trójwymiarowy model albo wspaniały schemat, ale nie była w stanie. Wiedziała tylko, że musi spróbować. Przypomniała sobie, jak zagubiona wydawała się jej matka: „Muszę wrócić do domu". -

Nasza misja musi się powieść - powiedziała. - Możesz próbować mnie

powstrzymać, a wtedy będziemy walczyć na śmierć i życie. Możesz też pozwolić mi odejść, a ja spróbuję ocalić oba nasze obozy. Jeśli już musicie ruszyć na Obóz Herosów, przynajmniej postaraj się to opóźnić. Powstrzymaj Oktawiana choć na trochę. Reyna zmrużyła oczy. -

Jedna córka bogini wojny przeciw drugiej. Podziwiam twoją odwagę. Ale jeśli

teraz odejdziesz, skażesz swój obóz na zniszczenie. -

Nie doceniasz Obozu Herosów - ostrzegła ją Annabeth.

-

Nigdy nie widziałaś legionu w boju - odparowała Reyna.

Znad przystani dobiegł znajomy piskliwy głos: -

Pozabijać ich! Zabić wszystkich!

Oktawian wyszedł cało z kąpieli w zatoce. Kulił się za swoimi strażnikami, dodając odwagi innym rzymskim półbogom, nacierającym na okręt pod uniesionymi tarczami, jakby to mogło odeprzeć ataki szalejącej wokół nich burzy. Na pokładzie „Argo II" Percy i Jason stali ramię w ramię ze skrzyżowanymi mieczami. Annabeth przebiegł dreszcz po plecach, kiedy zdała sobie sprawę, że obaj chłopcy działają jak jeden mąż, wzywając niebo i morze, by były im posłuszne. Woda i wiatr skłębiły się razem. Bałwany biły w szańce, rozbłyskiwały gromy. Olbrzymie orły spadały z nieba. W morzu płonęły szczątki latającego rydwanu, a trener Hedge obracał

kuszą, strzelając na chybił trafił do nadlatujących rzymskich ptaków. -

Widzisz? - powiedziała z goryczą Reyna. - Włócznia została rzucona. To wojna.

-

Nie, jeśli mi się uda.

Reyna miała taki sam wyraz twarzy jak wówczas, gdy w Obozie Jupiter zrozumiała, że Jason znalazł sobie inną dziewczynę. Była zbyt samotna, zbyt zgorzkniała i zbyt urażona, by uwierzyć, że cokolwiek może odmienić jej los. Annabeth czekała, aż Rzymianka ją zaatakuje. Ale ona machnęła ręką. Metalowe psy cofnęły się. -

Annabeth Chase - powiedziała - kiedy znowu się spotkamy, będziemy wrogami

na polu bitwy. Odwróciła się i odeszła przez taras fortu, a psy ruszyły za swoją panią. Annabeth obawiała się, że to jakiś podstęp, ale nie miała czasu nad tym się zastanawiać. Pobiegła w stronę okrętu. Nie odczuwała wściekłych podmuchów wiatru, który atakował Rzymian. Przebiegła przez linię wroga. Oktawian krzyknął: -

Zatrzymać ją!

Włócznia świsnęła jej koło ucha. „Argo II" już odbijał od przystani. Piper stała na trapie, wyciągając rękę. Annabeth skoczyła i złapała jej dłoń. Trap spadł do morza, a obie dziewczyny potoczyły się po pokładzie. -

Ruszajmy! - zawołała Annabeth. - Szybko! Szybko!

Zadudniły maszyny. Zawirowały wiosła. Jason zmienił kierunek wiatru, a Percy wezwał potężną falę, która uniosła okręt ponad mury fortu i pchnęła w morze. Kiedy „Argo II" osiągnął pełną prędkość, Fort Sumter był już tylko plamką na tle morza. Mknęli przez fale ku starożytnym krainom.

XXI LEO Leo sądził, że po wypadzie do muzeum pełnego duchów konfederatów nic gorszego nie może go spotkać. Mylił się. Nie znaleźli niczego ani w łodzi podwodnej z czasów wojny secesyjnej, ani w całym muzeum poza kilkoma starszymi turystami, przysypiającymi strażnikami i - kiedy próbowali bliżej zbadać zabytki - batalionem świecących zombie w szarych mundurach. Pomysł, że Frank miałby sobie poradzić z duchami? No... akurat to całkowicie zawiodło. Kiedy Piper wysłała im iryfonem wiadomość z ostrzeżeniem o ataku Rzymian, byli już w połowie drogi do okrętu, ścigani po ulicach śródmieścia Charleston przez zgraję rozwścieczonych martwych konfederatów. A potem - to było coś! - Frank zamienił się w Przyjaznego Orła, a Leo złapał go za nogi i wzbili się w powietrze, aby walczyć z grupą Rzymian, wśród których musiała się już rozejść pogłoska, że to Leo zbombardował ich miasto, bo najwyraźniej polowali właśnie na niego. Na tym nie koniec! Trener Hedge zestrzelił ich z nieba, Frank go upuścił (to nie był przypadek) i w ten sposób wylądowali z hukiem w Forcie Sumter. Teraz gdy „Argo II" mknął przez fale, Leo robił wszystko, by okręt nie rozpadł się na kawałki. Percy i Jason trochę przedobrzyli, wzywając moce wody i wiatru. W pewnym momencie Annabeth stanęła koło niego i zawołała, przekrzykując ryk wiatru: -

Percy mówi, że porozumiał się z nereidami w przystani Charleston!

-

Chwała mu za to! - odkrzyknął Leo.

-

Nereidy powiedziały, żebyśmy szukali pomocy braci Chejrona!

-

Co?! Tych kucyków?!

Leo nigdy nie spotkał zwariowanych krewnych centaura, ale słyszał pogłoski o pojedynkach na plastikowe miecze, o zawodach w piciu korzennego piwa i pistoletach wodnych napełnionych sztuczną bitą śmietaną. -

Nie jestem pewna. Ale znam współrzędne. Możesz w to coś wklepać szerokość i

długość geograficzną? -

Mogę wklepać mapę nieba i zamówić ci koktajl mleczny, jeśli chcesz. No pewnie,

że mogę zaprogramować współrzędne! Annabeth wyrecytowała liczby. Leonowi jakoś się udało je wprowadzić jedną ręką drugą trzymał koło sterowe. Na spiżowym ekranie pojawiła się czerwona kropka. -

To jest gdzieś na środku Atlantyku. Czy te kucyki mają jacht?

Annabeth bezradnie wzruszyła ramionami. -

Zrób wszystko, żeby okręt nie rozpadł się na kawałki, póki nie oddalimy się od

Charleston. Jason i Percy zajmą się wiatrem! -

Ale zabawa!

Długo to trwało, ale w końcu morze się uspokoiło i wiatr ucichł. -

Valdez — powiedział trener Hedge zaskakująco łagodnym tonem - pozwól mi

przejąć ster. Tkwisz tu już od dwóch godzin. -

Od dwóch godzin?

-

Tak. Daj mi ster.

-

Trenerze?

-

Co, dzieciaku?

-

Nie mogę oderwać rąk.

Nie kłamał. Palce miał jak z kamienia. Oczy go piekły od wpatrywania się w horyzont. Kolana miał jak z waty. W końcu Hedgeowi udało się odciągnąć go od steru. Leo rzucił ostatnie spojrzenie na konsolę, wysłuchując terkotów i pisków, którymi Festus zdawał raport o stanie okrętu. Ciągle mu się zdawało, że o czymś jeszcze zapomniał. Wpatrywał się we wskaźniki, starając się zebrać myśli, ale w głowie miał pustkę, a w oczach zamęt. -

Wypatruj potworów - wymamrotał. -1 uważaj na ten uszkodzony stabilizator. I...

-

Zrozumiałem - odrzekł trener Hedge. - A teraz zmykaj!

Leo niechętnie kiwnął głową i odszedł do przyjaciół. Percy i Jason siedzieli oparci plecami o maszt; głowy mieli zwieszone. Annabeth i Piper próbowały wmusić w nich trochę wody. Hazel i Frank stali nieco dalej, poza zasięgiem głosu, i najwyraźniej się kłócili, bo wymachiwali rękami i kręcili energicznie głowami. Leo nie powinien się z tego cieszyć, ale odrobinę się ucieszył, przez co z kolei poczuł wyrzuty sumienia. Kłótnia się urwała, gdy tylko Hazel go spostrzegła. Wszyscy zgromadzili się przy

maszcie. Frank miał taką minę, jakby starał się zamienić w buldoga. -

Ani śladu pościgu - burknął.

-1 lądu - dodała Hazel. Była trochę zielona na twarzy, choć Leo nie był pewny, czy to przez kołysanie okrętu, czy tę kłótnię. Przebiegł wzrokiem horyzont. Nic tylko ocean. Nie powinien być zaskoczony. W końcu po to budował ten okręt przez sześć miesięcy, by mógł przepłynąć Atlantyk. Ale aż do dziś ich podróż do starożytnych krain wydawała mu się czymś nierealnym. Nigdy przedtem nie opuścił granic Stanów Zjednoczonych, nie licząc krótkiego lotu do Quebecu na grzbiecie smoka. Teraz znajdowali się na otwartym morzu, zdani tylko na siebie, żeglując ku Mare Nostrum, skąd pochodziły wszystkie przerażające potwory i diabelskie olbrzymy. Rzymianie przestali ich ścigać, ale z Obozu Herosów nie nadejdzie też żadna pomoc. Poklepał się po brzuchu, żeby sprawdzić, czy ma na sobie swój magiczny pas. Niestety, przypomniało mu to o ciasteczku z wróżbą od Nemezis, spoczywającym w jednej z kieszeni pasa. „Zawsze będziesz odludkiem". Głos bogini wciąż pobrzmiewał mu w głowie. „Siódmym kołem". „Nie myśl o tym" - powiedział sobie. - „Skup się na tym, co możesz naprawić". Zwrócił się do Annabeth. -

Znalazłaś tę mapę?

Kiwnęła głową, ale wciąż była blada. Ciekaw był, co takiego zobaczyła w Forcie Sumter, że aż tak nią wstrząsnęło. -

Będę musiała jej się przyjrzeć - powiedziała, jakby kończąc rozmowę na ten

temat. - Jak daleko przecinają się te współrzędne? -

Przy największej prędkości dotrzemy tam za jakąś godzinę. Masz jakieś pojęcie,

czego właściwie szukamy? -

Nie - przyznała. - Percy!

Percy podniósł głowę. Jego zielone oczy były przekrwione i zmęczone. -

Nereida powiedziała mi, że są tam bracia Chejrona i że musimy im powiedzieć o

tym oceanarium w Atlancie. Nie wiem, co miała na myśli, ale... - urwał, jakby nie

starczało mu już energii na dokończenie zdania, lecz po chwili ciągnął dalej - ostrzegła mnie, żebyśmy byli ostrożni. Keto, ta bogini z oceanarium, jest matką morskich potworów. Nawet jeśli sama utknęła w Atlancie, może za nami wysłać swoje dzieci. Nereida kazała nam spodziewać się ataku. -

Cudownie - mruknął Frank.

Jason próbował wstać, ale nie był to dobry pomysł. Piper złapała go w ostatniej chwili, bo zwaliłby się na pokład. Znowu oparł się plecami o maszt. -

Nie możemy wzbić się w powietrze? - zapytał. - Gdybyśmy polecieli...

-

Byłoby super - przerwał mu Leo. - Tylko że Festus melduje, że lewy stabilizator

powietrzny się rozpadł, kiedy okręt rąbnął w pomost przy Forcie Sumter. -

Spieszyliśmy się - powiedziała Annabeth. — Żeby cię ocalić.

-

To bardzo szlachetne z waszej strony - zgodził się Leo. - Chcę tylko powiedzieć,

że naprawa zajmie mi trochę czasu. A póki tego nie zrobię, nigdzie nie polecimy. Percy wyprostował ramiona i skrzywił się. -

Dla mnie bomba. Uwielbiam morze.

-

Mów za siebie. - Hazel spojrzała na słońce, które już wisiało tuż nad horyzontem.

- Musimy się pospieszyć. Minął kolejny dzień, Nicowi pozostały już tylko trzy doby. -

Postaram się — obiecał Leo. Miał nadzieję, że Hazel już mu wybaczyła, że nie

dowierzał jej bratu (w końcu miał ku temu powody!), ale nie chciał poruszać tego bolesnego tematu. - Możemy dotrzeć do Rzymu w ciągu trzech dni, zakładając oczywiście, że nie wydarzy się coś niespodziewanego. Frank odchrząknął. Wciąż wyglądał, jakby starał się zamienić w buldoga. -

Są jakieś dobre wiadomości?

-

Mam jedną - odrzekł Leo. - Według Festusa nasz latający stolik, Buford, powrócił

szczęśliwie, kiedy byliśmy w Charleston, więc orły go nie dopadły. Niestety, zgubił tę torbę z twoimi majtkami. -

Chrzanić to! - warknął Frank, co Leo uznał za dość ciężkie przekleństwo w jego

ustach. Pewnie pozwoliłby sobie jeszcze na coś więcej, na przykład na „jasną cholerę" albo „szlag by trafił", ale Percy nagle zgiął się wpół i jęknął. -

Czy świat przekręcił się do góry nogami? - zapytał.

Jason przyłożył dłoń do czoła. -

Tak, i obraca się. Wszystko jest żółte. Czy tak ma być?

Annabeth i Piper wymieniły zaniepokojone spojrzenia. -

Wzywanie burzy trochę was osłabiło - powiedziała Piper. -Musicie odpocząć.

Annabeth pokiwała głową. -

Frank, pomożesz nam zawlec chłopaków na dół?

Frank zerknął na Leona, jakby nie bardzo chciał zostawić go sam na sam z Hazel. -

W porządku, stary - powiedział Leo. - Tylko nie upuśćcie ich, gdy będziecie ich

targać po schodach. Kiedy zostali sami, Hazel i Leo spojrzeli na siebie nieśmiało. Trener Hedge tkwił za sterem, wyśpiewując piosenkę z czołówki Pokemona. Zmienił słowa na „zabiję wszystkie", a Leo naprawdę nie chciał dociekać dlaczego. Piosenka chyba nie przyniosła ulgi Hazel. Wciąż miała mdłości. - Och... Pochyliła się, obejmując się rękami. Miała takie ładne włosy -kędzierzawe i złotobrązowe jak wiórki cynamonu. Przypominały mu pewne miejsce w Houston, gdzie podawali wspaniałe churros. Poczuł głód. -

Nie pochylaj się. Nie zamykaj oczu. To tylko pogarsza mdłości.

-

Tak? Ty też masz chorobę morską?

-

Morską nie. Ale mdli mnie w samochodach i...

Urwał. Chciał powiedzieć: „i kiedy rozmawiam z dziewczynami", ale uznał, że lepiej zachować to dla siebie. -

W samochodach? - Wyprostowała się z trudem. - Potrafisz sterować okrętem i

latać na smoku, a mdli cię w samochodzie? -

No dobra, wiem. - Leo wzruszył ramionami. - Jestem pod tym względem

wyjątkowy. Słuchaj, wpatruj się w horyzont. To coś stałego. To ci pomoże. Hazel wzięła głęboki oddech i zapatrzyła się w dal. Jej oczy były lśniąco złote, jak miedziane i spiżowe dyski w mechanicznej głowie Festusa. -

Lepiej? - zapytał.

-

Może trochę - odpowiedziała, ale zabrzmiało to tak, jakby tylko nie chciała mu

sprawić zawodu. Wpatrywała się w horyzont, ale Leo odniósł wrażenie, że ocenia jego

nastrój, zastanawiając się, co powiedzieć. -

Frank nie upuścił cię umyślnie. On nie jest taki. Jest tylko czasami trochę

niezdarny. -

Uups - powiedział Leo, znakomicie naśladując głos Franka. — „Zrzuciłem Leona

w gromadę nieprzyjacielskich żołnierzy. Chrzanić to!" Próbowała powstrzymać uśmiech. Leo pomyślał, że uśmiech jest lepszy od wymiotów. -

Nie traktuj go tak ostro - powiedziała Hazel. - Ty i te twoje kule ogniste trochę go

peszycie. -

Facet potrafi zamienić się w słonia, a ja go trochę peszę?

Wciąż wpatrywała się w horyzont. Wyglądała już nieco lepiej, choć trener Hedge na rufie nadal wyśpiewywał piosenkę z Pokemona. -

Leo... jeśli chodzi o to, co się wydarzyło na Wielkim Jeziorze Słonym...

„Oho, na to czekaliśmy" - pomyślał Leo. Przypomniał sobie spotkanie z boginią zemsty Nemezis. Ciasteczko z wróżbą w kieszeni pasa zaczęło mu ciążyć. Zeszłej nocy, kiedy uciekli z Atlanty, leżał w swojej kajucie i myślał o tym, jak rozzłościł Hazel. I o tym, jak to naprawić. „Wkrótce staniesz przed problemem, którego nie potrafisz rozwiązać - powiedziała Nemezis - ale mogę ci pomóc... za pewną cenę . Wyjął ciasteczko z kieszeni pasa i obracał je w ręku, zastanawiając się, jaką cenę będzie musiał zapłacić, jeśli je rozłamie. Może właśnie nadszedł ten moment? -

Powinienem spróbować - powiedział. - Mógłbym użyć tego ciasteczka z wróżbą,

żeby odnaleźć twojego brata. Spojrzała na niego zaskoczona. -

Co? Nie! To znaczy... nigdy bym cię nie poprosiła, żebyś to zrobił. Nie po tym,

jak Nemezis powiedziała o tej jakiejś strasznej cenie. Przecież my się prawie nie znamy\ Ten komentarz trochę go zabolał, choć przecież wiedział, że to prawda. -

Więc... nie o tym chciałaś porozmawiać? Może chciałaś pomówić o tym, jak

staliśmy na tym głazie? Bo... -

Nie! - odpowiedziała szybko, wachlując sobie twarz w ten rozczulający sposób,

jak zawsze kiedy coś ją wytrąciło z równowagi. - Nie, myślałam tylko o tym, jak wykiwałeś Narcyza i te nimfy... -

Och, rozumiem. - Leo zażenowany spojrzał na swoje ramię. Tatuaż z napisem

SUPERCIACHO jeszcze nie całkiem wyblakł. - Wtedy myślałem, że to niezły pomysł. -

Byłeś niesamowity. Wciąż chodzi mi po głowie, jak bardzo jesteś podobny do...

-

Sammy ego - zgadł Leo. - Chciałbym, żebyś mi powiedziała, kim on jest.

-

Kim był — poprawiła go Hazel. Wieczorne powietrze było ciepłe, ale przeszył ją

dreszcz. - Pomyślałam sobie... że mogłabym ci to pokazać. -

Masz na myśli fotografię?

-

Nie. Mam czasami takie wizje przeszłości. Już dawno ich nie miałam i nigdy nie

próbowałam ich wywołać celowo. Ale kiedyś podzieliłam się taką wizją z Frankiem, więc pomyślałam... Ich spojrzenia się skrzyżowały. Leo poczuł się roztrzęsiony, jakby wypił zbyt dużo mocnej kawy. Jeśli ta wizja przeszłości była czymś, co Frank dzielił z Hazel... no, to albo nie chciał mieć z tym nic do czynienia, albo stanowczo chciał tego spróbować. Nie mógł się zdecydować. -

Gdy mówisz „wizja przeszłości"... - Przełknął ślinę. - O czym właściwie

mówimy? Czy to jest bezpieczne? Wyciągnęła rękę. -

Nie prosiłabym cię o to, gdybym nie była pewna, że to ważne. To, że się

spotkaliśmy, nie może być przypadkiem. I jeśli ta wspólna wizja zadziała, może w końcu zrozumiemy, co nas łączy. Leo spojrzał na rufę. Wciąż dręczyło go podejrzenie, że o czymś zapomniał, ale wyglądało na to, że trener Hedge nieźle sobie radzi. Niebo przed nimi było czyste. Nic nie zapowiadało kłopotów. Zresztą taka wizja przeszłości jest chyba dość krótka. Chyba nic się nie stanie, jeśli trener Hedge będzie dowodził okrętem jeszcze przez parę minut... -

Dobra. Pokaż mi.

Chwycił dłoń Hazel i świat się rozpłynął. Stali na dziedzińcu jakiejś starej budowli, jakby klasztoru. Mury z czerwonej cegły obrośnięte były winoroślą. Między popękanymi kamiennymi płytami powyrastały

magnolie. Słońce mocno grzało, a wilgotność sięgała chyba dwustu procent: było jeszcze bardziej parno i duszno niż w Houston. Gdzieś z pobliża dochodził zapach smażonej ryby. Pokrywa chmur była niska i szara, poprzecinana pasami nieba jak futro tygrysa. Dziedziniec miał rozmiary boiska do koszykówki. W rogu, u podstawy figury Matki Boskiej, leżała sflaczała piłka. W otaczających dziedziniec ścianach okna były otwarte. Od czasu do czasu Leo widział jakiś ruch wewnątrz, ale panował tam dziwny spokój. Nie dostrzegł śladu klimatyzacji, co oznaczało, że w środku musiało być piekielnie gorąco. -

Gdzie jesteśmy? - zapytał.

-

W mojej starej szkole - odpowiedziała Hazel. - W Akademii Świętej Agnieszki

dla Kolorowych i Indian. - Co to za nazwa...? Zwrócił się w stronę Hazel i krzyknął. Była duchem — mglistą sylwetką w parnym powietrzu. Spojrzał w dół i spostrzegł, że jego własne ciało też zamieniło się w mgłę. Wszystko wokół wydawało się solidne i rzeczywiste, ale on sam był duchem. Zaledwie trzy dni temu opanował go ejdolon, więc teraz poczuł się nieswojo. Zanim zdążył o to wszystko zapytać, wewnątrz zabrzmiał dzwonek - nie nowoczesny elektroniczny buczek, ale staromodny dzwonek z młotkiem uderzającym w metal. - To jest wspomnienie - powiedziała Hazel - więc nikt nas nie zobaczy. Patrz, wychodzimy. -My? Ze wszystkich drzwi wysypały się na dziedziniec tuziny dzieci, krzycząc i popychając się nawzajem. Najwięcej było Afroamerykanów, choć widać było też dzieciaki o rysach latynoskich, w wieku od przedszkolnego do licealnego. Leo poznał, że dzieje się to w przeszłości, bo wszystkie dziewczynki były w sukienkach i skórzanych półbutach z klamerkami. Chłopcy mieli na sobie koszule z kołnierzykami i spodnie na szelkach. Wielu miało czapki, jakie noszą dżokeje. Niektóre dzieci trzymały pudełka z drugim śniadaniem. Większość ich nie miała. Ich ubrania były czyste, ale znoszone i wyblakłe. Niektórzy mieli dziury w spodniach albo buty z rozklapanymi obcasami. Kilka dziewczynek zaczęło skakać przez kawałek starego sznura do bielizny. Starsi chłopcy rzucali sobie złachaną piłeczkę bejsbolową. Dzieciaki mające drugie śniadanie

usiadły razem, jedząc i gawędząc. Nikt nie zwracał najmniejszej uwagi na Hazel i Leona. A potem Hazel - Hazel z przeszłości - wyszła na dziedziniec. Leo natychmiast ją poznał, chociaż wyglądała ze dwa lata młodziej niż teraz. Włosy miała upięte z tyłu w kok. Rozglądała się niepewnie po dziedzińcu swoimi złotymi oczami. Miała na sobie czarną sukienkę, podczas gdy wszystkie inne dziewczynki ubrane były w bawełniane sukienki białe albo kwieciste, więc stała tam jak żałobnica na weselu. Trzymała płócienną torbę z drugim śniadaniem i zaczęła iść tuż przy murze, jakby nie chciała zwracać na siebie uwagi. To nie pomogło. Jakiś chłopiec zawołał: „Czarownica!" i ruszył ku niej, zaganiając ją w kąt dziedzińca. Mógł mieć czternaście, ale równie dobrze dziewiętnaście lat - trudno powiedzieć, bo był bardzo wysoki i tęgi, na pewno największy w szkole. Leo pomyślał, że ten osiłek nie da sobie w kaszę dmuchać. Miał na sobie brudną koszulę koloru zatłuszczonej szmaty, powycierane wełniane spodnie (na pewno niezbyt wygodne w tym upale) i był boso. Może nauczyciele za bardzo się bali, by go zmusić do noszenia butów, a może po prostu ich nie miał. -

To jest Rufus - powiedziała z odrazą widmowa Hazel.

-

Poważnie? Nie wierzę, żeby ktoś miał tak na imię - odrzekł Leo.

-

Chodź.

Poszybowała na miejsce konfrontacji, a Leo za nią. Nigdy przedtem nie szybował, ale raz jechał segwayem i to było trochę podobne. Po prostu wychylił się w kierunku, w którym chciał polecieć, i poleciał. Rufus miał płaskie rysy, jakby przez większość czasu drzemał na chodniku. Włosy na czubku głowy miał tak krótko przystrzyżone, że mogłyby na niej lądować miniaturowe samolociki. Wyciągnął rękę. -

Żarcie.

Hazel z przeszłości nie zaprotestowała. Wręczyła mu płócienną torbę, jakby robiła to dzień w dzień. Podeszło kilka starszych dziewczyn, by sobie popatrzeć. Jedna zachichotała do Rufusa.

-

Lepiej tego nie jedz - powiedziała. - Może być zatrute.

-

Dobrze mówisz - odrzekł Rufus. — Levesque, matka ci to przygotowała?

-

Ona nie jest czarownicą - mruknęła Hazel.

Rufus upuścił torbę na ziemię i podeptał ją bosą stopą. -

Możesz to sobie wziąć z powrotem. Ale chcę diament. Słyszałem, że twoja

mamcia wyczarowuje je z powietrza. Dawaj diament. -

Nie mam diamentów. Odejdź.

Rufus zwinął dłonie w pięści. Leo bywał w tylu szkołach i domach dziecka, że dobrze wiedział, co się teraz stanie. Chciał się wtrącić i pomóc Hazel, ale był widmem. Zresztą wydarzyło się to dawno temu. A wtedy jakiś inny chłopak wyszedł z cienia. Leona zatkało. Chłopak wyglądał zupełnie jak on. -

Widzisz? - zapytała widmowa Hazel.

Fałszywy Leo był tego samego wzrostu co prawdziwy - to znaczy był niski. Roznosiła go taka sama nerwowa energia: klepał się palcami po spodniach, gładził białą bawełnianą koszulę, poprawiał sobie dżokejkę na kręconych brązowych włosach. („No nie, niscy faceci nie powinni nosić dżokejek, chyba że są dżokejami" - pomyślał Leo). Fałszywy Leo miał taki sam diabelski uśmieszek, jaki witał prawdziwego Leona, kiedy spojrzał w lustro; na jego widok nauczyciele zawsze wykrzykiwali: „Nawet o tym nie myśl!" i kazali mu się przesiąść do pierwszej ławki. Fałszywy Leo najwyraźniej dopiero co został skarcony przez jakiegoś nauczyciela. Trzymał zwinięty w stożek karton, na którym wypisane było: OSIOŁ. Leo pomyślał, że coś takiego widuje się tylko w dowcipach rysunkowych. Mógł zrozumieć, dlaczego Fałszywy Leo nie ma tego na głowie. Już i tak głupio jest wyglądać jak dżokej. W tej papierowej czapce wyglądałby jak gnom. Niektóre dzieciaki cofnęły się, kiedy Fałszywy Leo wkroczył na scenę. Inne szturchnęły się łokciami i podbiegły, jakby spodziewały się atrakcji. Tymczasem Płaskogłowy Rufus nadal próbował wydusić z Hazel diament, nieświadom pojawienia się Fałszywego Leona. -

Dawaj go! - Nachylił się nad Hazel z zaciśniętymi pięściami. - No już!

Hazel przywarła do muru. Nagle ziemia u jej stóp pękła z cichym trzaskiem, jakby

ktoś złamał gałązkę. Idealny diament wielkości orzeszka pistacjowego zalśnił pomiędzy jej stopami. -

No! - warknął Rufus, kiedy go zobaczył, i zaczął się pochylać.

-

Nie rób tego, proszę! - krzyknęła Hazel, jakby jej naprawdę zależało na tym

wielkim przygłupku. Właśnie wtedy podszedł do nich Fałszywy Leo. „Zaraz się zacznie" - pomyślał Leo. Fałszywy Leo popisze się jakimś wykopem w stylu trenera Hedgea i będzie po zabawie. Zamiast tego Fałszywy Leo przyłożył do ust węższy koniec oślej czapki jak megafon i krzyknął: -CIĘCIE! A krzyknął tak stanowczo, że inne dzieciaki zamarły. Nawet Rufus wyprostował się i cofnął zmieszany. Jeden z mniejszych chłopców zarżał cicho: -

Błazen Sammy!

Sammy... Leo wzdrygnął się. „Kim, do jasnej ciasnej, jest ten dzieciak?" Sammy lub Fałszywy Leo podszedł do Rufusa energicznym krokiem, ze swoją czapką osła w ręku. Minę miał rozeźloną. -

Nie, nie, nie! - zawołał, machając wolną ręką na inne dzieciaki, które zaczęły się

gromadzić, żeby obejrzeć widowisko. Sammy zwrócił się do Hazel. -

Panno Lamarr, pani kwestia to... - Rozejrzał się ze złością. -Scenariusz! Co teraz

mówi Hedy Lamarr? -

Nie, błagam, ty łotrze! - zawołał jeden z chłopców.

-

Dziękuję! Panno Lamarr, ma pani powiedzieć: Nie, błagam, ty łotrze! A pan,

panie Clarku Gable... Cały dziedziniec wybuchnął śmiechem. Leo wiedział tylko, że Clark Gable był jakimś dawnym aktorem, i na tym się jego wiedza kończyła. Najwyraźniej jednak nazwanie Płaskogłowego Ru-fusa Clarkiem Gableem było dla dzieciaków niezłym dowcipem. -

Panie Gable...

-

Nie! - krzyknęła jedna z dziewczynek. - Niech będzie Ga-rym Cooperem!

Znowu wybuchły śmiechy. Rufus nadął się, jakby miał zamiar nadmuchać balon. Wystawił przed siebie pięści, jakby chciał kogoś uderzyć, ale nie mógł zaatakować całej szkoły. Najwyraźniej nie lubił, gdy się z niego naśmiewano, ale jego wolno działający mózg nie był w stanie rozpracować Sammy ego. Leo pokiwał głową z satysfakcją. Sammy naprawdę był do niego podobny. Leo przez całe lata robił to samo z chłopakami, którzy próbowali się nad nim znęcać. -

Dobra! - krzyknął Sammy władczym tonem. - Panie Cooper, teraz pan rńówi:

Och, ale ten diament do mnie należy, mój podstępny skarbie! A potem podnosi pan diament. O, tak! -

Sammy, nie! - zaprotestowała Hazel, ale Sammy złapał diament i wsunął go do

kieszeni jednym płynnym ruchem. Obrócił się do Rufusa. -

Więcej emocji! Chcę, żeby panie na widowni mdlały! Drogie panie, czy pan

Cooper sprawił, że dopiero co zemdlałyście? -

Nie! - odkrzyknęło kilka dziewczyn.

-

No proszę! - zawołał Sammy. - A teraz od początku! - krzyknął przez swoją oślą

czapkę. - Akcja! Do Rufusa zaczęło docierać, co tu się dzieje. Podszedł do Sam-my ego i warknął: -

Valdez, zaraz ci...

Zadzwonił dzwonek. Dzieciaki zaczęły się tłoczyć przy drzwiach. Sammy odciągnął Hazel na bok, podczas gdy maluchy - które były chyba na liście płac Sammy'ego otoczyły Ru-fusa i zagnały do środka. Wkrótce Sammy i Hazel zostali sami, nie licząc widm. Sammy podniósł podeptaną torbę, demonstracyjnie otrzepał z pyłu i podał ją Hazel z głębokim ukłonem, jakby to była jej korona. -

Panno Lamarr.

Hazel z przeszłości wzięła swoje zniszczone drugie śniadanie. Wyglądała, jakby miała się rozpłakać, ale Leo nie potrafił powiedzieć, czy z ulgi, czy z podziwu. -

Sammy... Rufus cię zabije.

-

E tam, dobrze wie, że nie powinien ze mną zadzierać.

Wetknął czapkę osła na swoją dżokejkę. Wyprostował się i wypiął cherlawą pierś.

Ośla czapka spadła. Hazel roześmiała się. -

Jesteś zabawny.

-

Ależ bardzo dziękuję, panno Lamarr.

-

Nie ma za co, mój podstępny skarbie.

Sammy przestał się uśmiechać. Atmosfera zgęstniała. Hazel zagapiła się w ziemię. -

Nie powinieneś dotykać tego diamentu. To niebezpieczne.

-

E tam! Nie dla mnie!

Hazel spojrzała na niego nieufnie, jakby chciała w to uwierzyć. -

Może się wydarzyć coś złego. Nie powinieneś...

-

Nie sprzedam go. Obiecuję! Zachowam go jako symbol twojej apatii.

Hazel uśmiechnęła się. -

Chyba masz na myśli symbol mojej sympatii.

-

O, no pewnie! Musimy iść. Czas na następną scenę: Hedy Lamarr umiera z

nudów na lekcji angielskiego. Podał jej ramię jak dżentelmen, ale Hazel odepchnęła go żartobliwie. -

Dzięki, że mnie obroniłeś, Sammy.

-

Panno Lamarr, zawsze będę pani bronił! - odrzekł z zapałem.

I oboje wbiegli do szkoły. Dopiero teraz Leo poczuł się naprawdę jak duch. Może rzeczywiście był ejdolonem przez całe życie, bo ten chłopak, którego dopiero co widział, powinien być prawdziwym Leonem. Był bardziej inteligentny, zabawniejszy, fajniejszy. Flirtował z Hazel tak gładko, że najwyraźniej ją zauroczył. Nic dziwnego, że Hazel tak dziwnie na niego patrzyła, kiedy po raz pierwszy się spotkali. Nic dziwnego, że wypowiedziała imię „Sammy" z takim uczuciem. Ale Leo nie był Sammym, tak samo jak Płaskogłowy Rufus nie był Clarkiem Gableem. -

Hazel, ja... ja nie...

Dziedziniec szkolny rozpłynął się w inną scenę. Hazel i Leo nadal byli widmami, ale teraz stali przed jakimś zniszczonym domem obok zarośniętego chwastami rowu odpływowego. Na podwórku chyliło się kilka bananowych drzewek. Na schodkach stało staromodne radio, z którego rozbrzmiewała

meksykańska muzyka conjunto, a na ocienionym ganku siedział w bujanym fotelu wychudły starzec, wpatrując się w dal. -

Gdzie my jesteśmy? - zapytała Hazel. Była wciąż mglistym widmem, ale jej głos

pełen był niepokoju. - To nie jest z mojego życia! Leo poczuł się tak, jakby jego widmowa tożsamość zgęstniała, stała się bardziej realna. To miejsce wydało mu się dziwnie znajome. -

To Houston - dotarło do niego. - Znam to miejsce. Ten rów... To stary dom mojej

mamy, w którym dorastała. Niedaleko jest port lotniczy Hobby. -

To twoje życie? Nie rozumiem! Jak...

-

Mnie pytasz?

Nagle starzec wymruczał: — Ach, Hazel... Dreszcz przebiegł Leonowi po plecach. Starzec miał wciąż oczy zapatrzone w dal. Skąd wie, że tu jesteśmy? — Nasz czas chyba dobiegł końca - ciągnął starzec rozmarzonym głosem. - No, ale... Nie skończył myśli. Hazel i Leo nie ruszali się z miejsca. Starzec nie okazywał już w żaden sposób, że ich zobaczył albo usłyszał. Leonowi zaświtało w głowie, że facet po prostu mówi do siebie. Ale dlaczego wypowiedział imię Hazel? Miał chropowatą skórę, kręcone białe włosy i sękate dłonie, jakby całe życie spędził w sklepie z narzędziami. Ubrany był w czystą bladożółtą koszulę i szare spodnie na szelkach. Na nogach miał wyglansowane czarne półbuty. Pomimo swojego wieku oczy miał jasne i bystre. Siedział z pełną spokoju godnością. Zdawał się pogodzony z losem - może nawet nieco rozbawiony, jakby myślał: „Cholera, żyję już tak długo? Ale fajnie!" Leo był całkowicie przekonany, że nigdy przedtem go nie widział. Dlaczego więc wydawał mu się tak znajomy? Potem zauważył, że starzec stuka palcami w fotel, ale to stukanie nie było przypadkowe. Używał alfabetu Morsea, jak matka Leona, porozumiewając się z nim... A starzec wystukiwał wciąż to samo zdanie: „Kocham cię". Otworzyły się drzwi z siatką na owady. Z domu wyszła młoda kobieta. Miała na sobie dżinsy i turkusową bluzę. Krótkie czarne włosy miała przystrzyżone w klin. Była

ładna, ale jej urody nie można było nazwać delikatną. Miała muskularne ramiona i mocne, twarde dłonie. Jej oczy, podobnie jak starca, błyszczały rozbawieniem. Trzymała w ramionach niemowlę owinięte niebieskim kocykiem. -

Popatrz, mijo — powiedziała do dziecka. — To jest twój bisabuelo. Bisabuelo,

chcesz go potrzymać? Kiedy Leo usłyszał jej głos, załkał. To była jego matka - młodsza od tej, którą zapamiętał, ale bardzo żywa. A to by oznaczało, że niemowlę w jej ramionach... Starzec uśmiechnął się od ucha do ucha. Miał idealne zęby, białe jak jego włosy. Twarz mu się pomarszczyła w uśmiechu. -

Chłopiec! Mi bebito, Leo!

-

Leo? - szepnęła Hazel. - To... to ty? Co to jest bisabuelo?

Leo nie mógł wydobyć z siebie głosu. Chciał powiedzieć: pradziadek. Starzec wziął niemowlę w ramiona, cmokając z zachwytu i ła-skocąc dziecko w podbródek. Widmowy Leo w końcu zrozumiał, na co patrzy. W jakiś przedziwny sposób zdolność Hazel wywoływania scen z przeszłości odnalazła to jedyne wydarzenie, które ich połączyło - gdzie linia życia Leona dotknęła jej linii. Ten starzec... -

Och... - Hazel chyba w tym samym momencie pojęła, kim on jest. - Och, Sammy,

nie... - powiedziała cichutko, na skraju łez. -

Ach, mój mały Leo - powiedział Sammy Valdez dobrze po siedemdziesiątce. -

Będziesz moim dublerem, co? Tak to chyba nazywają. Powiedz jej to. Miałem nadzieję, że tego dożyję, ale... aj... ta klątwa na to nie pozwoli! Hazel załkała. -

Gaja... Gaja mi powiedziała, że on umarł na atak serca w latach sześćdziesiątych.

Ale to nie jest... to nie może być... Sammy Valdez wciąż przemawiał do dziecka, podczas gdy matka Leona, Esperanza, patrzyła na to z bolesnym uśmiechem - może trochę zaniepokojona, że bisabuelo bredzi. -

Ostrzegła mnie ta kobieta, Doña Callida. - Sammy pokręcił smętnie głową. -

Powiedziała, że Hazel znajdzie się w wielkim niebezpieczeństwie, ale mnie już wtedy na świecie nie będzie. A obiecałem, że jej nie opuszczę. Będziesz musiał jej powiedzieć, Leo, że jest mi przykro. I pomóż jej, jeśli zdołasz. -

Bisabuelo - powiedziała Esperanza - pewnie jesteś zmęczony.

Wyciągnęła ręce, by zabrać niemowlę, ale starzec przytulił je do piersi. Maleńki Leo zdawał się tym zachwycony. -

Powiedz jej, że mi przykro, że sprzedałem ten diament, dobrze? Złamałem

przyrzeczenie. Kiedy zaginęła na Alasce... ach, to było tak dawno... w końcu sprzedałem diament i przeniosłem się do Teksasu. Zawsze o tym marzyłem. Otworzyłem sklep z narzędziami. Założyłem rodzinę! Dobre to były czasy; ale Hazel miała rację. Ten diament naznaczony był jakąś klątwą. Już nigdy jej nie zobaczyłem. -

Och, Sammy - powiedziała Hazel. - Nie, to nie klątwa nas rozdzieliła. Chciałam

wrócić. Ja umarłam! Starzec jej nie usłyszał. Uśmiechnął się do dziecka, pocałował je w główkę. -

Daję ci moje błogosławieństwo, Leo. Pierwszy prawnuk! Czuję, że jesteś kimś

wyjątkowym, tak jak Hazel. Nie jesteś zwykłym niemowlęciem, co? Zastąpisz mnie. Pewnego dnia ją spotkasz. Pozdrów ją ode mnie. -

Bisabuelo - powiedziała Esperanza trochę bardziej natarczywie.

-

Tak, tak. - Sammy zachichotał. - El viejo loco bredzi. Jestem zmęczony,

Esperanzo. Masz rację. Ale wkrótce odpocznę. Miałem dobre życie. Wychowaj go dobrze, nieta. Scena rozmyła się. Leo stał na pokładzie „Argo II", trzymając Hazel za rękę. Słońce już zaszło i okręt oświetlały tylko spiżowe latarnie. Hazel miała oczy zapuchnięte od płaczu. Tego było za wiele. Cały ocean zakołysał się pod nimi i Leo po raz pierwszy w życiu poczuł się jak bezwolnie niesiony przez prąd. -

Masz pozdrowienia, Hazel Levesque - powiedział ochrypłym głosem.

Jej podbródek drżał. Odwróciła głowę i otworzyła usta, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, okręt przechylił się na bok. -

Leo! - krzyknął trener Hedge.

Festus zaterkotał na alarm i rzygnął ogniem w ciemność. Zadzwonił dzwon okrętowy.

-

To o te potwory chodziło?! - zawołał. - Jeden nas znalazł!

XXIII LEO Leo zasłużył na oślą czapkę. Gdyby myślał jasno, przestawiłby system detekcyjny okrętu z radaru na sonar zaraz po wypłynięciu z przystani Charleston. I właśnie tego zapomniał zrobić. Kadłub co parę sekund wysyłał fale poprzez Mgłę i powinien alarmować Festusa o wykryciu potwora, ale nie mógł działać w obu trybach naraz: i wodnym, i powietrznym. Leo czuł się tak rozbity - z powodu Rzymian, potem burzy, wreszcie Hazel - że kompletnie o tym zapomniał. A teraz potwór był tuż pod nimi. Okręt przechylił się na prawą burtę. Hazel chwyciła się olinowania. Hedge ryczał: - Valdez, który guzik rozwala potwory? Przejmij ster! Leo wspiął się po przechylonym pokładzie i udało mu się złapać relingu lewej burty. Zaczął się posuwać bokiem ku sterowni, ale zamarł przerażony, kiedy dostrzegł potwora. Był długości okrętu. W blasku księżyca wyglądał jak skrzyżowanie olbrzymiej krewetki z karaluchem. Miał różową chitynową skorupę i płaski ogon langusty, a jego odnóża jak u stonogi falowały hipnotycznie, gdy ocierał się o kadłub „Argo II". Głowa wyłoniła się na końcu: oślizgły różowy pysk olbrzymiego suma ze szklistymi, martwymi oczami, rozwartą bezzębną paszczą i lasem czułków wynurzających się z każdego nozdrza - była to najbujniejsza kępa włosów z nosa, jaką Leo miał wątpliwą przyjemność oglądać. Przypomniał sobie specjalne piątkowe kolacje w Houston, na które matka zabierała go do miejscowej restauracji serwującej owoce morza. Zwykle jedli krewetki i langusty. Teraz na to wspomnienie poczuł mdłości. -

Dalej, Valdez! - zawołał Hedge. - Stań za sterem, żebym mógł użyć swojej

bejsbolowej pałki! -

Palka tu nie pomoże - odrzekł Leo, ale ruszył dalej ku sterowni.

Za jego plecami reszta załogi z trudem wspięła się na pokład. -

Co się dzieje... Och! Krewedzilla! - krzyknął Percy.

Frank pobiegł do Hazel. Trzymała się olinowania kurczowo, wciąż oszołomiona swoją wizją przeszłości, ale dała mu znać ręką, że nic jej nie jest. Potwór ponownie staranował okręt. Kadłub jęknął. Annabeth, Piper i Jason przeturlali

się na prawą burtę i niewiele brakowało, by wypadli za reling. Leo dotarł do sterowni. Przebiegł palcami po klawiaturze. Festus zatrzeszczał i zaklikał przez interkom, raportując o przeciekach, ale okrętowi wciąż nie zagrażało zatonięcie - przynajmniej na razie. Leo pociągnął za dźwignię wioseł. Można je było zamienić w ostre włócznie, co z pewnością odstraszyłoby potwora. Niestety, wiosła się zaklinowały. Krewedzilla musiała wypchnąć je z osad, a była tak blisko, że gdyby Leo użył balisty, jednocześnie podpaliłby okręt. -

Jak zdołał podpłynąć tak blisko?! - krzyknęła Annabeth, wciągając się na jedną z

tarcz zawieszonych na relingu. -

Nie wiem! - warknął Hedge, rozglądając się za swoją pałką, która potoczyła się

po pokładzie rufowym. -

Jestem głupi! - lżył sam siebie Leo. - Głupi! Głupi! Zapomniałem o sonarze!

Okręt przechylił się jeszcze bardziej. Potwór albo chciał zagarnąć go w objęcia, albo wywrócić dnem do góry. -

O sonarze? - powtórzył Hedge. - Na fletnię Pana, Valdez! Może gdybyś nie gapił

się w oczęta Hazel i nie trzymał jej tak długo za rączkę... -

Co?! - krzyknął Frank.

-

To nie było tak! - zaprotestowała Hazel.

-

Nieważne! - powiedziała Piper. - Jason, możesz wezwać jakieś błyskawice?

Jason podniósł się z trudem. -Ja... Tylko pokręcił głową. Wcześniejsze wezwanie burzy zbyt go wyczerpało. Leo wątpił, by biedny Jason zdołał w tym stanie roziskrzyć świecę zapłonową. -

Percy! - zawołała Annabeth. - Nie mógłbyś pogadać z tym czymś? Wiesz, co to

jest? Syn boga morza też potrząsnął głową. -

Może okręt po prostu go zainteresował. Może...

Czułki potwora chlasnęły w pokład tak szybko, że Leo nie zdążył nawet krzyknąć: „Uwaga!" Jeden z czułków uderzył Percyego w pierś, zwalając go w dół po schodach. Kolejny owinął się wokół nóg wrzeszczącej Piper i pociągnął ją ku barierce. Tuziny innych

czułków kłębiły się wokół masztów, oplatały kusze, rwały olinowanie. -

Atak włosów z nosa!

Hedge złapał wreszcie pałkę i ruszył do akcji, ale kij tylko odbijał się od czułków, nie wyrządzając im żadnej szkody. Jason dobył miecza. Próbował uwolnić Piper, ale wciąż był osłabiony. Złota klinga gładko odcinała czułki, ale nowe pojawiały się jeszcze szybciej. Annabeth wyjęła z pochwy swój sztylet. Pobiegła przez las czułków, uchylając się i dźgając na prawo i lewo. Frank wyciągnął łuk. Zaczął strzelać, celując w szczeliny między łuskami potwora, ale to go tylko rozjuszyło. Ryknął i wstrząsnął okrętem. Maszt zatrzeszczał groźnie. Dysponowali słabą siłą ognia, a nie mogli użyć balisty. Potrzebne było jakieś potężne uderzenie, które nie zniszczy okrętu. Ale co...? Leo utkwił wzrok w skrzyni koło stóp Hazel. -

Hazel! - krzyknął. - Ta skrzynia! Otwórz ją!

Zawahała się, a potem spostrzegła skrzynię, o którą mu chodziło. Był na niej napis: OSTROŻNIE! NIE OTWIERAĆ. -

Otwórz ją! - powtórzył Leo. - Trenerze, łap za ster! Okręt dziobem do potwora,

bo się wywrócimy! Hedge zatańczył między czułkami na swoich koźlich nóżkach, ochoczo waląc pałką tu i tam. Dopadł konsoli sterującej. -

Chyba wiesz, co robisz, Valdez! - krzyknął.

-

Chyba wiem. - Leo pobiegł do masztu.

Potwór naparł na okręt. Pokład przechylił się pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Wszyscy dzielnie walczyli z czułkami, ale były zbyt liczne i wydłużały się, dokąd chciały. Wkrótce całkowicie omotają okręt. Percy wciąż był pod pokładem. Reszta walczyła o życie, zmagając się z włosami z nosa. -

Frank! - zawołał Leo, biegnąc ku Hazel. - Daj nam trochę czasu! Możesz się

zamienić w rekina albo coś podobnego? Frank ponuro potoczył wzrokiem i w tym momencie chlasnął go jeden z czułków, zwalając za burtę. Hazel krzyknęła. Otworzyła już skrzynię i teraz o mało nie upuściła dwóch szklanych

baniek, które z niej wyjęła. Leo chwycił je. Każda była wielkości jabłka, wypełniona połyskującym jadowicie zielonkawym płynem. I były ciepłe w dotyku. W jego piersi wzbierało poczucie winy. Dopiero co rozproszył uwagę Franka i być może spowodował jego śmierć, ale teraz nie był w stanie o tym myśleć. Musiał ocalić okręt. -

Trzymaj! - Wręczył Hazel jedną bańkę. - Możemy zabić potwora i uratować

Franka! Miał nadzieję, że jego plan się powiedzie. Dotarcie do relingu lewej burty bardziej przypominało wspinaczkę niż chodzenie po pokładzie, ale w końcu udało im się tam dostać. -

Co to za świństwo? - wydyszała Hazel, przyciskając szklaną bańkę do piersi.

-

Ogień grecki!

Wytrzeszczyła oczy. -

Czyś ty zwariował? Jeśli pękną, spalimy okręt!

-

W paszczę! - odrzekł Leo. - Po prostu wrzuć to w...

Nagle wpadł na nią z impetem, a cały świat zawirował im przed oczami. Wylecieli w powietrze i dopiero wtedy Leo pojął, że oplata ich jedna z macek potwora. Ramiona miał wolne, ale mógł tylko trzymać mocno swoją fiolkę z ogniem greckim. Hazel wiła się jak piskorz. Czułek oplatał jej ręce, co oznaczało, że uwięziona między nimi fiolka w każdej chwili może zostać zmiażdżona... a to bardzo zaszkodziłoby ich zdrowiu. Unieśli się na trzy metry, potem na pięć ponad cielsko potwora. Leo ujrzał swoich przyjaciół walczących w przegranej już bitwie. Zobaczył trenera Hedgea, który starał się nie dopuścić, by okręt wywrócił się dnem do góry. Morze było ciemne, ale w blasku księżyca dostrzegł jakiś błyszczący obiekt unoszący się koło potwora - może ciało Franka Zhanga... -

Leo - wydyszała Hazel. - Nie mogę... moje ramiona...

-

Hazel, ufasz mi?

-Nie! -Ja też. Kiedy to świństwo nas puści, wstrzymaj oddech. I za wszelką cenę ciśnij swoją bańkę tak daleko od okrętu, jak zdołasz. -

Dlaczego... dlaczego miałby nas puścić?

Leo spojrzał na głowę potwora. Trudny cel, ale nie miał wyboru. Uniósł fiolkę lewą ręką. Prawą przywarł do czułka i wezwał ogień - skupiony, wąski strumień rozpalonego do białości ognia wytryskający z jego dłoni. Potwór to poczuł. Przez cały czułek przebiegła drgawka, gdy mięso zaczęło się łuszczyć pod dotykiem Leona. Potwór otworzył paszczę, rycząc z bólu, a Leo wrzucił mu prosto w gardło szklaną bańkę z ogniem greckim. Wtedy wszystko zawirowało. Leo poczuł, że uścisk czułka słabnie. Runęli w dół. Usłyszał stłumioną eksplozję i zobaczył rozbłysk zielonego światła wewnątrz różowego cielska potwora. Woda uderzyła go w twarz jak cegła owinięta papierem ściernym i zapadł się w ciemność. Zacisnął wargi, starając się nie oddychać, ale już czuł, że traci świadomość. Wydawało mu się, że widzi nad głową mglistą sylwetkę kadłuba - ciemny owal otoczony zieloną, ognistą koroną, ale nie wiedział, czy to oznacza, że okręt już płonie. „Zabity przez olbrzymią krewetkę" - pomyślał z goryczą. — „Ale żeby przynajmniej »Argo II« ocalał. Niech przeżyją moi przyjaciele". Wszystko zaczęło się rozmywać. Poczuł ogień w płucach. Miał już się poddać, gdy zawisła nad nim dziwna twarz - twarz mężczyzny podobnego do Chejrona, ich trenera w Obozie Herosów. Miał takie same kręcone włosy, zwichrzoną brodę i inteligentne oczy - trochę przypominał dzikiego hipisa, a trochę dobrotliwego profesora, ale skórę miał zieloną jak fasola limeńska. Uniósł rękę ze sztyletem w dłoni. Patrzył na Leona ponuro i z niemą groźbą, jakby chciał powiedzieć: „Siedź spokojnie, bo cię zabiję". Leo stracił świadomość. Kiedy odzyskał zmysły, pomyślał, że znowu jest duchem w jakiejś wizji przeszłości, bo unosił się swobodnie. Jego oczy powoli przywykły do mętnego światła. -

No nareszcie. - Głos Franka docierał do niego dziwnie rozedrgany, jakby przez

kilka warstw plastikowej folii. Usiadł... a raczej uniósł się pionowo. Był pod wodą, w jaskini wielkości garażu na dwa auta. Sklepienie pokrywał fosforyzujący mech, napełniając pomieszczenie niebieskozieloną poświatą. Podłogą był dywan z jeży morskich, po którym chodzenie na pewno nie należałoby do przyjemności, więc był rad, że unosi się w wodzie. Nie mógł

pojąć, jak może oddychać bez powietrza. Opodal Frank lewitował w pozycji medytacyjnej. Ze swoją pyzatą twarzą i gderliwą miną wyglądał jak Budda, który osiągnął nirwanę i nie był tym zachwycony. Jedyne wyjście z jaskini blokowała wielka muszla uchowca morskiego, połyskująca barwami perły, różu i turkusu. Jeśli to było więzienie, przynajmniej miało niesamowite drzwi. -

Gdzie jesteśmy? - zapytał. - Gdzie są pozostali?

-

Pozostali? - burknął Frank. - Nie wiem. Wydaje mi się, że pod wodą jesteśmy

tylko my dwaj i Hazel. Ją ten konik morski zabrał z godzinę temu, zostawiając mnie z tobą. Ton, jakim to powiedział, wskazywał wyraźnie, że wcale mu się to nie podoba. Nie wyglądał na rannego, ale nie miał łuku ani kołczanu. Leo w panice poklepał się pó bokach. Nie miał swojego pasa. -

Przeszukali nas - powiedział Frank. - Zabrali wszystko, co mogło być bronią.

-

Kto? Kim są te koniki morskie...?

-

To rybokonie - odrzekł Frank, chociaż Leonowi nic to nie wyjaśniło. - Musiały

nas złapać, kiedy wpadliśmy do oceanu, i zaciągnęły nas... a bo ja wiem gdzie. Leo przypomniał sobie, co zobaczył tuż przed tym, jak stracił świadomość: brodatą twarz koloru fasoli limeńskiej, twarz mężczyzny ze sztyletem w dłoni. -

Krewedzilla. „Argo II"... okręt jest cały?

-

Nie wiem - odrzekł ponuro Frank. - Pozostali mogą być w tarapatach albo są

poranieni, albo... albo jeszcze gorzej. A ty chyba bardziej troszczysz się o swój okręt niż o przyjaciół. Leo poczuł się tak, jakby znowu uderzył twarzą w wodę. -

Co ty za głupoty...?

I nagle do niego dotarło, dlaczego Frank tak się wścieka. Wizja przeszłości. Kiedy potwór ich zaatakował, wszystko potoczyło się tak szybko, że prawie o tym zapomniał. Trener Hedge wypowiedział ten głupi komentarz o nim i o Hazel trzymających się za ręce i wpatrzonych w siebie. A do tego wszystkiego to przecież przez niegó chwilę później Frank wyleciał za burtę. Teraz poczuł, że nie może spojrzeć Frankowi w oczy.

-

Posłuchaj, stary... Przykro mi, że wpakowałem nas w to wszystko. Narobiłem

strasznego bałaganu. - Wziął głęboki oddech, co okazało się zdumiewająco łatwe, biorąc pod uwagę, że byli pod wodą. - Ja i Hazel... za ręce... to nie było tak, jak myślisz. Pokazywała mi swoje wizje przeszłości, żeby ustalić, co mnie łączy z Sammym. Mina Franka trochę złagodniała, smutek zastąpiła ciekawość. -

1 co? Ustaliła?

-

Tak. No, tak jakby. Nie mieliśmy szans pogadać, bo Krewedzilla właśnie rąbnęła

w okręt, ale w każdym razie Sammy był moim pradziadkiem. Opowiedział Frankowi, co zobaczyli. Wtedy jeszcze nie dotarła do niego w pełni dziwaczność tego wszystkiego, ale teraz gdy o tym opowiadał, sam z trudem mógł w to uwierzyć. Hazel była taka czuła dla jego bisabuelo, faceta, który zmarł, kiedy Leo był niemowlęciem. Leo miał jakieś mętne wspomnienia o tym, że starsi członkowie rodziny nazywali jego dziadka Samem Juniorem. Co oznaczało, że Samem Seniorem był Sammy, bisabuelo Leona. W pewnym momencie Tía Callida - a więc Hera - rozmawiała z Sammym, udzielając mu rady i wglądu w przyszłość, co oznaczało, że kształtowała życie Leona, na całe pokolenia zanim się urodził. Gdyby Hazel pozostała w latach czterdziestych, gdyby poślubiła Sammy ego, Leo mógłby być jej prawnukiem. -

Och, stary - zakończył swoją opowieść - wierz mi, nie czuję się z tym najlepiej.

Ale przysięgam na Styks, że właśnie to zobaczyliśmy. Frank miał minę jak potwór z głową suma: szkliste oczy i otwarte usta. -

Hazel... Hazel lubiła twojego pradziadka? I dlatego lubi ciebie?

-

Frank, wiem, że to jest dziwaczne. Uwierz mi. Ale ja Hazel nie lubię... to

znaczy... nie w ten sposób. Nie podrywam twojej dziewczyny. Frank uniósł brwi. -Nie? Leo miał nadzieję, że się nie zarumienił. Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, co czuje do Hazel. Robiła wrażenie i była sprytna, a Leo miał słabość do dziewczyn robiących wrażenie i przy tym sprytnych. Ale ta wizja przeszłości wszystko bardzo skomplikowała. A poza tym jego okręt miał kłopoty. „Chyba bardziej troszczysz się o swój okręt niż o przyjaciół" -powiedział Frank. To nieprawda! Ale... Ojciec Leona, Hefajstos, powiedział kiedyś, że nie najlepiej

sobie radzi z organicznymi formami życia. I... tak, Leo zawsze czuł się lepiej w obecności maszyn niż ludzi. Ale przecież troszczył się o swoich przyjaciół. Piper i Jasona... ich znał najdłużej, ale inni też byli dla niego ważni. Nawet Frank. Byli jak rodzina. Problem w tym, że Leo od tak dawna nie miał rodziny, że nie mógł sobie nawet przypomnieć, jak to jest. Co prawda zeszłej zimy został grupowym domku Hefajstosa, ale większość czasu budował „Argo II". Lubił swoich współtowarzyszy z domku. Wiedział, jak z nimi postępować - ale czy ich znał? Jeśli miał rodzinę, to byli nią tylko półbogowie na pokładzie „Argo II" - no, i może jeszcze trener Hedge, czego Leo nigdy nie oświadczyłby na głos. „Zawsze będziesz odludkiem" - ostrzegał go głos Nemezis, ale Leo starał się odrzucić od siebie tę myśl. -

No dobra, więc... - Rozejrzał się wokoło. - Musimy obmyślić jakiś plan. W jaki

sposób oddychamy? I skoro jesteśmy na dnie oceanu, to dlaczego nie miażdży nas ciśnienie wody? Frank wzruszył ramionami. -

Pewnie jakieś rybokońskie czary. Pamiętam, że ten zielony facet dotknął mojej

głowy czubkiem sztyletu. I potem mogłem już oddychać. Leo przyglądał się drzwiom z muszli uchowca. -

Nie możesz tego wypchnąć? Zamienić się w rybę młota albo w coś podobnego?

Frank pokręcił ponuro głową. -

Mój dar nie działa. Nie wiem dlaczego. Może mnie zaczarowali, a może jestem

zbyt roztrzęsiony, żeby się skupić. -

Hazel może mieć kłopoty. Musimy się stąd wydostać.

Leo podpłynął do drzwi i przebiegł palcami po muszli. Nie wyczuł śladu zasuwy czy innego mechanizmu. Drzwi można było chyba otworzyć albo zaklęciem, albo siłą - ani to, ani to nie było jego specjalnością. -

Już próbowałem - powiedział Frank. - Zresztą nawet gdybyśmy się stąd

wydostali, nie mamy broni. -

Hmm... - Leo uniósł rękę. - Zastanawiam się, czy...

Skupił się i z jego palców wystrzeliły płomyki. Na ułamek sekundy ogarnęło go

podniecenie, bo nie spodziewał się, że jego dar będzie działał pod wodą. Potem było trochę za dobrze. Płomienie pomknęły po jego ramieniu i wokół ciała, aż w końcu cały był spowity cienkim woalem ognia. Próbował odetchnąć, ale wciągnął w płuca żar. -Leo! Franka odrzuciło do tyłu, jakby spadł ze stołka barowego. Zamiast pospieszyć Leonowi z pomocą, przylgnął do ściany, odsunąwszy się najdalej, jak zdołał. Leonowi udało się zachować spokój. Zrozumiał, cd się dzieje. Sam ogień nie mógł mu zaszkodzić. Rozkazał płomieniom zgasnąć i policzył do pięciu. Lekko odetchnął. Znowu wdychał tlen. Frank oderwał się od ściany. -

Nic ci... nic ci nie jest?

-Już w porządku - burknął Leo. - Dzięki za pomoc. -

Przepraszam. - Frank wyglądał na tak przerażonego i zawstydzonego, że Leo nie

potrafił dłużej się na niego wściekać. -Ale... co się stało? -

Sprytne czary. Każdego z nas otacza cienka warstwa tlenu, jak dodatkowa skóra.

Chyba sama się regeneruje. Dlatego oddychamy i nie mokniemy. Tlen się zapalił... tylko że zaczął mnie dusić. -Ja naprawdę nie... - Frank przełknął ślinę. - Nie lubię, gdy wzywasz ogień. I znowu zaczął bratać się ze ścianą. Leo mimo woli się roześmiał. -

Koleś, nie zamierzam cię atakować.

-

Ogień - powtórzył Frank, jakby to jedno słowo wszystko wyjaśniało.

Leo przypomniał sobie, co mówiła Hazel - że ogień wzbudza we Franku strach. Już kiedyś dostrzegł to w jego twarzy, ale nie traktował tego poważnie. Frank wydawał mu się zawsze kimś o wiele potężniejszym i bardziej przerażającym niż on sam. Teraz pomyślał, że Frank mógł mieć jakieś przykre doświadczenie z ogniem. Jego własna matka zginęła w pożarze sklepu z narzędziami. Obwiniano o to Leona. Dorastał z opinią dziwoląga, podpalacza, bo gdy tylko się rozzłościł, coś zaczynało się palić. -

Przepraszam, że się roześmiałem - powiedział szczerze. - Moja mama zginęła w

pożarze. Rozumiem, że można bać się ognia. Czy... ee... czy coś takiego ci się przytrafiło?

Frank zdawał się myśleć nad odpowiedzią. -

Mój dom... dom mojej babci. Spalił się. Ale to nie wszystko...

-

Spojrzał na jeże morskie na podłodze. - Annabeth powiedziała, że mogę zaufać

załodze. Nawet tobie. -

Nawet mnie? - Leo zastanawiał się, jak doszło do takiej rozmowy. - Duża sprawa.

-

Mój słaby punkt... - zaczął Frank, jakby słowa raniły mu usta.

-

Chodzi o to drewienko...

Drzwi z muszli uchowca otworzyły się. Leo odwrócił się i znalazł twarzą w twarz z Fasolowym Facetem, który wcale nie był człowiekiem. Teraz Leo ujrzał wyraźnie, że był najdziwniejszym stworzeniem, jakie w życiu spotkał, a to już naprawdę wiele mówi. Od pasa w górę był mniej więcej człowiekiem - chudym gościem o nagim torsie, ze sztyletem zatkniętym za pas i sznurem muszelek biegnącym ukośnie przez pierś jak taśma z nabojami. Miał zieloną skórę, postrzępioną brązową brodę i długie włosy przewiązane z tyłu bandaną z wodorostów. Z głowy wyrastała mu para szczypców, które obracały się i kłapały. Leo uznał, że facet nie jest jednak podobny do Chejrona. Wyglądał raczej jak postać z plakatu, który matka zawiesiła sobie w warsztacie - stary meksykański bandyta Pancho Villa, tyle że tamten nie miał muszelek ani szczypców homara. Od pasa w dół jego budowa się komplikowała. Miał przednie nogi zielonego konia, trochę jak centaur, ale z tyłu to końskie ciało wydłużało się w długi rybi ogon około trzech metrów długości, zakończony tęczową płetwą w kształcie litery V. Wtedy Leo zrozumiał, co Frank miał na myśli, mówiąc o rybokoniach. -

Jestem Bytos - rzekł zielony facet. - Przesłucham Franka Zhanga.

Powiedział to spokojnym i stanowczym tonem, niepozostawia-jącym miejsca na dyskusję. -

Dlaczego nas porwaliście? - zapytał Leo. - Gdzie jest Hazel?

Bytos zmrużył oczy. Jego mina zdawała się mówić: „Czy to mizerne stworzenie właśnie się do mnie odezwało?". -

Ty, Leonie Valdezie, pójdziesz z moim bratem.

-

Twoim bratem?

Leo uświadomił sobie, że za Bytosem pojawiła się o wiele większa postać, ocieniając całe wejście do jaskini. -

Tak - odrzekł Bytos z ironicznym uśmiechem. -1 postaraj się nie doprowadzić

Afrosa do szału.

XXIV LEO Afros wyglądał jak swój brat, ale nie był zielony, tylko niebieski, i o wiele, wiele większy. Miał ramiona i brzuch Schwarzeneggera i kwadratową, prymitywną głowę. Przez plecy miał przewieszony wielki miecz, który na pewno spodobałby się Conanowi. Nawet fryzurę miał większą: była to masywna, niebiesko-czarna bryła włosów, tak gęsta, że jego rogi w kształcie szczypców homara zdawały się w niej tonąć. -

To dlatego nazywają cię Afrosem? - zapytał Leo, kiedy wypływali z jaskini. - Z

powodu tego afro? Afros zmarszczył brwi. -

Co masz na myśli?

-

Nic - odrzekł szybko Leo i pomyślał, że przynajmniej nie będzie miał kłopotów z

rozróżnieniem obu braci. - Więc kim wy jesteście? -

Ichtiocentaurami - odrzekł Afros takim tonem, jakby miał już dość odpowiadania

na to pytanie. -

Ee... czym?

-

Rybimi centaurami. Jesteśmy braćmi przyrodnimi Chejrona.

-

Och, to mój znajomy!

Afros zmrużył oczy. -

Ta, którą nazywają Hazel, powiedziała mi to samo, ale ustalimy prawdę. Idziemy.

Leonowi nie spodobało się wyrażenie „ustalimy prawdę". Przywodziło na myśl przypiekanie żywcem. Ruszył za rybim centaurem przez gęsty las krasnorostów. Mógłby z łatwością dać nurka w ten gąszcz, ale uznał, że lepiej nie próbować. Domyślał się, że pod wodą Afros jest od niego szybszy, a do tego mógłby cofnąć zaklęcie, dzięki któremu Leo poruszał się swobodnie i oddychał. Był więźniem zarówno wewnątrz jaskini, jak i poza nią. A zresztą i tak nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Płynęli między rzędami krasnorostów wysokich jak kamienice. Zielonożółte rośliny kołysały się leniwie jak kolumny balonów wypełnionych helem. Wysoko ponad nimi widniała jasna plama, która mogła być słońcem. Jeśli to było słońce, to musieli przebywać pod wodą całą noc. A co z „Argo II"?

Odpłynęli bez nich czy wciąż ich szukają? Leo nie wiedział nawet, jak głęboko się znajdują. Są tu rośliny, więc może nie aż tak głęboko? Wiedział jednak, że nie mógłby po prostu popłynąć ku powierzchni wody. Słyszał o ludziach, którzy wynurzyli się z głębin morskich zbyt szybko i w ich krwi nagromadziły się pęcherzyki azotu. Wolał nie mieć gazowanej krwi. Przepłynęli jakieś pół mili. Leona kusiło, by zapytać Afrosa, dokąd płyną, ale ten wielki miecz na jego plecach odbierał mu ochotę do konwersacji. W końcu las krasnorostów rozstąpił się. Leo wydał stłumiony okrzyk. Stali (a raczej unosili się w wodzie) na szczycie wysokiego podwodnego wzgórza. Pod nimi na dnie morza rozciągało się miasto zbudowane w greckim stylu. Domy były kryte macicą perłową. Ogrody pełne koralowców i ukwiałów. Na łące wodorostów pasły się hipokampy. Grupa cyklopów budowała kopułę nad nową świątynią, używając płetwala błękitnego jako dźwigu. A wszędzie roiło się od wodników i syren - płynących ulicami, spacerujących po dziedzińcach czy doskonalących na arenie sztukę walki trójzębem i mieczem. Leo widział już mnóstwo dziwacznych rzeczy, ale zawsze myślał, że wodniki są głupimi wytworami fantazji, jak smerfy lub muppety. A wcale nie były głupie ani milutkie. Nawet z tej odległości wyglądały groźnie i nie przypominały ludzi. Ich oczy świeciły żółtym blaskiem. Miały ostre, rekinie zęby i szorstką skórę najróżniejszej barwy - od czerwieni koralu po atramentową czerń. „To obóz szkoleniowy" - uświadomił sobie Leo. -

Szkolicie tu herosów, tak jak to robi Chejron?

Afros skinął głową, a w jego oczach błysnęła duma. -

Wyszkoliliśmy wszystkich sławnych wodnych herosów! Wymień jakiegoś, a

dowiesz się, że przeszedł przez nasz obóz! -

Och, z pewnością. Na przykład... Mała Syrenka?

Afros zmarszczył czoło. -

Kto? Nie! Ale na przykład Tryton, Glaukus, Weissmuller i Bill!

-

Och. - Leo nie miał pojęcia, kim byli wymienieni faceci. -Wyszkoliliście Billa?

Imponujące. -Ja myślę! - Afros uderzył się pięścią w pierś. - Sam go szkoliłem. To wielki wodnik.

-

Pewnie uczysz sztuk walki?

Afros uniósł obie ręce. -

Dlaczego wszyscy tak myślą?

Leo zerknął na jego potężny miecz. -

No... nie wiem.

-

Nauczam muzyki i poezji! Umiejętności społecznych! Prowadzenia domu! To

umiejętności bardzo ważne dla herosów. -

Absolutnie - zgodził się Leo, starając się zachować powagę. -Szycia? Pieczenia

ciasteczek? -

Oczywiście. Cieszę się, że to rozumiesz. Może później, jeśli nie będę musiał cię

zabić, dam ci swój przepis na czekoladowe ciastka z orzechami. - Machnął za siebie z niesmakiem. - Mój brat Bytos... on uczy sztuk walki. Leo nie był pewny, czy odczuł ulgę, czy jest urażony tym, że trener sztuk walki przesłuchuje Franka, podczas gdy jemu przypadł nauczyciel prac domowych. -

No więc... dobra. To jest obóz... jak go nazywacie? Obóz Rybich Herosów?

Afros zmarszczył brwi. -

Mam nadzieję, że to był żart. To jest Obóz... -1 wydał z siebie serię dźwięków

przypominających syki i buczenie sonaru. -

Ale jestem głupi - powiedział Leo. -1... wiesz, chętnie bym zjadł parę tych

czekoladowych ciasteczek! To co mam zrobić, żebyś mnie nie zabił? -

Opowiedz mi o sobie.

Leo zawahał się, ale nie trwało to długo. Wyczuł, że powinien powiedzieć prawdę. Zaczął od początku - jak Hera była jego niańką i wepchnęła go w płomienie, jak Gaja uśmierciła jego matkę, rozpoznawszy w nim przyszłego wroga. Opowiedział o swoim dzieciństwie w różnych rodzinach zastępczych i o tym, jak Jason i Piper zabrali go w końcu do Obozu Herosów. O Przepowiedni Siedmiorga, o budowie „Argo II" i o ich misji, której celem jest dotarcie do Grecji i pokonanie gigantów, zanim Gaja się przebudzi. Kiedy mówił, Afros wyciągnął zza pasa parę groźnie wyglądających metalowych szpikulców. Leo przestraszył się, że powiedział coś nie tak, ale Afros wyjął z woreczka trochę przędzy z wodorostów i zaczął robić na drutach.

-

Mów dalej — powiedział. - Nie przerywaj.

Leo opowiedział o ejdolonach, o problemie z Rzymianami, o kłopotach z „Argo II" po przelocie nad Stanami Zjednoczonymi i podróży z Charleston. W tym czasie Afros zdążył zrobić na drutach czapeczkę dziecięcą. Leo czekał, aż rybi centaur pochowa swoje szpikulce, wodorosty i czapeczkę. Szczypce homara wciąż szamotały się w gęstych włosach Afrosa i Leo musiał poskromić chęć ratowania ich przed utonięciem. -

Bardzo dobrze — oświadczył Afros. - Wierzę ci.

-

Tak po prostu?

-

Jestem dobry w wykrywaniu kłamstw. Od ciebie ich nie usłyszałem. Poza tym

twoja opowieść pokrywa się z tym, co powiedziała nam Hazel Levesque. -

Czy ona...

-

Oczywiście. Nic jej nie jest. - Wetknął palce do ust i zagwizdał, co dziwnie

zabrzmiało pod wodą: jak pisk delfina. - Moi ludzie wkrótce ją tutaj przyprowadzą. Musisz zrozumieć... położenie naszego obozu jest dobrze strzeżoną tajemnicą. Ty i twoi przyjaciele płynęliście okrętem wojennym, ścigani przez jednego z morskich potworów Keto. Nie wiedzieliśmy, po której jesteście stronie. -

Z okrętem wszystko w porządku?

-

Uszkodzony, ale da się naprawić. A ta skolopendra połknęła kulę ognia. Niezła

sztuczka. -

Dzięki. Skolopendra? Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

-

To masz szczęście. To wstrętne stworzenia. Keto musi was naprawdę

nienawidzić. W każdym razie wyciągnęliśmy ciebie i tych dwoje z macek tego potwora, kiedy umknął w głębinę. Wasi przyjaciele są na górze i szukają was, ale zaćmiliśmy im wizję. Chcieliśmy mieć pewność, że nie stanowicie żadnego zagrożenia. W przeciwnym razie musielibyśmy... podjąć pewne środki. Leo przełknął ślinę. Był całkowicie pewny, że „podjęcie pewnych środków" nie oznacza upieczenia dodatkowych ciasteczek czekoladowych. A skoro ci goście byli tak potężni, że zdołali ukryć swój obóz przed Percym, który odziedziczył wszystkie wodne talenty Posejdona, nie warto było z nimi zadzierać. -

Więc... możemy popłynąć dalej?

-

Wkrótce - obiecał Afros. - Muszę pogadać z Bytosem. Kiedy skończy rozmawiać

z twoim przyjacielem Gankiem... -

Frankiem.

-

Frankiem. Kiedy skończy, odeślemy was z powrotem na okręt. I chcemy udzielić

wam paru ostrzeżeń. -

Ostrzeżeń?

-

O! - Afros na coś wskazał.

Z lasu krasnorostów wyłoniła się Hazel prowadzona przez dwie groźnie wyglądające syreny, które obnażały kły i syczały. Leo przestraszył się, że Hazel jest w niebezpieczeństwie, ale po chwili spostrzegł, że uśmiecha się ze swobodą i gawędzi ze swoimi towarzyszkami. Dopiero wtedy zrozumiał, że syreny też się śmieją. -

Leo! - Hazel podpłynęła do niego. - Czy tu nie jest cudownie?

Pozostawiono ich samych na grzbiecie wzgórza, co oznaczało, że Afros naprawdę im zaufał. Centaur i syreny odpłynęli, by sprowadzić Franka, a Leo i Hazel unosili się swobodnie nad wzgórzem, przypatrując się podwodnemu obozowi. Hazel opowiedziała, jak syreny się do niej przekonały. Afro-sa i Bytosa zafascynowała jej opowieść, bo do tej pory jeszcze nie spotkali dziecka Plutona. Słyszeli już wiele legend o koniu Arionie i byli zdumieni, kiedy Hazel im oznajmiła, że się z nim przyjaźni. Obiecała im, że pewnego dnia odwiedzi ich z Arionem. Syreny zapisały numery swoich telefonów wodoodpornym tuszem na jej ramieniu, żeby była z nimi w kontakcie. Leo nawet nie zapytał, jakim cudem syreny mają zasięg pośrodku Atlantyku. Kiedy Hazel mówiła, włosy falowały jej wokół twarzy jak brązowa ziemia i złoty pył na patelni poszukiwacza złota. Była bardzo pewna siebie i taka piękna - zupełnie nie przypominała tej nieśmiałej, wystraszonej dziewczynki z dziedzińca nowoorleańskiej szkoły, z podeptanym śniadaniem u stóp. -

Nie mieliśmy okazji porozmawiać - powiedział Leo. Niechętnie poruszył ten

temat, ale wiedział, że mogą już nie mieć sposobności do rozmowy sam na sam. - No wiesz, o Sammym. Uśmiech spełzł z jej twarzy. -

Wiem... Zresztą potrzebowałam trochę czasu, żeby to do mnie dotarło. To takie...

dziwne... pomyśleć, że ty i on... Nie musiała kończyć myśli. Leo dobrze wiedział, jakie to dziwne. -

Nie bardzo wiem, jak to wyjaśnić Frankowi - dodała. - No wiesz, że ty i ja

trzymaliśmy się za ręce. Nie chciała spojrzeć mu w oczy. W dolinie grupa cyklopów krzyknęła na wiwat, gdy kopuła została w końcu osadzona na świątyni. -

Rozmawiałem z nim - powiedział Leo. - Mówiłem mu, że nie próbowałem... no

wiesz. Ze nie chciałem was poróżnić. -

Och. To dobrze.

Czyżby dosłyszał zawód w jej głosie? Nie wiedział i nie był pewny, czy chce to wiedzieć. -

Frank... ee... chyba się bardzo wystraszył, kiedy wezwałem ogień.

Opowiedział, co wydarzyło się w jaskini. Hazel wyglądała na zszokowaną. -

Och, nie. To musiało go przerazić.

Jej ręka powędrowała do dżinsowej kurtki, jakby sprawdzała, czy ma coś w wewnętrznej kieszeni. Zawsze nosiła tę kurtkę, a raczej coś w rodzaju koszuli, którą zarzucała na wierzch nawet w upalne dni. Leo był przekonany, że robi to ze skromności albo że taki strój lepiej pasuje do jazdy konnej, jak skórzana kurtka do jazdy motorem. Teraz to go zastanowiło. Jego mózg zaczął pracować na wyższych obrotach. Przypomniał sobie, co powiedział Frank o swoim słabym punkcie... o jakimś drewienku. Dlaczego ten koleś tak się boi ognia i dlaczego Hazel tak się tym przejmuje? Pomyślał o opowieściach krążących po Obozie Herosów. Z oczywistych względów najbardziej go interesowały legendy o ogniu. Przypomniał sobie taką, o której nie myślał od wielu miesięcy. -

Jest taka legenda o pewnym herosie - powiedział. - Jego życie było powiązane z

kawałkiem drewna na palenisku. I kiedy to drewienko się spaliło... Hazel spochmurniała. Leo zrozumiał, że trafił w sedno. -

Frank ma ten sam problem, tak? A to drewienko:.. - Wskazał kurtkę Hazel. - Dał

ci je, żebyś je bezpiecznie przechowała? -

Leo, błagam, nie... Nie mogę o tym mówić.

Obudził się w nim instynkt mechanika. Zaczął myśleć o właściwościach drewna i korozyjności słonej wody. -

Czy to drewienko jest bezpieczne w oceanie? Czy warstewka powietrza chroni je

dostatecznie? -

Jest bezpieczne. Nawet nie zamokło. A zresztą jest owinięte w szmatkę i plastik,

i... - Przygryzła wargi w rozpaczy. -1 ja nie powinnam o tym rozmawiać1 Leo, chodzi o to, że Frank chyba się ciebie boi... albo czuje się przy tobie niepewnie... musisz to zrozumieć... Dobrze, że Leo unosił się w wodzie, bo był zbyt oszołomiony, by ustać na nogach. Wyobraził sobie siebie na miejscu Franka. Jego życie było tak kruche, że mogłoby dosłownie spłonąć w każdej chwili. Wyobraził sobie, jak wielkie zaufanie trzeba mieć do drugiej osoby, by powierzyć jej swój los - swoje życie. No tak, Frank wybrał Hazel. Więc kiedy zobaczył Leona - faceta, który potrafi wezwać ogień - podrywającego jego dziewczynę... Przeszył go dreszcz. Nic dziwnego, że Frank go nie lubił. I nagle zdolność Franka do zamieniania się w różne zwierzęta przestała być taka niesamowita - w porównaniu z tym. Leo pomyślał o swojej ulubionej frazie z Przepowiedni Siedmiorga. Pastwą ognia lub burz świat się stanie. Przez długi czas sądził, że burze odnoszą się do Jasona albo Percy'ego, a może do nich obu razem. On sam byłby odpowiedzialny za ogień. Nikt tego nie powiedział, ale przecież to się narzucało. Był jednym z dżokerów w talii kart. Gdyby zrobił coś nie tak, świat mógłby się stać pastwą ognia. Nie... Musiałby się stać pastwą ognia. Zaczął się zastanawiać, czy Frank ze swoim drewienkiem ma z tym wszystkim coś wspólnego. Leo już popełnił parę okropnych błędów. Nie byłoby wcale dziwne, gdyby przypadkowo... podpalił Franka. -

Tu jesteście! - Głos Bytosa wyrwał Leona z rozmyślań.

Bytos i Afros podpłynęli do nich, prowadząc między sobą Franka, który był blady, ale cały i zdrowy. Frank przyjrzał się uważnie Hazel i Leonowi, jakby chciał wyczytać, o czym rozmawiali. - Jesteście wolni - rzekł Bytos. Otworzył torby wiszące mu po bokach i oddał im ich skonfiskowane rzeczy. Leo jeszcze nigdy tak się nie ucieszył, zakładając z powrotem swój pas na narzędzia.

-

Powiedzcie Percy'emu Jacksonowi, żeby się nie martwił - rzekł Afros. -

Zrozumieliśmy waszą opowieść o morskich stworzeniach uwięzionych w Atlancie. Trzeba powstrzymać Keto i Forkisa. Wyślemy na misję morskich herosów, żeby ich pokonali i uwolnili więźniów. Może Cyrusa? -

Albo Billa - zaproponował Bytos.

-

Tak! Bill będzie idealny - zgodził się Afros. - W każdym razie jesteśmy

wdzięczni Percy'emu, że zwrócił nam na to uwagę. -

Powinniście porozmawiać z nim osobiście - powiedział Leo. - W końcu jest

synem Posejdona i w ogóle. Oba rybocentaury potrząsnęły głowami z powagą. -

Czasami lepiej nie stykać się z potomkami Posejdona - rzekł Afros. - Oczywiście

z bogiem morza łączą nas przyjazne stosunki, ale polityka podwodnych bóstw jest... dość skomplikowana. No i cenimy sobie niezależność. Ale podziękujcie mu. Zrobimy co w naszej mocy, by zapewnić wam bezpieczną podróż przez Atlantyk, bez nowych ataków potworów Keto, ale strzeżcie się: w starożytnym morzu, Mare Nostrum, czeka na was więcej zagrożeń. Frank westchnął. -

Oczywiście.

Bytos poklepał go po ramieniu. -

Będzie dobrze, Franku Zhang. Ćwicz te swoje wodne przemiany. Ryba koi nie

jest zła, ale wypróbuj bąbelnicę bąbelcową. Pamiętaj o tym, co ci pokazałem. Wszystko polega na oddychaniu. Frank wyglądał na śmiertelnie zażenowanego. Leo przygryzł wargi, starając się nie uśmiechnąć. -

A ty, Hazel - powiedział Afros - odwiedź nas kiedyś i przyprowadź tego swojego

konia! Wiem, że martwi cię stracony czas, bo spędziliście noc w naszym królestwie. Niepokoisz się o swojego brata Nica... Hazel zacisnęła palce na rękojeści swojego kawaleryjskiego miecza. -

Czy on... Wiesz, gdzie on jest?

Afros pokręcił głową. -

Trudno powiedzieć. Ale kiedy będziecie bliżej, powinnaś wyczuć jego obecność.

Głowa do góry! Musicie dotrzeć do Rzymu pojutrze, jeśli chcecie go uratować, ale wciąż macie dość czasu. A musicie go uratować. -

Tak - zgodził się Bytos. - On będzie kimś istotnym dla waszej misji. Nie wiem, w

jaki sposób, ale czuję, że tak jest. Afros położył dłoń na ramieniu Leona. -

A jeśli chodzi o ciebie, Leonie Valdezie, trzymaj się blisko Hazel i Franka, kiedy

dotrzecie do Rzymu. Czuję, że będą mieli... ach, pewne mechaniczne trudności, które tylko ty możesz pokonać. -

Mechaniczne trudności? - powtórzył Leo.

Afros uśmiechnął się, jakby to była dobra wiadomość. -

1 mam dla ciebie podarunki, dzielny nawigatorze „Argo II"!

-

Wolę uważać się za kapitana - odrzekł Leo. - Albo komandora.

-

Ciasteczka! - rzekł z dumą Afros, wpychając mu w ramiona staroświecki koszyk

piknikowy. Koszyk był otoczony bąblem powietrza, więc Leo miał nadzieję, że ciasteczka nie zamienią się w słonowodny budyń. - W tym koszyku znajdziesz też przepis. Nie za dużo masła! Na tym polega sztuczka. Daję ci też list polecający do Tiberinusa, boga rzeki Tyber. Kiedy już znajdziecie się w Rzymie, twoja przyjaciółka, córka Ateny, będzie tego potrzebować. -

Annabeth... Dobra, ale dlaczego?

Bytos roześmiał się. -

Idzie za Znakiem Ateny, prawda? Tiberinus może ją poprowadzić. To stary,

dumny bóg, który może być... trochę trudny w obejściu, ale rzymskie duchy cenią sobie listy polecające. Ten przekona Tiberinusa, by jej pomógł. Mam nadzieję. -

Mam nadzieję - powtórzył Leo.

Bytos wyjął z torby trzy różowe perły. -

A teraz żegnajcie, półbogowie! Dobrych wiatrów!

Rzucił po kolei każdemu z nich perłę i każde otoczył połyskujący różowy bąbel energii. Zaczęli unosić się w górę. Leo zdążył pomyśleć: „Hamsterball?", gdy nabrał szybkości i wystrzelił ku odległej poświacie słońca nad głową.

XXV PIPER Piper miała nowy wpis na liście Dziesięciu chwil w życiu, kiedy czuła się do niczego. Walka z krewedzillą za pomocą sztyletu i głosu? Klapa. Potem potwór dał nurka w głębinę morza razem z trójką jej przyjaciół, a ona nic nie mogła zrobić, żeby im pomóc. Później Annabeth, trener Hedge i stolik Buford zajęli się pospieszną naprawą okrętu, żeby nie zatonął. Percy mimo wyczerpania przeszukiwał ocean, mając nadzieję odnaleźć zaginionych przyjaciół. Jason, również wyczerpany, latał wokół takielunku jak blond Piotruś Pan, gasząc płomienie po drugim zielonym wybuchu, który rozświetlił niebo nad masztem głównym. Piper mogła tylko wpatrywać się w swój Katoptris, na próżno próbując zlokalizować Leona, Hazel i Franka. Wizji, które zobaczyła, wolałaby nie oglądać: trzy czarne auta terenowe jadące z Charleston na północ, pełne rzymskich półbogów, z Reyną za kierownicą pierwszego wozu. W górze eskortowały ich wielkie orły. Co jakiś czas z pól i lasów wyłaniały się jaśniejące fioletowe duchy w widmowych rydwanach, które pędziły za nimi Piper z łoskotem kół po autostradzie 1-95 w kierunku Nowego Jorku i Obozu Herosów. Skupiła się mocniej. Ujrzała koszmarną wizję, którą już wcześniej widziała: byka o ludzkiej głowie wynurzającego się z wody, potem mroczną studnię pełną czarnej wody i Jasona, Percy'ego i siebie walczących o utrzymanie głów nad powierzchnią. Schowała Zwierciadło do pochwy, dziwiąc się, że Helena nie zwariowała podczas wojny trojańskiej, skoro ten sztylet był jej jedynym źródłem wiadomości. Potem przypomniała sobie, że Grecy wymordowali wszystkich z otoczenia Heleny. Może jednak zwariowała? Wzeszło słońce, a żadne z nich nie zmrużyło jeszcze oka. Percy ślęczał nad szklanym dnem, ale niczego nie wypatrzył. „Argo II" nie groziło już zatonięcie, choć bez Leona nie potrafili go w pełni wyremontować. Okręt mógł teraz płynąć dalej, ale nikt nawet nie pomyślał, by się oddalić bez zaginionych przyjaciół. Piper i Annabeth połączyły się Iris-wizją z Obozem Herosów, ostrzegając Chejrona przed Rzymianami. Annabeth przekazała mu swoją wymianę zdań z Reyną. Piper opowiedziała, co zobaczyła na swojej klindze: o czarnych terenówkach mknących na

północ. Zdawało się, że dobrotliwa twarz centaura postarzała się o trzydzieści lat w czasie tej rozmowy. Mimo to zapewnił je, że zajmie się systemem obronnym. Tyson, Pani 0'Leary i Ella przybyli bezpiecznie do obozu. Tyson mógł wezwać armię cyklopów, a Ella i Rachel Dare już porównywały przepowiednie, próbując dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co ich czeka w przyszłości. Zadaniem siedmiorga herosów, przypomniał im Chejron, jest osiągnięcie celu misji i szczęśliwy powrót do obozu. Potem wszyscy w milczeniu krążyli po pokładzie, wpatrując się w wodę i czekając na cud. Kiedy wreszcie cud się zdarzył - trzy wielkie różowe bąble wystrzeliły z wody od strony prawej burty i wyrzuciły Franka, Hazel i Leona na powierzchnię - Piper dostała lekkiego bzika. Wrzasnęła i dała nurka w morze. Co jej strzeliło do głowy? Skoczyła bez liny, bez kamizelki ratunkowej, bez niczego. Ale w tym momencie była tak szczęśliwa, że podpłynęła do Leona i pocałowała go w policzek, co go trochę zaskoczyło. -

Tęskniłaś za mną? - zaśmiał się.

Piper nagle dostała szału. -

Gdzie byliście?! Jak zdołaliście przeżyć?

-

To długa historia - odrzekł. Tuż obok niego wystrzelił z wody koszyk piknikowy.

- Chcesz czekoladowe ciasteczko? Kiedy znaleźli się na pokładzie i przebrali w suche ubrania (biedny Frank musiał pożyczyć za małe majtki od Jasona), cała załoga zebrała się na pokładzie rufowym na odświętnym śniadaniu - wszyscy prócz trenera Hedge'a, który oświadczył, że atmosfera robi się zbyt ciepła jak na jego gust, i zszedł na dół, by wyklepać jakieś wgniecenia w kadłubie. Leo zajął się swoją konsolą, a Hazel i Frank opowiedzieli o rybocentaurach i ich obozie szkoleniowym. -

Niewiarygodne - powiedział Jason. - Te ciasteczka są naprawdę dobre.

-

Tyle masz do powiedzenia? - zapytała Piper.

Zrobił zaskoczoną minę. -

Co? Usłyszałem waszą opowieść. Rybocentaury. Wodniki. List polecający do

boga rzeki Tyber. Zrozumiałem. Ale te ciasteczka... -

Pycha - powiedział Frank z pełnymi ustami. - A spróbuj je posmarować

brzoskwiniową konfiturą Esther. -

To jest niewiarygodnie odrażające - oświadczyła Hazel.

-

Podaj mi słoik, stary - powiedział Jason.

Hazel i Piper wymieniły wymowne spojrzenia. Chłopcy. Natomiast Percy chciał się dowiedzieć wszystkiego o podwodnym obozie. Wciąż powracał do pytania: - 1 nie chcieli się ze mną spotkać? -

To nie było tak — powiedziała Hazel. - Chodzi chyba o... podwodną politykę.

Oni są bardzo zazdrośni o swoje terytorium. Pora na dobre wiadomości. Zaopiekują się oceanarium w Atlancie. I pomogą ochronić „Argo II" podczas rejsu przez Atlantyk. Percy pokiwał obojętnie głową. -

Ale nie chcieli się ze mną spotkać?

Annabeth klepnęła go w ramię. -

Daj spokój, Glonomóżdżku! Mamy ważniejsze sprawy na głowie.

-

Ona ma rację - powiedziała Hazel. - Pojutrze Nicowi pozostanie mniej niż dwa

dni życia. Rybocentaury powiedziały, że musimy go uwolnić. On jest w jakiś sposób bardzo ważny dla naszej misji. Rozejrzała się wokoło, jakby czekała, że ktoś wyrazi sprzeciw. Nikt się nie sprzeciwił. Piper próbowała sobie wyobrazić, co czuje Nico uwięziony w jakiejś kadzi, mając tylko dwie pestki granatu podtrzymujące życie, bez żadnej nadziei na uwolnienie. Zapragnęła za wszelką cenę dotrzeć do Rzymu mimo okropnego przeczucia, że zmierza ku swojemu własnemu uwięzieniu w ciemnej studni wypełnionej wodą. -

Nico musi coś wiedzieć o Wrotach Śmierci - powiedziała. -Uwolnimy go, Hazel.

Zdążymy. Prawda, Leo? -

Co? - Leo oderwał wzrok od wskaźników. - Och, tak. Powinniśmy dotrzeć do

Morza Śródziemnego jutro rano. Potem jeszcze jeden dzień żeglugi do Rzymu. Albo lotu, jeśli uda mi się do tego czasu naprawić stabilizator... Jason nagle zrobił taką minę, jakby czekoladowe ciasteczko z konfiturą brzoskwiniową przestało mu smakować. -

W takim razie dotrzemy do Rzymu ostatniego dnia, jeśli chodzi o Nica. Będziemy

musieli go odnaleźć w najwyżej dwadzieścia cztery godziny.

Percy skrzyżował nogi. -

A to tylko część problemu. Jest jeszcze Znak Ateny.

Annabeth nie była zadowolona ze zmiany tematu. Położyła dłoń na swoim plecaku, który od opuszczenia Charleston zawsze miała przy sobie. Otworzyła go i wyjęła cienki spiżowy dysk o średnicy donata. -

To jest mapa, którą znalazłam w Forcie Sumter. Jest... - Nagle urwała, wpatrując

się w spiżową powierzchnię. - Nic tutaj nie ma! Percy wziął krążek i przyjrzał się obu jego stronom. -

A wcześniej coś było?

-

Tak! Oglądałam go w swojej kabinie i... - Mruknęła coś pod nosem. - To musi

być Znak Ateny. Widzę to tylko wtedy, gdy jestem sama. Nie pokazuje się innym półbogom. Frank cofnął się gwałtownie, jakby się przestraszył, że dysk może eksplodować. Widząc jego wąsy z soku pomarańczowego i brązowe okruszki na brodzie, Piper miała ochotę wręczyć mu serwetkę. - Jak to wyglądało? - zapytał nerwowo Frank. -1 czym jest ten Znak Ateny? Wciąż tego nie łapię. Annabeth wzięła dysk z rąk Percy'ego. Obróciła go do słońca, ale powierzchnia nadal była pusta. -

Mapa była trudna do odczytania, ale pokazywała jakiś punkt na Tybrze w

Rzymie. Myślę, że tam zaczyna się moja misja... ścieżka, którą muszę pójść za Znakiem. -

Może właśnie tam spotkasz boga Tybru - powiedziała Piper. - Ale co jest

Znakiem? -

Moneta - mruknęła Annabeth.

Percy zmarszczył czoło. - Jaka moneta? Annabeth pogrzebała w kieszeni i wyjęła srebrną drachmę. -

Noszę ją od spotkania z matką na Grand Central. To ateńska moneta.

Puściła ją w obieg. Każdy ją po kolei oglądał, a Piper nawiedziło śmieszne wspomnienie zgadywanki w szkole podstawowej. -

Sowa - powiedział Leo. - No, to ma sens. A te listki to chyba gałązka oliwna? Ale

te litery... A, O z kreską w środku, E... -

Alfa, theta, epsilon - wyjaśniła Annabeth. - Grecki skrót na „należy do

Ateńczyków"... ale można to też odczytać jako „dzieci Ateny". To coś w rodzaju symbolu Aten. -Jak SPQR dla Rzymian - podpowiedziała Piper. Annabeth kiwnęła głową. -W każdym razie Znakiem Ateny jest sowa, taka jak ta. Pojawia się jako znak ognisty. Widziałam go w moich snach. A potem dwukrotnie w Forcie Sumter. Opisała swoje przeżycia w forcie - głos Gai, pająki w baraku, Znak, który je spalił. Piper pomyślała, że Annabeth niełatwo jest o tym opowiadać. Percy chwycił dłoń Annabeth. -

Powinienem wtedy być przy tobie.

-

Ale właśnie w tym sęk. Nikogo nie może być przy mnie. Kiedy dotrzemy do

Rzymu, będę musiała dalej pójść sama. Bo inaczej Znak się nie pokaże. Będę musiała za nim pójść do... do źródła. Frank wziął monetę od Leona. Przyjrzał się sowie. -

Blednie olbrzymów zmora ozłocona, z utkanego więzienia w bólu uwolniona. -

Spojrzał na Annabeth. - Co to jest... to coś u źródła? Zanim zdążyła odpowiedzieć, odezwał się Jason: -

Posąg. Posąg Ateny. W każdym razie... tak podejrzewam.

Piper zmarszczyła brwi. -

Mówiłeś, że nie wiesz.

-

Bo nie wiem. Ale im dłużej się nad tym zastanawiam... myślę, że to jedyny obiekt

pasujący do tej legendy. - Zwrócił się do Annabeth. - Wybacz. Powinienem ci o wiele wcześniej powiedzieć, co usłyszałem. Ale uwierz mi, bałem się. Bo jeśli ta legenda jest prawdziwa... -

Wiem - powiedziała Annabeth. - Domyśliłam się tego, Jaso-nie. Nie obwiniam

cię. Ale jeśli uda się nam ocalić ten posąg, nam, czyli Grekom i Rzymianom razem... Nie rozumiesz? To mogłoby zakończyć odwieczną wrogość. -

Chwileczkę. - Percy wykonał gest time-out. - Jaki posąg?

Annabeth wzięła z powrotem srebrną monetę i wsunęła ją do kieszeni.

-

Posąg Ateny Partenos. Najsłynniejszy grecki posąg. Miał dwanaście metrów

wysokości, pokryty był kością słoniową i złotem. Stał pośrodku Partenonu w Atenach. Zaległa cisza, słychać było tylko chlupot fal uderzających w kadłub. -

No dobra, kupuję to - powiedział w końcu Leo. - Co się z nim stało?

-

Zniknął.

Leo zmarszczył czoło. -Jak taki dwunastometrowy posąg może sobie po prostu zniknąć ze środka Partenonu? -

Dobre pytanie - odpowiedziała Annabeth. - To jedna z największych zagadek

historii. Niektórzy uważają, że posąg został przetopiony na złoto albo zniszczony przez najeźdźców. Ateny były zdobywane wiele razy. Inni sądzą, że posąg został wywieziony... -

Przez Rzymian - dodał Jason. - To jedna z hipotez, ale pasuje do legendy, którą

usłyszałem w Obozie Jupiter. Kiedy Rzymianie zdobyli Ateny, wywieźli Atenę Partenos, żeby złamać ducha Greków. Ukryli ją w jakiejś podziemnej krypcie w Rzymie. Rzymscy półbogowie przysięgli, że posąg już nigdy stamtąd nie powróci. Po prostu ukradli Atenę, żeby już nigdy nie była symbolem potęgi militarnej Greków. Stała się Minerwą, o wiele spokojniejszą boginią. -

A od tamtego czasu dzieci Ateny wciąż jej poszukują - odezwała się Annabeth. -

Większość nie zna tej legendy, ale w każdym pokoleniu bogini wybiera kilkoro. Dostają monetę taką jak moja. Idą za Znakiem Ateny... czymś w rodzaju magicznego szlaku, który wiąże je z posągiem... mając nadzieję odnaleźć miejsce ukrycia Ateny Partenos i sprowadzić posąg z powrotem do Grecji. Piper patrzyła na tych dwoje - Annabeth i Jasona - ze spokojnym zdumieniem. Przemawiali jak członkowie jednej drużyny, bez śladu wrogości, bez wzajemnych oskarżeń. Nigdy do końca sobie nie ufali. Piper była dostatecznie blisko każdego z nich, by to wiedzieć. A teraz... jeśli potrafią dyskutować o tak poważnej sprawie z takim spokojem - chodzi przecież o samo źródło nienawiści między Grekami a Rzymianami to może naprawdę jest jednak jakaś nadzieja dla obu obozów. Percy chyba myślał o tym samym, sądząc po jego zaskoczonej minie. -Więc jeśli my... a raczej ty... odnajdziesz ten posąg... to co z nim zrobimy? Czy w ogóle ruszymy go z miejsca?

-

Nie wiem - odrzekła Annabeth. - Ale jeśli udałoby nam się jakoś go ocalić,

mogłoby to zjednoczyć dwa obozy. Mogłoby uleczyć moją matkę z nienawiści, rozrywając oba jej aspekty. I może... może. ten posąg ma jakąś moc, która pomogłaby nam pokonać gigantów. Piper spojrzała na Annabeth z podziwem, bo dopiero teraz zaczęła pojmować, jak wielką odpowiedzialność jej przyjaciółka wzięła na siebie. I Annabeth zamierzała dokonać tego wszystkiego sama. -

To mogłoby wszystko zmienić - powiedziała. - Mogłoby położyć kres wrogości

trwającej od tysięcy lat. Mogłoby się stać kluczem do złamania potęgi Gai. Ale jeśli nie możemy ci pomóc... Nie skończyła, ale to pytanie zawisło w powietrzu: Czy ocalenie posągu jest w ogóle możliwe? Annabeth wyprostowała się. Piper wiedziała, że jej przyjaciółka musi być przerażona, ale potrafiła to ukryć. -

Musi mi się udać - powiedziała Annabeth po prostu. - Warto podjąć to ryzyko.

Hazel w zamyśleniu okręcała sobie kosmyk włosów wokół palca. -

Nie podoba mi się pomysł, abyś sama ryzykowała życie, ale masz rację.

Widzieliśmy już, co odzyskany złoty orzeł zrobił dla rzymskiego legionu. Jeśli ten posąg jest najpotężniejszym w historii symbolem Ateny... -

To mógłby dać komuś zdrowego kopa - wtrącił Leo.

Hazel zmarszczyła brwi. -

Tak bym tego nie ujęła, ale mniej więcej o to chodzi.

-

Tylko że... - Percy znowu chwycił Annabeth za rękę. - Do tej pory żadne dziecko

Ateny nie odnalazło tego posągu. Annabeth, wiesz, co cię tam pod ziemią czeka? Bo jeśli to ma coś wspólnego z pająkami... -

Z utkanego więzienia w bólu uwolniona - wyrecytował Frank. - Utkanego... może

chodzi o pajęczyny? Annabeth zbladła jak papier do drukarki. Piper podejrzewała, że Annabeth wie, co ją tam czeka... a przynajmniej dokładnie to sobie wyobraża. Teraz walczyła z ogarniającą ją falą przerażenia. -

Nie martwmy się na zapas, będzie na to czas, gdy dotrzemy do Rzymu -

powiedziała Piper, używając czaromowy, żeby uspokoić przyjaciół. - Na pewno się uda. Annabeth też potrafi dać zdrowego kopa. Zobaczycie. -

Słusznie - zgodził się Percy. - Sam tego dawno temu doświadczyłem. Nigdy nie

stawiajcie na przegraną Annabeth. Annabeth spojrzała na tych dwoje z wdzięcznością. Sądząc po niedojedzonych porcjach na talerzach, reszta nadal była w podłych nastrojach, ale Leonowi udało się ich z tego wyrwać. Nacisnął jakiś guzik i Festus zionął z sykiem obłokiem pary, co sprawiło, że wszyscy podskoczyli. -

No dobra! - zawołał. - Gawędzimy tu sobie wesoło, ale jest jeszcze kupa rzeczy

do zrobienia, zanim dopłyniemy do Morza Śródziemnego. Proszę meldować komandorowi Leonowi wasze superfajne listy obowiązków! Piper i Jason zobowiązali się do uporządkowania dolnego pokładu, na którym wciąż panował chaos po ataku potwora. Doprowadzenie izby chorych do stanu używalności, uszczelnienie kadłuba i wysprzątanie wszystkich pomieszczeń zajęło im większość dnia, ale Piper to odpowiadało. Po pierwsze była przez cały czas z Jasonem, a po drugie nabrała już zdrowego szacunku do greckiego ognia i nie chciała, by jakaś przypadkowa fiolka z tym świństwem turlała się po korytarzu w środku nocy. Podczas porządków w stajni pomyślała o nocy, którą Annabeth i Percy tutaj spędzili. Chciałaby z Jasonem przegadać całą noc -leżeć zwinięta w kłębek na podłodze stajni i cieszyć się jego bliskością. Dlaczego oni nie mogliby złamać reguł? Ale Jason nie był taki. Był urodzonym przywódcą, który powinien dawać dobry przykład. Łamanie przepisów nie było w jego stylu. Reynie na pewno to imponowało. Piper też... no, może nie do końca. Tylko raz udało się jej namówić go do złamania przepisów - w Szkole Dziczy, kiedy wymknęli się w nocy na dach, żeby obserwować deszcz meteorów. Wtedy po raz pierwszy się pocałowali. Niestety, to wspomnienie było tylko sztuczką Mgły, magicznym kłamstwem wszczepionym jej w mózg przez Herę. Byli razem teraz, w prawdziwym życiu, ale ich wzajemne stosunki oparte były na iluzji. Gdyby próbowała namówić prawdziwego Jasona na wymknięcie się razem z nią w nocy, zrobiłby to? Zgarnęła siano w kupki. Jason naprawił drzwi w jednym z boksów. Przez szklaną

podłogę widać było ocean - zielony bezmiar światła i cieni. Raz po raz zerkała tam, w obawie że ujrzy wynurzający się z wody pysk jakiegoś potwora albo wodne ludojady z opowieści dziadka, ale dostrzegła tylko ławicę śledzi. Kiedy obserwowała Jasona przy pracy, podziwiała łatwość, z jaką wszystko robił, niezależnie od tego, czy była to naprawa wyłamanych drzwi, czy oliwienie siodeł. I nie chodziło tylko o siłę jego ramion czy zręczność rąk, choć i to w nim lubiła, ale o jego stanowczość i pewność siebie. Robił wszystko, co było do zrobienia, nie uskarżając się i nie ociągając. I był przy tym w dobrym nastroju, dowcipkował, choć przecież powinien padać ze zmęczenia po nieprzespanej nocy. Nie dziwiła się, że tak zauroczył Reynę. Pod względem stosunku do pracy i obowiązków Jason był Rzymianinem z krwi i kości. Pomyślała o herbatce, na którą zaprosiła je Afrodyta. Co takiego powiedziała Reynie rok temu, czym ją skłoniła do innego traktowania Jasona? Zachęcała ją czy zniechęcała do flirtu? Tego nie wiedziała, ale wolałaby, żeby jej matka nie objawiła się w Charleston. Nawet zwykłe matki bywają dość męczące. A co dopiero boskie ślicznościowe matki, które zapraszają wasze przyjaciółki na herbatkę i prowadzą poważne rozmowy, w tym i o chłopakach... To już jest naprawdę trudne do zniesienia! Piper niepokoiło, że Afrodyta tak się interesowała Annabeth i Hazel. Kiedy jej matka mieszała się w czyjeś życie miłosne, zwykle oznaczało to kłopoty. Albo jak powiedziałaby sama Afrodyta - wzloty i upadki. Ale w głębi ducha Piper była też zraniona tym, że na nią samą matka prawie nie zwracała uwagi. Nie powiedziała nic o Jasonie. Nie raczyła wytłumaczyć się z rozmowy z Reyną. Zupełnie tak, jakby przestała się swoją córką interesować. Piper ma już chłopaka, więc Afrodyta zajęła się nowymi romansami, a przyszło jej to tak łatwo, jakby po prostu wyrzuciła stary numer magazynu z plotkami o celebrytach. „Lubię wzloty i upadki w miłości" - powiedziała Afrodyta. -„Och, wy wszystkie jesteście tego wspaniałymi przykładami! Jestem z was dumna!" Piper nie bardzo się to podobało. Pomyślała wtedy: „Super. Ale ja nie chcę być żadnym przykładem. Chcę wieść spokojne życie z jakimś fajnym stałym chłopakiem". Gdyby tylko wiedziała, jak postępować z chłopakami! A powinna być w tym

ekspertem, bo przecież była grupową w domku Afrodyty. W Obozie Herosów wszyscy wciąż do niej przychodzili z prośbą o radę w tych sprawach. Starała się im pomóc, ale sama nie radziła sobie z nowym chłopakiem. Wciąż tylko dręczyły ją domysły, wciąż doczytywała się zbyt wiele w wyrazie twarzy Jasona, w jego nastrojach, jego rzucanych mimochodem uwagach. Dlaczego to jest takie trudne? Dlaczego to nie może być nieustannym szczęściem, nieustającą przejażdżką konną brzegiem morza w blasku zachodzącego słońca? -

O czym myślisz? - zapytał Jason.

Zorientowała się, że ma skwaszoną minę. W odbiciu na szklanej podłodze wyglądała, jakby właśnie połknęła łyżeczkę soli. -

Ach, o niczym... To znaczy... o mnóstwie spraw. O wszystkim naraz.

Jason roześmiał się. Kiedy się śmiał, blizna na jego wardze robiła się niemal niewidoczna. Biorąc pod uwagę, przez co musiał przejść, jego dobry nastrój zdumiewał. -

Uda się - rzekł. - Sama to powiedziałaś.

-

Tak, tylko że ja to powiedziałam, żeby pocieszyć Annabeth.

Jason wzruszył ramionami. -

Ale to prawda. Jesteśmy prawie w starożytnych krainach. Rzymianie już nas nie

ścigają. -

1 teraz maszerują na Obóz Herosów, zaatakować naszych przyjaciół.

Jason zawahał się przez chwilę, jakby mu było trudno znaleźć jakąś pozytywną odpowiedź. -

Chejron coś wymyśli, by zyskać na czasie. Odnalezienie obozu i zaplanowanie

ataku może Rzymianom zająć wiele tygodni, a Reyna zrobi wszystko, co w jej mocy, aby to opóźnić. Wciąż jest po naszej stronie. Wiem, że tak jest. -

Ufasz jej - powiedziała nieswoim głosem.

-

Słuchaj, Pipes, już ci mówiłem, że nie masz o co być zazdrosna.

-

Jest piękna. Jest silna. Jest taka... rzymska.

Jason odłożył młotek. Wziął ją za rękę i przez całe jej ramię przebiegł dreszcz. Ojciec zabrał ją kiedyś do Oceanarium Pacyfiku i pokazał węgorza elektrycznego. Powiedział, że taki węgorz wysyła impulsy elektryczne, które oszałamiają i paraliżują ofiarę. Za każdym razem gdy Jason na nią spojrzał albo dotknął jej ręki, czuła się taką ofiarą.

-

Ty jesteś piękna i silna - powiedział. - I wcale nie chcę, żebyś była rzymska.

Chcę, żebyś była sobą. A poza tym jesteśmy parą, ty i ja. Pragnęła mu wierzyć. Chodzili już ze sobą od miesięcy, a jednak wciąż nie mogła się pozbyć dręczących ją wątpliwości, podobnie jak Jason nie mógł się pozbyć tatuażu SPQR wypalonego na ramieniu. Nad nimi zadźwięczał dzwon okrętowy, wzywając na kolację. Jason uśmiechnął się znacząco. -

Lepiej chodźmy na górę. Chyba nie chcesz, żeby trener Hedge przywiązał nam

dzwonki do szyi. Wzdrygnęła się. Po skandalu z Percym i Annabeth Hedge zagroził, że zrobi to, żeby mieć pewność, że nikt nie wymknie się nocą z kajuty. -

Tak - powiedziała z żalem, spoglądając na szklaną szybę pod stopami. - Chyba

powinniśmy zjeść kolację... i dobrze się wyspać.

XXV PIPER Następnego ranka obudził ją ryk syreny okrętowej - taki głośny, że dosłownie wyrwał ją z koi. Najpierw pomyślała, że to może jeszcze jeden wygłup Leona, ale syrena ryknęła ponownie i tym razem Piper nabrała pewności, że ten dźwięk dobiega z daleka - z innego okrętu. Szybko się ubrała. Kiedy wyszła na pokład, pozostali już tam byli - wszyscy ubrani w pośpiechu, prócz trenera Hedgea, który miał nocną wachtę. Frank miał na sobie koszulkę zimowych igrzysk olimpijskich w Vancouverze założoną na lewą stronę. Percy był w spodniach od piżamy i spiżowym napierśniku, co stanowiło ciekawe połączenie. Włosy Hazel sterczały w jedną stronę, jakby przedarła się przez cyklon. Leo bezwiednie się podpalił: na jego koszulce czerniały wypalone dziury, a ramiona mu dymiły. O sto metrów od lewej burty przepływał olbrzymi statek wycieczkowy. Turyści machali do nich z kilkunastu pokładów. Niektórzy uśmiechali się i robili zdjęcia. Nikt nie wydawał się zaskoczony widokiem starożytnej greckiej triremy. Może Mgła ukazywała ich okręt jako kuter rybacki, a może turyści pomyśleli, że „Argo II" to jedna z przygotowanych dla nich atrakcji. Syrena ryknęła znowu i „Argo II" zadygotał. Trener Hedge zatkał sobie uszy. -

Muszą tak hałasować?

-

Pewnie mówią nam „Cześć!" - zgadywał Frank.

-

CO?! - wrzasnął Hedge.

Statek mijał ich, kierując się ku otwartemu morzu. Turyści wciąż do nich machali. Jeśli nawet zdziwiło ich, że załogą greckiej tri-remy są wyrwane ze snu nastolatki w zbrojach i piżamach oraz facet z koźlimi nogami, nie dali tego po sobie poznać. -

Baj! - zawołał Leo, unosząc dymiącą rękę.

-

Załadować balistę? - zapytał Hedge.

-

Nie - odrzekł Leo, starając się zachować powagę.

Hazel przetarła oczy i spojrzała nad połyskującą zieloną wodą.

-

Gdzie... Och! Patrzcie!

Piper podążyła za jej wzrokiem i wydała stłumiony okrzyk. Odpływający wielki statek wycieczkowy odsłonił widok na górę wyrastającą z morza jakieś pół mili na północ. Piper już widywała imponujące urwiska. Jechała autostradą numer 1 wzdłuż wybrzeża Kalifornii. Spadła z Jasonem do Wielkiego Kanionu i z powrotem uleciała w górę. Ale ani jedno, ani drugie nie było tak zdumiewające jak ten potężny blok oślepiająco białej skały wyrastający z morza. Po jednej stronie wapienne klify, wysokie chyba na trzysta metrów, opadały w morze niemal pionowo, po drugiej spływały w dół tarasy porośnięte zielonym lasem, tak że cała góra przywodziła na myśl gigantycznego sfinksa, zwietrzałego przez tysiąclecia, z masywnym białym popiersiem i zielonym płaszczem na grzbiecie. -

Skała Gibraltarska - powiedziała cicho Annabeth. - Na samym krańcu Hiszpanii.

A tam... - pokazała na południe, gdzie na horyzoncie było widać pas czerwonych i pomarańczowych wzgórz - tam musi być Afryka. Jesteśmy u wrót Morza Śródziemnego. Ranek był ciepły, ale Piper przeszył dreszcz. Przed nimi roztaczało się morze, a jednak czuła się tak, jakby stanęła przed jakąś barierą nie do przebycia. Kiedy już wpłyną na Morze Śródziemne - Mare Nostrum - znajdą się pośród starożytnych krain. A jeśli dawne legendy są prawdziwe, ich misja stanie się o wiele bardziej niebezpieczna. -

Co teraz? - zapytała. - Wpływamy?

-

A niby dlaczego nie? - odpowiedział Leo. - To wielki kanał morski. Statki wciąż

kursują nim w obie strony. „Ale nie triremy pełne półbogów" - pomyślała Piper. Annabeth wpatrywała się w Skałę Gibraltarską. Piper wiedziała, co znaczy ten wyraz zamyślenia na twarzy przyjaciółki. Prawie zawsze oznaczał, że przewidywała kłopoty. -

W starożytności - powiedziała Annabeth - tę cieśninę nazywano Słupami

Herkulesa. Skała miała być jednym z nich, a drugim któraś z afrykańskich gór. Nikt nie wie która. -

Herkulesa? - Percy zmarszczył czoło. - Ten facet jest jak Star-bucks starożytnej

Grecji. Dokądkolwiek się obrócisz, wszędzie jest. Grzmiące buuum wstrząsnęło okrętem, ale tym razem Piper nie wiedziała, skąd dochodzi dźwięk. Nie dostrzegła żadnych innych statków, a niebo było bezchmurne.

Nagle zaschło jej w ustach. -

No a... te Słupy Herkulesa. Czy one są niebezpieczne?

Annabeth wpatrywała się w białe klify, jakby się spodziewała, że zapłonie na nich Znak Ateny. -

Dla Greków te Słupy wyznaczały kraniec znanego świata. Rzymianie twierdzili,

że było na nich łacińskie ostrzeżenie... -

Non plus ultra - dopowiedział Percy.

Annabeth spojrzała na niego ze zdumieniem. -

No tak. Ani kroku dalej. Skąd to wiesz?

Percy wskazał na coś ręką. -

Bo na to patrzę.

Przed nimi, pośrodku cieśniny, połyskiwała wysepka. Piper była pewna, że przedtem jej tam nie było. Był to niewielki, górzysty skrawek lądu, pokryty lasami i otoczony pasem białych plaż. W porównaniu z Gibraltarem nie robiła wrażenia, ale ze sto metrów od brzegu z morza wystawały dwie białe greckie kolumny wysokości masztu „Argo II". Między kolumnami przez wodę prześwitywały srebrne litery - może to była iluzja, a może rzeczywiście w piaszczystym dnie wyryte były słowa: NON PLUS ULTRA. -

Mam zawrócić? - zapytał nerwowo Leo. - Albo...

Nikt mu nie odpowiedział, bo wszyscy dostrzegli jakąś postać stojącą na plaży. Kiedy okręt zbliżył się do kolumn, zobaczyli ciemnowłosego mężczyznę w purpurowej szacie, który stał z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, wpatrując się w „Argo II", jakby ich oczekiwał. Piper nie widziała go dobrze z takiej odległości, ale po jego postawie wyczuła, że coś go trapi. Frank gwałtownie wciągnął powietrze. -

Czy to może jest...?

-

Herkules - stwierdził Jason. - Najpotężniejszy heros wszech czasów.

„Argo II" znajdował się teraz zaledwie kilkaset metrów od białych słupów. -

Muszę znać odpowiedź - powiedział z naciskiem Leo. - Mogę zawrócić, możemy

też odlecieć. Stabilizatory już działają. Ale muszę szybko zareagować... -

Musimy płynąć dalej - powiedziała Annabeth. - On chyba jest strażnikiem tej

cieśniny. Jeśli to naprawdę jest Herkules, odpłynięcie lub odlot nic nie da. Będzie chciał

z nami pomówić. Piper z trudem powstrzymała się od użycia czaromowy. Chciała krzyknąć do Leona: „Odlatuj! Uciekajmy stąd!" Niestety, czuła, że Annabeth ma rację. Jeśli zamierzają wpłynąć na Morze Śródziemne, nie mogą uniknąć tego spotkania. -

Herkules powinien chyba być po naszej stronie, nie? - zapytała z nadzieją w

głosie. - Bo... przecież jest jednym z nas, prawda? Jason odchrząknął. -

Był synem Zeusa, ale po śmierci stał się bogiem. A z bogami nigdy nic nie

wiadomo. Piper przypomniała sobie spotkanie z Bachusem w Kansas -innym bogiem, który uprzednio był półbogiem. Nie okazał się zbyt pomocny. -

Nieźle - powiedział Percy. - Nas siedmioro przeciw Herkulesowi.

-

Was siedmioro i satyr! - dodał Hedge. - Damy radę.

-

Mam lepszy pomysł - powiedziała Annabeth. - Wyślemy na brzeg poselstwo.

Najwyżej jedną lub dwie osoby. Spróbujemy z nim porozmawiać. -Ja pójdę - odezwał się Jason. - Herkules jest synem Zeusa, ja jestem synem Jupitera. Może okaże mi przychylność. -

Albo wrogość - rzekł Percy. - Bracia przyrodni nie zawsze żyją w zgodzie.

Jason spojrzał na niego gniewnie. -

Dzięki, panie optymisto.

-

Warto spróbować - powiedziała Annabeth. - W końcu Jasona i Herkulesa coś

łączy. No i potrzebny jest dobry dyplomata. Ktoś, kto potrafi przekonująco mówić. Wszystkie oczy zwróciły się na Piper. Musiała się powstrzymywać, by nie skoczyć za burtę z krzykiem. Dręczyło ją złe przeczucie, ale skoro miał iść Jason, chciała być z nim. Może ten potężny bóg okaże im jednak przychylność? Może dopisze im szczęście, którego tak im w tej chwili trzeba? -

Dobra - powiedziała. - Tylko pozwólcie mi się przebrać.

Gdy tylko Leo zakotwiczył „Argo II" między kolumnami, Jason wezwał wiatr, który przeniósł jego i Piper na brzeg wyspy. Mężczyzna w purpurowej szacie wyraźnie na nich czekał. Piper słyszała mnóstwo opowieści o Herkulesie. Widziała wiele tandetnych filmów i

komiksów. Aż do dziś, gdyby w ogóle o nim pomyślała, przewróciłaby wymownie oczami, wyobraziwszy sobie trzydziestoletniego osiłka z beczkowatą klatką piersiową i niechlujną brodą hipisa, z lwią skórą na głowie i wielką maczugą w dłoni - kogoś w rodzaju jaskiniowca, który cuchnie, czka, wciąż się drapie i pochrząkuje. Nie spodziewała się tego. Miał bose stopy, pokryte białym piaskiem. Jego szata nadawała mu wygląd kapłana, chociaż Piper nie mogła sobie przypomnieć, jakiej randze przysługuje kolor purpury. Kardynałowi? Biskupowi? I czy ta purpura oznacza, że jest raczej rzymską wersją Herkulesa, a nie grecką? Brodę miał modnie zaniedbaną, jak jej ojciec i jego przyjaciele aktorzy - coś w stylu: „Tak się złożyło, że nie goliłem się od dwóch dni, ale wciąż wyglądam wspaniale". Był dobrze zbudowany, ale nie napakowany. Jego hebanowe włosy były krótko przystrzyżone, na rzymską modłę. Miał uderzająco błękitne oczy, jak Jason, ale skórę miedzianej barwy, jakby całymi dniami wylegiwał się w solarium. Najbardziej zaskoczyło ją to, że wyglądał najwyżej na dwudziestolatka. Z pewnością nie mógł być starszy. Był przystojny, choć nieco niechlujny, ale w niczym niepodobny do jaskiniowca. Rzeczywiście miał maczugę, która leżała obok niego na piasku, ale przypominała sporą pałkę bejsbolową - był to półtorametrowy, wypolerowany kij mahoniowy ze skórzanym uchwytem nabijanym brązem. Trener Hedge na pewno by mu go pozazdrościł. Wylądowali na skraju morza. Zbliżali się powoli, starając się nie robić żadnych nerwowych ruchów. Herkules czekał na nich, nie okazując żadnych emocji, jakby byli parą jakiegoś nieznanego mu gatunku morskich ptaków. -

Cześć - powiedziała Piper, uważając, że to zawsze jest jakiś dobry początek.

-

Co słychać? - zapytał Herkules.

Mówił niskim głosem, ale swobodnie, bardzo nowocześnie. W ten sposób mógłby ich powitać w szkolnej szatni. -

Och, nic specjalnego. - Piper skrzywiła się. - No, właściwie to sporo się dzieje. To

jest Jason. My... -

Gdzie jest twoja lwia skóra? - przerwał jej Jason.

Piper chciała go szturchnąć łokciem, ale Herkules wyglądał raczej na zdziwionego

niż poirytowanego tym pytaniem. -

Jest niedaleko - odrzekł. - Niby dlaczego miałbym nosić moją lwią skórę? A ty

ubierasz się w futro, wychodząc na plażę? -

To ma sens - powiedział Jason z lekkim zawodem w głosie. — Chodziło mi o to,

że zawsze cię pokazują w lwiej skórze. Herkules spojrzał wymownie w niebo, jakby chciał porozmawiać ze swoim ojcem Zeusem. -

Nie wierz we wszystko, co o mnie gadają. Bycie sławnym wcale nie jest takie

przyjemne. -

Wiem coś o tym - westchnęła Piper.

Herkules utkwił w niej swoje cudowne niebieskie oczy. -

Jesteś sławna?

-

Mój tata... on jest aktorem filmowym.

Herkules mruknął gniewnie. -

Tylko nie opowiadaj mi o filmach. Na bogów Olimpu, nigdy nie ukazują prawdy.

Widziałaś jakiś film, w którym jestem podobny do siebie? Piper musiała przyznać, że trafił w sedno. -Jestem zaskoczona, że wyglądasz tak młodo. -

Ha! Nieśmiertelność pomaga. Ale to prawda, kiedy umarłem, nie byłem taki

stary, w każdym razie jak na współczesne standardy. Wielu czynów dokonałem w tych latach, kiedy byłem herosem... może nawet zbyt wielu. — Spojrzał na Jasona. - Syn Zeusa, tak? -

Jupitera.

-

Niewielka różnica - mruknął Herkules. - Stary jest denerwujący w każdej postaci.

A ja? Miałem na imię Herakles. A potem przyszli Rzymianie i nazwali mnie Herkulesem. Mnie to specjalnie nie zmieniło, chociaż ostatnio łeb mi pęka, kiedy o tym pomyślę... Lewa strona jego twarzy zadrgała. Szata zalśniła, przez chwilę błysnęła bielą, po czym znowu stała się purpurowa. -

W każdym razie - dodał - jeśli jesteś synem Jupitera, pewnie to rozumiesz.

Okropna presja. Nigdy nie dość. Można dostać szału. Zwrócił się do Piper. Poczuła się, jakby tysiąc mrówek pełzało jej po plecach. W jego

oczach czaił się dziwny smutek i jakieś mroczne szaleństwo, przez które budziły lęk. -

A ty, moja droga - powiedział - bądź ostrożna. Synowie Zeusa mogą być... no,

nieważne. Piper nie bardzo wiedziała, co chciał przez to powiedzieć. Nagle zapragnęła uciec byle dalej od tego boga, ale starała się zachować spokojny, uprzejmy wyraz twarzy. -

No więc, czcigodny Herkulesie - powiedziała - jesteśmy na misji. Chcielibyśmy

uzyskać pozwolenie na wpłynięcie na Morze Śródziemne. Wzruszył ramionami. -

Po to tu jestem. Kiedy umarłem, tata mianował mnie strażnikiem Olimpu.

Powiedziałem sobie: „Wspaniale! Służba w pałacu! Codziennie przyjęcia!". Tylko nie wspomniał, że będę strzegł wrót do starożytnych krain, uwięziony na tej wysepce przez resztę wieczności. Bardzo śmieszne. - Wskazał na kolumny wynurzające się z fal. Głupie kolumny. Niektórzy twierdzą, że to ja stworzyłem całą Cieśninę Gibraltarską, odpychając od siebie dwie góry. I są tacy, co mówią, że te góry są słupami. Co za augiaszowe bzdury! Słupy to słupy. -

Racja - powiedziała Piper. - Oczywiście. Więc... możemy przepłynąć?

Bóg pogładził swoją modną brodę. -

No cóż, muszę dać wam rutynowe ostrzeżenie: te starożytne krainy są bardzo

niebezpieczne. Nie każdy półbóg przeżyje na Mare Nostrum. I dlatego muszę poddać was próbie. Musicie wykazać, że jesteście tego warci, bla, bla, bla. Prawdę mówiąc, nie przywiązuję do tego większej wagi. Zwykle daję herosom jakieś proste zadanie, każę im coś kupić albo zaśpiewać jakąś śmieszną piosenkę, coś w tym rodzaju. Po tych wszystkich pracach, które musiałem wykonać dla mojego złego kuzyna Eurysteusza, no... nie chcę być przykrym facetem, chyba rozumiecie? -

Doceniamy to - rzekł Jason.

-

No więc nie ma sprawy.

Powiedział to zdawkowym, niedbałym tonem, ale Piper wciąż czuła strach. Mroczny pobłysk w jego oczach przywodził jej na myśl węgiel drzewny namoczony naftą, gotowy zapłonąć w każdej chwili. -

Więc na czym polega wasza misja? - zapytał Herkules.

-

Giganci - odrzekł Jason. - Płyniemy do Grecji powstrzymać ich przed

przebudzeniem Gai. -

Giganci - mruknął Herkules. - Tych to nie znoszę. Kiedy byłem herosem... ach,

zresztą nieważne. To który z bogów wam to nakazał? Stary? Atena? Może Afrodyta? Uniósł brew, spoglądając na Piper. - Jesteś taka ładna, że to pewnie twoja matka. Piper powinna była myśleć szybciej, ale Herkules zbyt ją niepokoił. Za późno zorientowała się, że rozmowa zaczyna przypominać pole minowe. -

Hera nas wysłała - powiedział Jason. - Zebrała nas razem, żebyśmy...

-

Hera. - Nagle twarz Herkulesa skamieniała jak klify Gibraltaru.

-

My też jej nie znosimy - wtrąciła szybko Piper. O bogowie, dlaczego wcześniej o

tym nie pomyślała? Przecież Hera była śmiertelnym wrogiem Herkulesa! - Nie chcieliśmy jej pomóc. Nie dała nam wyboru, ale... -

Ale tu jesteście - przerwał jej Herkules, a w jego głosie nie było już ani śladu

przyjaźni. - Przykro mi. Nie obchodzi mnie, jak ważna jest wasza misja. Nie ruszę palcem, by pomóc Herze. Nigdy. Jason zrobił zdziwioną minę. -

Myślałem, że już z nią skończyłeś, odkąd stałeś się bogiem.

-

Już wam powiedziałem — warknął Herkules - żebyście nie wierzyli we wszystko,

co o mnie słyszycie. Jeśli chcecie wpłynąć na Morze Śródziemne, to muszę wam dać bardzo trudne zadanie. -Ale przecież jesteśmy jakby braćmi. Hera w moim życiu też nieźle namieszała. Rozumiem... -

Niczego nie rozumiesz - powiedział chłodno Herkules. - Moja pierwsza rodzina...

wszyscy nie żyją. Zycie strawiłem na odrabianiu jakichś śmiesznych prac. Moja druga żona umarła, kiedy ją podstępnie nakłoniono do otrucia mnie i wydania na bolesne męki. A co dostałem w zamian? Stałem się pomniejszym bogiem. Nieśmiertelnym, więc już nigdy nie zapomnę swego bólu. Uwięzionym tu jako strażnik, odźwierny... lokaj Olimpijczyków. Nie, nie możesz tego zrozumieć. Jedynym bogiem, który trochę mnie rozumie, jest Dionizos. No, ale on przynajmniej wynalazł coś pożytecznego. Ja mogę tylko pokazać bzdurne filmy o moim życiu. Piper użyła czaromowy. -

To bardzo przykre, wielmożny Herkulesie. Ale proszę, nie bądź dla nas tak srogi.

Nie jesteśmy złymi ludźmi. Przez chwilę myślała, że czar poskutkował. Herkules zawahał się. Potem zacisnął szczęki i pokręcił głową. -

Na drugim krańcu wyspy, za tymi wzgórzami, znajdziecie rzekę. Żyje w niej stary

bóg Acheloos. Zamilkł, jakby się spodziewał, że ta informacja wprawi ich w popłoch. -

1... ? - zapytał Jason.

-

-chcę, żebyście wyłamali mu ten drugi róg i mi go przynieśli.

-

Aha, ma rogi. Ale... zaraz... ten drugi róg? Co...

-

Sami się domyślicie - warknął bóg. - Proszę, to powinno pomóc.

Słowo „pomóc" wypowiedział tak, jakby znaczyło „zaboleć". Spod szaty wyciągnął jakąś książeczkę i cisnął w stronę Piper. Ledwie ją złapała. Na błyszczącej okładce książki był montaż zdjęć greckich świątyń i uśmiechniętych potworów. Minotaur unosił kciuk do góry. Tytuł brzmiał: Mare Nostrum - Przewodnik Herkulesa. -

Przynieście mi ten róg przed zachodem słońca - rzekł Herkules. — Tylko wy

dwoje. Nie porozumiewajcie się z waszymi przyjaciółmi. Wasz okręt pozostanie tam, gdzie jest. Jeśli wam się uda, będziecie mogli wpłynąć na Morze Śródziemne. -

A jeśli się nie uda? - zapytała Piper, dobrze wiedząc, że wcale nie chce usłyszeć

odpowiedzi. -

To Acheloos was zabije. A ja przełamię wasz okręt na pół własnymi rękami i

waszych przyjaciół spotka przedwczesna śmierć. Jason przestąpił z nogi na nogę. -

A nie moglibyśmy po prostu zaśpiewać coś śmiesznego?

-

Na mnie czas - odparł chłodno Herkules. - Do zachodu słońca. Albo wasi

przyjaciele zginą.

XXVII PIPER Przewodnik Herkulesa po Mare Nostrum nie ustrzegł ich przed wężami i komarami. - Jeśli to jest zaczarowana wyspa - burknęła Piper - to dlaczego nie może być przyjemną zaczarowaną wyspą? Wspięli się na wzgórze, a potem zeszli w gęsto zalesioną dolinę, uważając, by nie rozdrażnić wygrzewających się na skałach wężów w czarno-białe paski. Nad zarośniętymi sadzawkami roiło się od komarów. Las składał się głównie ze skarłowaciałych oliwek, cyprysów i sosen. Brzęczenie cykad i obezwładniający upał przypominały Piper lato w indiańskim rezerwacie w Oklahomie. Nadal nie natrafili na żadną rzekę. -

Możemy polecieć - zaproponował ponownie Jason.

-

Moglibyśmy coś przeoczyć - odrzekła Piper. - A zresztą nie jestem pewna, czy

chciałabym spaść na jakiegoś mało przyjaznego boga. Jak on się nazywa? Ach-ten-los? -

Acheloos. - Jason próbował czytać przewodnik podczas marszu, więc co chwila

wpadał na drzewa i potykał się o skały. - Tu piszą, że jest potamosem. -

Hipopotamosem?

-

Nie. Potamosem. Rzecznym bogiem. Piszą, że jest duchem jakiejś rzeki w Grecji.

-

Skoro nie jesteśmy w Grecji, to musimy przyjąć, że się tu przeniósł. Co nie

świadczy dobrze o wiarygodności tej książki. Coś jeszcze? -

Piszą, że Herkules kiedyś go pokonał.

-

Herkules pokonał dziewięćdziesiąt dziewięć procent wszystkiego, co można było

pokonać w starożytnej Grecji. -

No tak. Popatrzmy. Słupy Herkulesa... - Jason przewrócił kartkę. - Piszą, że na tej

wyspie nie ma hoteli, restauracji, transportu. Atrakcje: Herkules i dwa slupy O, to jest interesujące. Możliwe, że znak dolara... no wiesz, S przekreślone dwiema pionowymi kreskami... pochodzi od herbu Hiszpanii, na którym są Słupy Herkulesa, a pomiędzy nimi jakiś proporzec. „No, nieźle" - pomyślała Piper. - „Jason wreszcie dogadał się z Annabeth i ta bystrota już zaczyna mieć na niego wpływ". -

Coś konkretnego? - zapytała.

-

Zaczekaj. Tu jest drobna wzmianka o Acheloosie: tego rzecznego boga pokonał

Herkules, walcząc o rękę pięknej Dejaniry. Podczas walki Herkules odłamał mu jeden z rogów, który stal się pierwszą kornukopią. -

Czego kopią?

-

Rogiem obfitości. To ta dekoracja na Święto Dziękczynienia. Róg, z którego

wysypują się różne dobra. Mieliśmy takie w sali jadalnej w Obozie Jupiter. Nie wiedziałem, że oryginałem był róg jakiegoś faceta. -

A my mamy przynieść ten drugi róg. Podejrzewam, że nie będzie to łatwe. Kim

była ta Dejanira? -

Herkules ją poślubił - odrzekł Jason. - Wydaje mi się... tego tu nie piszą, ale

chyba stało jej się coś złego. Piper przypomniała sobie, co powiedział im Herkules: jego pierwsza rodzina nie żyje, jego druga żona umarła po tym, jak ją podstępnie skłoniono, by go otruła. To zadanie coraz mniej jej się podobało. Przebrnęli przez przełęcz między dwoma wzgórzami, starając się nie wychodzić z cienia, ale Piper już była mokra od potu. Kostki u nóg, ramiona i szyję miała pokąsane przez komary, więc wyglądała, jakby się zaraziła ospą. W końcu udało jej się pobyć sam na sam z Jasonem i oto jak spędzają ten czas. Zła była na niego za uwagę o Herze, ale wiedziała, że nie powinna go za to winić. Może po prostu była w ogóle na niego zła. Od czasu wizyty w Obozie Jupiter wciąż rozsiewała wokół siebie niepokoje i żale. Co chciał jej powiedzieć Herkules o synach Zeusa? Że nie można im ufać? Że są wciąż pod tak okropną presją? Próbowała sobie wyobrazić Jasona jako boga stojącego na plaży i pilnującego wrót do jakiegoś oceanu, kiedy już ona i wszyscy, których znał w swoim śmiertelnym życiu, będą od dawna martwi. Czy Herkules był kiedyś tak pozytywną postacią jak Jason? Czy był taki pełny optymizmu, taki godny zaufania, taki skory do udzielania pomocy? Trudno to było sobie wyobrazić. Kiedy schodzili w kolejną dolinę, zastanawiała się, co się dzieje na pokładzie „Argo II". Kusiło ją, by przesłać im wiadomość iryfonem, ale Herkules ostrzegł ich, by nie kontaktowali się z przyjaciółmi. Miała nadzieję, że Annabeth okaże na tyle rozsądku, by

nie wysyłać na brzeg drugiej grupy. Trudno przewidzieć, co by wówczas zrobił Herkules. Wyobraziła sobie trenera Hedge'a tracącego cierpliwość i celującego z balisty w boga w purpurowej szacie, a potem kolejny atak ejdolonów, które opanowałyby załogę i zmusiły ją do popełnienia samobójstwa poprzez sprowokowanie Herkulesa. Wzdrygnęła się. Nie wiedziała, która może być godzina, ale słońce zaczynało już chylić się ku horyzontowi. Jak ten dzień szybko zleciał! Cieszyłoby ją nadchodzące wraz z zachodem ochłodzenie, ale nadciągał też ich ostateczny termin. Kolejny dzień to już pierwszy lipca, lipcowe kalendy. Jeśli wszystko, czego się do tej pory dowiedzieli, jest prawdą, będzie to ostatni dzień życia Nica di Angelo i dzień, w którym Rzym zostanie zniszczony. -

Stop - powiedział Jason.

Piper nie wiedziała, o co mu chodzi. Potem zdała sobie sprawę, że słyszy przed sobą plusk wody. Przekradli się między drzewami i stanęli na brzegu rzeki. Miała ze dwanaście metrów szerokości, ale była płytka - srebrny pas wody płynącej po gładkich kamieniach. Kilka metrów dalej nurt wpadał w granatową toń. Coś w tej rzece budziło jej niepokój. Cykady w drzewach umilkły. Ptaki już nie ćwierkały. Jakby ta woda wygłaszała wykład i nie życzyła sobie żadnych innych dźwięków. Ale im dłużej Piper słuchała, tym bardziej rzeka ją pociągała. Zapragnęła napić się tej wody. Może powinna zdjąć buty? Stopy by jej odpoczęły. A ta krągła głębina... jak by było rozkosznie wskoczyć w nią z Jasonem i popływać w chłodnej wodzie, w cieniu drzew. To takie romantyczne... Otrząsnęła się. To nie były jej myśli. Coś było nie tak. Miała wrażenie, że tym razem to rzeka używa czaromowy. Jason usiadł na kamieniu i zaczął zdejmować buty. Z uśmiechem wpatrywał się w głębinę, jakby nie mógł się doczekać, by w nią wskoczyć. -

Przestań! - krzyknęła Piper do rzeki.

Jason spojrzał na nią zdumiony. -

Co mam przestać?

-

Nie ty. Ona.

Poczuła się głupio, wskazując na wodę, ale była pewna, że ta rzeka rzuca na nich

jakiś czar, manipuluje ich uczuciami. W chwili gdy pomyślała, że już się z tego czaru wyzwoliła, a Jason też to potwierdzi, rzeka przemówiła: -

Wybaczcie mi. Śpiew jest jedyną przyjemnością, która mi pozostała.

Z granatowej głębiny wynurzyła się jakaś postać, jakby ją uniósł podwodny dźwig. Piper naprężyła ramiona. To była ta sama istota, którą ujrzała na klindze swojego sztyletu, byk z ludzką twarzą. Skórę miał niebieską jak ta woda. Kopyta unosiły się tuż nad powierzchnią rzeki. Na bydlęcym karku osadzona była głowa mężczyzny o krótkich, kręconych czarnych włosach. Miał brodę ufryzowaną w pierścienie na grecką modłę, ciemne, pełne smutku oczy za dwuogniskowymi okularami i nadąsane usta. Z lewej strony głowy wyrastał jeden byczy róg - zakrzywiony, czarno-biały, podobny do tych rogów, z których pili starożytni wojownicy. Musiał być ciężki, bo jego właściciel przechylał głowę na lewo, co wyglądało, jakby próbował sobie wytrząsnąć wodę z ucha. -

Witajcie - powiedział ponuro. - Pewnie przyszliście mnie zabić.

Jason włożył z powrotem buty i powoli wstał. -

Mm... no więc...

-

Nie! - zawołała Piper. - Przepraszam. To takie kłopotliwe. Nie chcieliśmy cię

niepokoić, ale przysłał nas tutaj Herkules. -

Herkules! - Bykoczłowiek westchnął. Pogrzebał kopytami wodę, jakby zamierzał

zaatakować. - Dla mnie zawsze będzie Heraklesem. To jego greckie imię: „Chwała Hery". -

Dziwne imię - rzekł Jason. - Bo jej nienawidzi.

-

To prawda - powiedział bykoczłowiek. - Może właśnie dlatego nie protestował,

kiedy Rzymianie przemianowali go na Herkulesa. I pod tym imieniem zna go większość ludzi. To jego... jak by tu rzec... markowe imię. Lubi dbać o wizerunek. Powiedział to z goryczą, ale bez złości, jakby Herkules był jego starym przyjacielem, który się pogubił w życiu. -Jesteś Acheloos, tak? - zapytała Piper. Bykoczłowiek ugiął przednie nogi i pochylił głowę w ukłonie, co Piper uznała za gest bardzo miły, ale trochę smutny. -

Do usług. Nadzwyczajny bóg rzeczny. Kiedyś duch najpotężniejszej rzeki w

Grecji. Teraz skazany na przebywanie tutaj, na drugim krańcu wyspy, na której uwięziony jest też mój dawny wróg. Och, bogowie są tacy okrutni! Ale nie wiem, czy to kara większa dla mnie, czy dla Herkulesa. Piper nie bardzo wiedziała, o co mu chodzi, ale śpiew rzeki znowu zaczął ją atakować, przypominając jej, jaka jest zgrzana i spragniona, jak miło byłoby popływać. Starała się skupić. -Jestem Piper - powiedziała. - A to jest Jason. Nie chcemy z tobą walczyć. Tylko że Herakles... Herkules... wściekł się na nas i wysłał nas tutaj. Opowiedziała o ich misji do starożytnych krain w celu powstrzymania gigantów przed przebudzeniem Gai. Opisała, jak powstała ich drużyna, złożona z Greków i Rzymian, i jak Herkules wpadł we wściekłość, gdy się dowiedział, że stoi za tym Hera. Przez cały czas Acheloos przechylał głowę w lewo, ale Piper nie była pewna, czy morzy go sen, czy tak bardzo ciąży mu ten jeden róg. Kiedy skończyła, spojrzał na nią tak, jakby dostała okropnej wysypki. -Ach, moja droga... tak, te legendy zawierają prawdę. Te duchy, te wodne ludojady. Piper zdusiła okrzyk. Nie mówiła nic o duchach i wodnych ludojadach. -Skąd... -

Rzeczni bogowie wiedzą o różnych sprawach. Ty, niestety, skupiasz się na złej

legendzie. Jeśli dotrzesz do Rzymu, bardziej ci się przyda opowieść o potopie. -

Piper? - odezwał się Jason. - O czym on mówi?

Jej myśli przypominały teraz kalejdoskop ze skomplikowaną kompozycją. „Opowieść o potopie"... „Jeśli dotrzesz do Rzymu"... -

Nie... nie bardzo wiem - odpowiedziała, choć wzmianka o potopie zabrzmiała

jakby znajomo. - Acheloosie, nie rozumiem... -

Tak, nie rozumiesz — zgodził się rzeczny bóg. - Biedaczka. Jeszcze jedna

dziewczyna trafiła na syna Zeusa. -

Zaraz, zaraz - powiedział Jason. - Po pierwsze jestem synem Jupitera. A po drugie

dlaczego biedaczka? Acheloos zignorował go. -

Dziewczyno, wiesz, dlaczego walczyłem z Herkulesem?

-

Chodziło o kobietę. Miała na imię Dejanira, tak?

-

Tak. - Acheloos westchnął. - A wiesz, co się z nią stało?

-

Och... - Piper zerknęła na Jasona.

Jason wyjął przewodnik Herkulesa i zaczął go wertować. -

Tu naprawdę nie ma...

Acheloos prychnął ze złością. -

Co to jest?

Jason zamrugał. -

No... to jest przewodnik Herkulesa po Mare Nostrum. Dał nam go, żebyśmy...

-

To ww jest książka. Dał wam to, żeby mi dopiec, tak? Dobrze wie, że nie znoszę

tych bzdur. -

Nie znosisz... książek? - zapytała Piper.

-

Ech! - Twarz Acheloosa zarumieniła się, co sprawiło, że jego niebieska skóra

zrobiła się fioletowa. - To nie jest książka - powtórzył. Pogrzebał kopytami wodę. Z rzeki, jak miniaturowa rakieta, wystrzelił zwój, który wylądował tuż przed nim. Rozwinął go kopytami. Na podniszczonym pergaminie ukazały się wyblakłe łacińskie litery i jakieś wymyślne obrazki. -

To jest książka! Och, ten zapach owczej skóry! Ta miła wy-tworność, jaką się

czuje, gdy kopyta rozwijają zwój. Tego po prostu z niczym nie można porównać. Z pogardą wskazał głową na przewodnik w ręku Jasona. -

Wy, współczesna młodzieży, i te wasze nowomodne gadżety! Pozszywane kartki.

Małe prostokąciki tekstu, których nie czują kopyta. To jest zszyta książka, z-book, można by rzec. Ale to nie jest tradycyjna książka. Nie ma porównania z dobrym, staroświeckim zwojem! -

No dobra... już ją chowam - rzekł Jason i ostrożnie włożył przewodnik z

powrotem do tylnej kieszeni spodni, tak jakby wsuwał do pochwy jakąś niebezpieczną broń. Acheloos trochę się uspokoił, a Piper odetchnęła z ulgą. Nie chciała być zaatakowana przez jednorogiego byka z obsesją na punkcie zwojów. -

No więc - rzekł Acheloos, stukając kopytem w obrazek na zwoju - to-jest

Dejanira. Piper uklękła, aby przyjrzeć się obrazkowi. Ręcznie namalowany portret kobiety był

mały, ale widać było, że jest bardzo piękna, o długich czarnych włosach, czarnych oczach i swawolnym uśmiechu. Można było sobie wyobrazić, że na jej widok mężczyźni tracili rozum. -

Księżniczka Kalidonu - powiedział ze smutkiem Acheloos. - Obiecano ją mnie,

ale pojawił się Herkules i wyzwał mnie na pojedynek. -

1 wyłamał ci róg? - zapytał Jason.

-

Tak. Nigdy mu tego nie wybaczę. Jeden róg to okropna niewygoda. Ale Dejanirę

spotkał gorszy los. Mogła wieść długie, szczęśliwe życie, gdyby poślubiła mnie. -

Byka z głową człowieka - powiedziała Piper - żyjącego w rzece.

-

No właśnie - zgodził się Acheloos. - Aż trudno uwierzyć, że mnie odrzuciła,

prawda? Ale tak się stało i wyszła za Herkulesa. Wybrała tego przystojnego, umięśnionego herosa zamiast dobrego, wiernego męża, który by ją dobrze traktował. I co się później stało? No, powinna to przewidzieć. Herkules był zbyt zajęty własnymi sprawami, aby być dobrym mężem. Już przedtem zamordował swoją pierwszą żonę. Hera go przeklęła, więc wpadł w szał i wymordował całą swoją rodzinę. To okropne. Właśnie dlatego musiał za karę wykonać tych dwanaście prac. Piper to wstrząsnęło. -

Zaraz... więc to Hera doprowadziła go do szału, a on został ukarany?

Acheloos prychnął. -

Mieszkańcy Olimpu nigdy nie płacą za swoje zbrodnie. A Hera zawsze pałała

nienawiścią do synów Zeusa... albo Jupitera. -Zerknął nieufnie na Jasona. - W każdym razie moją biedną Dejanirę spotkał tragiczny los. Była okropnie zazdrosna o wiele miłostek Herkulesa. Bo on hulał po świecie jak jego ojciec Zeus, flirtując z każdą napotkaną kobietą. W końcu Dejanira popadła w taką rozpacz, że usłuchała złej rady. Pewien chytry centaur, Nessos, powiedział jej, że jeśli chce, by Herkules był jej na zawsze wierny, powinna skropić krwią centaura wewnętrzną stronę jego ulubionej tuniki. Niestety, kłamał, żeby się zemścić na Herkulesie. Dejanira go posłuchała, ale zamiast uczynić Herkulesa wiernym małżonkiem... -

Krew centaura pali jak kwas - wtrącił Jason.

-

Właśnie. I Herkules umarł w męczarniach. Kiedy Dejanira zdała sobie sprawę z

tego, co uczyniła... - Przeciągnął kopytem po szyi. -

To straszne - powiedziała Piper.

-

A jaki z tego morał, moja droga? - zapytał Acheloos. - Strzeż się synów Zeusa.

Piper poczuła, że nie może teraz spojrzeć na swojego chłopaka. Nie była pewna, czy zdoła ukryć niepokój. Jason na pewno różnił się bardzo od Herkulesa, ale ta opowieść obudziła na nowo wszystkie jej lęki. Hera manipulowała ich uczuciami, podobnie jak manipulowała Herkulesem. Piper pragnęła wierzyć, że Jason nigdy by nie wpadł w morderczy szał tak jak Herkules. A jednak zaledwie cztery dni temu opanował go ejdolon i mało brakowało, by zabił Percy'ego Jacksona. -

Herkules jest teraz bogiem - powiedział Acheloos. - Poślubił Hebe, młodą

boginię, ale nadal rzadko bywa w domu. Mieszka tu, na tej wyspie, strzegąc tych głupich słupów. Mówi, że Zeus mu to nakazał, ale myślę, że po prostu woli być tutaj niż na górze Olimp i pławić się w goryczy, opłakując swoje śmiertelne życie. Moja obecność przypomina mu jego porażki, zwłaszcza tę kobietę, która w końcu go zabiła. A jego obecność przypomina mi biedną Dejanirę, która mogła być moją żoną. Stuknął kopytem w zwój, który zwinął się i zapadł w wodę. -

Herkules chce mi odebrać drugi róg, żeby mnie poniżyć. Może poczułby się

lepiej, wiedząc, że ja też jestem w żałosnym stanie. A poza tym ten róg stałby się rogiem obfitości. Wylewałoby się z niego dobre jedzenie i picie, podobnie jak moja moc sprawia, że rzeka płynie. I nie wątpię, że zatrzymałby ten róg dla siebie. Byłaby to prawdziwa tragedia i marnotrawstwo. Piper podejrzewała, że śpiew rzeki i senny głos Acheloosa nadal na nią działają, ale nie mogła się nie zgodzić z tym, co bóg rzeki powiedział. Biedny bykoczłowiek wydał się jej taki smutny i samotny. Jason drgnął. -

Przykro mi, Acheloosie - rzekł. - Rzeczywiście, kiepsko na tym wszystkim

wyszedłeś. Ale może... no wiesz, bez tego drugiego rogu nie będziesz tak przechylał głowy. Może poczujesz się lepiej. -Jason! - zawołała Piper. Uniósł obie ręce. -

Tak tylko pomyślałem. Zresztą nie mamy wyboru. Jeśli Herkules nie dostanie

tego rogu, zabije nas i naszych przyjaciół. -

On ma rację - powiedział Acheloos. - Nie macie wyboru. I dlatego mam nadzieję,

że mi wybaczycie. Piper zmarszczyła brwi. Rzeczny bóg powiedział to z takim smutkiem, że chciała go pogładzić po głowie. — Co ci mamy wybaczyć? — Ja też nie mam wyboru - odrzekł Acheloos. - Muszę was powstrzymać. Rzeka eksplodowała i ściana wody runęła na Piper..

XXVIII PIPER Prąd porwał ją jak drapieżna łapa i wciągnął w toń. Walka z nim była niemożliwa. Zacisnęła usta, z najwyższym trudem wstrzymując oddech, na krawędzi paniki. Nie widziała nic prócz strumienia bąbli. Słyszała tylko odgłosy własnej szamotaniny i głuchy ryk wzburzonej rzeki. Już zaczęła myśleć o śmierci: utonie w sadzawce, na wyspie, która nie istnieje. Wtedy, tak samo nagle jak przedtem dostała się pod wodę, wir wyrzucił ją na powierzchnię. Znalazła się w jego centrum. Mogła oddychać, ale nie mogła się uwolnić. Parę metrów od niej wynurzył się Jason i łapczywie zaczerpnął powietrza; w ręku trzymał miecz. Machnął nim gwałtownie, chociaż nie było kogo zaatakować. Nieco dalej, na prawo od Piper wychynął z wody Acheloos. -

Naprawdę bardzo mi przykro - powiedział.

Jason rzucił się ku niemu, wzywając wiatr, by go uniósł ponad rzekę, ale Acheloos był szybszy i silniejszy. Fala uderzyła Jasona i wbiła go ponownie w toń. -

Przestań! - wrzasnęła Piper.

Nie było jej łatwo użyć czaromowy, gdy miotał nią wir, ale przyciągnęła uwagę Acheloosa. -

Obawiam się, że nie mogę przestać - rzekł bóg rzeki. - Nie oddam Herkulesowi

drugiego rogu. To by było upokarzające. -

Jest inny sposób! Nie musisz nas zabijać!

Jason znowu wynurzył się z wody. Miniaturowa chmura burzowa uformowała się nad jego głową. -

Nic z tego, synu Jupitera - zaszydził Acheloos. - Jeśli wezwiesz piorun, prąd

porazi twoją dziewczynę. Wir ponownie wciągnął Jasona pod wodę. -

Puść go! - Piper nasyciła swój głos całą siłą przekonywania. -Obiecuję, że nie

pozwolę, by Herkules dostał twój róg! Acheloos zawahał się. Przygalopował do niej z głową przechyloną w lewo. -

Mam nadzieję, że nie kłamiesz.

-

Nie, nie kłamię! Herkules jest podły. Ale, błagam, najpierw puść mojego

przyjaciela! Woda zabulgotała tam, gdzie zniknął Jason. Piper powstrzymała się od krzyku. Jak długo można wstrzymywać oddech? Acheloos spojrzał na nią z góry przez swoje dwuogniskowe okulary. Twarz mu złagodniała. -

Rozumiem. Będziesz moją Dejanirą. Zostaniesz moją narzeczoną, żeby

wynagrodzić mi stratę. -

Co?! - Piper nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Ten wir dosłownie przyprawiał

ją o zawrót głowy. - Tak naprawdę to myślałam... -

Och, rozumiem. Jesteś zbyt skromna, by proponować mi to w obecności swojego

chłopaka. Oczywiście masz rację. Będę cię traktował o wiele lepiej niż ten syn Zeusa. Po tylu stuleciach w końcu wszystko naprawię. Nie mogłem uratować Dejaniry, ale mogę uratować ciebie. Nie było jej łatwo użyć czaromowy, gdy miotał nią wir, ale przyciągnęła uwagę Acheloosa. -

Obawiam się, że nie mogę przestać - rzekł bóg rzeki. - Nie oddam Herkulesowi

drugiego rogu. To by było upokarzające. -

Jest inny sposób! Nie musisz nas zabijać!

Jason znowu wynurzył się z wody. Miniaturowa chmura burzowa uformowała się nad jego głową. -

Nic z tego, synu Jupitera - zaszydził Acheloos. - Jeśli wezwiesz piorun, prąd

porazi twoją dziewczynę. Wir ponownie wciągnął Jasona pod wodę. -

Puść go! - Piper nasyciła swój głos całą siłą przekonywania. -Obiecuję, że nie

pozwolę, by Herkules dostał twój róg! Acheloos zawahał się. Przygalopował do niej z głową przechyloną w lewo. -

Mam nadzieję, że nie kłamiesz.

-

Nie, nie kłamię! Herkules jest podły. Ale, błagam, najpierw puść mojego

przyjaciela! Woda zabulgotała tam, gdzie zniknął Jason. Piper powstrzymała się od krzyku. Jak długo można wstrzymywać oddech?

Acheloos spojrzał na nią z góry przez swoje dwuogniskowe okulary. Twarz mu złagodniała. -

Rozumiem. Będziesz moją Dejanirą. Zostaniesz moją narzeczoną, żeby

wynagrodzić mi stratę. -

Co?! - Piper nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Ten wir dosłownie przyprawiał

ją o zawrót głowy. - Tak naprawdę to myślałam... -

Och, rozumiem. Jesteś zbyt skromna, by proponować mi to w obecności swojego

chłopaka. Oczywiście masz rację. Będę cię traktował o wiele lepiej niż ten syn Zeusa. Po tylu stuleciach w końcu wszystko naprawię. Nie mogłem uratować Dejaniry, ale mogę uratować ciebie. Czy minęło już trzydzieści sekund? Minuta? Jason nie mógłby wytrzymać dłużej. -

Będziesz musiała pozwolić umrzeć swoim przyjaciołom - ciągnął Acheloos. -

Herkules będzie zły, ale obronię cię przed nim. Możemy być razem szczęśliwi. Na początek niech ten Jason sobie utonie, dobrze? Piper wiedziała jedno: musi się skupić. Ukryła lęk i gniew. Była córką Afrodyty. Musiała użyć przymiotów godnych córki bogini miłości. Uśmiechnęła się tak słodko, jak potrafiła, i uniosła obie ręce. -

Wyciągnij mnie, proszę.

Twarz Acheloosa rozjaśnił uśmiech. Chwycił ją za dłonie i wyciągnął z wodnego wiru. Jeszcze nigdy nie dosiadała byka, ale w Obozie Herosów próbowała jeździć na oklep na pegazie i pamiętała, co trzeba robić. Siłą rozpędu przerzuciła jedną nogę przez grzbiet Acheloosa. Potem złączyła stopy pod jego szyją, otoczyła ją jedną ręką, a drugą wyciągnęła sztylet. Przycisnęła ostrze do jego podbródka. -

Wypuść. Jasona. - Włożyła całą siłę woli w ten rozkaz. - Teraz!

Zdawała sobie sprawę z luk w swoim planie. Bóg rzeki mógł po prostu rozpuścić się w wodzie. Mógł wciągnąć ją pod powierzchnię i czekać, aż utonie. Ale najwyraźniej czaromowa zadziałała, a może Acheloos był zbyt zaskoczony, by myśleć jasno. Prawdopodobnie nie przywykł do pięknych dziewczyn grożących mu poderżnięciem gardła. Jason wystrzelił z wody jak kula armatnia. Przebił się przez gałęzie oliwki i potoczył

po trawie. Musiało go to zaboleć, ale natychmiast podźwignął się na nogi, dysząc i kaszląc. Uniósł miecz, a ciemne chmury zgęstniały nad rzeką. Piper rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie: Jeszcze nie. Musiała najpierw wydostać się z rzeki, żeby prąd jej nie poraził. Acheloos wygiął grzbiet, jakby przeczuwał jakąś chytrą sztuczkę. Piper mocniej przycisnęła ostrze sztyletu do jego gardła. -

Bądź dobrym bykiem - ostrzegła go.

-

Przyrzekłaś - powiedział przez zęby. - Przyrzekłaś, że Herkules nie dostanie

mojego rogu. -1 nie dostanie. Ale ja tak. Uniosła sztylet i chlasnęła nim przez róg boga. Niebiański spiż przeciął podstawę rogu, jakby była z mokrej gliny. Acheloos zaryczał z wściekłości. Zanim zdołał ochłonąć, Piper stanęła mu na grzbiecie. Z rogiem w jednej ręce i sztyletem w drugiej skoczyła w stronę brzegu. - Jason! - krzyknęła. Dzięki bogom, zrozumiał. Pochwycił ją podmuch wiatru i przeniósł bezpiecznie na brzeg. Uderzyła w ziemię, potoczyła się po trawie i w tym momencie włosy stanęły jej dęba. Metaliczny zapach wypełnił powietrze. Odwróciła się ku rzece i została oślepiona. BUM! Piorun ugodził w wodę, zamieniając ją we wrzący kocioł, dymiący i syczący. Zamrugała powiekami, żeby przepędzić z oczu żółte plamki, gdy Acheloos jęknął i zniknął pod powierzchnią z przerażoną miną, która zdawała się wołać: „Jak mogłaś?!". - Jason, uciekamy! Wciąż była oszołomiona i mdliło ją ze strachu, ale oboje zaczęli się przedzierać przez las. Kiedy wspinała się na wzgórze, przyciskając róg byka do piersi, zdała sobie sprawę, że łka - chociaż nie bardzo wiedziała, czy ze strachu, ulgi czy wstydu za to, co zrobiła. Zwolnili dopiero na szczycie wzgórza. Piper czuła się głupio, ale wciąż była załamana i płakała, opowiadając Jasonowi, co się stało, kiedy on walczył o życie pod wodą. -

Piper, nie miałaś wyboru. - Położył jej rękę na ramieniu. — Ocaliłaś mi życie.

Otarła oczy i starała się opanować. Słońce wisiało już nad horyzontem. Muszą szybko

wrócić do Herkulesa, bo inaczej ich przyjaciele zginą. -

Acheloos cię do tego zmusił - ciągnął Jason. - A poza tym wątpię, by piorun go

zabił. To starożytny bóg. Trzeba by zniszczyć jego rzekę, żeby zniszczyć jego. A on będzie żył bez tego rogu. Skoro musiałaś skłamać, mówiąc mu, że nie oddasz go Herkulesowi, no to... -

Nie skłamałam.

Spojrzał na nią zdumiony. -

Pipes... nie mamy wyboru. Herkules zabije...

-

Herkules na to nie zasługuje.

Nie wiedziała, dlaczego jest taka wściekła, ale po raz pierwszy w życiu była czegoś tak pewna. Herkules był niepoprawnym, samolubnym draniem. Skrzywdził zbyt wiele osób, a teraz chciał skrzywdzić ich. Może miał w życiu pecha. Może bogowie nim pomiatali. Ale to go nie usprawiedliwiało. Heros nie jest w stanie zapanować nad bogami, ale powinien panować nad sobą. Jason nigdy by taki nie był. Nigdy by nie obwiniał innych o swoje kłopoty, osobista uraza nigdy nie przeszkodziłaby mu zrobić tego, co słuszne. Piper nie zamierzała powtarzać błędu Dejaniry. Nie chciała być posłuszna Herkulesowi tylko dlatego, że jest taki przystojny i silny, że budzi taki strach. Tym razem nie będzie po jego myśli - nie po tym, jak zagroził im śmiercią i kazał poniżyć i pognębić Acheloosa, żeby odegrać się na Herze. Nie zasługiwał na róg obfitości. Zamierzała przywołać go do porządku. -

Mam pewien plan.

Powiedziała Jasonowi, co trzeba zrobić. Nie zdawała sobie sprawy, że używa czaromowy, dopóki nie zobaczyła jego szklistych oczu. -

Skoro tak uważasz — powiedział i zamrugał kilka razy. - Pewnie zginiemy, ale

zgadzam się. Herkules czekał w tym samym miejscu, w którym go opuścili. Wpatrywał się w „Argo II". Okręt był zakotwiczony między dwiema kolumnami; za nim zachodziło już słońce. Jeszcze nic się nie stało, ale Piper poczuła, że jej plan jest zupełnie szalony. Było za późno, by go zmieniać. Już wysłała wiadomość iryfonem do Leona. Jason był

przygotowany. A kiedy ponownie zobaczyła Herkulesa, nabrała pewności, że nie można mu dać tego, czego chciał. Nie rozpromienił się na widok Piper niosącej róg byka, ale twarz trochę mu złagodniała. -

Dobrze - rzekł. — Przynieśliście mi róg. Skoro tak, to jesteście wolni.

Piper zerknęła na Jasona. -

Słyszałeś, co powiedział. Mamy jego pozwolenie. - Zwróciła się z powrotem w

stronę boga. - To znaczy, że nasz okręt może wpłynąć na Morze Śródziemne, tak? -

Tak, tak. - Herkules pstryknął palcami. - Daj mi ten róg.

-

Nie.

Bóg zmarszczył brwi. -

Słucham?

Uniosła róg obfitości w górę. Po odcięciu od głowy Acheloosa stał się pusty w środku, gładki i ciemny Wyglądał dość zwyczajnie, ale liczyła na jego czarodziejską moc. -

Acheloos miał rację - powiedziała. - Jesteś jego przekleństwem tak samo jak on

twoim. Co z ciebie za heros? Herkules spojrzał na nią tak, jakby przemówiła po japońsku. -

Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że mogę was zabić kiwnięciem palca? Mogę

cisnąć maczugą w wasz okręt i rozwalić kadłub. Mogę... -

Możesz się przymknąć - powiedział Jason, dobywając miecza. - Może Zeus

rzeczywiście różni się od Jupitera. Bo ja nie zniósłbym brata, który zachowuje się tak jak ty. Żyły na szyi Herkulesa zrobiły się purpurowe jak jego szata. -

Nie będziesz pierwszym półbogiem, którego zabiję.

-

Jason jest lepszy od ciebie - powiedziała Piper. - Ale nie martw

się. Nie chcemy z tobą walczyć. Zamierzamy odpłynąć stąd z tym rogiem. Nie zasługujesz na niego. Zatrzymam go, żeby mi przypominał, czego półbogowi nie wolno robić. I żeby mi przypominał nieszczęsnego Acheloosa i Dejanirę. Nozdrza boga zadrgały. -

Nie wymawiaj tego imienia! Chyba nie myślisz poważnie, że boję się twojego

mizernego chłoptasia. Nikt nie jest silniejszy ode mnie. -

Nie powiedziałam, że jest od ciebie silniejszy. Powiedziałam, że jest lepszy.

Skierowała wylot rogu w stronę Herkulesa. Pozwoliła, by opuściły ją wszystkie żale, zwątpienia i złości, które ją dręczyły od czasu wizyty w Obozie Jupiter. Skupiła się na wszystkim, co dobrego przeżyła z Jasonem Grace: na locie w jego ramionach nad Wielkim Kanionem, na wspólnych przechadzkach po plaży w Obozie Herosów, kiedy trzymali się za ręce, śpiewając i patrząc na gwiazdy, na siedzeniu razem w leniwe popołudnia przy polach truskawek i słuchaniu satyrów grających na fletniach. Pomyślała o przyszłości, kiedy giganci zostaną już pokonani, a Gaja znowu pogrąży się we śnie, kiedy będą żyli razem szczęśliwie — bez zazdrości, bez potworów, z którymi trzeba walczyć. Wypełniła swoje serce tymi myślami i poczuła, że róg obfitości zaczyna się rozgrzewać. I nagle z rogu trysnął strumień jedzenia tak silny jak rzeka Acheloosa. Strumień świeżych owoców, pieczywa i wędzonych szynek runął na Herkulesa, zasypując go w okamgnieniu. Piper nie mogła zrozumieć, w jaki sposób to wszystko mieściło się w rogu i przepychało przez jego wąski wylot, ale pomyślała, że szczególnie te szynki były na miejscu. Kiedy róg wypluł z siebie dość jadła, by wypełnić dom, sam się zamknął. Piper słyszała dochodzące spod tego wzgórka wrzaski i szamotaninę Herkulesa. Najwyraźniej nawet najsilniejszy na świecie bóg musiał ulec, pogrzebany pod stosem świeżych produktów spożywczych. -

Zwiewajmy! — zawołała do Jasona, który zapomniał o swojej roli w tym planie i

gapił się na stos. - Już! Objął ją w pasie i wezwał wiatr. Zostali zdmuchnięci z wyspy tak gwałtownie, że powietrze uderzyło Piper w twarz jak smagnięcie biczem. W ostatniej chwili. Bo kiedy wyspa zniknęła im z oczu, głowa Herkulesa wyłoniła się z pagórka wszelkich dóbr jadalnych, z tkwiącą na niej jak hełm połówką orzecha kokosowego. -

Zabiję! - ryknął, a miał w tym niezłą wprawę.

Jason wylądował na pokładzie „Argo II". Na szczęście Leo zrobił to, co do niego należało. Wiosła okrętu były już w trybie lotu. Kotwica podniesiona. Jason wezwał wichurę tak potężną, że poderwała ich w niebo, a Percy wysłał na brzeg trzymetrową

falę, która ponownie powaliła Herkulesa kaskadą wody i ananasów. Kiedy bóg stanął wreszcie na nogach i zaczął ciskać w nich kokosami, „Argo II" przebijał się już przez obłoki nad Morzem Śródziemnym.

XXIX PERCY Percy nie czuł się najlepiej. Najpierw uciekł z Atlanty przed złymi bogami morza. Potem nie zapobiegł atakowi olbrzymiej krewetki na „Argo II". Potem te rybocentaury, bracia Chejrona, nawet nie chciały się z nim spotkać. Jakby tego było mało, kiedy dopłynęli do Gibraltaru, Jason Błyskawica odwiedził swojego brata przyrodniego Herkulesa, najsłynniejszego półboga wszech czasów, a on, Percy, musiał w tym czasie tkwić na okręcie. No dobra, z tego, co mówiła Piper, wynikało, że Herkules okazał się zimnym draniem, ale... łażenie tam i z powrotem po pokładzie nie jest zbyt atrakcyjnym zajęciem. Otwarte morze powinno przecież być jego terytorium. To on powinien odgrywać tu główną rolę, dowodzić, chronić swoich przyjaciół. A zamiast tego od początku rejsu przez Atlantyk raz pogawędził z rekinami, a poza tym wysłuchiwał trenera Hedgea podśpiewującego kawałki z popularnych seriali. Co gorsza, odkąd opuścili Charleston, nie miał bliższego kontaktu z Annabeth. Większość czasu spędzała w swojej kabinie, studiując spiżową mapę, którą zdobyła w Forcie Sumter, albo szukając informacji w laptopie Dedala. Za każdym razem gdy próbował się z nią zobaczyć, była tak pogrążona w myślach, że ich rozmowa przebiegała mniej więcej w stylu: Percy: — Cześć, jak leci? Annabeth: - Och, nie, dzięki. Percy: - No dobra... ale jadłaś coś dzisiaj? Annabeth: - Chyba Leo ma teraz wachtę. Zapytaj jego. Percy: — No tak, mówił dziad do obrazu. Annabeth: - Dobra. Za chwilę. Tak czasem miała. Chodzenie z córką Ateny było nie lada wyzwaniem. Percy łamał sobie głowę nad tym, jak zwrócić na siebie jej uwagę. Martwił się o nią od czasu jej spotkania z pająkami w Forcie Sumter i nie wiedział, jak jej pomóc, zwłaszcza że zbyt często nie mógł się z nią dogadać. Po pokonaniu Słupów Herkulesa - bez szwanku, jeśli nie liczyć paru kokosów, które

utkwiły w kadłubie - okręt gładko szybował w powietrzu przez kilkaset mil. Percy miał nadzieję, że te starożytne krainy nie okażą się tak niebezpieczne, jak im mówiono. Tyle że ta nadzieja była równie złudna jak obietnica z reklamy: „Od razu poczujesz różnicę!". Kilka razy na godzinę coś ich atakowało. Raz stado stymfalij-skich ptaków wychynęło z ciemności nocy i Festus spalił je ognistym wyziewem. Innym razem duchy burzy kłębiły się wokół masztu i Jason rozpędził je błyskawicą. Kiedy trener Hedge jadł kolację na pokładzie dziobowym, znikąd pojawił się dziki pegaz, podeptał mu enchiladę i odleciał, pozostawiając ślady sera na całym pokładzie. - 1 za co to było? - zapytał trener. Na widok pegaza Percy poczuł żal, że nie ma przy nim Mrocznego. Od dawna nie widział swojego przyjaciela. Grom i Arion też się nie pokazywały. Może nie chciały się zapuszczać na Morze Śródziemne. Nie mógł ich za to winić. W końcu koło północy, po dziewiątym czy dziesiątym ataku powietrznym, Jason zwrócił się do Percyego: - Może byś się przespał? Będę zwalał te świństwa z nieba, dopóki mi sił starczy. A potem możemy trochę popłynąć i ty przejmiesz wachtę. Percy nie był pewny, czy zaśnie na okręcie wstrząsanym przez rozzłoszczone duchy wiatru, ale uznał, że pomysł Jasona nie jest głupi. Zszedł pod pokład i rzucił się na swoją koję. Ale nocne koszmary nie pozwoliły mu odpocząć. Śniło mu się, że jest w jakiejś mrocznej jaskini. Niewiele widział w tych ciemnościach, ale wyczuwał, że jaskinia jest wielka. Gdzieś w pobliżu kapała woda, a te dźwięki odbijały się echem od odległych ścian. Sądząc po ruchu powietrza, musiała też być bardzo, bardzo wysoka. Usłyszał czyjeś ciężkie kroki i z mroku wyłoniły się postacie Efialtesa i Otisa. Rozróżniał ich tylko po włosach - Efialtes miał zielone dredy z wplecionymi w nie srebrnymi i złotymi monetami, Otis purpurowy kucyk z wplecionymi weń... czyżby to były petardy? Poza tym ubrali się identycznie, a ich strój był częścią koszmaru: obcisłe białe spodnie i złote koszule pirackie z głębokimi wycięciami z przodu, ukazującymi

owłosione piersi. Z każdego nabijanego cyrkoniami pasa zwisał z tuzin sztyletów w pochwach. Na nogach mieli sandały dowodzące, że... tak, to prawda, mieli węże zamiast stóp! Rzemyki sandałów oplatały karki wężów, których głowy wystawały tam, gdzie powinny być paluchy. Węże strzelały języczkami i obracały złotymi oczami we wszystkie strony jak psy wyglądające przez okno samochodu. Być może dawno nie miały obuwia z widokiem. Giganci stali przed Percym, ale nie zwracali na niego uwagi. Wpatrywali się w ciemność. - Jesteśmy - oznajmił Efialtes. Jego tubalny głos potoczył się echem po jaskini, aż w końcu zamarł gdzieś w oddali. Z wysoka ktoś odpowiedział: -

Tak. Widzę. Trudno nie zauważyć tych strojów.

Percy poczuł, że żołądek mu się skręca. Głos był jakby kobiecy, ale całkiem nieludzki. Każde słowo było jakimś zniekształconym sykiem w wielu tonach, jakby rój afrykańskich morderczych pszczół nauczył się mówić unisono po angielsku. To nie była Gaja. Tego Percy był pewny. Ale cokolwiek to było, najwyraźniej napawało bliźniaków-gigantów strachem. Węże uniosły się i pochyliły głowy z szacunkiem. -

Oczywiście, Wasza Wielkopańskość - powiedział Efialtes. -Przynosimy wieści

-

Dlaczego jesteście tak poubierani? - zapytało to coś z ciemności.

o... Percy odetchnął z ulgą, bo głos ani trochę się nie przybliżył. Efialtes rzucił bratu poirytowane spojrzenie. -

Mój brat miał włożyć coś innego. Niestety...

-

Powiedziałeś, że to ja jestem dzisiaj miotaczem noży - zaprotestował Otis.

-

Powiedziałem, że to ja będę dziś miotaczem noży! Ty miałeś być magikiem! Och,

niech mi Wasza Wielkopańskość wybaczy. Na pewno nie życzysz sobie wysłuchiwania naszych kłótni. Przyszliśmy, jak kazałaś, z wiadomościami. Ten okręt już się zbliża. Jej Wielkopańskość, kimkolwiek była, wydała z siebie serię gwałtownych syków jak przebijana raz po raz dętka. Percy'emu dreszcz przebiegł po plecach, gdy zdał sobie sprawę, że to był śmiech.

-

Ile czasu? - zapytała.

Percy -

Myślę, że powinni wylądować w Rzymie wkrótce po świcie -odrzekł Efialtes. -

Oczywiście będą musieli minąć złotego chłopca. Uśmiechnął się szyderczo, jakby „złoty chłopiec" nie należał do jego ulubieńców. -

Mam nadzieję, że wylądują bezpiecznie - powiedziała Jej Wielkopańskość. -

Zepsułoby to nam zabawę, gdyby pochwycono ich zbyt wcześnie. Przygotowania zakończone? -

Tak, Wasza Wielkopańskość.

Otis zrobił krok do przodu i jaskinia zadygotała. Pod jego lewym wężem otwarła się szczelina. -

Uważaj, gamoniu! - warknęła Jej Wielkopańskość. - Chcesz powrócić do Tartaru

w niezbyt przyjemny sposób? Otis cofnął się, twarz mu zwiotczała ze strachu. Percy dostrzegł teraz, że dno jaskini, wyglądające na kamienne, przypominało bardziej lodowiec, po którym kiedyś szedł na Alasce - w jednych miejscach było gładkie, solidne, w innych... nie bardzo. Rad był, że we śnie nic się nie waży. -

To wszystko ledwo się trzyma - ostrzegła Jej Wielkopańskość - a jeśli jeszcze się

nie rozpadło, to tylko dzięki mnie. Jedynie na tyle można powstrzymać wielowiekową wściekłość Ateny, a pod nami wielka Matka Ziemia wciąż wierci się we śnie. Między tymi dwiema mocami... no cóż, moje gniazdo całkiem zwietrzało. Miejmy nadzieję, że to dziecię Ateny udowodni, że warto je schwytać. Będzie moją ostatnią igraszką. Efialtes głośno przełknął ślinę. Wciąż wpatrywał się w szczelinę pod stopami. -

Wkrótce nie będzie to miało znaczenia, Wasza Wielkopańskość. Gaja powstanie,

a my wszyscy zostaniemy wynagrodzeni. Nie będziesz już musiała strzec tego miejsca, wyjdziesz z ukrycia. -

Być może - zasyczał z ciemności głos. — Ale brak mi będzie słodyczy zemsty.

Dobrze się nam razem pracowało przez całe stulecia, co? Bliźniacy skłonili się. Monety błysnęły we włosach Efialtesa, a Percy poczuł mdłości, gdy zdał sobie sprawę, że niektóre z nich są srebrnymi drachmami, takimi samymi jak ta,

którą Annabeth dostała od swojej matki. Annabeth powiedziała im, że w każdym pokoleniu Atena wysyłała kilkoro dzieci na misję odzyskania zaginionego posągu z Partenonu. Żadnemu się to nie udało. „Dobrze się nam razem pracowało przez całe stulecia"... Gigant Efialtes miał we włosach setki srebrnych drachm - setki trofeów. Percy wyobraził sobie Annabeth stojącą samotnie w tym miejscu. Wyobraził sobie giganta odbierającego jej monetę i dodającego ją do swojej kolekcji. Zapragnął dobyć miecza i ostrzyc olbrzyma, zaczynając od karku, ale nic nie mógł zrobić. Mógł tylko patrzeć. -

Och, Wasza Wielkopańskość - powiedział nerwowo Efialtes - chciałbym

przypomnieć, że Gaja życzy sobie, by tę dziewczynę wziąć żywcem. Możesz ją dręczyć. Możesz doprowadzić ją do szaleństwa. Możesz robić z nią, co zechcesz, ale jej krew musi zostać przelana na tych starożytnych kamieniach. Jej Wielkopańskość zasyczała gniewnie. -

Można użyć do tego innych.

-

No tak - odrzekł Efialtes - ale ona chce tę dziewczynę. I tego chłopaka, syna

Posejdona. Chyba rozumiesz, dlaczego tych dwoje najbardziej nam pasuje. Percy nie wiedział, co to znaczy, ale zapragnął rozwalić dno jaskini i wysłać tych dwóch głupców w złotych koszulach na wieczne zatracenie. Nigdy nie pozwoli Gai na przelanie swojej krwi w żadnym celu, a tym bardziej nikomu nie da skrzywdzić Annabeth. -

Zobaczymy — syknęła Jej Wielkopańskość. - A teraz odejdźcie. Zajmijcie się

przygotowaniami. Będziecie mieć to swoje widowisko. A ja... ja będę działać tu, w ciemnościach. Sen rozwiał się i Percy przebudził się gwałtownie. Jason pukał w otwarte drzwi. -

Osiedłiśmy na morzu - powiedział, a wyglądał na bardzo zmęczonego. - Twoja

kolej. Percy nie chciał budzić Annabeth, ale uznał, że powinien to zrobić. Nawet trener Hedge nie zganiłby ich za rozmowę podczas ciszy nocnej, skoro chodziło o informacje, od których zależało jej życie. Stali na pokładzie, wszyscy prócz Leona, który wciąż okupował sterownię. Musiał

być skrajnie wyczerpany, ale nie chciał się przespać. -

Nie życzę sobie więcej takich niespodzianek, jak ta Krewedzilla - mówił.

Wszyscy próbowali go przekonać, że nie tylko on ponosi odpowiedzialność za atak skolopendry, ale ich nie słuchał. Percy dobrze wiedział, co Leo czuje. Sam miał wielki talent do niewybaczania sobie błędów. Dochodziła czwarta rano. Pogoda była podła. Mgła zgęstniała tak, że Percy nie widział Festusa na dziobie, a ciepła mżawka wisiała w powietrzu jak kurtyna z paciorków. Okręt kołysał się ciężko, przebijając blisko dziesięciometrowe fale, a spod pokładu dochodziły równie ciężkie westchnienia i jęki biednej Hazel. Mimo to Percy poczuł się lepiej, odkąd znowu żeglowali po morzu. Wolał to od przebijania się przez chmury burzowe i ataków łasych na ludzkie mięso ptaków czy rozdeptujących enchiladę pegazów. Stojąc z Annabeth przy przednim relingu, opowiedział jej o swoim śnie. Nie wiedział, jak na to zareaguje. Ku jego zdumieniu nie była tymi rewelacjami zaskoczona. Wpatrzyła się w mgłę. -

Percy, musisz mi coś przyrzec. Nie mów innym o swoim śnie.

-

Co? Annabeth...

-

To, co zobaczyłeś, dotyczyło Znaku Ateny Im to nie pomoże. Tylko zaczną się

niepokoić, a mnie będzie trudniej zrobić to, co do mnie należy -

Annabeth, chyba nie mówisz poważnie. To coś w ciemności, ta wielka komora z

rozpadającym się dnem... -

Wiem. - Jej twarz była nienaturalnie blada, a Percy podejrzewał, że nie był to

efekt mgły. - Ale muszę to zrobić sama. Zdusił w sobie gniew. Nie bardzo wiedział, czy jest wściekły na nią, czy na swój sen, czy może na cały grecko-rzymski świat, który przez pięć tysięcy lat kształtował historię ludzkości w jednym celu: żeby uczynić życie Percy ego Jacksona tak nieznośnym, jak to tylko możliwe. -

Ty wiesz, co było w tej jaskini - powiedział. - To ma coś wspólnego z pająkami?

-

Tak - odpowiedziała cicho.

-

Więc jak możesz... - zaczął, ale urwał.

Kiedy Annabeth coś sobie postanowiła, przekonywanie jej, że popełnia błąd, było pozbawione sensu. Przypomniał sobie tę noc, trzy i pół roku temu, kiedy w Maine uratowali Nica i Biancę di Angelo. Annabeth porwał tytan Atlas. Przez jakiś czas Percy nie wiedział nawet, czy dziewczyna żyje. Przewędrował cały kraj, by ją ocalić. To były najcięższe dni w jego życiu - nie z powodu potworów, ale lęku o nią. Jak mógłby teraz świadomie pozwolić jej odejść, wiedząc, że czeka ją jeszcze większe zagrożenie? I nagle zaświtało mu w głowie: tak jak wówczas się czuł, przez tych kilka dni, musiała się czuć Annabeth przez sześć miesięcy, kiedy on zaginął, pozbawiony pamięci. Poczuł wyrzuty sumienia. Czy nie był egoistą, spierając się teraz z nią? Przecież ona musi wypełnić swoją misję. Od tego może zależeć los całego świata. A jednak coś w nim bardzo chciało powiedzieć: „Zapomnij o świecie". Nie mógł znieść myśli, że może jej zabraknąć. Wpatrzył się w mgłę. Nic nie widział, ale miał doskonałe wyczucie morza. Znał ich dokładne położenie geograficzne. Wiedział, jak głęboki jest ocean i w którym kierunku zmierzają morskie prądy. Znał prędkość okrętu i nie wyczuwał żadnych skał, mielizn ani innych naturalnych zagrożeń przed nimi. A jednak ta oślepiająca mgła budziła w nim niepokój. Nic ich nie zaatakowało od czasu, gdy okręt osiadł na wodzie, ale to morze było jakieś inne. Percy znał Atlantyk, Pacyfik, nawet zatokę Alaska, ale to morze wydawało mu się bardziej starożytne i potężniejsze. Wyczuwał kłębiące się pod nim odmęty. Po tych wodach żeglowali wszyscy greccy i rzymscy herosi - od Herkulesa po Eneasza. W jego głębinach nadal żyły potwory, tak gęsto omotane magiczną Mgłą, że przez większość czasu pozostawały uśpione, ale czuł, jak się poruszają, wietrząc spiżowy kadłub greckiej triremy i krew półbogów. „Powrócili" - zdawały się mówić potwory. - „Znowu świeża krew". -Jesteśmy już niedaleko wybrzeża Italii - powiedział Percy, głównie po to, by przerwać milczenie. - Jakieś sto mil morskich od ujścia Tybru. -

Wspaniale - odrzekła Annabeth. - O świcie powinniśmy...

-

Stop. — Percy poczuł, że skóra mu cierpnie. - Musimy się zatrzymać.

-

Dlaczego?

-

Leo, stop! - krzyknął Percy.

Za późno. Z mgły wyłonił się inny okręt i staranował „Argo II". W ułamku sekundy świadomość Percy'ego odnotowała przypadkowe szczegóły: inną triremę, czarne żagle z wymalowaną głową gorgony, tłum wojowników, nie całkiem ludzkich, w greckich zbrojach, z mieczami i włóczniami w dłoniach, i spiżowy taran na poziomie wody, uderzający w kadłub „Argo II". W chwili wstrząsu Annabeth i Percy niemal wypadli za burtę. Festus rzygnął ogniem, kilkunastu bardzo zaskoczonych wojowników z krzykiem wpadło do morza, ale o wiele więcej przeskakiwało już na „Argo II". Liny abordażowe śmignęły w powietrzu, zaczepiając hakami o relingi i maszt, wczepiając żelazne szczęki w deski kadłuba. Kiedy Percy ochłonął, wróg był już wszędzie. Nie widział dobrze przez mgłę i mrok, ale napastnicy wydali mu się skrzyżowaniem delfinów z ludźmi albo ludzi z delfinami. Niektórzy mieli szare pyski, inni trzymali miecze w zdeformowanych płetwach. Jedni kuśtykali na częściowo zrośniętych nogach, drudzy mieli płetwy zamiast stóp, co Percy emu przypominało buty klowna. Annabeth i Percy stanęli oparci o siebie plecami, jak to już czynili wiele razy, z mieczami w dłoniach. Percy próbował wezwać fale, mając nadzieję odepchnąć od „Argo II" triremę napastników albo nawet ją wywrócić, ale morze nie odpowiadało na jego wezwania. Jakby coś dusiło jego wolę, wyrywając ocean spod jego kontroli. Uniósł Orkana, gotów walczyć, ale przewaga napastników była miażdżąca. Otoczył ich krąg wojowników z pochylonymi włóczniami, tworzącymi bezpieczny dystans od jego miecza. Delfinołaki rozwarły pyski, wydając gwiżdżące, przerywane dźwięki. Wstrząsnął nim widok ich zębów. Próbował zebrać myśli. Może udałoby mu się przerwać ten krąg i zabić paru napastników... ale inni i tak nadzialiby na włócznie i jego, i Annabeth. W każdym razie wydawało się, że wojownicy nie zamierzają zabić ich natychmiast. Trzymali Percy'ego i Annabeth w złowieszczym kręgu, podczas gdy ich kamraci zaroili się na dolnym pokładzie i wpadli do sterowni. Percy słyszał, jak wyłamują drzwi kabin, szamocząc się z jego przyjaciółmi. Jeśli nawet inni półbogowie nie spali mocno, i tak nie mieli żadnych szans w walce z taką ciżbą wrogów.

Oszołomionego i jęczącego Leona powleczono przez pokład i ciśnięto na stos lin. Pod pokładem ucichły odgłosy walki. Albo wszyscy już się poddali, albo... Percy nie chciał nawet o tym myśleć. Krąg włóczni rozdzielił się z jednej strony, aby przepuścić kogoś do środka. Była to postać w pełni ludzka, choć po sposobie, w jaki rozstąpiły się przed nią delfinołaki, można było poznać, że jest ich przywódcą. Miała na sobie grecki strój bojowy: sandały, krótką spódniczkę, nagolenniki i napierśnik ze wzorami przedstawiającymi morskie potwory, a wszystko było złote. Nawet broń, grecki miecz podobny do Orkana, był ze złota, a nie ze spiżu. „Złoty chłopak" - pomyślał Percy, przypominając sobie swój sen. - „Będą musieli minąć złotego chłopca'. Najbardziej niepokoił go jednak jego hełm. Przyłbica była pełną maską ukształtowaną w głowę gorgony - z zakrzywionymi kłami i ohydnym uśmiechem na otoczonej wijącymi się wężami twarzy. Percy dobrze znał gorgony. To podobieństwo było bardzo bliskie — trochę za bliskie jak na jego gust. Annabeth obróciła się, tak że teraz stała z Percym ramię w ramię. Pragnął ją przytulić opiekuńczo, ale zwątpił, czy doceniłaby ten gest, i nie chciał dać poznać złotemu facetowi, że Annabeth jest jego dziewczyną. Nie byłoby rozsądne zwiększać przewagę przeciwnika. - Kim jesteś? - zapytał Percy. - Czego chcesz? Złoty wojownik zachichotał cicho. Błysnął jego miecz i Orkan wypadł z ręki Percy'ego, spadając łukiem do morza. Równie dobrze mógłby wrzucić do morza jego płuca, bo Percyego dosłownie zatkało. Jeszcze nigdy nie rozbrojono go z taką łatwością. - Cześć, braciszku. - Złoty wojownik przemówił dźwięcznym i aksamitnym głosem z jakimś egzotycznym akcentem, może śródziemnomorskim, który wydał się Percy'emu trochę znajomy. - Zawsze się cieszę, kiedy obrabuję jakiegoś innego syna Posejdona. Jestem Chrysaor, Złoty Miecz. A czego chcę? - Zwrócił swoją złotą maskę w stronę Annabeth. - No cóż, to proste. Chcę wszystkiego, co masz.

XXX PERCY S erce Percy'ego waliło w nierównym rytmie, gdy Chrysaor przechadzał się tam i z powrotem, przyglądając się im jak cennym okazom bydła. Z tuzin delfinołaków stał nadal w kręgu wokół nich, z ostrzami włóczni wymierzonymi w pierś Percy'ego, podczas gdy tabuny innych plądrowały okręt, hałasując pod pokładem. Jeden wyszedł po schodach, niosąc pudło z ambrozją, inny dźwigał naręcze pocisków do balisty i skrzynię greckiego ognia. -

Ostrożnie! - ostrzegła go Annabeth. - To może wysadzić w powietrze oba nasze

okręty. -

Ha! - prychnął Chrysaor. - Dobrze znamy ogień grecki, dziewczyno. Nie martw

się. Przez całe eony plądrowaliśmy i łupiliśmy okręty na Mare Nostrum. -

Twój akcent brzmi znajomo - powiedział Percy. - Już się kiedyś spotkaliśmy?

-

Nie miałem przyjemności. - Złota maska gorgony łypnęła na niego złowrogo,

chociaż trudno było odgadnąć, jaką naprawdę miał pod nią minę. - Ale słyszeliśmy o tobie, Percy Jacksonie. Och, tak, o tym młodzieńcu, który ocalił Olimp. I o twojej wiernej pomagierce, Annabeth Chase. -Nie jestem niczyją pomagierką - warknęła Annabeth. — I... Percy, jego akcent brzmi znajomo, bo przypomina wymowę jego matki. Zabiliśmy ją w New Jersey. Percy zmarszczył brwi. -Jestem pewny, że nie jest to akcent z New Jersey. A jego... Och. Wszystko się poskładało. Centrum Krasnali Ogrodowych Cioci Em - gniazdo Meduzy. Mówiła z takim samym akcentem, w każdym razie do chwili gdy Percy odciął jej głowę. -

Meduza jest twoją matką? - zapytał. - Chłopie, masz cholernego pecha.

Sądząc po dźwięku, jaki narodził się w gardle Chrysaora, trochę się zdenerwował. -Jesteś tak samo arogancki jak pierwszy Perseusz. Ale masz rację, Percy Jacksonie. Moim ojcem jest Posejdon. Matką Meduza. Kiedy zmieniła ją w potwora tak zwana bogini mądrości... - Złota maska zwróciła się w stronę Annabeth. - To chyba twoja matka. .. Dwoje dzieci Meduzy uwięzło w jej łonie, nie mogąc przyjść na świat. Kiedy pierwszy Perseusz odciął jej głowę...

-

Wyskoczyło z niej dwoje dzieci - dokończyła Annabeth. -Pegaz i ty.

Percy zamrugał. -

Więc twoim bratem jest skrzydlaty koń. Ale jesteś też moim bratem przyrodnim,

co oznacza, że wszystkie latające konie na świecie są moimi... Wiesz co? Zapomnijmy o tym. Już dawno nauczył się nie wnikać zbytnio w boskie pokrewieństwa. Po tym jak cyklop Tyson uznał go za brata, Percy wolał nie szukać dalszej rodziny. -

Ale skoro jesteś dzieckiem Meduzy, to dlaczego nigdy o tobie nie słyszałem? -

zapytał. Chrysaor westchnął ciężko. -

Kiedy ma się za brata Pegaza, zwykle o tobie nie pamiętają. Och, popatrz,

skrzydlaty koń! A kto by tam zwracał uwagę na mnie? Nikt! - Uniósł ostrze miecza na wysokość oczu Percy'ego. - Ale nie próbuj mnie lekceważyć. Nie bez przyczyny noszę imię Złoty Miecz. -

To cesarskie złoto?

-

Ech! Zaczarowane złoto. Później Rzymianie nazwali je złotem cesarskim, ale to

ja byłem pierwszym posiadaczem takiej klingi. Powinienem być najsławniejszym herosem wszech czasów! A stałem się złoczyńcą, bo opowiadacze legend nie zaszczycili mnie uwagą. Postanowiłem sam upomnieć się o swoje dziedzictwo. Uznałem, że jako syn Meduzy będę siał terror, a jako syn Neptuna zapanuję nad morzami! -

Zostałeś piratem - podsumował Percy.

Chrysaor rozłożył ręce, co Percy przyjął z ulgą, bo miecz oddalił się od jego oczu. -Najlepszym piratem. Od stuleci żegluję po tych wodach, zatrzymując wszystkich półbogów, którzy są na tyle głupi, by zapuścić się na Mare Nostrum. To jest teraz moje terytorium. I wszystko, co posiadacie, należy do mnie. Jeden z delfinołaków wywlókł spod pokładu trenera Hedgea. -

Puść mnie, nędzny tuńczyku! - ryknął Hedge. Próbował go kopnąć, ale jego

kopyto odbiło się od pancerza wojownika. Sądząc po półokrągłych śladach na napierśniku del-finołaka, trener próbował tego już nieraz. -

Ach, satyr - powiedział drwiąco Chrysaor. - Trochę stary i żylasty, ale cyklopi

dobrze zapłacą za taką przekąskę. Skujcie go. -

Nie jestem niczyją koźliną! - zaprotestował Hedge. -1 zakneblujcie - dodał

Chrysaor. -

Ty mały pozłacany... - zaczął Hedge, ale w tym momencie delfinołak wepchnął

mu mokrą szmatę do ust. Wkrótce trener został spętany jak cielak podczas rodeo i rzucony na stos innych łupów. Były tam skrzynie z żywnością, broń, a nawet magiczna lodówka z mesy. -

Nie możesz tego zrobić! - krzyknęła Annabeth.

Spod złotej maski dobiegł rechot. Percy zastanawiał się, czy Chrysaor ma okropnie zniekształconą twarz i czyjego wzrok może zamieniać ludzi w kamień, jak to czyniła jego matka. -

Mogę zrobić, co zechcę - rzekł Chrysaor. - Mam doskonale wyćwiczonych

wojowników. Są groźnymi, okrutnymi... -

Delfinami - dokończył Percy.

Chrysaor wzruszył ramionami. -

Zgadza się. No i co z tego? Parę tysiącleci temu mieli pecha, porwali niewłaściwą

osobę. Część została zamieniona całkowicie w delfiny. A ci... ci są hybrydami. Kiedy ich odnalazłem w głębinach morza i zaoferowałem im nowe życie, stali się moją wierną drużyną. Nie boją się niczego! Jeden z wojowników zaćwierkał do niego nerwowo. -

Tak, tak - burknął Chrysaor. - Boją się tylko jednego, ale to się nie liczy. Nie ma

go tutaj. W głowie Percy ego zaświtał pewien pomysł, ale zanim zdążył go rozważyć, po schodach wspięło się więcej delfinolaków, wlokących jego przyjaciół. Jason był nieprzytomny. Sądząc po nowych siniakach na jego twarzy, próbował walczyć. Hazel i Piper miały związane ręce i nogi. Piper miała knebel w ustach, więc najwyraźniej piraci odkryli, że potrafi używać czaromowy. Nie było tylko Franka, za to dwa delfinołaki miały na twarzach ślady po ukąszeniach pszczół. Czyżby Frank zdołał się zamienić w rój pszczół? Percy miał taką nadzieję. Jeśli Frank jest gdzieś na pokładzie, byłaby to sprzyjająca okoliczność, oczywiście pod warunkiem że Percy zdoła się z nim porozumieć.

-

Wspaniale! - zarechotał Chrysaor.

Kazał swoim wojownikom rzucić Jasona koło kusz. Potem przyjrzał się dziewczętom, jakby były prezentami bożonarodzeniowymi. Widząc to, Percy zazgrzytał zębami. -

Ten chłopak nie ma dla mnie żadnej wartości - powiedział Chrysaor. - Mamy

jednak umowę z Kirke. Kupi kobiety na swoje niewolnice albo uczennice, w zależności od ich uzdolnień. Ale nie ciebie, urocza Annabeth. Annabeth żachnęła się. -

Nigdzie mnie nie zabierzesz.

Ręka Percy'ego wsunęła się do kieszeni i wymacała długopis. Teraz czekał tylko na chwilę nieuwagi Chrysaora. Może gdyby udało mu się szybko powalić pirata, jego wojownicy wpadliby w panikę. Nic nie wiedział o jego słabych punktach. Zwykle Annabeth dostarczała mu takich informacji, ale najwyraźniej Chrysaor nie był bohaterem żadnych legend, więc oboje nic o nim nie wiedzieli. Złoty wojownik zacmokał. -

Och, przykro mi, Annabeth, nie zatrzymam cię, choć bardzo bym tego chciał.

Ciebie i twojego przyjaciela Percy ego zażądał ktoś inny. Pewna bogini zapłaci za was wysoką cenę, choć nie zastrzegła, żebym nie wyrządził wam żadnej krzywdy. W tej chwili Piper zrobiła coś, na co Percy czekał. Jęknęła tak głośno, że nie stłumił tego knebel. Potem padła na najbliższego strażnika, zwalając go z nóg. Hazel domyśliła się, o co chodzi, i upadła na pokład, wierzgając nogami i miotając się jak w ataku szału. Percy dobył Orkana i zamachnął się nim. Klinga powinna trafić w szyję Chrysaora, ale złoty chłopak okazał się niewiarygodnie szybki. Uchylił się i odparował cios, podczas gdy jego wojownicy cofnęli się, strzegąc jeńców i stwarzając swojemu kapitanowi pole do walki. Zaćwierkali i zapiszczeli, podbechtując go, a Percy nabrał ponurego podejrzenia, że przywykli do tego rodzaju rozrywek i nie uważają, że ich wodzowi coś grozi. Percy nie skrzyżował miecza z takim przeciwnikiem od czasu. .. no, od czasu walki z bogiem wojny Aresem. Chrysaor był równie dobry. Przez lata wiele z talentów Percy ego rozwinęło się i wzmocniło, ale teraz, niestety zbyt późno, zdał sobie sprawę, że nie należała do nich walka na miecze.

Był sztywny i zbyt powolny - przynajmniej w walce z takim przeciwnikiem jak Chrysaor. Nacierali na siebie, uskakując, robiąc wypady i parując ciosy. Percy słyszał w głowie głos Lukę'a Castellana, swojego pierwszego nauczyciela walki na miecze w Obozie Herosów, udzielający mu rad. Ale to nie pomogło. Złota maska gorgony wyprowadzała go z równowagi. Ciepła mgła, śliskie deski pokładu, ćwierkanie delfinołaków - wszystko to nie pomagało mu w walce. A kątem oka dostrzegł, że jeden z wojowników przyłożył nóż do gardła Annabeth, na wypadek gdyby próbowała jakichś sztuczek. Zamarkował pchnięcie i ciął na odlew, mierząc w brzuch Chrysaora, ale złoty wojownik przewidział ten ruch. Wytrącił mu miecz z dłoni i Orkan ponownie spadł łukiem do morza. Chrysaor roześmiał się beztrosko. Nie został nawet draśnięty. Przycisnął czubek swojego złotego miecza do mostka Percy'ego. - Niezła próba - powiedział. - Ale teraz zostaniecie skuci i przetransportowani do sług Gai. Niecierpliwie czekają, by przelać waszą krew i przebudzić boginię.

XXXI PERCY Najlepsze pomysły często przychodzą do głowy w pozornie beznadziejnych sytuacjach. Percy stał pokonany i bezbronny. Myślał gorączkowo, jak wyjść z tej opresji. Za bardzo przywykł do tego, że to Annabeth wiedziała wszystko o greckich legendach, więc teraz nie mógł sobie przypomnieć nic pożytecznego, ale wiedział jedno: musi działać szybko. Nie może pozwolić, by coś stało się jego przyjaciołom. Nie może utracić Annabeth. Nie po raz drugi. Chrysaora nie zdoła pokonać, w każdym razie w pojedynku. Ale bez jego załogi... może udałoby się go obezwładnić, gdyby kilku półbogów zaatakowało go jednocześnie. Jak sobie poradzić z załogą? Zaczął składać fakty do kupy: piraci zostali zamienieni w delfinołaki przed tysiącami lat, kiedy porwali niewłaściwą osobę. Percy znał tę historię. No tak, ta niewłaściwa osoba jemu również groziła przemianą w delfina. A kiedy Chrysaor powiedział, że jego załoga nie boi się niczego, jeden z delfinołaków szybko go poprawił. „Tak" - powiedział wtedy Chrysaor. - „Nie ma go tutaj". Zerknął w stronę rufy i dostrzegł Franka, w ludzkiej postaci, wyglądającego zza balisty. Percy z trudem powstrzymał uśmiech. Ten wielki osiłek twierdził, że jest bezużytecznym niezdarą, ale zawsze znajdował się we właściwym miejscu, kiedy Percy go potrzebował. Dziewczyny... Frank... lodówka. Był to zwariowany pomysł, ale, jak zwykle, Percy innego nie miał. -

Świetnie! - zawołał tak głośno, by zwrócić na siebie uwagę wszystkich. - Zabierz

nas stąd, jeśli nasz kapitan na to pozwoli! Złota maska zwróciła się w jego stronę. -Jaki kapitan? Moi ludzie przeszukali cały okręt. Oprócz was nie ma tu nikogo. Percy uniósł ręce teatralnym gestem. -

Bóg objawia się tylko wtedy, kiedy sobie tego życzy. Ale jest naszym przywódcą.

Kieruje naszym obozem dla półbogów. Prawda, Annabeth? Annabeth nie dała się zaskoczyć. -Tak! - Pokiwała entuzjastycznie głową. - Pan D.! Wielki Dionizos!

Delfinołaki poruszyły się niespokojnie. Jeden upuścił miecz. -

Nie słuchajcie ich! - ryknął Chrysaor. - Na tym okręcie nie ma żadnego boga.

Próbują was nastraszyć. -1 powinniście być wystraszeni! — Percy spojrzał ze współczuciem po załodze. Dionizos okrutnie was potraktuje, kiedy się dowie, że opóźniacie naszą podróż. Ukaże nas wszystkich. Nie zauważyliście, że te dziewczyny już wpadły w dionizyjski szał? Hazel i Piper siedziały spokojnie, gapiąc się na niego, ale kiedy rzucił im znaczące spojrzenie, zaczęły znowu grać na pokaz, dygocąc i rzucając się jak ryby wyciągnięte z wody. Otaczające je delfinołaki również popadały na pokład, starając się odczołgać jak najdalej od nich. -

Udają! - ryknął Chrysaor. - Zamknij się, Percy Jacksonie! Nie ma tu szefa

waszego obozu. Został wezwany na Olimp. Wszyscy o tym wiedzą. -

Więc przyznajesz, że Dionizos jest naszym szefem?

-

Był- odparł Chrysaor. - Wszyscy o tym wiedzą.

Percy wyciągnął ku niemu rękę oskarżycielskim gestem. -

Widzicie? Jesteśmy zgubieni. Jeśli mi nie wierzycie, sprawdźcie, co jest w tej

skrzyni! Podbiegł do magicznej lodówki. Nikt nie próbował go zatrzymać. Otworzył wieko i pogrzebał w bryłkach lodu. Musi tam być choć jedna. Musi. Jest! Wyciągnął srebrnoczerwoną puszkę. Machnął nią w stronę delfinołaków, jakby spryskiwał ich środkiem na pluskwy. -

Popatrzcie! - zawołał. - To ulubiony napój boga. Drżyjcie przed straszliwą

Dietetyczną Colą! Delfinofaki zaczęły wpadać w panikę. Już miały ochotę uciekać. Percy to czuł. -

Bóg odbierze wam okręt - ostrzegł ich. - Dokończy waszą przemianę w delfiny

albo ześle na was szaleństwo, albo zamieni was w oszalałe delfiny! Ratujcie się, odpływajcie tak szybko, jak możecie! Szybko! -

To śmieszne! - Głos Chrysaora zamienił się w pisk. Teraz nie wiedział już, w

kogo mierzyć mieczem: w Percy'ego czy w swoją załogę. -

Ratujcie się! - zawołał Percy. - Dla nas już za późno na ratunek! - Z jego ust

wyrwał się zduszony okrzyk. Wskazał na miejsce, w którym ukrywał się Frank. - Och,

nie! Frank zamienia się w szalonego delfina! Nic się nie wydarzyło. -

Powiedziałem, Frank zamienia się w szalonego delfina!

Frank wychynął zza balisty i pokazowo chwycił się za gardło. -

Och, nie - powiedział, jakby czytał z promptera w studiu telewizyjnym. -

Zamieniam się w szalonego delfina. I zaczął się zmieniać: nos mu się wydłużył, skóra zrobiła się szara i śliska. Upadł na pokład jako delfin, bijąc ogonem w deski. Przerażeni piraci rozpierzchli się, ćwierkając i terkocąc. W popłochu porzucali broń i nie słuchając rozkazów Chrysaora, skakali za burtę. W tym zamieszaniu Annabeth udało się szybko przeciąć więzy Hazel, Piper i trenera Hedgea. Percy i jego przyjaciele otoczyli osamotnionego Chrysaora. Nie mieli broni, oprócz sztyletu Annabeth i kopyt Hedgea, ale ich mordercze miny musiały przekonać złotego wojownika, że grozi mu śmierć. Cofnął się aż do relingu. -

To jeszcze nie koniec, Jackson — warknął. - Jeszcze się zemszczę...

Głos mu uwiązł w gardle, bo Frank znowu się zmienił. Ważący ze czterysta kilogramów niedźwiedź grizzly szybko przerwał tę rozmowę. Uderzył bokiem Chrysaora i zdarł mu złotą maskę. Chrysaor wrzasnął, natychmiast zakrywając twarz rękami, i zwalił się za burtę. Podbiegli do relingu. W pierwszym odruchu Percy chciał go ścigać, ale powstrzymał się, wiedząc, że nie zna tych wód, i nie chcąc znów walczyć z nim sam na sam. -

To było wspaniałe! - Annabeth pocałowała go, dzięki czemu poczuł się nieco

lepiej. -

To było desperackie - poprawił ją. -1 musimy pozbyć się tej pirackiej triremy.

-

Spalić ją?

Percy spojrzał na puszkę dietetycznej coli, którą wciąż trzymał w ręku. -

Nie, mam inny pomysł.

Zajęło im to więcej czasu, niż się Percy spodziewał. Wciąż spoglądał na morze, obawiając się, że Chrysaor i jego piraci powrócą, ale nie powrócili. Leo stanął na nogi, kiedy mu wlano do ust trochę nektaru. Piper opatrzyła rany

jasonowi; okazało się, że nie są tak groźne, jak wyglądały. Przede wszystkim ciężko przeżywał swoją ponowną porażkę, którą mógłby mu wypominać Percy. Poznosili wszystkie swoje prowianty i broń na właściwe miejsca i uporządkowali je, podczas gdy trener Hedge buszował po okręcie piratów, roztrzaskując swoim kijem bejsbolowym wszystko, co mu wpadło pod rękę. Kiedy skończył, Percy przeniósł broń piratów z powrotem na ich okręt. Ich ładownie pełne były skarbów, ale uparł się, by niczego nie zabierać. -

Wyczuwam tam złoto warte jakieś sześć milionów dolarów -powiedziała Hazel. -

Oraz diamenty, rubiny... -

Sześć m-milionów? - wyjąkał Frank. - Kanadyjskich czy amerykańskich?

-

Daj spokój - powiedział Percy. - To część hołdu.

-

Hołdu? - zdziwiła się Hazel.

-

Och. - Piper pokiwała głową. - Kansas.

Jason wyszczerzył zęby w uśmiechu. On też tam był, kiedy spotkali boga wina. -

To wariactwo. Ale jestem za.

W końcu Percy wszedł na pokład pirackiego okrętu i pootwierał śluzy przeciw zalewowe. Poprosił Leona, by za pomocą swoich narzędzi wyborował kilka dziur w dnie kadłuba, co ten uczynił z prawdziwą przyjemnością. Załoga „Argo II" zebrała się przy relingu i odcięła liny abordażowe. Piper wyjęła róg obfitości i, na rozkaz Percyego, nakazała mu wypluć strumień dietetycznej coli, który wytrysnął z mocą sikawki strażackiej, zalewając pokład pirackiego okrętu. Percy sądził, że potrwa to parę godzin, ale okręt tonął o wiele szybciej, wypełniony colą i morską wodą. -

Dionizosie! - zawołał Percy, trzymając nad głową złotą maskę Chrysaora. - Albo

Bachusie, jak cię tam zwą. To ty pomogłeś nam zwyciężyć, choć cię tu nie było. Twoje imię... albo dietetyczna cola czy co tam jeszcze... przeraziło twoich wrogów. Więc dziękujemy ci. - Poczuł się bardzo głupio, wypowiadając te słowa, ale brnął dalej: Dajemy ci ten okręt w hołdzie. Mamy nadzieję, że będziesz z tego rad. -

Sześć milionów w złocie - mruknął Leo. - Powinien być z tego rad.

-

Cicho! - skarciła go Hazel. — Drogocenny metal nie zawsze jest taki drogocenny.

Wierz mi.

Percy cisnął złotą maskę na pokład pirackiego okrętu, który teraz tonął jeszcze szybciej. Pienisty płyn wytryskał przez otwory na wiosła i wylewał się z ładowni, zabarwiając morze brudnym brązem. Percy wezwał falę, która pochłonęła okręt. Leo skierował „Argo II" jak najdalej od miejsca, w którym zniknął pod wodą. -

Czy to nie jest zanieczyszczanie środowiska? - zapytała Piper.

-

O to bym się nie martwił - odrzekł Jason. - Jeśli Bachusowi spodoba się nasza

danina, okręt powinien zniknąć. Percy nie był pewny, czy tak się stanie, ale czuł, że zrobił wszystko co w jego mocy. Nie bardzo wierzył w to, że Dionizos ich usłyszy, a jeszcze mniej w to, że bóg wina pomoże im w walce z bliźniaczymi gigantami, ale musiał spróbować. „Argo II" płynął na wschód we mgle, a Percy doszedł do wniosku, że z jego pojedynku z Chrysaorem wynikła przynajmniej jedna korzyść. Odczuwał pokorę - na tyle dużą, by złożyć hołd Facetowi od Wina. Po przygodzie z piratami postanowili resztę drogi do Rzymu przebyć w powietrzu. Jason stwierdził, że czuje się wystarczająco dobrze, by objąć wachtę razem z trenerem Hedge'em, który wciąż tak był naładowany adrenaliną, że za każdym razem gdy okręt wpadał w turbulencję, wymachiwał pałką i wrzeszczał: „Giń!" Do świtu było jeszcze z parę godzin, więc Jason zaproponował Percy'emu, by się trochę przespał. - Wszystko gra, stary - powiedział. - Daj komuś innemu szansę ocalenia okrętu, dobra? Percy zgodził się, choć kiedy znalazł się już w swojej kajucie, jakoś nie mógł zasnąć. Wpatrywał się w mosiężną lampę zwisającą z sufitu i myślał o tym, jak łatwo dał się pokonać Chrysaorowi w walce na miecze. Złoty wojownik mógł go zabić, nawet się nie spociwszy. Darował mu życie tylko dlatego, że ktoś inny zechciał zapłacić za przywilej zabicia go własnoręcznie. Czuł się tak, jakby jakaś strzała prześliznęła się przez szczelinę w jego pancerzu jakby wciąż nosił przekleństwo Achillesa i jakby ktoś odkrył jego słaby punkt. Im dłużej chodził po świecie jako heros, tym bardziej przyjaciele go podziwiali. Polegali na jego zdolnościach i ufali jego mocom. Nawet Rzymianie ponieśli go na tarczy i uczynili

swoim pretorem, a przecież poznał ich zaledwie parę tygodni wcześniej. Ale nie czuł w sobie mocy. Im więcej bohaterskich czynów dokonywał, tym lepiej zdawał sobie sprawę ze swoich ograniczeń. Czuł się jak oszust. „Wcale nie jestem tak wielkim bohaterem, jak myślicie" - chciał ostrzec swoich przyjaciół. Dowodziły tego jego porażki, takie jak ta ostatnia. Może właśnie dlatego zaczął się bać uduszenia. Nie zatonięcia w morzu czy pogrążenia w ziemi, ale przywalenia przez nadmierne oczekiwania. A niech to... Kiedy zaczynał mieć takie myśli, wiedział, że spędził zbyt wiele czasu z Annabeth. Atena wypomniała kiedyś Percy'emu jego fatalną skazę, to, co dla niego najgroźniejsze. Jest zbyt lojalny wobec przyjaciół. Nie widzi wszystkiego w szerszej perspektywie. Ocaliłby przyjaciela, nawet gdyby oznaczało to zniszczenie reszty świata. Wówczas to zlekceważył. Lojalność miałaby być czymś złym? Nie okazała się zła podczas walki z tytanami. Ocalił swoich przyjaciół i pokonał Kronosa. Teraz zaczął się nad tym zastanawiać. Bez wahania rzuciłby się na każdego potwora, boga czy giganta, gdyby jego przyjaciołom coś zagrażało. Ale czy na pewno on miałby to zrobić? A może to zadanie dla kogoś innego? Bardzo trudno byłoby mu się z tym pogodzić. Miał kłopot nawet z czymś tak prostym jak pozwolenie Ja-sonowi na objęcie wachty. Nie chciał na nikim polegać, nie chciał, by chronił go ktoś, kto mógłby przy tym ucierpieć. Uczyniła to kiedyś dla niego matka. Tkwiła w złym związku z ordynarnym śmiertelnikiem, ponieważ uważała, że w ten sposób ocali syna przed potworami. Grover, jego najlepszy przyjaciel, chronił go przez prawie cały rok, zanim Percy uświadomił sobie, że jest półbogiem. A Grovera o mało nie zabił Minotaur. Percy nie był już chłopcem. Nie chciał, by ktokolwiek, kogo kochał, ryzykował dla niego życie. Musiał być na tyle silny, by sam siebie chronić. A teraz miał pozwolić Annabeth pójść samotnie za Znakiem Ateny, wiedząc, że ona może przypłacić to życiem? Gdyby stanął przed wyborem - ocalenie Annabeth albo powodzenie ich misji czy naprawdę byłby w stanie wybrać misję? W końcu zmęczenie wzięło górę. Zasnął, a we śnie huk gromu stał się śmiechem bogini ziemi Gai.

Śnił, że stoi na ganku Wielkiego Domu w Obozie Herosów. Na zboczu wzgórza pojawiła się uśpiona twarz Gai - jej ogromne rysy uformowały się z cieni na trawiastym zboczu. Jej wargi się nie poruszały, ale jej głos toczył się echem po dolinie. -

Więc to jest twój dom — zamruczała Gaja. — Spójrz nań po raz ostatni, Percy

Jacksonie. Powinieneś' był tu wrócić. Przynajmniej umarłbyś razem ze swoimi towarzyszami, kiedy nadejdą Rzymianie. Teraz twoja krew zostanie przelana daleko od domu, na starożytnych kamieniach, a ja powstanę. Ziemia zadrżała. Na szczycie wzgórza zapłonęła sosna Thalii. Wstrząs potoczył się po dolinie - trawa zamieniła się w piasek, las obrócił się w pył. Rzeka i jezioro wyschły. Domki i Wielki Dom spłonęły. Kiedy trzęsienie zanikło, Obóz Herosów wyglądał jak pustkowie po wybuchu bomby atomowej. Ocalał tylko ganek, na którym stał Percy. Tuż obok niego pył zawirował i uformował się w postać kobiety. Miała zamknięte oczy, jakby była lunatyczką. Jej szata była zielona jak las, nakrapiana złotem i bielą, jakby promienie słońca przedzierały się przez gałęzie drzew. Jej włosy były czarne jak świeżo przeorana gleba. Twarz miała piękną, ale nawet z tym sennym uśmiechem na wargach wyglądała na osobę zimną i nieczułą. Percy miał wrażenie, że mogłaby patrzeć na śmierć półbogów lub płonące miasta, a ten uśmiech nie spełzłby z jej ust. -

Kiedy odzyskam ziemię - powiedziała Gaja - pozostawię to miejsce jałowym i

nagim na zawsze, aby mi przypominało o twoich ziomkach i o tym, jacy byli wobec mnie bezsilni. Nie ma znaczenia, kiedy polegniesz, mój słodki pionku, z ręki Forkisa albo Chrysaora czy moich drogich bliźniaków. Ale polegniesz, a ja ciebie pożrę. Masz teraz tylko jeden wybór... Polegniesz sam? Przyjdź do mnie z własnej woli, przyprowadź tę dziewczynę. Może oszczędzę to miejsce, które tak ukochałeś. Bo jeśli nie... Gaja otworzyła oczy. Rozbłysły zielenią i czernią, przepastne jak skorupa ziemi. Widziała wszystko. Jej cierpliwość nie miała granic. Budziła się powoli, ale kiedy już powstanie, jej mocy nic nie powstrzyma. Percy poczuł mrowienie na całym ciele. Ręce mu zdrętwiały. Spojrzał w dół i zdał sobie sprawę z tego, że zamienia się w pył, jak potwory, które tyle razy pokonywał. — Witaj w Tartarze, mój mały pionku - zamruczała Gaja. Metaliczne KLANG, KLANG, KLANG wyrwało Percyego ze snu. Gwałtownie otworzył oczy. Uświadomił sobie, że właśnie usłyszał odgłos towarzyszący włączeniu trybu lądowania.

Ktoś zapukał do jego drzwi i po chwili Jason wsunął głowę w szparę. Siniaki na jego twarzy już nikły. Niebieskie oczy błyszczały z podniecenia. -

Hej, stary! Opadamy nad Rzymem. Naprawdę powinieneś to zobaczyć.

Niebo było błękitne, jakby nigdy nie nękała ich burzowa pogoda. Słońce już wstało nad odległymi wzgórzami, więc wszystko w dole jaśniało i połyskiwało, jakby cały Rzym dopiero co wyjechał z myjni. Percy widywał już wielkie miasta. W końcu pochodził z Nowego Jorku. Ale rozległość Rzymu dosłownie pochwyciła go za gardło, tak że z trudem zaczerpnął powietrza. Miasto zdawało się nie przejmować ukształtowaniem terenu. Rozlewało się po wzgórzach i dolinach, przeskakiwało przez Tyber tuzinami mostów i sięgało po sam horyzont. Ulice i aleje biegły zygzakami bez ładu i składu poprzez połacie dzielnic. Szklane biurowce piętrzyły się obok wykopalisk. Katedra wznosiła się tuż przy rzędzie rzymskich kolumn, sąsiadującym z nowoczesnym stadionem piłkarskim. W niektórych dzielnicach stare otynkowane wille z dachami pokrytymi czerwoną dachówką tłoczyły się wzdłuż brukowanych uliczek, tak że gdyby Percy skupił się tylko na nich, mógłby sobie wyobrażać, że przeniósł się do starożytności. Gdzie tylko spojrzał, widział rozległe place i pełne samochodów ulice. Parki przecinały miasto szaloną zbieraniną palm, sosen, jałowców i oliwek, jakby Percy poczuł mrowienie na całym ciele. Ręce mu zdrętwiały. Spojrzał w dół i zdał sobie sprawę z tego, że zamienia się w pył, jak potwory, które tyle razy pokonywał. -

Witaj w Tartarze, mój mały pionku - zamruczała Gaja.

Metaliczne KLANG, KLANG, KLANG wyrwało Percyego ze snu. Gwałtownie otworzył oczy. Uświadomił sobie, że właśnie usłyszał odgłos towarzyszący włączeniu trybu lądowania. Ktoś zapukał do jego drzwi i po chwili Jason wsunął głowę w szparę. Siniaki na jego twarzy już nikły. Niebieskie oczy błyszczały z podniecenia. -

Hej, stary! Opadamy nad Rzymem. Naprawdę powinieneś to zobaczyć.

Niebo było błękitne, jakby nigdy nie nękała ich burzowa pogoda. Słońce już wstało nad odległymi wzgórzami, więc wszystko w dole jaśniało i połyskiwało, jakby cały Rzym dopiero co wyjechał z myjni. Percy widywał już wielkie miasta. W końcu pochodził z Nowego Jorku. Ale

rozległość Rzymu dosłownie pochwyciła go za gardło, tak że z trudem zaczerpnął powietrza. Miasto zdawało się nie przejmować ukształtowaniem terenu. Rozlewało się po wzgórzach i dolinach, przeskakiwało przez Tyber tuzinami mostów i sięgało po sam horyzont. Ulice i aleje biegły zygzakami bez ładu i składu poprzez połacie dzielnic. Szklane biurowce piętrzyły się obok wykopalisk. Katedra wznosiła się tuż przy rzędzie rzymskich kolumn, sąsiadującym z nowoczesnym stadionem piłkarskim. W niektórych dzielnicach stare otynkowane wille z dachami pokrytymi czerwoną dachówką tłoczyły się wzdłuż brukowanych uliczek, tak że gdyby Percy skupił się tylko na nich, mógłby sobie wyobrażać, że przeniósł się do starożytności. Gdzie tylko spojrzał, widział rozległe place i pełne samochodów ulice. Parki przecinały miasto szaloną zbieraniną palm, sosen, jałowców i oliwek, jakby Rzym nie mógł się zdecydować, do której części świata należy -albo może wierzył, że świat wciąż należy do niego. Było tak, jakby to miasto wiedziało o śnie Percy'ego o Gai. Jakby wiedziało, że bogini ziemi zamierza zetrzeć w proch całą ludzką cywilizację, a to miasto, stojące tu od tysiącleci, odpowiadało jej: „Chcesz zniszczyć to miasto, Brudna Buźko? Spróbuj!". Innymi słowy, był to trener Hedge pośród miast śmiertelników — tylko wyższy. - Lądujemy w tym parku - oznajmił Leo, wskazując na rozległą zieloną przestrzeń upstrzoną palmami. - Oby Mgła sprawiła, że będziemy wyglądać jak wielki gołąb albo coś w tym rodzaju. Percy żałował, że nie ma z nimi Thalii, siostry Jasona. Zawsze umiała nagiąć Mgłę, by ukazywała ludziom to, co trzeba. Percy'emu nigdy się to nie udawało. Teraz myślał tylko: „Nie patrzcie na mnie" i miał nadzieję, że rzymianie tam w dole nie spostrzegą wielkiej spiżowej triremy opadającej na ich miasto w porannych godzinach szczytu. Czyżby to podziałało? Nie zauważył, by jakieś samochody zjeżdżały z drogi ani by rzymianie pokazywali sobie na niebo, krzycząc: „Kosmici!" „Argo II" opadł na trawiastą łąkę i wiosła się zatrzymały. Ze wszystkich stron otaczał ich hałas ruchu ulicznego, ale sam park był spokojny i pusty. Na lewo zielony trawnik biegł ku linii drzew. Jakaś stara willa gnieździła się w cieniu dziwacznie wyglądających sosen z pokrzywionymi pniami, które wystrzelały na dziesięć metrów w górę, po czym rozwijały się w spuchnięte parasole. Przypominały Percy emu drzewa z książek Dr. Seussa, które czytywała mu matka, gdy był mały.

Na prawo, wijąc się wzdłuż grzbietu wzgórza, biegł długi ceglany mur ze szczelinami dla łuczników na szczycie - być może jakaś średniowieczna linia obronna, a może nawet starożytna. Tego nie wiedział. Na północy znad dachów wystawał szczyt Koloseum, wyglądający jak na fotografiach. Właśnie wtedy pod Percym ugięły się nogi. A więc jest tutaj. Kiedyś myślał, że jego wyprawa na Alaskę była szczytem egzotyki, ale teraz znalazł się w sercu starożytnego Imperium Rzymskiego, na wrogim dla półbogów terytorium. Można powiedzieć, że w pewien sposób to miejsce miało taki sam wpływ na jego życie jak Nowy Jork. Jason wskazał na podstawę muru łuczników, gdzie schodki wiodły do czegoś w rodzaju tunelu. -

Chyba wiem, gdzie jesteśmy - powiedział. - To jest Grobowiec Scypionów.

Percy zmarszczył brwi. -

Scypion... Pegaz Reyny?

-

Nie - wtrąciła się Annabeth. - Był kiedyś taki znany rzymski ród i... och, to

miejsce jest niesamowite. Jason pokiwał głową. -

Studiowałem przedtem plany Rzymu. Zawsze chciałem tu przyjechać, ale...

Nikt nie czekał, aż skończy zdanie. Patrząc na twarze swoich przyjaciół, Percy był pewny, że wszyscy są równie podekscytowani jak on. Dokonali tego. Wylądowali w Rzymie - w tym Rzymie. -

To co robimy? - zapytała Hazel. - Nico ma czas do zachodu słońca... w

najlepszym razie. A całe to miasto ma być dzisiaj zniszczone. Percy otrząsnął się z zamyślenia. -

Masz rację. Annabeth... czy wymierzyłaś to miejsce na swojej spiżowej mapie?

Jej szare oczy pociemniały, co Percy mógł łatwo zinterpretować: „Pamiętaj, co ci powiedziałam. Zachowaj swój sen dla siebie". -

Tak - odrzekła z namysłem. - Jest na Tybrze. Myślę, że je znajdę, ale powinnam...

-

Zabrać mnie ze sobą - skończył za nią Percy. - Tak, masz rację.

Annabeth przeszyła go wzrokiem. -To nie jest...

-

Bezpieczne. Jeden półbóg idący samotnie przez Rzym. Pójdę z tobą aż nad Tyber.

Możemy wykorzystać nasz list polecający, jeśli spotkamy tego boga rzeki, Tiberinusa. Może on udzieli nam pomocy lub rady. Potem możesz pójść dalej sama. Zamilkli, wymieniając twarde spojrzenia, ale Percy nie ustąpił. Kiedy zaczęli ze sobą chodzić, matka wbiła Percy emu do głowy: „Do dobrych obyczajów należy odprowadzenie dziewczyny do jej drzwi". Jeśli tak było, to musiało również należeć do dobrych obyczajów odprowadzenie jej na próg samotnej misji grożącej śmiercią. -

Dobrze - mruknęła w końcu. — Hazel, skoro już jesteśmy w Rzymie, to chyba

możesz określić miejsce pobytu Nica? Hazel zamrugała, jakby otrząsała się z transu, w którym oglądała przedstawienie Percy i Annabeth. -

Mm... mam nadzieję, jeśli tylko dostatecznie się zbliżę. Będę musiała obejść całe

miasto. Frank, pójdziesz ze mną? Frank rozpromienił się. -

Oczywiście.

-1... Leo - dodała Hazel - może będzie dobrze, jeśli ty też pójdziesz. Rybocentaury mówiły, że będzie nam potrzebna twoja pomoc przy czymś mechanicznym. -

Dobrze - odrzekł Leo. - Nie ma sprawy.

Uśmiech Franka zmienił się w coś podobnego do maski Chrysaora. Percy nie znał się na stosunkach międzyludzkich, ale nawet on wyczuł napięcie między tą trójką. Od czasu gdy wpadli do Atlantyku, zachowywali się jakoś inaczej. I nie była to typowa sytuacja, gdy dwaj faceci ubiegają się o względy tej samej dziewczyny. Było raczej tak, jakby wszyscy troje byli razem zamknięci, próbując rozwiązać jakąś kryminalną zagadkę, ale jeszcze nie odkryli, które z nich jest ofiarą. Annabeth przeszyła go wzrokiem. -

To nie jest...

-

Bezpieczne. Jeden półbóg idący samotnie przez Rzym. Pójdę z tobą aż nad Tyber.

Możemy wykorzystać nasz list polecający, jeśli spotkamy tego boga rzeki, Tiberinusa. Może on udzieli nam pomocy lub rady. Potem możesz pójść dalej sama. Zamilkli, wymieniając twarde spojrzenia, ale Percy nie ustąpił. Kiedy zaczęli ze sobą chodzić, matka wbiła Percy emu do głowy: „Do dobrych obyczajów należy

odprowadzenie dziewczyny do jej drzwi". Jeśli tak było, to musiało również należeć do dobrych obyczajów odprowadzenie jej na próg samotnej misji grożącej śmiercią. -

Dobrze — mruknęła w końcu. - Hazel, skoro już jesteśmy w Rzymie, to chyba

możesz określić miejsce pobytu Nica? Hazel zamrugała, jakby otrząsała się z transu, w którym oglądała przedstawienie Percy i Annabeth. -

Mm... mam nadzieję, jeśli tylko dostatecznie się zbliżę. Będę musiała obejść całe

miasto. Frank, pójdziesz ze mną? Frank rozpromienił się. -

Oczywiście.

-

1... Leo - dodała Hazel - może będzie dobrze, jeśli ty też pójdziesz. Rybocentaury

mówiły, że będzie nam potrzebna twoja pomoc przy czymś mechanicznym. -

Dobrze - odrzekł Leo. - Nie ma sprawy.

Uśmiech Franka zmienił się w coś podobnego do maski Chrysaora. Percy nie znał się na stosunkach międzyludzkich, ale nawet on wyczuł napięcie między tą trójką. Od czasu gdy wpadli do Atlantyku, zachowywali się jakoś inaczej. I nie była to typowa sytuacja, gdy dwaj faceci ubiegają się o względy tej samej dziewczyny. Było raczej tak, jakby wszyscy troje byli razem zamknięci, próbując rozwiązać jakąś kryminalną zagadkę, ale jeszcze nie odkryli, które z nich jest ofiarą. Piper wyjęła swój sztylet i położyła na relingu«» -Jason i ja będziemy strzec okrętu. Zobaczę, co mi pokaże Katoptris. Ale, Hazel, jeśli zdołasz ustalić miejsce pobytu Nica, nie idźcie tam sami. Wróćcie tutaj. Tylko wszyscy razem możemy pokonać gigantów. Nie dodała tego, co było oczywiste: nawet wszyscy razem nie zwyciężą, jeśli żaden bóg nie stanie po ich stronie. Percy uznał, że i on tego nie dopowie. -

Dobry pomysł - powiedział. - To co, kiedy się tu spotykamy?

-

O trzeciej po południu? - zaproponował Jason. - To chyba ostatnia chwila, żeby

się spotkać i nadal mieć nadzieję na pokonanie gigantów i ocalenie Nica. Jeśli coś pokrzyżuje wam szyki, próbujcie wysłać wiadomość iryfonem. Pokiwali głowami, ale Percy zauważył, że niektórzy zerkają na Annabeth. Tego też

nikt nie chciał wypowiedzieć na głos: Annabeth nie mieściła się w tym harmonogramie. Mogła wrócić o trzeciej albo o wiele później, mogła też nigdy nie wrócić. Będzie samotnie poszukiwać Ateny Partenos. Trener Hedge odchrząknął. -

Zdążę w takim razie zjeść te kokosy... to znaczy powyciągać je z kadłuba.

Annabeth... nie bardzo mi się podoba, że pójdziecie tylko we dwójkę. Pamiętajcie: zachowujcie się przyzwoicie. Jeśli usłyszę o jakichś numerach, dostaniecie szlaban aż do zamarznięcia Styksu. Grożenie szlabanem w sytuacji, gdy wszyscy mieli za chwilę ryzykować życie, było tak absurdalne, że Percy nie mógł powstrzymać uśmiechu. -

Niedługo wrócimy - obiecał. Rozejrzał się po przyjaciołach, starając się odpędzić

uczucie, że widzą się po raz ostatni. - No, to życzę powodzenia. Wszystkim. Leo opuścił trap, a Percy i Annabeth pierwsi zeszli z okrętu.

XXXII PERCY W innych okolicznościach wędrowanie po Rzymie z Annabeth byłoby fantastycznym przeżyciem. Trzymając się za ręce, krążyli po krętych ulicach, unikając samochodów i zwariowanych kierowców vesp, przeciskając się przez tłumy turystów i brodząc przez oceany gołębi. Robiło się coraz cieplej. Kiedy oddalili się od głównych ulic i wyziewów spalin, powietrze zapachniało pieczonym chlebem i świeżo ściętymi kwiatami. Kierowali się w stronę Koloseum, bo był to dobry punkt orientacyjny, ale Percy nie spodziewał się, jak trudno będzie do niego dotrzeć. Miasto było jeszcze większe, a jego układ jeszcze bardziej zagmatwany, niż wydawało się z powietrza. Kilka razy musieli wracać, doszedłszy do ślepego końca uliczki. Wszędzie napotykali wspaniałe fontanny i wielkie pomniki. Annabeth skupiała uwagę na architekturze, ale Percy miał oczy otwarte na inne rzeczy. Raz dostrzegł jaśniejącego fioletowego ducha - lara - przypatrującego się im z okna jakiegoś apartamentowca. Innym razem zobaczył kobietę w białej szacie - może nimfę albo boginię - z groźnie wyglądającym nożem w ręku, przemykającą między kolumnami w parku. Nikt ich nie atakował, ale Percy czuł, że są obserwowani i że obserwatorzy nie są im życzliwi. W końcu dotarli do Koloseum, gdzie kilkunastu facetów w tanich kostiumach gladiatorów przepychało się z policją - plastikowe miecze przeciw pałkom. Percy nie wiedział, o co chodzi, ale uznał, że nie powinni się zatrzymywać. Czasami śmiertelnicy byli dziwniejsi od potworów. Kierowali się na zachód, zatrzymując się co chwilę i pytając o drogę do rzeki. Percy nie przewidział, że mieszkańcy Włoch będą mówić po włosku, a więc w języku, którego nie znał. Okazało się jednak, że nie będzie z tym większego kłopotu. Parę razy ktoś zaczepiał ich na ulicy i o coś pytał, na co Percy robił głupią minę, a rozmówca natychmiast przechodził na angielski. Inne odkrycie: Włosi używali euro, a Percy nie miał tej waluty. Pożałował tego, gdy napotkali sklepik z zimnymi napojami. Dochodziło południe i skwar był niemiłosierny, więc Percy zaczął już marzyć o triremie wypełnionej dietetyczną colą. Annabeth rozwiązała ten problem. Pogrzebała w swoim plecaku, wyjęła laptop

Dedala i wystukała kilka komend. Z boku wyskoczyła plastikowa karta. Pomachała nią triumfalnie. - Międzynarodowa karta kredytowa. W nagłych wypadkach. Percy popatrzył na nią ze zdumieniem. -Jak ty to... Nie. Nieważne. Nie chcę wiedzieć. Po prostu bądź taka niesamowita. Zimne napoje trochę pomogły, ale kiedy dotarli nad Tyber, byli już porządnie zgrzani i zmęczeni. Wzdłuż rzeki biegło kamienne nadbrzeże, chaotycznie zabudowane magazynami, domami mieszkalnymi, sklepami i kafejkami. Sam Tyber okazał się szeroką, leniwą rzeką barwy karmelu. Nad brzegami rosło kilka wysokich cyprysów. Najbliższy most wyglądał na całkiem nowy, zbudowany na żelaznych dźwigarach, ale tuż obok niego z wody sterczały pokruszone kamienne łuki, urywające się pośrodku rzeki - zapewne szczątki mostu z epoki cesarstwa. -

To jest to - powiedziała Annabeth, wskazując na resztki kamiennego mostu. -

Poznaję to z mapy. Ale co robimy teraz? Percy był rad, że użyła liczby mnogiej. Nie chciał jej jeszcze opuszczać. Prawdę mówiąc, nie był pewny, czy zdoła to uczynić, gdy nadejdzie czas. Przypomniał sobie słowa Gai: „Polegniesz sam?" Zapatrzył się na rzekę, zastanawiając się, w jaki sposób nawiązać kontakt z Tiberinusem. Nie miał ochoty skakać w wodę. Ty-ber nie wyglądał na czystszy od East River w Nowym Jorku, gdzie Percy miał zbyt wiele spotkań z opryskliwymi duchami rzeki. Pokazał na pobliską kafejkę ze stolikami tuż nad rzeką. -

Pora lunchu. Może byśmy znowu użyli twojej karty kredytowej?

Choć minęło południe, w kafejce było pusto. Wybrali stolik na zewnątrz, a kelner natychmiast się pojawił. Wyglądał na nieco zaskoczonego ich widokiem, zwłaszcza kiedy powiedzieli, że chcą coś zjeść. -

Amerykanie? - zapytał z uśmiechem cierpiętnika.

-

Tak - odpowiedziała Annabeth.

-

I uwielbiam pizzę - dodał Percy.

Kelner zrobił taką minę, jakby przełykał jedno euro. -

Oczywiście, signor. I niech zgadnę: coca-cola? Z lodem?

-

Super - powiedział Percy.

Nie bardzo rozumiał, dlaczego facet patrzył na nich z taką kwaśną miną. Zupełnie tak, jakby Percy poprosił o niebieską colę. Annabeth zamówiła panini i wodę gazowaną. Kiedy kelner odszedł, uśmiechnęła się do Percyego. -

Wydaje mi się, że Włosi jadają o wiele później. Nie wkładają lodu do napojów. A

pizzę robią tylko dla turystów. -

Och. - Percy wzruszył ramionami. - Najlepsze włoskie żarcie i oni tego nie jedzą?

-

Nie powiedziałabym tego w obecności kelnera.

Wzięli się za ręce nad stolikiem. Percy z lubością patrzył na nią w słońcu. Jej włosy zawsze stawały się takie jasne i ciepłe. Jej oczy przybierały barwy nieba i bruku, na przemian były niebieskie i brązowe. Zastanawiał się, czy powiedzieć jej o swoim śnie, w którym Gaja niszczyła Obóz Herosów. Uznał, że nie powinien tego robić. Po co Annabeth ma się martwić czymś nowym, kiedy czeka ją coś tak strasznego? Ale... co by się stało, gdyby nie udało im się pokonać piratów Chrysaora? On i Annabeth zostaliby zakuci w łańcuchy i przekazani sługom Gai. Ich krew miała być przelana na starożytnych kamieniach. Podejrzewał, że przewieziono by ich do Grecji i złożono w jakiejś strasznej ofierze. Ale już nieraz byli razem w ciężkich opałach. Mogliby wymyślić jakiś plan ucieczki, skorzystać z okazji... i Annabeth nie stałaby teraz u progu swojej samotnej misji w Rzymie. „Nie ma znaczenia, kiedy ty zginiesz" - powiedziała Gaja. Percy wiedział, że to okropne, ale już prawie żałował, że nie zostali porwani przez piratów. Przynajmniej on i Annabeth byliby do końca razem. -

Nie masz się czego wstydzić - powiedziała. - Myślisz o Chry-saorze, tak? Miecze

nie rozwiązują każdego problemu. I w końcu nas uratowałeś. Uśmiechnął się mimowolnie. -

Jak ty to robisz? Zawsze wiesz, o czym myślę.

-

Znam cię.

„I mimo to mnie lubisz?" - chciał zapytać, ale się powstrzymał. -

Percy, nie możesz brać na siebie całego ciężaru naszej misji. To niemożliwe.

Dlatego jest nas siedmioro. I będziesz musiał pozwolić mnie samej odszukać Atenę Partenos. -

Tak mi ciebie brakowało - wyznał. - Przez tyle miesięcy. Odebrano nam kawał

życia. Gdybym znowu cię utracił... Przyniesiono lunch. Kelner był już spokojniejszy. Pogodziwszy się z tym, że obsługuje Amerykanów, najwyraźniej uznał, że w końcu to nie ich wina, więc postanowił traktować ich uprzejmie. -

Piękny widok - rzekł, pokazując głową na rzekę. - Podziwiajcie.

Kiedy odszedł, jedli w milczeniu. Pizza była mdłym, gumowatym kawałkiem ciasta z odrobiną sera. „Może dlatego" - pomyślał Percy - „rzymianie jej nie jedzą. Biedni rzymianie". -

Musisz mi zaufać - powiedziała Annabeth, a Percy odniósł wrażenie, że mówi do

swojego sandwicza, bo nie patrzyła na niego. - Musisz wierzyć, że wrócę. Przełknął kęs pizzy. -

Wierzę w ciebie. Nie w tym rzecz. Ale mam wierzyć, że wrócisz skąd?

Przerwał im warkot vespy. Percy spojrzał na nadbrzeże. Skuter był jakimś starym modelem: był duży i błękitny. Za kierownicą siedział facet w jedwabnym szarym garniturze, a za nim młoda kobieta w chustce na głowie. Obejmowała go w pasie. Przejechali zygzakiem między stolikami kafejki i zatrzymali się przed Per-cym i Annabeth. -

Cześć - powiedział mężczyzna.

Miał niski, prawie chrapliwy glos, jak aktor filmowy, pobruż-dżoną twarz i krótkie, błyszczące, zaczesane do góry włosy. Uroda z lat pięćdziesiątych. Nawet ubranie miał staromodne. Kiedy zsiadł ze skutera, można było stwierdzić, że pas jego spodni sięga o wiele wyżej niż normalnie, ale przy tym wyglądał męsko i stylowo, a nie jak totalny burak. Percy miał kłopot z określeniem jego wieku - mógł mieć trzydzieści parę lat, choć stylem ubioru i zachowania bardziej pasował do ubiegłego wieku. Kobieta ześliznęła się z siodełka. -

Mieliśmy naprawdę cudowne przedpołudnie - powiedziała zadyszana.

Wyglądała na dwadzieścia jeden lat i również była ubrana staroświecko. Jej jaskrawopomarańczowa spódnica do kostek i biała bluzka były spięte razem szerokim

skórzanym paskiem, co dawało efekt najwęższej talii, jaką Percy kiedykolwiek widział. Kiedy zdjęła chustkę, jej pofalowane włosy opadły w idealną fryzurę. Miała ciemne, swawolne oczy i olśniewający uśmiech. Widywał najady, które były od niej mniej chochlikowate. Sandwicz wypadł Annabeth z rąk. -

Och, bogowie. Jak... jak...?

Była tak oszołomiona, że Percy domyślił się, iż powinien znać tych dwoje. -

Rzeczywiście wyglądacie znajomo - powiedział niepewnie.

Może widział ich w telewizji? Przypominali bohaterów jakiegoś starego serialu, ale to przecież było niemożliwe, bo w ogóle się nie zestarzeli. Zaryzykował jednak, celując palcem w mężczyznę: -Jesteś tym facetem z Mad Men? -

Percy! - Annabeth była wyraźnie przerażona.

-

No co? Nie siedzę godzinami przed telewizorem.

-

To jest Gregory Peck! - Annabeth wybałuszyła oczy i co jakiś czas otwierała usta.

- I... och, bogowie! Audrey Hepburn! Znam ten film. Rzymskie wakacje. Ale to było w latach pięćdziesiątych. Jak... -

Ach, moja droga! - Kobieta zawirowała jak duch powietrza i opadła na krzesło

przy ich stoliku. - Obawiam się, że mylisz mnie z kimś! Nazywam się Rea Sylwia. Byłam matką Romulusa i Remusa, tysiące lat temu. Ale bardzo mi miło słyszeć, że wyglądam tak młodo. A to jest mój mąż... -

Tiberinus - rzekł Gregory Peck, wyciągając dłoń do Percyego bardzo męskim

gestem. - Bóg rzeki Tyber. Percy uścisnął mu dłoń. Facet pachniał płynem po goleniu. Gdyby Percy był Tybrem, pewnie też chciałby przytłumić swój zapach wodą kolońską. -

Ee... cześć - powiedział. - Czy wy zawsze wyglądacie jak amerykańskie gwiazdy

filmowe? -

Tak wyglądamy? - Tiberinus zmarszczył brwi i popatrzył na swój strój. - Trudno

mi powiedzieć. No wiesz, migracja zachodniej cywilizacji działa w obie strony. Rzym wpłynął na świat, a świat wpływa na Rzym. Ostatnio chyba mamy tu do czynienia z dużym wpływem Ameryki. W ciągu wieków straciłem już rozeznanie.

-

Rozumiem. Ale... jesteś tutaj, żeby nam pomóc?

-

Moje najady powiedziały mi, że tu jesteście. — Tiberinus spojrzał swoimi

ciemnymi oczami na Annabeth. - Masz tę mapę, moja droga? I list polecający? -

Och...

Wręczyła mu list i spiżowy dysk. Wpatrywała się w boga rzeki tak uporczywie, że Percy zaczął być zazdrosny. -

W-więc... - wydukała - pomagałeś już innym dzieciom Ateny w tej misji?

-

Och, moja kochana! - Piękna pani, Rea Sylwia, położyła rękę na jej ramieniu. -

Tiberinus jest zawsze taki uczynny. Uratował moje dzieci, Romulusa i Remusa, i zaniósł je do wilczej bogini Lupy. A później, kiedy ten stary król Numen próbował mnie zabić, Tiberinus użalił się nade mną i pojął mnie za żonę. Od tego czasu panuję nad rzecznym królestwem u jego boku. To mężczyzna moich marzeń! -

Dziękuję ci, kochanie - rzekł Tiberinus z cierpkim uśmiechem. - Tak, Annabeth

Chase, pomogłem już wielu twoim braciom i siostrom... przynajmniej bezpiecznie rozpocząć ich wędrówkę. Niestety, wszyscy później zginęli w męczarniach. No cóż, twoje dokumenty są w porządku. Powinniśmy ruszać w drogę. Znak Ateny czeka! Percy chwycił dłoń Annabeth - może trochę za mocno. -

Tiberinusie, pozwól mi z nią pójść. Chociaż kawałek dalej.

Rea Sylwia roześmiała się rozkosznie. -

Przecież nie możesz, głuptasie. Musisz wrócić na wasz okręt i zebrać resztę

przyjaciół. Musicie stawić czoła gigantom! Jak? To się objawi na klindze noża Piper. Annabeth kroczy inną ścieżką. Musi tam iść sama. -

To prawda - dodał Tiberinus. - Annabeth musi sama stanąć przed strażnikiem

świątyni. To jedyny sposób. A ty, Percy Jacksonie, masz mniej czasu, niż ci się wydaje, by ocalić was'zego przyjaciela uwięzionego w tej kadzi. Musisz się pospieszyć. Percy poczuł, że pizza ciąży mu w żołądku jak bryła cementu. -

Ale...

-

W porządku, Percy. - Annabeth uścisnęła mu rękę. - Muszę to zrobić.

Chciał zaprotestować, ale jej mina go powstrzymała. Była przerażona, ale robiła wszystko, by to ukryć - dla jego dobra. Gdyby próbował wyrazić swój sprzeciw, byłoby jej ciężej. Albo, co gorsza, mógłby ją przekonać, a wtedy żyłaby ze świadomością, że

cofnęła się przed swoim największym wyzwaniem... zakładając, że w ogóle przeżyją w sytuacji, gdy Rzym ma być zrównany z ziemią, a Gaja ma powstać i zniszczyć świat. Posąg Ateny był kluczem do pokonania gigantów. Percy nie wiedział, co to właściwie oznacza, ale Annabeth była jedyną osobą, która mogła to odkryć. -

Masz rację - przyznał z trudem. - Bądź bezpieczna.

Rea Sylwia zachichotała, jakby to był jakiś śmieszny komentarz. -

Bezpieczna? W żadnej mierze! Ale potrzebna. Chodź, Annabeth. Pokażemy ci,

gdzie jest początek twojej ścieżki. Później będziesz zdana tylko na siebie. Annabeth pocałowała Percy'ego. Zawahała się na chwilę, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć. Potem zarzuciła plecak na ramiona i wspięła się na siodełko skutera. Percy zżymał się w duchu. Wolałby walczyć z każdym potworem na świecie. Wolałby jeszcze raz walczyć z Chrysaorem. Zmusił się jednak, by pozostać przy stoliku, i patrzył, jak Annabeth odjeżdża skuterem ulicami Rzymu z Gregorym Peckiem i Audrey Hepburn.

XXXIII ANNABETH Annabeth myślała, że będzie gorzej. Co prawda musiała wyruszyć na samotną misję, ale przynajmniej zdążyła zjeść lunch z Percym na brzegu Tybru. A teraz jechała na skuterze z Gregorym Peckiem. Znała ten film tylko dzięki swojemu tacie. Przez kilka ostatnich lat, od kiedy się pogodzili, spędzali razem więcej czasu i poznała ojca z lepszej strony. To prawda, kochał historię wojen, broń i dwupłatowce, ale lubił też stare filmy, a zwłaszcza komedie romantyczne z lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Rzymskie wakacje należały do jego ulubionych filmów. Namówił ją, aby go obejrzała. Uważała, że fabuła jest głupia - księżniczka ucieka swoim ochroniarzom w Rzymie i zakochuje się w amerykańskim dziennikarzu - ale podejrzewała, że ojcu dlatego podobał się ten film, że przypominał mu jego własny romans z boginią Ateną: inny związek, który nie mógł zakończyć się szczęśliwie. Ojciec w niczym nie przypominał Gregory ego Pecka. Atena z całą pewnością nie była podobna do Audrey Hepburn. Annabeth wiedziała jednak, że ludzie widzą to, co chcą zobaczyć. Nie potrzebują Mgły, by zmienić sposób postrzegania rzeczy. Kiedy błękitny skuter przemykał ulicami Rzymu, bogini Rea Sylwia na bieżąco informowała Annabeth o zmianach, jakim podlegało miasto w ciągu stuleci. -

Tutaj był Pons Sublicius, most na palach - powiedziała, wskazując na zakręt

rzeki. - No wiesz, gdzie Horacjusz i jego dwaj przyjaciele bronili miasta przed armią najeźdźców. To dopiero był dzielny Rzymianin! -

A popatrz tam - dodał Tiberinus. - W tym miejscu rzeka wyrzuciła na brzeg

Romulusa i Remusa. Wskazywał chyba miejsce, w którym para kaczek wiła gniazdo ze strzępów plastikowych toreb i papierków po cukierkach. -

Och, tak - westchnęła z rozrzewnieniem Rea Sylwia. - Byłeś tak dobry, że wylałeś

się i wyrzuciłeś moje dzieciątka na brzeg, żeby wilki je odnalazły. -

To nic takiego - rzekł Tiberinus.

Annabeth czuła się lekko oszołomiona. Bóg rzeki mówił o czymś, co wydarzyło się przed tysiącami lat, kiedy na tym terenie były tylko bagna i może kilka lepianek.

Tiberinus ocalił dwoje niemowląt, z których jedno założyło największe imperium świata. „To nic takiego". Rea Sylwia pokazała na wielki nowoczesny apartamentowiec. -

Tu była świątynia Wenus. Potem kościół. Potem pałac. A potem

apartamentowiec. Spalił się trzy razy. Teraz znowu go odbudowano. A w tym miejscu, o, tam... -

Proszę - przerwała jej Annabeth. - Kręci mi się w głowie.

Rea Sylwia roześmiała się. -Wybacz mi, kochanie. Tutaj wszędzie jedne pokłady historii spoczywają na drugich, ale to jeszcze nic w porównaniu z Grecją. Ateny były już bardzo stare, kiedy Rzym był zbiorowiskiem lepianek. Sama zobaczysz, jeśli przeżyjesz. Annabeth -

Ładna mi pociecha - mruknęła Annabeth.

-

Jesteśmy na miejscu - oznajmił Tiberinus.

Zatrzymał skuter przed wielką marmurową budowlą, z fasadą pokrytą miejskim brudem, ale nadal piękną. U szczytu zdobiły ją bogate rzeźby rzymskich bogów. Wejścia broniła brama z żelaznych prętów, zamknięta na ciężkie kłódki. -

Mam wejść do środka? - Annabeth żałowała, że nie ma z nią Leona albo że

przynajmniej nie pożyczyła sobie jakichś przecinaków z jego pasa na narzędzia. Rea Sylwia zakryła sobie usta i zachichotała. -

Nie, moja kochana. Nie do środka. Pod spód.

Tiberinus wskazał kamienne stopnie z boku budynku - coś w rodzaju schodków, które prowadziłyby do sutereny, gdyby byli na Manhattanie. -

Nad ziemią Rzym jest zabudowany bardzo chaotycznie - powiedział — ale to nic

w porównaniu z tym, co jest pod miastem. Musisz wejść do podziemnego Rzymu, Annabeth Chase, i odnaleźć ołtarz cudzoziemskiego boga. Poprowadzą cię ślady porażek twoich poprzedników. A potem... nie wiem. Plecak zaciążył jej na ramionach. Od wielu dni studiowała spiżową mapę, przeszukując co jakiś czas laptop Dedala. Niestety, niewiele się dowiedziała, a nieliczne odnalezione informacje sprawiły, że jej misja wydawała się niemal niewykonalna. -

Moi bracia i siostry... Nikomu nie udało się dotrzeć do tej świątyni, tak?

Tiberinus pokręcił głową. -

Ale wiesz, jaka nagroda czeka tego, komu uda się ją uwolnić.

-

Tak.

-

To może przynieść pokój między dziećmi Grecji i Rzymu -powiedziała Rea

Sylwia. - Może zmienić przebieg nadchodzącej wojny. -

Jeśli przeżyję.

Tiberinus ponuro pokiwał głową. -

Bo chyba wiesz, jakiemu strażnikowi musisz stawić czoło?

Annabeth przypomniała sobie pająki w Forcie Sumter i sen, który opowiedział jej Percy - ten syczący głos w ciemności. -

Tak.

Rea Sylwia spojrzała na swojego męża. -

Jest odważna. Może okaże się silniejsza od innych.

-

Mam nadzieję. Zegnaj, Annabeth Chase. Powodzenia.

Rea Sylwia rozpromieniła się. -

Zaplanowaliśmy sobie takie cudowne popołudnie! Do sklepów!

Gregory Peck i Audrey Hepburn odjechali na swoim błękitnym skuterze. Annabeth odwróciła się i ruszyła samotnie po schodkach w dół. Bywała już pod ziemią wiele razy. W połowie schodów uświadomiła sobie, od jak dawna nie działała samotnie. Zamarła. O bogowie... nie robiła czegoś takiego od dzieciństwa. Po ucieczce z domu przez parę tygodni była całkiem sama, sypiając pod wiaduktami i ukrywając się przed potworami, zanim Thalia i Lukę "wzięli ją pod swoje skrzydła. Kiedy trafiła do Obozu Herosów, przebywała tam do dwunastego roku życia. A potem we wszystkich misjach towarzyszył jej Percy oraz inni przyjaciele z obozu. Ostatnim razem gdy czuła się tak przerażona i samotna, miała siedem lat. Przypomniała sobie dzień, w którym ona, Thalia i Lukę zawędrowali do legowiska cyklopów w Brooklynie. Thalia i Lukę zostali porwani i Annabeth musiała ich uwolnić. Wciąż pamiętała, jak drżała ze strachu w mrocznym kącie rozpadającej się willi, słuchając cyklopów, którzy naśladowali głosy jej przyjaciół i próbowali w ten sposób

skłonić ją do wyjścia z kryjówki. A jeśli to również jest podstęp? A jeśli te inne dzieci Ateny zginęły, bo Tiberinus i Rea Sylwia zaprowadzili je prosto w pułapkę? Czy Gregory Peck i Audrey Hepburn zrobiliby coś takiego? Zmusiła się do ruszenia dalej. Nie miała wyboru. Jeśli Atena Partenos rzeczywiście była tu gdzieś pod ziemią, mogłoby to zadecydować o losie wojny. Co więcej, mogłoby pomóc jej matce. Atena jej potrzebowała. U podnóża schodów ujrzała stare drewniane drzwi z żelaznym pierścieniem zamiast klamki. Nad nim widniała metalowa płytka z dziurką od klucza. Annabeth zaczęła się zastanawiać, jak otworzyć wejście, ale gdy tylko dotknęła pierścienia, pośrodku drzwi zapłonął ognisty znak: sylwetka sowy Ateny. Z dziurki od klucza buchnął dym. Drzwi same się otworzyły. Po raz ostatni spojrzała w górę. U szczytu schodów jaśniał prostokąt błękitu nieba. Śmiertelnicy cieszą się ciepłym popołudniem. Pary trzymają się za ręce w przytulnych kafejkach. Turyści buszują po sklepach i muzeach. Mieszkańcy Rzymu załatwiają swoje codzienne sprawy, prawdopodobnie nieświadomi tysięcy lat historii pod swoimi stopami i z całą pewnością nieświadomi wciąż zamieszkujących podziemia duchów, bogów i potworów, a także tego, że ich miasto może zostać dzisiaj zniszczone, jeśli grupce półbogów nie uda się powstrzymać gigantów. Przekroczyła próg. Znalazła się w piwnicy, która była architektonicznym cyborgiem. Starożytne ceglane mury pokryte były plątaniną nowoczesnych kabli elektrycznych i rur wodnokanalizacyjnych. Sufit podtrzymywała kombinacja stalowych rusztowań i granitowych rzymskich kolumn. Przednia połowa piwnicy zawalona była skrzyniami. Annabeth z ciekawości otworzyła kilka z nich. W jednych było pełno szpuli różnokolorowego sznurka - jakby do latawców albo projektów rękodzielniczych. W innych były tandetne plastikowe miecze gladiatorów. Może kiedyś byl tu magazyn jakiegoś sklepu dla turystów. W tyle piwnicy widniał w posadzce otwór po wykopaliskach, a w nim kolejne stopnie — tym razem z białego kamienia - wiodące jeszcze głębiej pod ziemię. Annabeth ostrożnie podeszła do szczytu schodów i zajrzała w głąb. Nawet w świetle

jej sztyletu niewiele było widać. Oparła rękę o ścianę i natrafiła na włącznik elektryczny. Pstryknęła nim. Oślepiające fluoroscencyjne żarówki oświetliły schody. Poniżej zobaczyła posadzkę wyłożoną mozaiką w jelenie i fauny-być może pokój jakiejś starożytnej rzymskiej willi, ukryty pod tą współczesną piwnicą ze skrzyniami pełnymi sznurków i plastikowych mieczy. Zeszła po tych schodach. Pokój miał z sześć metrów kwadratowych. Ściany były kiedyś pokryte barwnymi malowidłami, ale większość fresków złuszczyła się i poodpadała. W jednym rogu ziała w posadzce wykopana dziura. Kucnęła przy niej. Dna nie dostrzegła. Usłyszała plusk wody dochodzący z głębokości jakichś dziesięciu metrów. Nie poczuła odoru charakterystycznego dla ścieków, był to raczej zapach starości i stęchlizny, trochę słodkawy, jakby woń gnijących kwiatów. Być może jakiś dawny kanał rozprowadzał tędy wodę z akweduktów. I nie było żadnych stopni. - Nie wskoczę tam - mruknęła do siebie. Jakby w odpowiedzi coś zajaśniało w ciemności. Na dnie studni pojawił się Znak Ateny, ujawniając połyskujące ceglane ścianki podziemnego kanału biegnącego ze dwanaście metrów pod podłogą willi. Ognista sowa zdawała się z niej szydzić: „No cóż, tędy wiedzie droga, dziecinko. Więc lepiej coś wymyśl". Annabeth zaczęła rozważać wszystkie możliwości. Za głęboko, żeby wskoczyć. Nie ma żadnej drabiny ani liny. Można by wrzucić do studni jakiś stalowy dźwigar z piwnicy na górze i opuścić się po nim jak strażacy po słupie, tylko jak go oderwać od sklepienia? No i chyba nie można ryzykować zawalenia się całej budowli. Dreszcz frustracji przebiegł po niej jak armia termitów. Przez całe życie była świadkiem, jak inni półbogowie ujawniali zdumiewające zdolności. Percy potrafił panować nad wodą. Gdyby tu był, mógłby nakazać wodzie podnieść się i opaść z powrotem razem z nimi. Hazel, jak twierdziła, potrafiła bez trudu odnaleźć drogę w każdych podziemiach, a nawet zmieniać bieg tuneli. Mogłaby łatwo znaleźć inną drogę. Leo wyciągnąłby ze swojego pasa odpowiednie narzędzia i zbudował coś, co załatwiłoby sprawę. Nawet Piper z tą jej czaromową... mogłaby przekonać Tiberinusa i Reę Sylwię, by okazali trochę więcej życzliwości. A co ona miała? Spiżowy sztylet i tę przeklętą srebrną monetę. Plecak z laptopem

Dedala. Butelkę wody, kilka kawałków ambrozji na wszelki wypadek i pudełko zapałek prawdopodobnie bezużytecznych, ale ojciec wbił jej do głowy, że zawsze powinna móc rozpalić ogień. Nie dysponowała żadną zdumiewającą mocą. Nawet jej jedyna prawdziwie magiczna własność, czapka niewidka nowojorskich Yankees, przestała działać i spoczywała teraz w jej kabinie na pokładzie „Argo II". - Masz swoją inteligencję - powiedział jakiś głos. Czyżby to Atena do niej przemówiła? Nie, to pewnie tylko pobożne życzenie w jej głowie. Inteligencja... Miał ją ulubiony bohater Ateny, Odyseusz. Poprowadził Greków do zwycięstwa w wojnie trojańskiej, korzystając ze swego sprytu, a nie siły. Pokonał najróżniejsze potwory, wyszedł cało z wielu opresji, bo zawsze potrafił coś wymyślić. To ceniła w nim Atena. Córa mądrości samotnie kroczy. To nie tylko znaczy bez towarzyszy. To znaczy, że nie posiadając żadnych szczególnych mocy. No dobra... więc jak zejść tam bezpiecznie, z pewnością, że będzie mogła stamtąd wyjść, jeśli okaże się to konieczne? Powróciła do piwnicy i spojrzała na pootwierane skrzynie. Sznurki do latawców i plastikowe miecze. Pomysł, który zaświtał jej w głowie, był tak zabawny, że prawie się roześmiała, ale nie miała innego. Zabrała się do pracy. Jej ręce zdawały się dokładnie wiedzieć, co robić. Czasami tak się zdarzało, na przykład kiedy pomagała Leonowi naprawić maszynerię okrętu albo kiedy kreśliła architektoniczne plany na ekranie komputera. Jeszcze nigdy nie robiła czegoś ze sznurka do latawców i plastikowych mieczy, ale okazało się to całkiem łatwe, po prostu naturalne. W kilka minut z tuzina szpuli sznurka i skrzyni plastikowych mieczy stworzyła coś w rodzaju drabinki sznurowej - splecionej ze sznurka liny, niezbyt grubej, z mieczami umocowanymi co jakieś sześćdziesiąt centymetrów, aby służyły jako oparcie dla rąk i stóp. Na próbę przywiązała koniec liny do jednej z kolumn i zawisła na niej całym ciężarem. Plastikowe miecze ugięły się pod nią, ale wytrzymały, stanowiąc dodatkowe oparcie prócz węzłów na linie.

Drabinka nie zdobyłaby żadnej nagrody w konkursie wzornictwa rękodzielniczego, ale dzięki niej Annabeth mogła teraz bezpiecznie opuścić się na dno studni. Najpierw napchała plecak pozostałymi szpulami sznurka. Nie bardzo wiedziała, po co to robi, ale uznała, że mogą się jeszcze przydać, a nie były ciężkie. Powróciła do studni w mozaikowej posadzce. Przywiązała koniec liny do najbliższego dźwigara, wrzuciła drabinkę do dziury i opuściła się po niej w ciemność.

XXXIV ANNABETH Kiedy wisiała w powietrzu, opuszczając się ręka za ręką po rozkołysanej drabince, dziękowała w duchu Chejronowi za te wszystkie lata ćwiczeń na kursie wspinaczki w Obozie Herosów. Uskarżała się wtedy głośno i często, że umiejętność wspinania się po linie na pewno nigdy jej nie pomoże w pokonaniu żadnego potwora. Chejron tylko się uśmiechał, jakby wiedział, że ten dzień nadejdzie. W końcu dotarła do dna studni. Nie trafiła w ceglaną krawędź i wylądowała pośrodku podziemnego kanału, ale okazał się bardzo płytki. Lodowata woda przemoczyła jej trampki. Uniosła świecący sztylet. Płytki kanał biegł środkiem wyłożonego cegłami tunelu. Co parę metrów ze ścian wystawały ceramiczne rury. Domyśliła się, że to dreny, część starożytnego systemu wodno-kanalizacyjnego, choć zdumiało ją, że przetrwały do dziś między wszystkimi innymi rurami, piwnicami i ściekami zbudowanymi pod Rzymem w ciągu wielu stuleci. Nagła myśl zmroziła ją bardziej niż woda. Kilka lat wcześniej Percy i ona brali udział w misji w labiryncie Dedala – tajemnej sieci tuneli i komnat, pełnej zaklęć i pułapek, która kryła się pod wszystkimi miastami Ameryki. Kiedy Dedal zginął w bitwie o labirynt, cała ta sieć się zawaliła - a w każdym razie Annabeth tak sądziła. A jeśli istniała nie tylko w Ameryce? Jeśli pod Rzymem była jakaś starsza wersja labiryntu? Dedal powiedział jej kiedyś, że labirynt jest obdarzony własnym życiem. Nieustannie rozrasta się i zmienia. Może odradza się jak potwory? To by miało sens. Była to przecież archetypiczna siła, jak by powiedział Chejron - coś, co nigdy do końca nie umiera. Jeśli to jest część labiryntu... Postanowiła nie myśleć o tym, ale odtąd sprawdzać, czy nie chodzi w kółko. W labiryncie odległość traciła znaczenie. Gdyby Annabeth nie była dość czujna, mogłaby przejść pięć metrów w złym kierunku i znaleźć się w Polsce. Na wszelki wypadek przywiązała koniec nowego kłębka sznurka do drabinki. Mogła rozwijać sznurek za sobą. Stara, dobra sztuczka. Zastanawiała się, w którą pójść stronę. Tunel wydawał się taki sam w obu

kierunkach. A potem, jakieś piętnaście metrów na lewo, na ścianie ponownie rozbłysnął Znak Ateny. Annabeth mogła przysiąc, że sowa patrzy na nią swoimi wielkimi, ognistymi oczami, jakby mówiła: „Masz jakiś problem? Pospiesz się!" Zaczynała naprawdę nienawidzić tej sowy. Kiedy doszła do tego miejsca, świetlisty symbol znikł, a sznurek się skończył. Przywiązując drugi, zerkała w tunel. Dostrzegła wyłom w ceglanym murze, jakby ktoś wyrąbał w ścianie dziurę. Podeszła tam, żeby lepiej się temu przyjrzeć. Wsadziła w otwór sztylet i w jego mdłym świetle zobaczyła niższą komorę, długą i wąską, z mozaikową posadzką i ławkami wzdłuż malowanych ścian. Przypominała wagon kolejki podziemnej. Wetknęła w otwór głowę, mając nadzieję, że nie zostanie odgryziona. Wewnątrz komnaty, w ścianie obok, były zamurowane drzwi. Na jej końcu zobaczyła jakiś kamienny stół, może ołtarz. Hm... Kanał wodny biegł dalej, ale nabrała pewności, że właśnie tędy prowadzi jej ścieżka. Przypomniała sobie słowa Tiberinusa: „Znajdź ołtarz cudzoziemskiego boga". Z wąskiej komory nie było wyjścia, ale uznała, że bez trudu sięgnęłaby do otworu ze stojącej pod nim ławki, gdyby chciała wrócić. Wciąż rozwijając sznurek, opuściła się przez otwór w dół. Sklepienie komory było beczkowate, z ceglanymi łukami, ale te podpory nie wzbudzały zaufania. Tuż nad jej głową, w łuku najbliższym zamurowanych drzwi, zwornik był pęknięty na pół. Przez sklepienie biegły szczeliny. To miejsce prawdopodobnie pozostawało nietknięte przez dwa tysiące lat, ale Annabeth uznała, że lepiej się tu zbyt długo nie zatrzymywać. Przy jej szczęściu komora może się zawalić za dwie minuty. Posadzka była długą wąską mozaiką z siedmioma wyobrażeniami w rzędzie. U stóp Annabeth widniał kruk. Dalej lew. Parę następnych wyglądało jak rzymscy wojownicy z różnymi rodzajami broni. Reszta była tak uszkodzona albo brudna, że szczegóły stały się niewidoczne. Ławki po obu stronach zastawione były glinianymi skorupami. Na ścianach widniały malowidła ze scenami z jakiejś uczty: mężczyzna w tunice i zakrzywionej czapce, przypominającej waflowy rożek do lodów, siedział obok większego faceta, z którego ciała wybiegały promienie słońca. Wokół nich stali ludzie z pochodniami i

służący, a różne zwierzęta, przeważnie kruki i lwy, spacerowały w tle. Annabeth nie wiedziała, co ta scena przedstawia; nie przywodziła jej na myśl żadnej greckiej legendy. W odległym końcu komnaty był bogato rzeźbiony ołtarz z fryzem przedstawiającym mężczyznę w stożkowatej, zakrzywionej czapce, przyciskającego ostrze noża do szyi byka. Na ołtarzu stała kamienna figura mężczyzny, którego nogi tkwiły aż po kolana w skale; w wyciągniętych rękach trzymał sztylet i pochodnię. I te postacie z niczym się Annabeth nie kojarzyły. Zrobiła krok w stronę ołtarza. Coś trzasnęło pod jej stopą. Spojrzała w dół i zrozumiała, że właśnie rozdeptała ludzkie żebro. Zdusiła okrzyk. Skąd to się tu wzięło? Przecież zaledwie parę sekund wcześniej zerknęła w dół i nie dostrzegła żadnych kości. Teraz posadzka była nimi zasłana. Zebro było bardzo stare. Rozsypało się w pył, kiedy uniosła stopę. Obok leżał skorodowany spiżowy sztylet, bardzo podobny do jej własnego. Zapewne należał albo do zmarłego, albo do jego zabójcy. Wyciągnęła przed siebie ostrze. Nieco dalej leżał bardziej kompletny szkielet w resztkach haftowanego kaftana, wyglądającego na ubiór z czasów renesansu. Jego falbaniasty kołnierz i czaszka były osmalone, jakby próbował sobie umyćwłosy lutownicą. „Wspaniale" - pomyślała Annabeth. Spojrzała na figurę na ołtarzu, trzymającą sztylet i pochodnię. - „To pewnie jakaś próba" -uznała. Tych dwóch facetów nie przeszło jej pomyślnie. Poprawka: nie tylko dwóch facetów. Całą posadzkę aż do ołtarza zaścielały kości i szczątki ubrań. Trudno było określić, z ilu szkieletów pochodziły, ale założyłaby się, że należały do herosów z przeszłości, dzieci Ateny, które dotarły tu w czasie swoich misji. -

Nie dołączę do szkieletów na twojej posadzce! - zawołała do posągu, mając

nadzieję, że z jej głosu bije odwaga. -

Dziewczyna — powiedział wodnisty głos, rozchodzący się echem po komorze. -

Dziewczynom wstęp wzbroniony. -

Żeński półbóg - powiedział inny głos. - Niewybaczalne.

Komnata zadygotała. Pył opadł z popękanego sklepienia. Annabeth rzuciła się ku dziurze, przez którą się tu dostała, ale dziura znikła. Sznurek był przerwany. Wspięła się

na ławkę i biła pięściami w ścianę, mając nadzieję, że brak dziury jest tylko iluzją, ale ściana nie ustąpiła. Tkwiła w pułapce. Wzdłuż ławek zajaśniał rząd duchów - mężczyzn w rzymskich togach, jak lary w Obozie Jupiter. Patrzyli na nią groźnie, jakby przerwała im spotkanie. Zrobiła jedyną rzecz, którą mogła zrobić. Zeskoczyła z ławki i oparła się plecami o zamurowane drzwi. Starała się zachować pewną minę, choć złowrogie spojrzenia fioletowych duchów i szkielety półbogów u jej stóp sprawiały, że miała ochotę ukryć głowę w swojej koszulce i wrzeszczeć. -

Jestem córką Ateny - powiedziała z taką godnością, na jaką ją było stać.

— Greczynka - powiedział z odrazą jeden z duchów. — Jeszcze gorzej. W drugim końcu komnaty powstał z trudem jakiś starzec (czy duchy miewają artretyzm?) i stanął przy ołtarzu, utkwiwszy oczy w Annabeth. W pierwszej chwili pomyślała, że wygląda jak papież. Ubrany był w połyskującą szatę, na głowie miał ostro zakończoną czapkę, a w ręku pastorał. — To jest pieczara Mitry - oznajmił. - Zakłóciłaś nasze święte rytuały. Nie możesz być świadkiem misteriów i zachować życie. — Nie chcę patrzeć na wasze misteria — zapewniła go Annabeth. - Idę za Znakiem Ateny. Pokaż mi, jak stąd wyjść, a pójdę dalej swoją drogą. Wypowiedziała to opanowanym głosem, co ją samą zaskoczyło. Nie miała pojęcia, jak się stąd wydostać, ale wiedziała, że musi odnieść sukces tam, gdzie jej bracia i siostry zawiedli. Jej ścieżka wiodła dalej - głębiej w podziemia Rzymu. „Poprowadzą cię ślady porażek twoich poprzedników" - powiedział Tiberinus. - „A potem... nie wiem". Duchy zaczęły mamrotać do siebie po łacinie. Annabeth wychwyciła parę niemiłych słów pod adresem żeńskich półbogów i Ateny. W końcu duch w mitrze papieża uderzył pastorałem w posadzkę. Zapadła cisza. -

Twoja grecka bogini nie ma tutaj władzy - rzekł. - Mitra jest bogiem rzymskich

wojowników! Jest bogiem legionu, bogiem cesarstwa! takim?

Nie był nawet Rzymianinem - zaprotestowała Annabeth. -Był Persem czy kimś

-

Bluźnierstwo! - krzyknął starzec, kilka razy waląc pastorałem w posadzkę. - Mitra

nas chroni! Jam jest pater tego bractwa... -

Ojciec - przetłumaczyła Annabeth.

-

Nie przerywaj! Jako pater muszę chronić tajemnicę naszych misteriów.

-

Jakich misteriów? - zapytała Annabeth. - Tuzin martwych gości siedzących w

pieczarze? Duchy zaczęły szemrać i uskarżać się, póki pater nie gwizdnął na nie jak na taksówkę. Musiał mieć niezłe płuca. -

Najwyraźniej jesteś niedowiarkiem. Musisz umrzeć, tak jak inni.

Inni. Annabeth starała się nie patrzeć na szkielety. Myślała gorączkowo, wygrzebując z pamięci wszystko, co wiedziała o Mitrze. Czcili go potajemnie rzymscy legioniści. Był jednym z bogów wojny, którzy zastąpili Atenę. Afrodyta wspomniała o nim podczas herbatki w Charleston. To było wszystko, co Annabeth o nim wiedziała. Nie należał do bogów, o których się mówiło w Obozie Herosów. Wątpiła, czy duchy zaczekają, aż wyjmie laptop Dedala i znajdzie o nim coś więcej. Przebiegła wzrokiem mozaikę - siedem postaci w rzędzie. Przyjrzała się duchom i zauważyła, że każdy miał na todze coś w rodzaju odznaki - raz był to kruk, innym razem pochodnia albo łuk. -

Odprawiacie rytuał przejścia - wypaliła. - Siedem poziomów wtajemniczenia.

Najwyższym jest pater. Duchy wydały z siebie zbiorowy zduszony okrzyk, a potem zaczęły wykrzykiwać: -

Skąd ona to wie?!

-

Ta dziewczyna poznała nasze tajemnice!

-

Cisza! - krzyknął pater.

-

Ale ona może wiedzieć o naszych świętych próbach!

-

Wasze próby! - zawołała Annabeth. - Wiem o nich!

Duchy ponownie wydały z siebie zbiorowy zduszony okrzyk, tym razem niedowierzania. -

To śmieszne! - krzyknął pater. - Ta dziewczyna kłamie! Córko Ateny, wybierz

rodzaj swojej śmierci. Jeśli sama nie wybierzesz, bóg uczyni to za ciebie!

-

Ogień lub sztylet - domyśliła się Annabeth.

Nawet pater zrobił zdumioną minę. Najwyraźniej zapomniał, że ofiary minionych kar leżą na posadzce. -

Skąd... skąd to...? - wybełkotał. - Kim jesteś?!

-

Córką Ateny - powtórzyła Annabeth. - Ale nie zwykłą córką. Jestem... ee... mater

w moim zgromadzeniu sióstr. Magna mater. Nie ma przede mną tajemnic. Mitra nie może ukryć niczego przede mną. -

Magna mateń - jęknął z rozpaczą jakiś duch. - Wielka matka!

-

Zabić ją! - Inny duch rzucił się na nią z wyciągniętymi rękami, ale przeniknął

przez nią, nie zrobiwszy jej żadnej krzywdy. -Jesteś martwy - przypomniała mu Annabeth. - Usiądź. Duch usiadł ze zmieszaną miną. -

Nie musimy sami cię zabijać - warknął pater. - Mitra uczyni to za nas!

Figura na ołtarzu zajaśniała. Annabeth naparła rękami na zamurowane drzwi za plecami. To musi być wyjście. Zaprawa zaczęła się kruszyć, ale nie na tyle, by zdołała przebić się przez te drzwi ciężarem ciała. Rozejrzała się gorączkowo po komorze — popękane sklepienie, mozaikowa posadzka, malowidła na ścianach, rzeźbiony ołtarz. I zaczęła mówić, na gorąco wyciągając nowe wnioski. -

To na nic. Wiem wszystko. Dokonujecie na waszych nowicjuszach próby ognia,

bo pochodnia jest symbolem Mitry. Jego innym symbolem jest sztylet i dlatego próby można dokonać również nożem. Chcecie mnie zabić tak... no... jak Mitra zabił świętego byka. Tak tylko przypuszczała, bo na ołtarzu była płaskorzeźba Mitry zabijającego byka, więc pomyślała, że musi to być coś ważnego. Duchy zajęczały i zakryły sobie uszy. Niektóre biły się otwartymi dłońmi po twarzach, jakby chciały się obudzić z jakiegoś złego snu. -

Wielka matka wie! - zawołał jeden. - To niemożliwe!

„Wystarczy rozejrzeć się po tej komnacie" — pomyślała Annabeth, powoli nabierając pewności siebie.

Spojrzała na ducha, który dopiero co przemówił. Miał na todze odznakę kruka - taki sam symbol, jaki widniał u jej stóp. -Jesteś tylko krukiem - skarciła go. - To najniższy stopień. Siedź cicho i pozwól mi przemówić do waszego patera. Duch skulił się na ławce. -

Litości! Litości!

Pater dygotał cały - nie wiadomo, czy z wściekłości, czy ze strachu. Jego mitra przechyliła się i sflaczała, jakby uleciało z niej powietrze. -

Zaprawdę, wiele wiesz, wielka matko - powiedział. — Wielka jest twoja mądrość,

ale tym bardziej nie możesz stąd odejść. Tkaczka ostrzegła nas, że przyjdziesz. -

Tkaczka... - Annabeth ogarnęło przerażenie, kiedy zrozumiała, o czym pater

mówi: o tym czymś w ciemności ze snu Percy ego, strażniku świątyni. Tym razem pożałowała, że zna odpowiedź, ale starała się zachować spokój. - Tkaczka lęka się mnie. Nie chce, bym poszła dalej za Znakiem Ateny. Ale ty pozwolisz mi przejść. -

Musisz wybrać rodzaj próby! Ogień lub sztylet! Przeżyj próbę, to może pozwolę

ci przejść! Spojrzała na kości swoich braci i sióstr. „Poprowadzą cię ślady porażek twoich poprzedników". Oni wszyscy już wybrali: ogień lub sztylet. Może sądzili, że zdołają przeżyć próbę. Ale wszyscy umarli. Musi być jakiś trzeci wybór. Figura na ołtarzu płonęła coraz silniejszym blaskiem. Annabeth czuła już bijący od niej żar. Instynkt podpowiadał jej, że trzeba się skupić na sztylecie lub pochodni, ale zamiast tego skupiła się na podstawie posągu. Dlaczego nogi mężczyzny ugrzęzły w skale? I nagle pomyślała: „A może posążek Mitry wcale nie ugrzązł w skale? Może Mitra wyłonił się ze skały?" -

Ani pochodnia, ani sztylet - powiedziała stanowczo. — Jest trzecia próba, przez

którą przejdę. -

Trzecia próba? - powtórzył pater.

-

Mitra narodził się ze skały - odpowiedziała Annabeth, mając nadzieję, że się nie

myli. - Wyłonił się w pełni sił ze skały, trzymając sztylet i pochodnię. Okrzyki i zawodzenia powiedziały jej, że się nie myliła.

-

Wielka matka wie wszystko! - zawołał jakiś duch. - To nasza najbardziej

strzeżona tajemnica! „Więc może nie powinnyście stawiać tej figury na waszym ołtarzu" - pomyślała Annabeth, ale była wdzięczna tym głupim męskim duchom. Gdyby dopuściły do swojego kultu kobiety, mogłyby ich nauczyć rozsądku. Wskazała teatralnym gestem na ścianę, przez którą tu weszła. -Ja też narodziłam się z kamienia, tak jak Mitra! Dlatego przeszłam już przez próbę! -

Phi! - parsknął pater. - Wyszłaś z dziury w ścianie! To nie to samo!

No dobra. Więc widocznie pater nie był kompletnym durniem, ale Annabeth nie dała się zbić z tropu. Zerknęła na sklepienie i wpadł jej do głowy inny pomysł - wszystkie szczegóły zaskoczyły. -

Panuję nad samymi kamieniami - oznajmiła, wznosząc ręce. - Pokażę wam, że

moja moc jest większa od mocy Mitry. Jednym uderzeniem zburzę tę komnatę. Duchy zaczęły zawodzić i dygotać, wpatrując się w sufit, ale Annabeth wiedziała, że nie widzą tego co ona. Były duchami wojowników, a nie inżynierów. Dzieci Ateny były obdarzone wieloma talentami, nie tylko umiejętnością władania mieczem. Annabeth studiowała architekturę przez całe lata. Wiedziała, że ta starożytna komora jest bliska zawalenia. Zrozumiała, co oznaczają szczeliny w sklepieniu, wszystkie wybiegające z jednego punktu - szczytu kamiennego łuku nad jej głową. Zwornik już się kruszył, a kiedy się rozpadnie... Trzeba tylko dobrze wymierzyć czas. -

To niemożliwe! - krzyknął pater. - Tkaczka słono nam zapłaciła za to, byśmy

zniszczyli każde dziecko Ateny, które ośmieli się wejść do naszej świątyni. Nigdy jej nie zawiedliśmy. Nie możemy pozwolić ci przejść. -

A więc lękasz się mojej mocy! Wiesz już, że mogę zniszczyć waszą świątynię!

Pater zmarszczył brwi. Poprawił sobie czapkę. Annabeth wiedziała, że znalazł się w trudnej sytuacji. Gdyby teraz się wycofał, okazałby się tchórzem. -

Rób, co chcesz, córko Ateny - powiedział. - Nikt nie może zniszczyć pieczary

Mitry, zwłaszcza jednym uderzeniem. A zwłaszcza dziewczyna! Annabeth uniosła sztylet. Sklepienie było niskie. Mogła łatwo dosięgnąć kamiennego zwornika, ale musiała dobrze wybrać moment.

Drzwi za jej plecami były zamurowane, ale kiedy komnata zacznie się walić, te cegły mogą też się pokruszyć. Powinna przebić się przez te drzwi, zanim spadnie cały sufit przyjmując oczywiście, że za ceglaną ścianą jest jakieś kolejne pomieszczenie, a nie zbita ziemia, i że nie zabraknie jej siły, szybkości ani szczęścia. Bo w przeciwnym razie za chwilę stanie się naleśnikiem z półboga. -

No dobra, chłopaki - powiedziała. - Wygląda na to, że wybraliście sobie

nieodpowiedniego boga wojny. Uderzyła sztyletem w zwornik. Niebiański spiż roztrzaskał go jak kostkę cukru. Przez chwilę nic się nie wydarzyło. -

Ha! - zawołał pater. — Widzicie? Atena tutaj nie rządzi!

Komora zadygotała. Nowa szczelina pobiegła przez całą długość sklepienia i dalszy koniec pieczary zawalił się na ołtarz i patera. Pojawiło się więcej szczelin. Cegły zaczęły wypadać z łuków. Duchy z krzykiem rzuciły się do ucieczki, ale wyglądało na to, że nie mogą przeniknąć przez ściany. Najwyraźniej były uwięzione w tej komorze nawet po śmierci. Annabeth odwróciła się. Z całej siły uderzyła w zamurowane drzwi. Cegły ustąpiły. Świątynia Mitry zawaliła się za jej plecami, a ona rzuciła się w ciemność i poczuła, że pada na coś twardego.

XXXV ANNABETH Annabeth sądziła, że dobrze zna ból. Spadła już ze ściany wspinaczkowej t lawy w Obozie Herosów. Została zraniona w ramię zatrutą klingą na moście Williamsburskim. Dźwigała nawet cały ciężar nieba na swych ramionach. Ale to było nic w porównaniu z tym upadkiem. Natychmiast zrozumiała, że złamała nogę w kostce. Ból jak rozgrzany do czerwoności stalowy pręt przebił sobie drogę od stopy po biodro. Świat zawęził się do niej samej, jej kostki u nogi i straszliwego bólu. O mało nie zemdlała. Zakręciło się jej w głowie. Z trudem łapała powietrze. „Nie" - powiedziała sobie w duchu. - „Nie możesz sobie pozwolić na utratę przytomności". Spróbowała oddychać wolniej. Leżała nieruchomo, aż w końcu ból nieco osłabł, nie był już nieznośną torturą, tylko straszliwym rwaniem. Chciała zawyć na cały świat, że jest taki niesprawiedliwy. Dotarła już tak daleko i ma ją zatrzymać coś równie przyziemnego jak złamana kostka? Zdusiła w sobie te złe emocje. W obozie ćwiczono ją, jak przeżyć w najróżniejszych trudnych sytuacjach, również w przypadku urazów takich jak ten. Rozejrzała się. Jej nóż potoczył się o metr dalej. W jego mdłym świetle widniały zarysy pomieszczenia. Leżała na zimnej posadzce z kamiennych bloków. Sufit był dwa piętra ponad nią. Otwór drzwiowy, przez który tu wpadła, znajdował się jakieś trzy metry nad posadzką; teraz był całkowicie zawalony gruzem, który spadł do tego pomieszczenia jak lawina. Wokół niej walały się szczątki starych belek czy desek - jedne były popękane i wysuszone, inne połamane na drzazgi. „Ale jestem głupia" - skarciła się w duchu. Przebiła się przez te drzwi, zakładając, że będzie za nimi jakiś poziomy korytarz albo kolejna komnata. Nie przyszło jej do głowy, że może skoczyć w pustą przestrzeń. Te deski prawdopodobnie były kiedyś schodami, które załamały się dawno temu. Zbadała swoją kostkę. Stopa nie wyglądała na bardzo wykręconą. Miała czucie w palcach. Nie dostrzegła śladów krwi. Nie było tak źle. Sięgnęła po kawałek drewna. Nawet ten drobny ruch sprawił, że krzyknęła z bólu.

Drewno rozkruszyło się w jej palcach. Mogło mieć kilkaset, może nawet kilka tysięcy lat. Nie miała pojęcia, czy to pomieszczenie jest starsze od świątyni Mitry albo czy - jak labirynt - te wszystkie podziemne komnaty są mieszaniną różnych okresów historii, zebranych przypadkowo razem. - No dobra - powiedziała głośno, żeby usłyszeć swój głos. -Myśl, Annabeth. Określ priorytety. Przypomniała sobie te wszystkie głupie zasady wpajane jej w obozie przez Grovera podczas kursu przetrwania w ekstremalnych warunkach. W każdym razie wówczas wydawały się głupie. Krok pierwszy: zbadaj, czy w twoim otoczeniu nie kryją się bezpośrednie zagrożenia. Pomieszczenie nie wyglądało na takie, któremu grozi zawalenie. Lawina gruzu zatrzymała się. Ściany były z solidnych bloków kamienia, nie dostrzegła na nich żadnych szczelin. Sklepienie nie było wybrzuszone. Dobrze. Jedynym wyjściem był łukowaty otwór drzwiowy w dalekim końcu, za którym ziała ciemność. Między nią a tymi drzwiami biegł wąski, obmurowany cegłami kanalik, w którym płynęła woda z lewej strony w prawą. Może to pozostałości rzymskiego systemu wodno-kanalizacyjnego? Byłoby dobrze, gdyby woda okazała się zdatna do picia. W jednym z rogów komnaty stało kilka rozbitych naczyń ceramicznych. Wysypywały się z nich pomarszczone, brązowe grudy, które kiedyś mogły być owocami. Fuj. W drugim kącie leżały jakieś drewniane skrzynie, wyglądające na nienaruszone, oraz kilka prostokątnych koszy obwiązanych rzemieniami. -

A więc brak bezpośrednich zagrożeń - powiedziała do siebie. - Chyba że coś

wytoczy się z tego ciemnego tunelu. Zerknęła na ciemny otwór, obawiając się najgorszego, ale nic się nie wydarzyło. -

W porządku. Krok następny: sprawdź, co masz.

Czym dysponowała? Butelką wody, no i tą wodą, która płynęła kanalikiem, oczywiście gdyby zdołała jej dosięgnąć. Miała swój sztylet. W plecaku było dużo kolorowego sznurka, laptop, spiżowa mapa, zapałki i trochę ambrozji na wszelki wypadek. Ach... tak. To chyba jest wypadek. Wygrzebała niebiańskie jadło z plecaka i pochłonęła je. Jak zwykle, smakowało jak miłe wspomnienia. Tym razem był to smak

popcornu — wieczór oglądania filmów z ojcem w jego domu w San Francisco, bez macochy, bez braci przyrodnich, tylko ona i jej ojciec rozłożeni na kanapie i oglądający stare ckliwe komedie romantyczne. Ambrozja wypełniła jej ciało miłym ciepłem. Ból w nodze zmalał do tępego pulsowania. Wiedziała, że to wciąż jej główny problem. Nawet ambrozja nie uzdrowi złamanych kości natychmiast. Może przyspieszyć proces, ale w najlepszym razie nie będzie mogła stanąć na tej nodze przez cały dzień albo i dłużej. Spróbowała sięgnąć po sztylet, ale był za daleko. Przesunęła się w tamtą stronę. Znowu przeszył ją ból, jakby stopę przebijały gwoździe. Jej twarz pokryły kropelki potu, ale przesunęła się jeszcze dalej i zdołała pochwycić sztylet. Od razu poczuła się lepiej - nie tylko dlatego że nóż dawał światło i zapewniał ochronę, ale także dlatego że był czymś tak znajomym. Co dalej? Na kursie Grovera była mowa o pozostaniu w miejscu i czekaniu na ratunek, ale to nie wchodziło w rachubę. Nawet gdyby Percy w jakiś sposób odkrył, dokąd się udała, to drogę zagrodziłaby mu zawalona świątynia Mitry. Mogłaby spróbować porozumieć się z kimś przez laptop Deda-la, ale wątpiła, czy miałaby tu zasięg. A zresztą do kogo mogłaby się zwrócić? Nikt nie był na tyle blisko, by jej pomóc. Półbogowie nigdy nie mieli przy sobie telefonów komórkowych, bo ich sygnał mógłby zwrócić uwagę zbyt wielu potworów, a żadne z jej przyjaciół nie siedziałoby przed komputerem, sprawdzając pocztę. Iryfon? Miała wodę, ale chyba nie zdołałaby uzyskać dość światła, by stworzyć tęczę. Jedyną monetą, którą miała, była srebrna ateńska drachma, a to zdecydowanie za mało. A poza tym samo wzywanie pomocy stanowiło problem. Miała to być jej samotna misja. Gdyby ktoś ją wyratował, musiałaby uznać swoją porażkę. Coś jej mówiło, że Znak Ateny już nie powiódłby jej dalej. Mogłaby wiecznie błądzić w podziemiach i nigdy nie odnaleźć Ateny Partenos. Więc... trzeba przestać tu tkwić i czekać na pomoc. A to oznacza, że musi znaleźć sposób na ruszenie się z miejsca. Otworzyła butelkę i napiła się wody. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo była spragniona. Kiedy wypiła wszystko, podczołgała się do kanaliku i na nowo napełniła butelkę.

Woda był zimna i płynęła wartko, co oznaczało, że chyba jest zdatna do picia. Nabrała trochę wody w dłonie i opryskała nią twarz. Natychmiast poczuła się bardziej rześko. Obmyła i oczyściła zadrapania i otarcia na całym ciele. Usiadła i spojrzała na swoją kostkę. - Musiałaś się złamać? - skarciła ją. Kostka nie odpowiedziała. Trzeba ją czymś unieruchomić. Tylko wtedy będzie mogła ruszyć się z miejsca. Hm... Uniosła sztylet i ponownie zbadała pomieszczenie w jego świetle. Teraz gdy znalazła się trochę bliżej ciemnego otworu drzwiowego, jeszcze mniej się jej podobał. Wiódł w ciemny, cichy korytarz. Powietrze, które z niego napływało, pachniało stęchlizną i czymś złym. Niestety, było to jedyne wyjście. Pojękując, stękając i tłumiąc łzy, doczołgała się do szczątków drewnianych schodów. Znalazła dwie deseczki nadające się na łubki. Potem podsunęła się do wiklinowych koszy i poodcinała nożem rzemienie. Kiedy przygotowywała się psychicznie do unieruchomienia stopy, zauważyła wyblakłe litery na jednej z drewnianych skrzyń: EKSPRES HERMESA. Podekscytowana podczołgała się do tej skrzyni. Nie miała pojęcia, skąd to się tutaj wzięło, ale wiedziała, że Hermes dostarczał najróżniejsze dobra bogom, duchom, a nawet półbogom. Może wiele lat temu podrzucił tutaj tę skrzynię, by pomóc herosom w ich misji? Otworzyła ją i wyciągnęła kilka płatów folii bąbelkowej, ale oprócz nich nic więcej w skrzyni nie było. -

Hermesie! - zaprotestowała głośno.

Wpatrywała się tępo w bąbelkowe opakowanie. Nagle jej mózg zaskoczył i zrozumiała, że ta folia jest darem. -

Och... to jest idealne!

Owineła folią złamaną kostkę. Przyłożyła do niej deseczki i obwiązała je rzemieniami. Kiedyś, podczas ćwiczeń w udzielaniu pierwszej pomocy, zakładała łubki na nogę innego obozowicza, ale nigdy sobie nie wyobrażała, że będzie to robiła sobie samej.

Była to ciężka, bolesna praca, ale w końcu się udało. Przeszukała szczątki schodów i znalazła część poręczy - wąską deskę, długą na ponad metr, która mogła posłużyć za szczudło. Oparła się plecami o ścianę, podciągnęła zdrową nogę i podźwignę-ła się w górę. -

Aua. — Czarne kropki zatańczyły jej przed oczami, ale podniosła się. -

Następnym razem - mruknęła do ciemnej komnaty -wolałabym walczyć z potworem. To o wiele łatwiejsze. Na łuku nad ciemnym otworem drzwiowym zapłonął Znak Ateny. Ognista sowa zdawała się patrzyć na nią wyczekująco, jakby chciała powiedzieć: „Najwyższy czas. Och, chcesz walczyć z potworami? Proszę tędy!". Ciekawe, czy modelem dla tego płonącego znaku była jakaś prawdziwa święta sowa. Bo jeśli tak, to Annabeth przyrzekła sobie, że kiedyś ją odnajdzie i rąbnie w łeb. Ta myśl trochę dodała jej otuchy. Przekroczyła kanalik i powoli pokuśtykała w ciemny korytarz.

XXXVI ANNABETH Tunel biegi prosto i poziomo, ale po tym upadku Annabeth nie chciała już ryzykować. Trzymała się ściany i obstukiwała szczudłem posadzkę przed sobą, by mieć pewność, że nie wpadnie w nową pułapkę. Mdlący, słodki zapach nasilał się, więc nerwy miała napięte. Za jej plecami ucichł już plusk wody. Zamiast niego dobiegł ją chór szeptów jakby miliona głosików. Zdawał się pochodzić z wnętrza ścian i stawał się coraz głośniejszy. Spróbowała przyspieszyć, ale prędko doszła do wniosku, że grozi to utratą równowagi albo podrażnieniem złamanej kostki, więc wlokła się dalej, przekonana, że coś ją ściga. Ciche głosiki gęstniały i coraz bardziej się przybliżały. Dotknęła ściany i odruchowo cofnęła rękę. Pokrywała ją pajęczyna. Pisnęła i natychmiast skarciła za to samą siebie. „To tylko pajęczyna" - powiedziała sobie w duchu, ale w uszach wciąż miała szum. Spodziewała się pająków. Wiedziała, co jest przed nią. Tkaczka. Jej Wielkopańskość. Głos w ciemności. Ale te pajęczyny uświadomiły jej, że Tkaczka jest już blisko. Ręka jej drżała, kiedy ocierała ją o kamienie. Co sobie myślała? Ze będzie w stanie sama osiągnąć cel tej misji? „Za późno. Po prostu idź dalej". Ruszyła więc dalej korytarzem, przystając po każdym bolesnym kroku. Szepczące odgłosy za jej plecami nasilały się, aż w końcu brzmiały jak miliony zeschłych liści targanych przez wiatr. Pajęczyny zgęstniały, wypełniając już cały tunel. Wkrótce przedzierała się przez muślinowe kurtyny, które pokryły ją jak silikonowa przędza w aerozolu. Serce łomotało jej w piersi. Wlokła się naprzód coraz mniej ostrożnie, starając się ignorować ból w kostce. Wreszcie korytarz zakończył się otworem wypełnionym do połowy spróchniałymi deskami. Sprawiały wrażenie, jakby ktoś próbował zabarykadować przejście. Nie wróżyło to nic dobrego. Mimo to użyła szczudła, by usunąć deski, i przelazła przez otwór po resztkach drewna, wbijając sobie mnóstwo drzazg w wolną rękę. Po drugiej stronie barykady była komnata wielkości boiska do bejsbola. Posadzkę

pokrywały rzymskie mozaiki. Na ścianach wisiały resztki gobelinów. Po obu stronach drzwi tkwiły w uchwytach wygasłe pochodnie pokryte pajęczynami. W dalekim końcu sali nad kolejnymi drzwiami zapłonął Znak Ateny. Niestety, między Annabeth a tym wyjściem w posadzce ziała dziura szeroka na piętnaście metrów. Biegły nad nią dwie belki, zbyt od siebie oddalone, by postawić na nich obie stopy, ale każda była też zbyt wąska, by po niej przejść - chyba że byłoby się akrobatą, no i gdyby się nie miało złamanej kostki. Obu tych warunków Annabeth nie spełniała. Korytarz, którym tu przyszła, wypełniły syczące odgłosy. Pajęczyny zadygotały i zatańczyły, gdy pojawiły się pierwsze pająki, nie większe od żelków, ale pulchne i czarne, szybko pomykające po ścianach i posadzce. Co to za rodzaj pająków? Nie miała pojęcia. Wiedziała tylko, że chcą ją dopaść i że ma tylko kilka sekund na obmyślenie jakiegoś planu. Chciała się rozpłakać. Chciała, by ktoś - ktokolwiek — pojawił się, by jej pomóc. Chciała, by był przy niej Leo ze swoją mocą nad ogniem albo Jason przyzywający błyskawice, albo Hazel, która zawaliłaby ten tunel. Ale najbardziej pragnęła, by był z nią Percy. Przy nim zawsze czuła się odważniejsza. „Nie umrę tutaj" - powiedziała sobie. - „Zamierzam znowu zobaczyć się z Percym". Pierwsze pająki były już prawie przy barykadzie w drzwiach. Za nimi tłoczyło się jądro armii - czarne morze robali. Annabeth pokuśtykała do jednego z uchwytów w ścianie i wyrwała z niego pochodnię. Jej koniec był posmarowany smołą, żeby łatwiej ją było zapalić. Palce miała jak z ołowiu, ale pogrzebała w plecaku i znalazła zapałki. Potarła jedną i zapaliła pochodnię. Przytknęła ją do barykady. Suche drewno natychmiast zajęło się ogniem. Płomienie sięgnęły pajęczyn, buchnęły i pomknęły w głąb korytarza, pochłaniając tysiące pająków. Cofnęła się. Zyskała trochę czasu, ale wątpiła, by udało jej się uśmiercić wszystkie pająki. Na pewno się przegrupują i zaatakują znowu, kiedy ogień wygaśnie. Podeszła do krawędzi przepaści. Poświeciła sztyletem, ale dna nie dostrzegła. Wskoczenie do środka byłoby samobójstwem. Mogłaby zawisnąć na jednej z belek i spróbować przeleźć na drugą stronę ręka za ręką, ale nie dowierzała sile swoich ramion i nie wiedziała, czy zdołałaby

podciągnąć się z pełnym plecakiem i złamaną kostką, gdy dotrze na drugą stronę. Kucnęła i przyjrzała się belkom. W każdej, co jakieś trzydzieści centymetrów, tkwiły żelazne haki zakończone pętlami. Może te belki były kiedyś bokami mostu, z którego usunięto wewnętrzne deski? Ale skąd te haki? Nie mogły podtrzymywać desek. Raczej... Spojrzała na ściany. Takich samych haków użyto do zawieszenia ozdobnych tkanin. Zrozumiała, że te belki nie miały być mostem. Były czymś w rodzaju krosna. Cisnęła płonącą pochodnię na drugą stronę przepaści. Nie bardzo wierzyła w powodzenie swojego pomysłu, ale wyciągnęła z plecaka sznurek i zaczęła go przeciągać od haka do haka, tam i z powrotem, podwajając i potrajając splot. Jej ręce poruszały się oszałamiająco szybko. Przestała myśleć o tym, co robi, po prostu przeplatała sznurki i wiązała je ze sobą, powoli tkając sieć ponad przepaścią. Zapomniała o bólu w nodze i o barykadzie gasnącej za jej plecami. Pomału wczołgała się na sieć. Utrzymała jej ciężar. Po chwili była już w połowie drogi na drugą stronę. Skąd ten pomysł przyszedł jej do głowy? „To Atena" - powiedziała sobie w duchu. - „Moja matka jest boginią pożytecznych rzemiosł". Annabeth nigdy nie uważała tkactwa za szczególnie pożyteczne zajęcie - do teraz. Zerknęła przez ramię. Barykada gasła. Kilka pająków przepeł-zło już przez krawędzie drzwi. Gorączkowo tkała dalej i w końcu dotarła na drugą stronę. Chwyciła płonącą pochodnię i rzuciła ją na swój utkany most. Płomienie pobiegły po sznurkach. Nawet belki zajęły się ogniem, jakby były nasączone oliwą. Na chwilę most zapłonął wyraźnym wzorem - rzędem identycznych sów. Czyżby rzeczywiście wplotła je w sieć, czy też były to jakieś czary? Nie wiedziała, ale gdy pająki ruszyły naprzód, belki pokruszyły się pod nimi i spadły w przepaść. Annabeth wstrzymała oddech. Przecież pająki mogą z łatwością dotrzeć do niej po ścianach i sklepieniu! Gdyby tak się stało, musiałaby uciekać, a dobrze wiedziała, że nie zdołałaby poruszać się dostatecznie szybko. Ale nie wiadomo dlaczego pająki przestały ją ścigać. Zgromadziły się na skraju jamy - gruby dywan kłębiących się czarnych robali. A potem cofnęły się, powracając do osmalonego tunelu, jakby Annabeth przestała już je interesować.

- Albo jakbym przeszła próbę - powiedziała na głos. Pochodnia zgasła, teraz jedynym źródłem światła był sztylet. Zdała sobie sprawę, że pozostawiła szczudło po drugiej stronie przepaści. Poczuła się zmęczona i wyzuta z nowych pomysłów, ale umysł miała jasny. Wydawało się, że jej panika spłonęła razem z utkanym mostem. „Tkaczka" - pomyślała. - „Musi być blisko. Przynajmniej wiem, co mnie czeka". Ruszyła kolejnym korytarzem, podskakując na zdrowej nodze. Nie musiała iść daleko. Po jakichś sześciu metrach tunel otworzył się na jaskinię wielką jak wnętrze katedry, tak majestatyczną, że Annabeth z trudem ogarniała ją wzrokiem. Domyślała się, że jest to owo pomieszczenie ze snu Percy'ego, choć nie było tam ciemno. Spiżowe kosze z magicznym światłem, podobne do tych, których używają bogowie na Olimpie, jaśniały wokół sali na przemian ze wspaniałymi gobelinami. Kamienna posadzka poprzecinana była szczelinami jak połać lodowca. Sklepienie było tak wysokie, że ginęło w mroku i gęstwinie pajęczyn. Pasma jedwabistej pajęczyny, grube jak kolumny, zwisały ze sklepienia nad całą salą, czepiały się ścian i posadzki jak liny podtrzymujące most. Pajęczyny otaczały też środek tej świątyni, który budził takie onieśmielenie, że Annabeth z trudem podniosła nań wzrok. Wznosił się nad nią wysoki na dwanaście metrów posąg Ateny o skórze z kości słoniowej i w szacie ze złota. W wyciągniętej ręce trzymała figurę Nike, uskrzydlonej bogini zwycięstwa - figurę, która z dołu wydawała się maleńka, ale prawdopodobnie była wysokości człowieka. Druga ręka spoczywała na tarczy wielkiej jak billboard, zza której wysuwał głowę wyrzeźbiony wąż, jakby Atena go chroniła. Twarz bogini była pogodna i lekko uśmiechnięta... i naprawdę podobna do twarzy Ateny. Annabeth widziała już wiele posągów, które w niczym jej matki nie przypominały, ale ta olbrzymia wersja, wykuta przed tysiącami lat, musiała być dziełem artysty, który na własne oczy zobaczył Atenę. I doskonale uchwycił podobieństwo. - Atena Partenos - mruknęła Annabeth. - Naprawdę jest tutaj. Przez całe życie chciała odwiedzić Partenon. Teraz widziała główną atrakcję, która kiedyś go zdobiła - i była pierwszym dzieckiem Ateny, któremu się to udało od

tysiącleci. Uświadomiła sobie, że ma otwarte usta. Zmusiła się do przełknięcia śliny. Mogłaby tu stać przez cały dzień, patrząc na ten posąg, ale na razie wypełniła połowę misji. Odnalazła Atenę Partenos. Ale jak zabrać ją z tej jaskini? Pasma pajęczyn oplatały posąg jak muślinowe zasłony letniego pawilonu. Annabeth podejrzewała, że gdyby nie te pajęczyny, posąg już dawno zapadłby się pod nadwerężoną posadzkę. Gdy weszła głębiej do sali, zobaczyła, że szczeliny w posadzce są tak szerokie, że mogłaby się w nich zmieścić jej stopa. Ziała z nich ciemność. Przeszył ją zimny dreszcz. Gdzie jest strażniczka? Jak uwolnić stąd posąg, nie doprowadzając do zawalenia się podłogi? I na pewno nie zdołałaby powlec go korytarzem, którym tu przyszła. Zaczęła się rozglądać po sali w nadziei, że znajdzie coś, co mogłoby jej pomóc. Przebiegła spojrzeniem po wspaniałych gobelinach. Na jednym był sielankowy pejzaż tak trójwymiarowy, że wydawał się oknem. Na innym bogowie walczyli z gigantami. Na kolejnym była sceneria z Podziemia, a tuż obok widok współczesnego Rzymu. A na gobelinie na lewo... Zatkało ją. Był to portret dwojga półbogów całujących się pod wodą: Annabeth i Percy ego w dniu, w którym przyjaciele wrzucili ich do jeziora w Obozie Herosów. Był tak żywy, tak prawdziwy, że zaczęła się zastanawiać, czyjego twórca nie zaczaił się tam na nich wtedy w jeziorze z wodoszczelnym aparatem. -Jak to możliwe? - mruknęła pod nosem. Z góry, spod mrocznego sklepienia, przemówił głos: -

Od stuleci wiedziałam, że przyjdziesz, mój skarbie.

Annabeth wzdrygnęła się. Nagle poczuła się tak, jakby znowu miała siedem lat i chowała się pod kołdrą, czekając na atak pająków. Głos brzmiał tak, jak go Percy opisywał: rozzłoszczony bzyk wielu tonów, kobiecy, ale nie ludzki. W pajęczynach nad posągiem coś się poruszyło - coś ciemnego i wielkiego. -

Widziałam cię w moich snach - powiedział głos, mdląco słodki i zły, jak ów

zapach w tunelach. - Musiałam się upewnić, czy jesteś tego warta, jedyne dziecko Ateny na tyle sprytne, by przejść przez moje próby i dojść tutaj żywe. O tak, jesteś jej najbardziej utalentowanym dzieckiem. I dla mojego odwiecznego wroga twoja śmierć

będzie tym bardziej bolesna, kiedy wreszcie zginiesz. Ból w kostce był niczym w porównaniu z lodowatym kwasem, który teraz napełniał żyły Annabeth. Chciała uciec. Chciała błagać o litość. Ale nie mogła okazać słabości. Nie teraz. -Jesteś Arachne! - zawołała. - Tkaczka, którą zamieniono w pająka. Postać obniżyła się, stając się bardziej wyraźna i jeszcze bardziej straszna. -

Przeklęta przez twoją matkę. Wyszydzona przez wszystkich i zamieniona w coś

ohydnego... bo to ja okazałam się lepszą tkaczką. -

Ale przegrałaś zawody.

-

Tak to opisała rzekoma zwyciężczyni! - krzyknęła Arachne.

-

Popatrz na moje dzieła! Sama zobacz!

Annabeth nie musiała znów im się przyglądać. Takich gobelinów jeszcze nigdy nie widziała - były lepsze od tkanin Kirke i... tak, lepsze od tych, które widziała na Olimpie. Zaczęła się zastanawiać, czy jej matka naprawdę zwyciężyła - czy przypadkiem nie pozbyła się Arachne i nie stworzyła własnej wersji przebiegu tych zawodów. Ale teraz to się nie liczyło. -Jesteś strażniczką tego posągu od starożytnych czasów - powiedziała - ale przecież to nie jest jego miejsce. Zabiorę go stąd. -Ha. Nawet Annabeth musiała przyznać, że jej groźba zabrzmiała śmiesznie. Jak dziewczyna z nogą owiniętą bąbelkową folią mogłaby wydostać ten olbrzymi posąg z podziemnej komory? -

Obawiam się, że najpierw musiałabyś mnie pokonać, skarbie - powiedziała

Arachne. - A to, niestety, jest niemożliwe. Stworzenie wyłoniło się z pajęczyn i Annabeth zdała sobie sprawę, że jej misja jest beznadziejna. Czekała ją rychła śmierć. Arachne miała ciało olbrzymiej czarnej wdowy, z włochatym czerwonym znamieniem w kształcie klepsydry na brzuchu i parą kądziołków, z których coś wyciekało. Jej osiem patykowatych nóg było uzbrojonych w rząd zakrzywionych kolców, każdy wielkości sztyletu Annabeth. Gdyby zbliżyła się jeszcze bardziej, sam słodkawy odór, który wydzielała, przyprawiłby o omdlenie. Ale najgorszą częścią jej ciała była

straszliwie oszpecona twarz. Kiedyś mogła być piękną kobietą. Teraz czarne żuchwy wyrastały z jej ust jak kły. Inne zęby były białe i cienkie jak igły. Długie czarne wąsy czuciowe porastały jej policzki. Oczy były wielkie, pozbawione powiek i czarne. Dodatkowa para mniejszych oczek wystawała ze skroni. Stworzenie wydało z siebie urywany odgłos - rip-rip-rip - który mógł być śmiechem. - Teraz cię zjem, skarbie - powiedziała Arachne. - Ale nie martw się. Utkam piękny gobelin przedstawiający twoją śmierć.

XXXVII LEO Leo żałował, że tak dobrze zna się na mechanice. Czasami bywało to naprawdę kłopotliwe. Gdyby nie te jego zdolności, pewnie by nie natrafili na tajny zsyp, nie zabłądzili w podziemiach i nie zaatakowaliby ich metalowi faceci. Po prostu nie mógł się powstrzymać. Ale część winy ponosiła Hazel. Jak na dziewczynę obdarzoną nadzwyczajną zdolnością orientacji w podziemiach w Rzymie nie bardzo się spisywała. Zamiast prowadzić ich po mieście, traciła rozeznanie i wciąż wracała w te same miejsca. - Przykro mi - powiedziała. - Ale tu jest... no, za dużo podziemi, tyle warstw, to mnie oszałamia. Jakbym stała pośrodku orkiestry i próbowała skupić się na jednym instrumencie. To mnie ogłusza. W rezultacie odbyli wycieczkę po całym Rzymie. Frankowi chyba to odpowiadało, bo bez szemrania parł do przodu jak wielki owczarek. Leo zastanawiał się, czy Frank mógłby zamienić się w owczarka, a jeszcze lepiej w konia, którego można by dosiąść. A sam zaczynał już tracić cierpliwość. Nogi go bolały, stopy piekły, dzień był upalny, a ulice zapchane turystami. Forum Romanum było w porządku, ale Leo nie dostrzegł w nim nic nadzwyczajnego: same ruiny porośnięte krzakami i drzewami. Trzeba mieć dużą wyobraźnię, by dostrzec w nich tętniące życiem centrum starożytnego Rzymu. Leonowi udało się to tylko dlatego, że widział już Nowy Rzym w Kalifornii. Mijali wielkie kościoły, stojące samotnie łuki, sklepy z ubraniami i tanie restauracje. Posąg jakiegoś starożytnego Rzymianina wskazywał na pobliski McDonald. Na szerszych ulicach ruch samochodowy był całkowicie nieprzewidywalny - Leo mylił się, sądząc, że tylko w Houston kierowcy jeżdżą jak wariaci. Przeważnie błądzili jednak małymi uliczkami, mijając fontanny i kafejki, w których nie pozwalano mu przysiąść. -

Nigdy nie sądziłam, że zobaczę Rzym - powiedziała Hazel. - Kiedy żyłam... to

znaczy, kiedy żyłam po raz pierwszy, rządził tu Mussolini. Była wojna. -

Mussolini? - Leo zmarszczył czoło. - Czy on nie był kimś w rodzaju kumpla

Hitlera?

Hazel spojrzała na niego tak, jakby był kosmitą. -

Kumpla?

-

Nieważne.

-

Chciałabym zobaczyć Fontannę di Trevi - powiedziała.

-

Tu są fontanny na każdym kroku - burknął Leo.

-

Albo Schody Hiszpańskie.

-

Przyjechałaś do Włoch, żeby zobaczyć hiszpańskie schody? To tak, jakbyś

pojechała do Chin, żeby skosztować meksykańskiego żarcia, nie? -Jesteś beznadziejny - stwierdziła Hazel. -

Tak mi mówiono.

Odwróciła się do Franka i chwyciła go za rękę, jakby Leo nagle przestał istnieć. - Chodźmy. Myślę, że powinniśmy pójść w tamtą stronę. Frank uśmiechnął się do Leona niepewnie - jakby nie wiedział, czy się puszyć, czy mu podziękować, że jest kretynem - ale z ochotą pozwolił Hazel pociągnąć się dalej. Po niemiłosiernie długim marszu Hazel zatrzymała się przed jakimś kościołem. W każdym razie Leo uznał, że to kościół. Główną część budowli przykrywała olbrzymia kopuła. Nad wejściem było trójkątne zadaszenie wsparte na typowych rzymskich kolumnach, z napisem: M. AGRIPPA. -

To po łacinie ma grypę? - zapytał Leo.

-

To chyba tu. - Hazel wypowiedziała to zdanie o wiele pewniejszym tonem niż

wielokrotnie wcześniej. - Tu powinno być tajemne wejście. Wokół stopni wiodących do budowli gromadziły się grupy turystów. Przewodnicy unosili kolorowe kartoniki z rozmaitymi cyframi i przemawiali w różnych językach, jakby grali w jakieś międzynarodowe bingo. Leo wysłuchał przewodnika hiszpańskiej grupy i przekazał swoim przyjaciołom: -

To jest Panteon. Zbudował go Marek Agrypa jako świątynię dla bogów. Po tym,

jak Panteon spłonął, został odbudowany przez cesarza Hadriana i w tym stanie przetrwał dwa tysiące lat. To jedna z najlepiej zachowanych rzymskich budowli na świecie. Frank i Hazel spojrzeli na niego ze zdumieniem. -

Skąd to wszystko wiesz? - zapytała Hazel.

-

Tak już mam. Od urodzenia.

-

Akurat - powiedział Frank. - Podsłuchał tę grupę z przewodnikiem.

Leo wyszczerzył zęby. -

Może. Chodźmy. Znajdźmy to tajemne wejście. Mam nadzieję, że w środku jest

klimatyzacja. Oczywiście nie było klimatyzacji. Na szczęście nie było też kolejki i opłaty za wejście, więc przepchali się przez grupy turystów i weszli do środka. Wnętrze robiło wrażenie - tym większe, że zbudowano je dwa tysiące lat temu. Marmurową posadzkę zdobiły kwadraty i koła, jakby Rzymianie grali tu w kółko i krzyżyk. Główna część budowli była rotundą, jak w Kapitolu Stanów Zjednoczonych. Wzdłuż ścian widniały różne kaplice, posągi i grobowce. Ale wzrok przyciągało przede wszystkim kopulaste sklepienie. Jedynym źródłem światła był okrągły otwór w jego szczycie. Promień słońca wpadał tamtędy ukośnie i tworzył świetlisty krążek na posadzce, jakby gdzieś w górze siedział Zeus ze szkłem powiększającym, próbując usmażyć żałosnych śmiertelników. Leo nie był architektem jak Annabeth, ale potrafił docenić zamysł inżynierski. Rzymianie zbudowali tę kopułę z wielkich kamiennych płyt, a każdą ozdobili wykutymi w niej coraz mniejszymi prostokątami. Wyglądało to wspaniale. Leo domyślał się też, że dzięki temu kopuła stała się lżejsza, a kamienne panele lepiej się trzymały. Nie powiedział tego przyjaciołom. Wątpił, by ich to obchodziło. Ale gdyby była tu Annabeth, na pewno mogliby przegadać na ten temat cały dzień. Kiedy o tym pomyślał, zaczął się zastanawiać, co ona teraz robi, podążając samotnie za Znakiem Ateny. Nigdy nie sądził, że coś takiego poczuje, ale teraz naprawdę się martwił o tę przerażająco jasnowłosą dziewczynę. Hazel zatrzymała się pośrodku rotundy i obróciła dookoła. -

To zdumiewające. Za dawnych dni dzieci Wulkana przychodziły tu potajemnie,

by poświęcić broń półbogów. To tutaj cesarskie złoto nabywało magicznych właściwości. Leo zachodził w głowę, jak to działało. Wyobraził sobie gromadkę półbogów w ciemnych szatach, próbujących wtoczyć ba-listę przez drzwi frontowe. -

Ale chyba nie dlatego tu jesteśmy - powiedział.

-

Nie. Tu gdzieś jest wejście... tunel, który doprowadzi nas do Nica. Czuję, że jest

gdzieś blisko. Ale nie wiem gdzie. Frank odchrząknął. -

Skoro ta budowla ma dwa tysiące lat, to nic dziwnego, że może tu być jakiś tajny

korytarz zbudowany przez starożytnych Rzymian. I właśnie wtedy Leo popełnił błąd - wykorzystał swoje nadzwyczajne zdolności inżynierskie. Przebiegł wzrokiem po wnętrzu świątyni, myśląc: „Gdybym to ja projektował jakieś tajne wejście, gdzie bym je umieścił?" Czasami potrafił określić, w jaki sposób działa jakaś maszyna, przyłożywszy do niej rękę. Tak nauczył się pilotować helikopter. Tak naprawił Festusa (zanim Festus rozbił się i spłonął). Kiedyś nawet przeprogramował elektroniczny billboard na Times Square, by wyświetlał napis: WSZYSTKI PANIE KOHA LEO... oczywiście całkiem przypadkowo. Teraz spróbował wyczuć konstrukcję tej budowli. Zwrócił się w stronę czegoś w rodzaju ołtarza z czerwonego marmuru, na którym stała figura Matki Boskiej. -

To tam - powiedział.

Stanowczym krokiem podszedł do kapliczki. Miała kształt kominka, z łukowatą niszą w dole. Na gzymsie wyryto jakieś imię, jakby to był grobowiec. -To przejście jest gdzieś tutaj. Zagradza je miejsce ostatniego spoczynku tego faceta. Jakiś Rafael? -

To chyba ten słynny malarz - powiedziała Hazel.

Leo wzruszył ramionami. Miał kuzyna o imieniu Rafael i to imię niewiele mu mówiło. Zastanawiał się, czy nie wyjąć ze swojego pasa laski dynamitu i nie dokonać dyskretnej demolki, ale uznał, że obsłudze tego miejsca chybaby się to nie spodobało. -

Zaraz... - Rozejrzał się, aby sprawdzić, czy nikt nie patrzy.

Większość turystów gapiła się na kopułę, ale jedna mała grupka wzbudziła w nim niepokój. Jakieś piętnaście metrów od nich trzech facetów w średnim wieku rozmawiało głośno po angielsku z amerykańskim akcentem, uskarżając się na upał. Wyglądali jak słonie morskie wepchane w plażowe stroje: sandały, szorty, turystyczne koszulki i miękkie kapelusze. Nogi mieli grube i ziemiste, pokryte pajęczyną żyłek. Zachowywali się beznadziejnie i Leo dziwił się, co oni tutaj robią.

Nie patrzyli na niego. Nie bardzo wiedział, dlaczego tak go niepokoją. Może po prostu nie lubi słoni morskich. „Nie zwracaj na nich uwagi" - powiedział sobie. Podszedł bliżej, z boku grobowca. Przesunął dłonią po plecach rzymskiej kolumny, od góry aż do podstawy. Na samym dole wyczuł serię linii wyciętych w marmurze. Rzymskie cyfry. -

Ha. Nie bardzo wyszukane, ale skuteczne.

-

Co tam jest? - zapytał Frank.

-

Kombinacja cyfrowa otwierająca zamek. - Znowu obmacał tył kolumny i odkrył

prostokątną dziurę wielkości gniazdka elektrycznego. - Wierzch zamka wyrwano... Pewnie jacyś wandale zrobili to w ciągu ostatnich paru stuleci. Ale mógłbym uruchomić wewnętrzny mechanizm, gdybym... Położył rękę na marmurowej posadzce. Pod kamieniem wyczuł stare spiżowe dźwignie. Zwykły brąz już dawno by skorodował i stał się bezużyteczny, ale to był niebiański spiż - dzieło półbogów. Wykorzystując wskazówki zawarte w kodzie rzymskich cyfr, Leo niewielkim wysiłkiem woli zmusił dźwignie, by się poruszyły. Cylindry obróciły się: klik, klik, klik. Potem: klik, klik. Tuż przy ścianie jedna marmurowa płyta nasunęła się na sąsiednią, odsłaniając ciemny prostokątny otwór, przez który można się było przecisnąć, choć z dużym trudem. -

Rzymianie musieli być mali. - Leo krytycznie spojrzał na Franka. - Będziesz

musiał zmienić się w coś szczuplejszego, żeby tam wleźć. -

To nie było miłe! - powiedziała Hazel.

-

No co? Ja tylko...

-

Nie martw się o mnie - burknął Frank. - Powinniśmy porozumieć się z resztą,

zanim tam wejdziemy. Tak powiedziała Piper. -

Trzeba by przejść z pół miasta - przypomniał mu Leo. - A poza tym... no, nie

jestem pewny, czy zdołam zamknąć ten właz. Te przekładnie są bardzo stare. -

Wspaniale. A skąd mamy wiedzieć, czy tam jest bezpiecznie?

Hazel uklękła. Włożyła rękę do otworu, jakby sprawdzała temperaturę. -

Nie ma tam nic żywego... przynajmniej w odległości kilkudziesięciu metrów.

Tunel opada w dół, a potem biegnie poziomo mniej więcej na południe. Nie wyczuwam

żadnych pułapek... -

W jaki sposób się tego wszystkiego dowiadujesz? - zapytał Leo.

Wzruszyła ramionami. -

Chyba w taki sam, w jaki ty otwierasz zamki na marmurowych kolumnach.

Cieszę się, że nie rabujesz banków. -

Och... skarbce w bankach. Nie pomyślałem o tym.

-

Zapomnij, co powiedziałam - westchnęła Hazel. - Posłuchajcie, nie ma jeszcze

trzeciej. Możemy przynajmniej trochę powęszyć, spróbować ustalić miejsce pobytu Nica, zanim porozumiemy się z resztą. Wy dwaj zostaniecie tutaj, dopóki was nie zawołam. Chcę zobaczyć, jak tam jest, upewnić się, czy tunel nie grozi zawaleniem. Powiem coś więcej, kiedy tam wlezę. Frank zmarszczył brwi. -

Nie możemy puścić cię samej. Mogłoby ci się coś stać.

-

Frank, potrafię zadbać o siebie. Podziemia to moja specjalność. Będzie

bezpieczniej dla nas wszystkich, jeśli wejdę tam pierwsza. -

Chyba że Frank zamierza zamienić się w kreta - powiedział Leo. — Albo w

pieska preriowego. Te pieski są niesamowite. -

Zamknij się - burknął Frank.

-

Albo w borsuka.

Frank wycelował palcem w twarz Leona. -

Valdez, przysięgam...

-

Obaj się przymknijcie — ofuknęła ich Hazel. - Zaraz wrócę. Dajcie mi dziesięć

minut. Jeśli wtedy mnie nie usłyszycie... Nieważne. Nic mi się nie stanie. Tylko się nie pozabijajcie, kiedy tam będę. Opuściła nogi w dziurę. Leo i Frank zasłonili ją, stojąc ramię przy ramieniu i starając się wyglądać zwyczajnie, tak jakby to było całkiem normalne, że dwóch nastolatków wystaje przed grobowcem Rafaela. Grupy turystów przychodziły i odchodziły. Większość nie zwracała uwagi na Leona i Franka. Parę osób spojrzało na nich z lekkim zaniepokojeniem, ale się nie zatrzymało. Może pomyślały, że chłopcy poproszą je o parę euro. Nie wiadomo dlaczego Leo czasem swoim uśmiechem wyprowadzał ludzi z równowagi.

Trzej Amerykanie wciąż stali pośrodku rotundy. Jeden miał koszulkę z napisem: ROMA, jakby się bał, że zapomni, w jakim jest mieście, jeśli jej nie włoży. Co jakiś czas zerkał na Leona i Franka z wyraźną odrazą. Coś w tym facecie niepokoiło Leona. Wolałby, żeby Hazel się pospieszyła. -

Hazel rozmawiała ze mną wcześniej - powiedział nagle Frank. - Powiedziała mi,

że się domyśliłeś, co jest moją linią życia. Leo wzdrygnął się. Prawie zapomniał, że Frank stoi obok niego. -

Twoja linia życia... A, to drewienko. No tak.

Oparł się chęci wzbudzenia ognia na końcach palców i ryknięcia: „Buahaha!" Pomysł był całkiem fajny, ale zbyt okrutny. -

Słuchaj, koleś. Nie wnerwiaj się. Nigdy bym nie zrobił czegoś, co by ci w jakiś

sposób zagrażało. Gramy w jednej drużynie. Frank skubał swoją odznakę centuriona. -

Zawsze wiedziałem, że ogień może mnie zabić, ale od czasu kiedy w

Vancouverze spaliła się willa mojej babci... wydaje mi się to o wiele bardziej realne. Leo pokiwał głową. Współczuł Frankowi, ale facet tego nie ułatwiał, gadając o swoich rodzinnych willach. To tak, jakby ktoś mówił: „Rozwaliłem swoje lamborghini" i oczekiwał, że ludzie powiedzą: „Och, biedaku!". Oczywiście zachował to dla siebie. -

Twoja babcia... ona zginęła w tym pożarze? Nie mówiłeś.

-

Bo ja... ja nie wiem. Była chora i bardzo stara. Mówiła, że umrze, kiedy jej czas

nadejdzie, w swój własny sposób. Ale myślę, że przeżyła. Widziałem ptaka wylatującego z płomieni. Leo pomyślał chwilę. -

Więc wszyscy w twojej rodzinie potrafią się w coś zmieniać?

-

Chyba tak. Moja mama to potrafiła. Babcia uważała, że właśnie to ją zabiło w

Afganistanie, podczas wojny. Mama próbowała pomóc swoim kumplom i... właściwie to nie bardzo wiem, co się wydarzyło. Był jakiś wybuch. Leo skrzywił się ze współczuciem. -

Więc obaj straciliśmy matki w pożarze.

Nie planował tego, ale opowiedział Frankowi o tej nocy w warsztacie, kiedy objawiła

mu się Gaja, a jego matka umarła. Frank miał łzy w oczach. -

Nie znoszę, gdy ludzie mi mówią: „Przykro mi z powodu twojej matki".

-

To nigdy nie brzmi szczerze - zgodził się Leo.

-

Dzięki.

Żadnego sygnału od Hazel. Amerykańscy turyści wciąż krążyli po Panteonie. I chyba zataczali coraz mniejsze kręgi, jakby starali się podejść do grobowca Rafaela, nie zwracając na siebie uwagi. -

W Obozie Jupiter - odezwał się Frank - lar z naszego domku, Reticulus,

powiedział mi, że moja moc jest silniejsza niż u większości półbogów, bo jestem synem Marsa, a po matce mam tę zdolność do przemiany, w co zechcę. Powiedział, że całe moje życie jest powiązane z płonącym drewienkiem. To mój przeklęty słaby punkt, wszystko od niego zależy. Leo przypomniał sobie swoją rozmowę z Nemezis, boginią zemsty, na Wielkim Jeziorze Słonym. Powiedziała coś podobnego o zrównoważeniu szali. „Szczęście w życiu to lipa. Prawdziwy sukces wymaga ofiar". W pasie na narzędzia wciąż miał jej ciasteczko z wróżbą, czekające na rozłamanie. „Wkrótce staniesz przed problemem, którego nie potrafisz rozwiązać, ale mogę ci pomóc... za pewną cenę". Szkoda, że nie może wyłuskać tego wspomnienia z głowy i też schować go do swojego pasa. Zajmowało zbyt wiele miejsca. -

Wszyscy mamy słabe punkty - powiedział. - Ja, na przykład, jestem tragicznie

zabawny i przystojny. Frank prychnął. -

Możesz mieć słabe punkty, ale twoje życie nie zależy od kawałka drewna.

-

No nie - zgodził się Leo. Zaczął myśleć: gdyby sam miał taki problem, jak by go

rozwiązał? Prawie każdą usterkę można usunąć. - Zastanawiam się... Spojrzał Tia salę i urwał. Trzej amerykańscy turyści przestali się skradać i zataczać koła. Szli prosto do grobowca Rafaela i wszyscy patrzyli na Leona. -

Ej, Frank, te dziesięć minut już minęło? - zapytał.

Frank spojrzał tam gdzie Leo. Twarze Amerykanów wykrzywiał jakiś dziwny

grymas, jakby byli lunatykami śniącymi jakiś koszmarny sen. -

Leo Valdez! - zawołał facet w koszulce z napisem: ROMA. Głos mu się zmienił.

Był pusty i metaliczny. Po angielsku mówił z cudzoziemskim akcentem. - Znowu się spotykamy. Wszyscy trzej turyści zamrugali, a ich oczy błysnęły złotem. Frank krzyknął cicho. -

Ejdolony!

Rzekomi Amerykanie zacisnęli mięsiste dłonie. Normalnie Leo nie zląkłby się podtatusiałych facetów w miękkich kapeluszach, ale podejrzewał, że ejdolony są groźne nawet w takich ciałach, zwłaszcza że duchy nie dbają o to, czy ich gospodarze przeżyją, czy nie. -

Nie przecisną się przez tę dziurę - powiedział Leo.

-

Racja - zgodził się Frank. - W podziemiu będzie bezpieczniej. Zamienił się w

węża i wśliznął do dziury. Leo wskoczył za nim, gdy duchy zaczęły zawodzić: -

Valdez! Zabić Valdeza!

XXXVIII LEO Jeden problem został rozwiązany natychmiast: właz zamknął się automatycznie, odcinając ich od prześladowców. Odciął również dopływ światła, ale Leo i Frank łatwo się z tym pogodzili. Leo miał tylko nadzieję, że nie będą musieli wracać tą samą drogą. Nie był pewny, czy zdoła otworzyć właz od wewnątrz. W każdym razie opętani przez ejdolony faceci pozostali po drugiej stronie. Marmurowa posadzka nad głową Leona zadygotała, jakby ktoś w nią tupał. Frank chyba powrócił do ludzkiej postaci. Leo słyszał, jak dyszy w ciemności. -

Co teraz? - zapytał Frank.

-

W porządku, ale się nie przestrasz - odrzekł Leo. - Zaraz wezwę trochę ognia,

tylko tyle, żebyśmy coś widzieli. -

Dzięki za ostrzeżenie.

Z końca palca wskazującego Leona wystrzelił płomyk, wątły jak płomień świeczki na urodzinowym torcie. Przed nimi ciągnął się niski tunel. Tak jak przewidziała Hazel, z początku się obniżał, a potem biegł poziomo na południe. -

No, dobrze chociaż, że biegnie tylko w jedną stronę.

-

Odnajdźmy Hazel — powiedział Frank.

Leo nie mógł się nie zgodzić. Ruszyli korytarzem; Leo szedł pierwszy, oświetlając drogę. Rad był, że ma za plecami Franka, wielkiego i silnego faceta, zdolnego zamienić się w jakieś przerażające zwierzę, gdyby tym opętanym przez ejdolony turystom udało się w jakiś sposób otworzyć właz, wcisnąć do środka i popędzić za nimi. Zastanawiał się, czy mogłyby pozbyć się swoich przygodnych ciał, wśliznąć do podziemia i opanować ich ciała. „Och, oto moja szczęśliwa myśl dnia!" - skarcił się w duchu. Po przejściu jakichś trzydziestu metrów skręcili za róg i zobaczyli Hazel. W świetle swojego kawaleryjskiego miecza badała jakieś drzwi. Była tym tak zajęta, że nie zauważyła ich, póki Leo nie powiedział: -Hej. Obróciła się błyskawicznie, próbując zamachnąć się spathą. Na szczęście korytarz był za wąski, a klinga za długa.

-

Co wy tu robicie?

Leo przełknął ślinę. -

Wybacz. Wpadliśmy na kilku rozwścieczonych turystów.

Opowiedział jej, co się stało. Syknęła ze złości. -

Nienawidzę tych ejdolonów. Myślałam, że Piper udało się je przekonać, by nas

nie dręczyły. -

Och... - westchnął Frank, jakby i jemu wpadła do głowy szczęśliwa myśl dnia. -

Przyrzekły Piper, że będą się trzymały z dala od okrętu i nie opętają żadnego z nas. Ale jeśli nas śledziły i użyły innych ciał, by nas zaatakować, to praktycznie nie złamały przyrzeczenia... -

Super - mruknął Leo. - Ejdolony prawnicy. Teraz to naprawdę mam ochotę je

pozabijać. -

Dobra, na razie o nich zapomnijmy - powiedziała Hazel. - Te drzwi doprowadzają

mnie do szału. Leo, może byś użył swoich talentów włamywacza? Leo rozciągnął sobie z trzaskiem palce. -

Miejsce dla mistrza, z łaski swojej.

Zamek był interesujący, o wiele bardziej skomplikowany od tego na górze, otwieranego dość prostą kombinacją rzymskich cyfr. Całe drzwi były obite blachą z cesarskiego złota. Pośrodku wbudowano mechanizm wielkości kuli do kręgli. Składał się z pięciu koncentrycznych pierścieni; na każdym był wyryty znak zodiaku -

Byk, Skorpion i tak dalej - oraz jakieś cyfry i litery.

-

To greckie litery - stwierdził zaskoczony Leo.

-

No, wielu Rzymian mówiło po grecku - powiedziała Hazel. -Chyba tak, ale ten

mechanizm... Bez obrazy dla członków Obozu Jupiter, ale jest zbyt skomplikowany jak na rzymski. Frank prychnął. -

Podczas gdy wy, Grecy, po prostu uwielbiacie wszystko komplikować.

-

Ej - zaprotestował Leo. - Ja tylko powiedziałem, że ten mechanizm jest bardzo

delikatny, bardzo finezyjny. Przypomina mi... -

Wpatrzył się w kulę, próbując sobie przypomnieć, gdzie czytał lub słyszał o

podobnym starożytnym urządzeniu. - To bardziej zaawansowany technicznie rodzaj

zamka. Trzeba ustawić symbole na każdym pierścieniu we właściwym porządku. Wtedy drzwi się otworzą. -

Ale jaki jest ten właściwy porządek? - zapytała Hazel. -Dobre pytanie. Greckie

kule... astronomia, geometria... — Leo poczuł, że robi mu się ciepło. - Och, nie. Zastanawiam się... Jaka jest wartość pi? Frank zmarszczył czoło. -

Jakiego znowu pi?

-

Chodzi o liczbę - domyśliła się Hazel. - Uczyłam się tego na matmie, ale...

-

Tego się używa do mierzenia okręgów - powiedział Leo. - Jeśli tę kulę

skonstruował facet, o którym myślę... Hazel i Frank wybałuszyli na niego oczy. -

Nieważne. Jestem całkiem pewny, że pi to 3,1415 bla bla bla. Ta liczba ciągnie

się w nieskończoność, ale w tej kuli jest tylko pięć pierścieni, więc powinno wystarczyć, jeśli mam rację. -

A jeśli nie masz? - zapytał Frank.

-

No, to Leo polegnie z hukiem. Sprawdźmy to!

Obrócił pierścienie, zaczynając od zewnętrznego. Zignorował znaki zodiaku i litery, ustawiając właściwe cyfry tak, żeby tworzyły wartość pi. Zamek ani drgnął. -

Głupi jestem - mruknął Leo. - Pi trzeba ułożyć od wewnątrz, bo jest

nieskończone. Teraz zaczął od środka. Kiedy ustawił ostatni pierścień, coś wewnątrz kuli kliknęło. Drzwi same się otworzyły. Leo popatrzył z triumfem na swoich przyjaciół. -

I tak właśnie, mili ludkowie, załatwiamy te sprawy w Świecie Leona. Wchodźcie!

-

Nie znoszę Świata Leona - mruknął Frank.

Hazel parsknęła śmiechem. Wewnątrz mieściło się tyle wspaniałych rzeczy, że Leo miałby zajęcie na lata. Pomieszczenie było wielkości kuźni w Obozie Herosów. Wzdłuż ścian stały warsztaty ze spiżowymi blatami i kosze pełne starożytnych narzędzi. Na warsztatach leżały tuziny spiżowych i złotych steampunkowych kul w różnych fazach konstrukcji. Kule miały rozmiar piłek do koszykówki. Koła zębate i druty zaścielały posadzkę. Grube metalowe

kable biegły od każdego stołu w głąb sali, do zabudowanej antresoli przypominającej kabinę dźwiękową w teatrze. Do każdego jej boku wiodły schodki. Wszystkie kable ginęły właśnie w tej kabinie. Obok schodków po lewej stronie ciągnął się rząd półek z przegródkami pełnymi skórzanych walców - prawdopodobnie starożytnych futerałów na zwoje. Leo już chciał podejść do stołów, kiedy zerknął na lewo i o mało nie wyskoczył z butów. Drzwi strzegły dwa uzbrojone manekiny -jak szkielety strachów na wróble ze spiżowych rur - odziane w pełne rzymskie zbroje, każdy z tarczą i mieczem. -

A to numer. - Leo podszedł do jednego z nich. - Gdyby działał, byłby straszny.

Frank odsunął się od manekinów. -

Ożyją i zaatakują nas, tak?

Leo roześmiał się. -

Nie ma szans. Są niekompletne. - Postukał w szyję najbliższego manekina, gdzie

spod napierśnika sterczały luźne miedziane druty. - Zobaczcie, okablowanie głowy jest przerwane. A tutaj, przy łokciu, system bloczków nie działa. Wiecie, co myślę? Rzymianie próbowali skopiować jakiś grecki wynalazek, ale im nie wyszło. Hazel uniosła brwi. -

Pewnie Rzymianie nie byli tacy dobrzy w komplikowaniu wszystkiego.

-

Albo nie byli dostatecznie delikatni - dodał Frank. - Albo finezyjni.

-

Ej, ja tylko mówię, jak to widzę. - Leo szturchnął głowę manekina, która kiwnęła

się, jakby się z nim zgadzała. — Chociaż... to całkiem niezła próba. Słyszałem legendy o tym, że Rzymianie zrabowali pisma Archimedesa, ale... -

Archimedesa? — Hazel zrobiła zdumioną minę. - Czy to był jakiś starożytny

matematyk? Leo roześmiał się. -

Nie tylko. Był najsłynniejszym z synów Hefajstosa.

Frank podrapał się po uchu. -

Imię obiło mi się o uszy, ale skąd wiesz, że ten manekin zbudowano według jego

wzoru? -

Bo musi tak być! Słuchaj, przeczytałem wszystko o Archi-medesie. To bohater

naszej Dziewiątki. Facet był Grekiem, tak? Żył w greckiej kolonii w południowej Italii,

zanim jeszcze Rzym stał się potężny i zaczął swoje podboje. W końcu Rzymianie tam przyszli i zniszczyli miasto. Rzymski generał chciał oszczędzić Archimedesa, bo był cenny - był kimś w rodzaju Einsteina starożytności - ale zabił go jakiś głupi rzymski żołnierz. -

A ten znowu swoje - mruknęła Hazel. - Leo, głupi i rzymski nie zawsze chodzą w

parze. Frank chrząknął potakująco. -

No dobra, ale skąd to wszystko wiesz? Jest tu gdzieś jakiś hiszpański

przewodnik? -

Nie, koleś - odparł Leo. - Nie można być półbogiem znającym się na inżynierii i

nie wiedzieć o Archimedesie. Ten facet należał do elity. To on obliczył wartość pi. Wykombinował wszystkie matematyczne wzory, których nadal używamy. Wynalazł turbinę hydrauliczną, która pompuje wodę rurami. Hazel spojrzała na niego ze złością. -

Turbina hydrauliczna. Wybacz mi, że nie miałam pojęcia o tym niesamowitym

wynalazku. -

Zbudował też miotacz promieni śmierci ze zwierciadeł, którymi można było

podpalać nieprzyjacielskie okręty. To już jest dla ciebie dostatecznie niesamowite? -

Widziałem coś o tym w telewizji - powiedział Frank. - Wykazali, że to nie

działało. -

Och, tylko dlatego że współcześni śmiertelnicy nie znają właściwości

niebiańskiego spiżu - odparł Leo. - W tym cała rzecz. Archimedes wynalazł też masywne szczęki, które można było zarzucić dźwigiem na nieprzyjacielski okręt i wyciągnąć go z wody. -

O, to jest fajne - przyznał Frank. - Uwielbiam gry zręcznościowe.

-

No widzisz. W każdym razie te wszystkie wynalazki mu nie pomogły. Rzymianie

zniszczyli jego miasto. Archimedesa zabili. Podobno ten rzymski generał był wielkim fanem jego prac, więc wdarł się do jego pracowni i wywiózł z niej sporo pamiątek. I wszystko zginęło w mrokach dziejów, prócz... - Leo machnął ręką w stronę stołów. Prócz tego. -

Metalowe piłki do koszykówki? - zapytała Hazel.

Leo nie mógł uwierzyć, że tamci nie wiedzą, na co patrzą, ale powściągnął irytację. -

Słuchajcie, Archimedes skonstruował te kule. Rzymianie nie domyślili się, co to

takiego. Sądzili, że służą do określania czasu albo ustalania pozycji gwiazdozbiorów, bo były na nich symbole gwiazd i planet. Ale to tak, jakby ktoś znalazł strzelbę i myślał, że to laska. -

Leo, Rzymianie byli najlepszymi inżynierami - przypomniała mu Hazel. -

Zbudowali akwedukty, drogi... -

Machiny oblężnicze - dodał Frank. - Publiczne urządzenia sanitarne.

-

Tak, zgadza się - rzekł Leo. - Ale Archimedes był klasą sam dla siebie. Jego kule

mogły robić mnóstwo rzeczy, tylko nikt nie wiedział... Nagle przyszło mu do głowy coś tak niewiarygodnego, że z nosa wystrzeliły mu płomienie. Ugasił je tak szybko, jak zdołał. O rany, jakie to zawsze było kłopotliwe... Podbiegł do rzędu przegródek ze zwojami. Nie znał dobrze starożytnej greki, ale zdołał odczytać napis na jednym futerale: 0 budowie kul. - Ludzie, to jest ta zaginiona księga! - Ręce mu się trzęsły. - Archimedes opisał w niej swoje wynalazki, ale wszystkie kopie zaginęły w starożytności. Gdybym mógł to odczytać... Możliwości były oszałamiające. Dla Leona ta misja nabrała nagle nowego wymiaru. Musi wynieść stąd te kule i zwoje. Musi je bezpiecznie przetransportować do Bunkra Dziewiątego i tam spokojnie przestudiować. -

Tajemnice Archimedesa - mamrotał pod nosem. - Ludzie, to coś lepszego od

laptopa Dedala. Jeśli Rzymianie zaatakują Obóz Herosów, te tajemnice mogą go ocalić. Mogą nawet dać nam przewagę nad Gają i gigantami! Hazel i Frank spojrzeli po sobie sceptycznie. -

No dobra - powiedziała Hazel. - Nie przyszliśmy tu po ten zwój, ale chyba

możemy go zabrać. -

Zakładając - dodał Frank - że nie będziesz miał nic przeciwko temu, by podzielić

się tymi tajemnicami z nami, głupimi, nieskomplikowanymi Rzymianami. -

Co? - Leo wytrzeszczył na niego oczy. - Nie. Słuchajcie, nie chciałem nikogo

urazić... Och, nieważne. Najważniejsze, że to naprawdę dobra nowina! Po raz pierwszy od wielu dni poczuł, że wzbiera w nim nadzieja. I oczywiście natychmiast wszystko się skomplikowało.

Jedna z kul na stole tuż obok Hazel i Franka zaklikała i zawirowała. Wyrósł z niej szereg pajęczych nóżek. Kula stanęła na nich, a z jej szczytu wystrzeliły dwa spiżowe kable i uderzyły Hazel i Franka jak druty z tasera. Oboje upadli. Leo rzucił się, by im pomóc, ale okazało się, że dwa uzbrojone manekiny jednak mogą się poruszać. Dobyły mieczy i ruszyły ku niemu. Ten po lewej stronie opuścił swój hełm w kształcie wilczej głowy. Nie miał twarzy ani ust, ale zza przyłbicy przemówił znajomy głos. -

Nie uciekniesz przed nami, Leonie Valdezie. Nie lubimy nawiedzać maszyn, ale

są lepsze od turystów. Nie wyjdziesz stąd żywy. Leo zgadzał się z Nemezis w jednym: szczęście w życiu to lipa. W każdym razie w jego życiu. Zeszłej zimy patrzył, jak rodzina cyklopów przygotowywała się do uduszenia Jasona i Piper w gorącym sosie. Wymyślił pewien plan i sam jeden uratował przyjaciół, ale wtedy przynajmniej miał czas na myślenie. Teraz go raczej nie miał. Hazel i Frank zostali zwaleni z nóg przez macki opętanej steampunkowej kuli do kręgli. Dwie źle wychowane zbroje miały zamiar go zabić. Nie mógł zionąć na nie ogniem. Zbroje nie dałyby się spalić. Poza tym Hazel i Frank byli za blisko. Nie chciał ich uśmiercić albo przypadkowo podpalić drewienka, od którego zależało życie Franka. Na prawo od niego zatrzeszczała szyja zbroi w hełmie o kształcie głowy lwa. Manekin spojrzał na Hazel i Franka leżących bez przytomności. - Męski i żeński półbóg - powiedziała Lwia Głowa. - Wystarczą, jeśli tamci zginą. Jej pusta maska zwróciła się z powrotem w stronę Leona. - Nie jesteś nam potrzebny, Leonie Yaldezie. -

Hej! - Leo spróbował uśmiechnąć się triumfalnie. - Zawsze potrzebujecie Leona

Valdeza! Rozłożył ręce, mając nadzieję, że wygląda bardzo pożytecznie i beztrosko, a nie jak zrozpaczony i przerażony heros. Pomyślał, że chyba jest za późno, by wypisać na swojej koszulce: KIBICUJ LEONOWI. Niestety, zbroje nie dały się tak łatwo przekonać jak Klub Fanek Narcyza. Ta w hełmie o kształcie głowy wilka warknęła:

-

Byłem w twoim umyśle, Leo. Pomogłem ci rozpocząć tę wojnę.

Leo cofnął się o krok, jego uśmiech zgasł. -

To byłeś ty?

Teraz zrozumiał, dlaczego ci turyści tak go niepokoili i dlaczego głos ejdolona brzmiał mu tak znajomo. Już kiedyś słyszał go w swojej głowie. -

To ty mnie skłoniłeś, żebym wystrzelił z balisty? I ty to nazywasz pomocą}

-Wiem, jak myślisz - powiedziała Wilcza Głowa. - Znam twoje ograniczenia. Jesteś mały i samotny. Potrzebujesz przyjaciół, żeby cię chronili. Bez nich nie jesteś w stanie mi się przeciwstawić. Przysiągłem, że już cię nie opętam, ale wciąż mogę cię zabić. Zbroje zbliżyły się. Końce ich mieczy zawisły przed twarzą Leona. Leo nagle przestał się bać. Strach ustąpił miejsca wściekłości. Ten ejdolon w wilczym hełmie ośmieszył go, opętał i skłonił do zaatakowania Nowego Rzymu. Zagroził jego przyjaciołom i całej misji. Zerknął na uśpione kule na stołach. Przypomniał sobie o swoim pasie na narzędzia. Pomyślał o antresoli za plecami, wyglądającej jak kabina dźwiękowa. I tak narodziła się Operacja Stos Rupieci. -

Po pierwsze, wcale mnie nie znasz - powiedział Wilczej Głowie. - A po drugie,

pa-pa! Rzucił się ku schodkom i wbiegł na górę. Zbroje były przerażające, ale niezbyt szybkie. Tak jak podejrzewał, kabina miała drzwi po obu bokach - zasuwane metalowe żaluzje. Pewnie operatorzy chcieli się zabezpieczyć, na wypadek gdyby ich konstrukcje wymknęły im się spod kontroli... tak jak teraz. Leo zatrzasnął obie żaluzje, wezwał ogień do rąk i przepalił zamki. Zbroje zbliżyły się, każda z innej strony. Załomotały w żaluzje mieczami. -

To głupota - powiedziała Lwia Głowa. - Tylko opóźniasz swoją śmierć.

-

Opóźnianie swojej śmierci to moje ulubione hobby.

Rozejrzał się po nowym schronieniu. Dominował w nim stół wyglądający jak panel kontrolny. Zawalony był różnymi rupieciami, ale większość z nich Leo natychmiast zdyskwalifikował: szkic ludzkiej katapulty, która nigdy nie powstała, dziwny czarny miecz (Leo nie był dobry w walce na miecze), duże spiżowe zwierciadło (ujrzał w nim odbicie swojej rozwścieczonej twarzy) i trochę narzędzi, które

ktoś połamał, bo albo miał już dość eksperymentowania, albo po prostu był niezdarą. Skupił się na głównym projekcie. Pośrodku stołu ktoś rozłożył na części kulę Archimedesa. Wokół niej leżały w nieładzie zębatki, sprężyny, dźwignie i pręty. Wszystkie spiżowe kable wychodzące do sali na dole były przyłączone do metalowej płytki pod kulą. Leo wyczuł niebiański spiż biegnący przez pracownię jak arterie gotowy dostarczyć magiczną energię z tego miejsca. -Jedna piłka, by rządzić wszystkimi - mruknął do siebie. Ta kula była głównym regulatorem. Stał przed starożytnym centrum kontroli lotów. -

Leonie Valdezie! - zawył duch. - Otwórz te drzwi albo cię zabiję!

-

Uczciwa i wspaniałomyślna propozycja! - odparł Leo, wpatrując się w kulę. -

Zaraz zakończę ten cyrk. To moje ostatnie życzenie, dobra? To musiało zaskoczyć duchy, bo nagle przestały łomotać w drzwi. Dłonie Leona przebiegały po kuli, składając brakujące części. Dlaczego ci głupi Rzymianie musieli rozłożyć taki piękny mechanizm? Zabili Archimedesa, zrabowali jego dobytek, a potem męczyli się nad tą kulą, nie mogąc jej zrozumieć. Z drugiej strony mieli przynajmniej tyle rozsądku, że zamknęli ją tutaj, by po dwóch tysiącach lat Leo mógł się do niej dobrać. Ejdolony zaczęły znowu walić w drzwi. -

Kto tam? - zapytał Leo.

-

Valdez! - ryknęła Wilcza Głowa.

-

Jaki Valdez? - zapytał Leo.

W końcu zrozumieją, że nie dostaną się do środka. A potem Wilcza Głowa, jeśli naprawdę poznała umysł Leona, inaczej zmusi go do współpracy. Miał bardzo mało czasu. Połączył ze sobą zębatki, jedna nie zaskoczyła, więc musiał zacząć od początku. Na ręczne granaty Hefajstosa, to nie takie proste! W końcu umieścił ostatnią sprężynę na swoim miejscu. Niezdarni Rzymianie prawie zniszczyli regulator napięcia, ale Leo wyciągnął z pasa komplet narzędzi zegarmistrzowskich i skalibrował urządzenie. Archimedes był geniuszem - pod warunkiem że mechanizm zadziała. Zakręcił cewką zapłonową. Tryby zaczęły się poruszać. Zamknął pokrywę kuli i

przyjrzał się koncentrycznym pierścieniom — podobnym do tych na drzwiach pracowni. -

Valdez! - Wilcza Głowa załomotała w drzwi. - Nasz trzeci kompan zabije twoich

przyjaciół! Leo zaklął pod nosem. „Nasz trzeci kompan". Zerknął w dół na taserową kulę na pajęczych nóżkach, która zwaliła z nóg Hazel i Franka. Pomyślał, że trzeci ejdolon pewnie ukrywa się właśnie w niej. Ale Leo wciąż musiał wydedukować właściwy układ pierścieni, aby aktywować tę kontrolną kulę. -

No dobra! - zawołał. - Macie mnie. Jeszcze tylko... sekundę.

-

Nie będzie już żadnych sekund! - ryknęła Wilcza Głowa. -Otwieraj albo oni

zginą. Opętana taserowa kula wystrzeliła swoje macki, które wstrząsnęły ciałami Hazel i Franka. Taki ładunek elektryczności mógłby zatrzymać ich serca. Leo tłumił łzy. To go przerastało. Ręce mu opadły. Wpatrzył się w kulę - siedem pierścieni, każdy pokryty drobnymi greckimi literami, cyframi i znakami zodiaku. Rozwiązaniem zagadki nie mogło być pi. Archimedes nigdy by nie zrobił dwukrotnie tego samego. Poza tym przyłożywszy dłoń do kuli, Leo wyczuł, że sekwencja znaków została ułożona przypadkowo. Tylko sam Archimedes ją znał. Może ostatnie słowa Archimedesa należy rozumieć jako: „Nie ruszajcie moich pierścieni"? Nikt nie wiedział, co to znaczy, dopiero Leo skojarzył to z tą kulą. Zamek był zbyt skomplikowany. Gdyby miał do dyspozycji parę lat, może by odcyfrował znaki i wpadł na właściwą kombinację pierścieni, ale nie miał nawet kilku sekund. Czas się skończył. Nie miał szczęścia. A jego przyjaciele zaraz zginą. „Staniesz przed problemem, którego nie potrafisz rozwiązać" -zadźwięczał mu w głowie głos. Nemezis... Powiedziała mu, że nadejdzie ta chwila. Wcisnął rękę do kieszeni i wyciągnął ciasteczko z wróżbą. Bogini ostrzegła go, że za jej pomoc przyjdzie mu zapłacić wielką cenę - tak wielką jak utrata jednego oka. Ale jeśli nie spróbuje, jego przyjaciele umrą. -

Muszę zdobyć kod dostępu do tej kuli - powiedział.

I przełamał ciasteczko.

XL LEO Rozwinął skrawek papieru. Odczytał: TO JEST TWOJE ŻYCZENIE? POWAŻNIE? (ODWRÓĆ) Po drugiej stronie było napisane: TWOJE SZCZĘŚLIWE LICZBY TO: DWANAŚCIE, JUPITER, DELTA, TRZY, THETA, OMEGA. (ZEMŚCIJ SIĘ NA GAI, LEONIE VALDEZIE) Drżącymi palcami zaczął obracać pierścienie. Za drzwiami Wilcza Głowa warknęła zniechęconym głosem: -Jeśli nie dbasz o los przyjaciół, może potrzebujesz dodatkowej motywacji. Może powinienem zniszczyć te zwoje - bezcenne dzieła Archimedesa! Ostatni pierścień zaskoczył. Kula zahuczała energią. Leo przebiegł dłońmi po jej powierzchni, wyczuwając maleńkie guziki i dźwigienki oczekujące na jego komendę. Magiczne i elektryczne impulsy pobiegły kablami z niebiańskiego spiżu i wypełniły energią całą pracownię. Leo nigdy nie grał na żadnym instrumencie muzycznym, ale wyobraził sobie, że to musi być podobne - znać każdą tonację i nutę tak dobrze, że nie myśli się, co robią palce. Trzeba się tylko skupić na rodzaju dźwięku, który chce się wydobyć. Zaczął ostrożnie. Skoncentrował się na jednej ze złotych kul w pracowni, wyglądającej na nienaruszoną. Złota kula zadrgała. Wyrosły z niej trzy nogi, na których pokuśtykała do kuli taserowej. Ze szczytu złotej kuli wyskoczyła mała pila tarczowa, która zaczęła piłować taserową kulę. Leo spróbował aktywować inną kulę. Ta wybuchła, zamieniając się w grzybek spiżowego pyłu i dymu. -

Uups - mruknął. - Wybacz, Archimedesie.

-

Co ty wyprawiasz? - zapytała Wilcza Głowa. - Przestań się wygłupiać i poddaj

-

O tak, poddaję się! Całkowicie i bez reszty!

się! Spróbował przejąć kontrolę nad trzecią kulą. Ta też się rozpadła. Nie czuł się najlepiej, niszcząc te starożytne wynalazki, ale w końcu to była sprawa życia lub śmierci. Frank oskarżył go, że bardziej dba o maszyny niż o ludzi, ale skoro już doszło do wyboru między tymi starymi kulami a jego przyjaciółmi, wybrał przyjaciół.

Czwarta próba poszła lepiej. Ze szczytu wysadzanej rubinami kuli wyskoczyły śmigiełka helikoptera. Leo był rad, że nie ma tu stolika Buforda - pewnie by się zakochał. Rubinowa kula uniosła się w powietrze i poleciała prosto do przegródek ze zwojami. Wysunęła złote rączki i porwała drogocenne futerały. -

Dość tego! - krzyknęła Wilcza Głowa. - Zniszczę te...

Zbroja odwróciła się i zobaczyła, jak rubinowa kula odlatuje ze zwojami. Przeleciała przez salę i zawisła w powietrzu w dalekim kącie. -

Co?! - ryknęła Wilcza Głowa. - Zabić więźniów!

Zwracała się chyba do taserowej kuli. Ta, niestety, nie była już w stanie nic zrobić. Złota kula Leona siedziała na jej otwartej głowie, tnąc zębatki i kabelki, jakby patroszyła dynię. Dzięki bogom, Hazel i Frank zaczęli się poruszać. -

Ej! - Wilcza Głowa skinęła na Lwią Głowę stojącą przy drugiej żaluzji. - Chodź!

Sami zniszczymy tych półbogów! -

Nie sądzę, chłopaki. - Leo zwrócił się do Lwiej Głowy. Jego palce zadrgały na

kuli kontrolnej i poczuł, że przez podłogę pobiegł strumień energii. Leo wyszczerzył zęby. -

Teraz jesteście w Świecie Leona.

Lwia Głowa odwróciła się i zbiegła po schodkach. Zamiast zaatakować Hazel i Franka, pomaszerowała na drugą stronę i stanęła przed swoją towarzyszką. -

Co ty robisz? - zapytała Wilcza Głowa. - Musimy... BLONG!

Lwia Głowa rąbnęła Wilczą Głowę tarczą w pierś. Uderzyła głowicą miecza w hełm Wilczej Głowy. Wilcza Głowa stała się Płaską, Zdeformowaną, Nieszczęsną Wilczą Głową. -

Przestań! - krzyknęła.

-

Nie mogę! - jęknęła Lwia Głowa.

Leo już się połapał, w czym rzecz. Rozkazał obu zbrojom odrzucić miecze i tarcze i młócić się nawzajem rękami. -

Valdez! - zakwiliła Wilcza Głowa. - Zapłacisz za to życiem!

-Już to widzę! Kto teraz kogo opętał, Kacperku? Roboty zwaliły się po schodkach na dół, a Leo zmusił je, by zatańczyły fokstrota jak

modne panienki z lat dwudziestych. Ich złącza zadymiły. Wszystkie kule w pracowni zaczęły podskakiwać. Zbyt wiele energii popłynęło starożytnym systemem. Kula kontrolna w ręku Leona nagrzała się niebezpiecznie. -

Frank, Hazel! - zawołał. - Kryć się!

Jego przyjaciele, wciąż oszołomieni, gapili się ze zdumieniem na roztańczone metalowe roboty, ale zrozumieli ostrzeżenie. Frank pociągnął Hazel pod najbliższy stół i osłonił ją swoim ciałem. Jeszcze jeden obrót kulą i Leo wysłał potężny strumień energii. Zbroje wybuchły. Pręty, tłoki i spiżowe opiłki wystrzeliły we wszystkie strony. Na stołach kule wybuchały jak puszki z gazowanymi napojami. Złota kula znieruchomiała, a rubinowa opadła na posadzkę razem ze zwojami. Nagle wszystko ucichło, tylko od czasu do czasu strzeliła jakaś iskra albo coś zaskwierczało. W powietrzu unosił się zapach palących się silników samochodowych. Leo zbiegł po schodkach i znalazł Franka i Hazel pod stołem. Jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy na widok tych dwojga tulących się do siebie. -

Żyjecie!

Lewe oko Hazel zadrgało, może po taserowym wstrząsie, ale wyglądało na to, że jest cała i zdrowa. -

Och... co właściwie się stało?

-

Archimedes zadziałał! W tych starych maszynach pozostało akurat dość mocy na

wielki finał. Kiedy już znalazłem kod dostępu, reszta była łatwa. Poklepał kulę kontrolną, która paskudnie dymiła. Nie wiedział, czy da się ją naprawić, ale w tym momencie był zbyt szczęśliwy, by się o to martwić. -

Ejdolony - powiedział Frank. - Już ich nie ma?

Leo wyszczerzył zęby. -

Moja ostatnia komenda przepaliła ich mordercze włączniki, praktycznie

zablokowała wszystkie ich obwody i stopiła rdzenie. -

A w jakimś ludzkim języku? - zapytał Frank.

-

Zapędziłem ejdolony w pułapkę instalacji, a potem je stopiłem. Już nigdy nie

będą nikogo dręczyć. Pomógł im wstać.

-

Ocaliłeś nam życie - powiedział Frank.

-

Nie bądź taki zaskoczony. - Leo rozejrzał się po zniszczonej pracowni. - Szkoda,

że to wszystko się rozwaliło, ale przynajmniej uratowałem zwoje. Jeśli doniosę je do Obozu Herosów, może będę mógł odtworzyć wynalazki Archimedesa. Hazel potarła sobie głowę. - Ale... nie rozumiem. Gdzie jest Nico? Ten tunel powinien nas do niego doprowadzić. Leo prawie już zapomniał, po co w ogóle tu przyszli. To fakt, Nica tu nie było. Zabrnęli w ślepą uliczkę. Więc dlaczego... -

Och. - Poczuł się, jakby kula z pilą siedziała mu'na głowie, wyciągając z niej

kable i zębatki. - Hazel, właściwie jak ty wy-niuchałaś, gdzie jest Nico? To znaczy... czy mogłaś po prostu wyczuć go w pobliżu, bo jest twoim bratem? Zmarszczyła czoło, chyba wciąż oszołomiona po tym elektrycznym wstrząsie. -

Nie... to nie całkiem tak. Czasami mogę go wyczuć, kiedy jest blisko, ale jak

mówiłam, Rzym jest taki skomplikowany, tyle tu zakłóceń przez te wszystkie tunele i jaskinie... -

Wyśledziłaś go, bo wyczuwasz metale, tak? Jego miecz?

Zamrugała. -

Skąd wiesz?

-

Lepiej chodź ze mną.

Zaprowadził ją i Franka do kabiny sterowniczej i pokazał im czarny miecz. -

Och. O, nie. - Hazel zachwiała się i byłaby upadła, gdyby jej Frank nie złapał. -

Ale to przecież niemożliwe! W tej spiżowej kadzi Nico miał swój miecz! Percy widział go w swoim śnie! -

Albo sen nie ukazywał prawdy - rzekł Leo - albo giganci przenieśli tu miecz jako

przynętę. -

Więc jesteśmy w pułapce — powiedział Frank. - Zostaliśmy tu zwabieni.

-

Ale dlaczego?! - zawołała Hazel. - Gdzie jest mój brat?

Syczący odgłos wypełnił kabinę. Z początku Leo pomyślał, że to powróciły ejdolony. Potem zdał sobie sprawę, że dymi spiżowe zwierciadło leżące na stole. -

Och, moi biedni półbogowie.

W zwierciadle pojawiła się uśpiona twarz Gai. Jak zwykle przemawiała, nie poruszając wargami. Leo nie znosił sztuczek brzu-chomówców z tymi ich mówiącymi lalkami. -

Dokonaliście wyboru - powiedziała Gaja. Jej głos potoczył się echem po sali.

Zdawał się wydobywać nie tylko ze zwierciadła, ale również z kamiennych ścian. Leo zrozumiał, że bogini ich otacza. Oczywiście. Byli wewnątrz ziemi. Z wielkim trudem po to zbudowali „Argo II", by wędrować przez morze i w powietrzu, a i tak skończyli w ziemi. -

Proponowałam wam ocalenie. Mogliście zawrócić. Teraz jest już za późno.

Przybyliście do starożytnych krain, gdzie jestem najsilniejsza. Gdzie się przebudzę. Leo wyciągnął młotek ze swojego pasa i uderzył nim w zwierciadło. Było z metalu, więc tylko zadygotało jak taca, ale poczuł się lepiej, ugodziwszy Gaję w nos. -

Na wypadek gdybyś tego nie zauważyła, Brudna Buźko - rzekł - to ci powiem, że

twoja żałosna pułapka zawiodła. Twoje ejdolony stopiły się jak złom, a nam nic się nie stało. Gaja uśmiechnęła się łagodnie. -

Och, mój słodki Leonie. Zostaliście oddzieleni od reszty przyjaciół. O to właśnie

chodziło. Drzwi do pracowni zamknęły się z hukiem. -Jesteście uwięzieni w moich objęciach. A tymczasem Annabeth Chase stoi w obliczu śmierci, przerażona i odrętwiała, w rękach największego wroga jej matki. Obraz w zwierciadle zmienił się. Leo ujrzał Annabeth leżącą w ciemnej pieczarze, unoszącą swój spiżowy sztylet, jakby broniła się przed jakimś potworem. Twarz miała szarą. Jej noga była czymś owinięta. Nie widział, na co patrzyła, ale musiało to być coś strasznego. Zapragnął uwierzyć, że obraz jest iluzją, ale miał dziwne poczucie, że zwierciadło nie kłamie, że to dzieje się naprawdę i właśnie w tej chwili. -

Ci inni - powiedziała Gaja -Jason Grace, Piper McLean i mój przyjacielJackson -

wszyscy zginą w ciągu najbliższych minut. Scena znowu się zmieniła. Percy, z Orkanem w ręku, prowadził Jasona i Piper spiralnymi schodami w dół, w ciemność. -

Zdradzą ich własne talenty. Zabiją ich własne żywioły. A już miałam nadzieję, że

przeżyją. Byliby lepszą ofiarą. Ale niestety, Franku i Hazel, będziecie musieli ich zastąpić. Moi słudzy wkrótce was stąd zabiorą i przeniosą do starożytnego miejsca. Wasza krew w końcu mnie przebudzi. A zanim to się stanie, pozwolę wam popatrzyć na śmierć waszych przyjaciół. Proszę... nacieszcie się widokiem porażki waszej misji. Leo nie mógł dłużej tego wytrzymać. Jego dłoń zajaśniała białym ogniem. Hazel i Frank odskoczyli, gdy przycisnął dłoń do zwierciadła i stopił je na kałużę spiżowej brei. Głos Gai zamarł. Leo słyszał tylko szum własnej krwi w uszach. Gwałtownie wciągnął powietrze. -

Wybaczcie - powiedział. - Zaczęła mnie denerwować.

-

Co teraz? - zapytał Frank. - Musimy się stąd wydostać i pomóc reszcie.

Leo rozejrzał się po pracowni, teraz zasłanej dymiącymi szczątkami kul. Przyjaciele nadal go potrzebowali. Wciąż odgrywał główną rolę w tej grze. Dopóki ma swój pas na narzędzia, nie zamierza siedzieć bezradnie, oglądając Kanał Śmierci Półbogów. -

Mam pomysł - powiedział. - Ale do tego potrzeba nas wszystkich trojga.

Zaczął im opowiadać, jaki ma plan.

XLI PIPER Piper starała się zachować spokój i jak najlepiej wykorzystać czas. Kiedy oboje z Jasonem zmęczyli się już spacerowaniem po pokładzie i słuchaniem, jak trener Hedge śpiewa Old MacDonald (zamieniając zwierzęta na różne rodzaje broni), postanowili urządzić sobie piknik w parku. Hedge trochę zrzędził, ale w końcu się zgodził. -

Tylko żebym nie tracił was z oczu.

-

A co, jesteśmy dzieciakami? - obruszył się Jason.

Hedge prychnął. -

Dzieciaki to koźlęta. Są milutkie i mają wymierną wartość społeczną. Wy na

pewno nie jesteście dzieciakami. Rozłożyli koc pod wierzbą niedaleko jakiejś sadzawki. Piper sięgnęła po swój róg obfitości, z którego wysypało się piknikowe jadło - zgrabnie zapakowane kanapki, puszki z napojami, świeże owoce i (z niewiadomego powodu) tort urodzinowy z fioletowym lukrem i zapalonymi świeczkami. Zmarszczyła brwi. -

Mamy czyjeś urodziny?

Jason skrzywił się. -

Nie chciałem nic mówić.

-

Jason!

-

Za dużo się dzieje. I szczerze mówiąc... jeszcze przed miesiącem nawet nie

wiedziałem, kiedy są moje urodziny. Thalia mi powiedziała, kiedy ostatnio była w obozie. Piper zastanawiała się, jak to jest - nie znać nawet daty swoich urodzin. Jason trafił pod opiekę wilczycy Lupy, kiedy miał zaledwie dwa lata. Nie znał swojej śmiertelnej matki. A siostrę poznał dopiero zeszłej zimy. -

Pierwszy lipca - powiedziała. - Kalendy lipcowe.

-

No tak. - Uśmiechnął się krzywo. - Rzymianie uznaliby to za pomyślną datę.

Pierwszy dzień miesiąca nazwanego od Juliusza Cezara. Dzień Junony. Huraa! Nie chciała naciskać. Nie muszą świętować jego urodzin, jeśli nie jest w nastroju.

-

Szesnaście? - zapytała.

Kiwnął głową. -

O kurczę. Mogę już dostać prawo jazdy.

Piper roześmiała się. Jason zabił już tyle potworów i tyle razy ocalił świat, że kiedy sobie wyobraziła, jak poci się, zdając egzamin na prawo jazdy, nie mogła się powstrzymać. Jason za kierownicą jakiegoś starego lincolna ze znakiem L, a obok niego gburowaty instruktor z nogą na pedale hamulca bezpieczeństwa! -

No co? Zdmuchnij świeczki.

Zrobił to. Ciekawe, czy pomyślał jakieś życzenie. Na przykład żeby i on, i ona przeżyli tę misję i już nigdy się nie rozstali? Uznała, że lepiej go o to nie pytać. Nie chciała zapeszyć takiego życzenia, a już na pewno nie chciała się dowiedzieć, że pomyślał o czymś innym. Od czasu gdy wczoraj wieczorem minęli Słupy Herkulesa, Jason był jakiś przygnębiony. Dobrze go rozumiała. Herkules, jego starszy brat, na pewno sprawił mu zawód, a stary bóg rzeki Acheloos wypowiedział kilka niezbyt pochlebnych słów o synach Jupitera. Zapatrzyła się na kornukopię. Czy Acheloos pogodził się już z brakiem rogów? Miała taką nadzieję. To prawda, chciał ich zabić, ale wciąż mu współczuła. Jak taki samotny, dręczony depresją duch mógł stworzyć róg obfitości tryskający ananasami i tortami urodzinowymi? Może kornukopia wyssała z niego całą boskość? Może teraz, gdy już go pozbawili tego rogu, zdoła obudzić w sobie jakieś poczucie szczęścia i je zachować? Pomyślała też o radzie Acheloosa: „Jeśli dotrzesz do Rzymu, bardziej ci się przyda opowieść o potopie". Znała tę opowieść, ale nie rozumiała, jak mogłaby im pomóc. Jason wyrwał zgaszoną świeczkę z tortu. -

Myślałem trochę - powiedział.

To sprowadziło Piper na ziemię. Kiedy się słyszy takie zdanie z ust własnego chłopaka, należy się mieć na baczności. -

O czym?

-

O Obozie Jupiter. O tych wszystkich latach, w których się tam szkoliłem. Zawsze

byliśmy jedną zgraną drużyną. Myślałem, że wiem, co to znaczy. Ale szczerze mówiąc... zawsze byłem przywódcą. Nawet kiedy byłem młodszy...

-

Syn Jupitera. Pierwszy w legionie. Byłeś gwiazdą.

Jason żachnął się, ale nie zaprzeczył. -

A teraz jednym z siedmiorga... Nie wiem, co robić. Nie przywykłem być jednym

z wielu... no, równych sobie. Czuję się tak, jakbym nawalał. Piper wzięła go za rękę. -

Nie nawalasz.

-

Tak się czułem, kiedy zaatakował mnie Chrysaor. Leżałem nieprzytomny w tej

pułapce. Bezradny. -

Daj spokój. Bycie herosem nie oznacza, że jest się niezwyciężonym. To tylko

znaczy, że się jest wystarczająco dzielnym, by powstać i zrobić co trzeba. -

A jeśli ja nie wiem, co trzeba robić?

-

Po to masz przyjaciół. Wszyscy mamy różne talenty. Razem do tego dojdziemy.

Jason przypatrywał się jej badawczo. Nie była pewna, czy zrozumiał to, co powiedziała, ale cieszyła się, że jej zaufał. Przyznał się, że trochę w siebie zwątpił. To dobrze. Nie zawsze odnosił same sukcesy. Nie oskarżał całego świata o to, że coś mu się nie udało -jak inny syn boga nieba, którego niedawno spotkali. • -

Herkules to drań - powiedział, jakby czytał w jej myślach. -Nie chciałbym być

taki jak on. Ale nie miałbym odwagi mu się sprzeciwić, gdybyś ty nie objęła przywództwa. Tym razem to ty okazałaś się prawdziwym herosem. -

Raz ty, raz ja.

-

Nie zasługuję na ciebie.

-

Nie wolno ci tak mówić.

-

Dlaczego?

-

Bo to pachnie rozstaniem. Chyba że zamierzasz...

Przechylił się i pocałował ją. Barwy rzymskiego popołudnia nagle się wyostrzyły, jakby obraz świata przestawił się na większą rozdzielczość. -

Żadnych rozstań - obiecał. - Mogłem parę razy nabić sobie guza, ale nie jestem aż

tak głupi. -

To dobrze. A jeśli chodzi o ten tort...

Urwała. Biegł ku nim Percy Jackson, a po jego minie Piper poznała, że przynosi złe wiadomości.

Zebrali się na pokładzie, żeby trener Hedge mógł usłyszeć nowiny. Kiedy Percy skończył, Piper wciąż nie mogła w to uwierzyć. -

Więc porwali Annabeth - podsumowała - Gregory Peck i Audrey Hepburn na

skuterze. -

No, może nie porwali — odrzekł Percy - ale mam jakieś złe przeczucie... - Wziął

głęboki oddech, jakby starał się opanować. -W każdym razie... odjechała. Może nie powinienem jej pozwolić, ale... -

Nie miałeś wyboru. Wiedziałeś, że musi iść sama. A poza tym jest twarda i

sprytna. Nic jej się nie stanie. Zabarwiła głos czaromową, co może nie było czystym zagraniem, ale musiała Percyego trochę uspokoić. Gdyby doszło do walki, Annabeth na pewno by nie chciała, by dał się zranić tylko dlatego, że za bardzo o niej myślał i nie potrafił się skupić. Trochę się rozluźnił. - Może masz rację. W każdym razie Gregory... to znaczy Tiberinus... powiedział, że mamy mniej czasu na uwolnienie Nica, niż nam się zdaje. Hazel i chłopcy jeszcze nie wrócili? Piper sprawdziła czas na pulpicie sterowni. Nie zdawała sobie sprawy, jak zrobiło się późno. -

Druga po południu. Umówiliśmy się na trzecią.

-

Najpóźniej - przypomniał Jason.

Percy wskazał na sztylet Piper. -

Tiberinus powiedział, że możemy zlokalizować Nica... no wiecie, na tym.

Piper przygryzła wargi. Nie chciała zobaczyć na Katoptrisie nowych przerażających wizji. -

Próbowałam. Sztylet nie zawsze pokazuje to, co chcę zobaczyć. Prawdę mówiąc,

prawie nigdy tego nie robi. -

Proszę - powiedział Percy. - Spróbuj jeszcze raz.

Błagał ją tymi swoimi oczami barwy morza jak mała foczka, która potrzebuje pomocy. Jak Annabeth udaje się nie ulec mu od czasu do czasu? -

No dobrze — westchnęła i wyciągnęła sztylet z pochwy.

-

Skoro już się do tego bierzesz - powiedział trener Hedge - to sprawdź, czy uda ci

się zobaczyć ostatnie wyniki w bejsbolu. Włosi w ogóle nie pokazują meczów o pietruszkę. -Sza! Wpatrzyła się w spiżową klingę. Rozbłysła. Zobaczyła jakiś loft pełen rzymskich półbogów. Kilkunastu stało wokół stołu jadalnego, a Oktawian przemawiał, pokazując coś na wielkiej mapie. Reyna chodziła wzdłuż okien i spoglądała na Central Park. -

Nie jest dobrze - mruknął Jason. - Założyli już bazę wypadową na Manhattanie.

-

A na tej mapie jest Long Island - dodał Percy.

-

Rozpoznają teren - zgadywał Jason. - Omawiają kierunki natarcia.

Piper nie chciała na to patrzeć. Skupiła się bardziej. Na klindze zafalowało światło. Zobaczyła jakieś ruiny - fragmenty rozpadających się murów, samotną kolumnę, kamienną posadzkę pokrytą mchem i uschłymi liśćmi - na trawiastym zboczu rzadko porośniętym sosnami. -

Byłem tam - powiedział Percy. - To jest dawne Forum.

Wizja przybliżyła się. Z boku kamiennej posadzki odkopano schody wiodące w dół, do nowoczesnej żelaznej bramy zamkniętej na kłódkę. Wizja pomknęła przez nią dalej w dół, spiralnymi schodami, a potem w ciemną, okrągłą komorę przywodzącą na myśl wnętrze silosu na zboże. Sztylet wypadł Piper z ręki. -

Co jest? - zapytał Jason. - Przecież sztylet coś nam pokazywał.

Poczuła się tak, jakby okręt znowu był na oceanie, kołysząc się pod jej stopami. -

Nie możemy tam pójść.

Percy zmarszczył brwi. -

Piper, Nico umiera. Musimy go odnaleźć. No i nie zapominajmy, że Rzym może

zostać zniszczony. Nie była w stanie wydobyć głosu. Tak długo zachowywała dla siebie wizję tej okrągłej komory, że teraz nie mogła o niej mówić. Miała okropne przeczucie, że wyjaśnienie tego Percy emu i Jasonowi i tak niczego nie zmieni. Nie mogła powstrzymać tego, co miało się stać. Podniosła sztylet. Wydał się jej chłodniejszy niż zwykle.

Zmusiła się do spojrzenia na klingę. Zobaczyła dwóch gigantów w zbrojach gladiatorów, siedzących na olbrzymich krzesłach pretorów. Przepijali do siebie ze złotych czar, jakby dopiero co wygrali ważną bitwę. Między nimi stała wielka spiżowa kadź. Wizja znowu się przybliżyła. W kadzi kulił się Nico di Angelo. Już się nie poruszał. U jego stóp nie było już ziaren granatu. -

Spóźniliśmy się - powiedział Jason.

-

Nie - odparł Percy. - Nie, nie mogę w to uwierzyć. Może zapadł w głębszy trans,

żeby zyskać na czasie. Nie mamy ani chwili do stracenia. Klinga pociemniała. Piper wsunęła ją do pochwy, starając się opanować drżenie rąk. Miała nadzieję, że Percy ma rację i Nico wciąż żyje. Z drugiej strony nie rozumiała, co łączy tę wizję z wizją komory pełnej wody. Może giganci przepijali do siebie, bo ona, Percy i Jason już zginęli? -

Trzeba poczekać na innych - powiedziała. — Hazel, Frank i Leo powinni zaraz

wrócić. -

Nie możemy czekać - upierał się Percy.

Trener Hedge odchrząknął. -

To tylko dwa olbrzymy. Jeśli chcecie, mogę je załatwić.

-

Och, trenerze - powiedział Jason - to naprawdę piękny gest z twojej strony, ale

musisz zaopiekować się okrętem. Hedge nachmurzył się. -1 co, tylko wy troje będziecie mieć zabawę? Percy chwycił go za ramię. Nie była w stanie wydobyć głosu. Tak długo zachowywała dla siebie wizję tej okrągłej komory, że teraz nie mogła o niej mówić. Miała okropne przeczucie, że wyjaśnienie tego Percy'emu i Jasonowi i tak niczego nie zmieni. Nie mogła powstrzymać tego, co miało się stać. Podniosła sztylet. Wydał się jej chłodniejszy niż zwykle. Zmusiła się do spojrzenia na klingę. Zobaczyła dwóch gigantów w zbrojach gladiatorów, siedzących na olbrzymich krzesłach pretorów. Przepijali do siebie ze złotych czar, jakby dopiero co wygrali ważną bitwę. Między nimi stała wielka spiżowa

kadź. Wizja znowu się przybliżyła. W kadzi kulił się Nico di Ange-lo. Już się nie poruszał. U jego stóp nie było już ziaren granatu. -

Spóźniliśmy się - powiedział Jason.

-

Nie - odparł Percy. - Nie, nie mogę w to uwierzyć. Może zapadł w głębszy trans,

żeby zyskać na czasie. Nie mamy ani chwili do stracenia. Klinga pociemniała. Piper wsunęła ją do pochwy, starając się opanować drżenie rąk. Miała nadzieję, że Percy ma rację i Nico wciąż żyje. Z drugiej strony nie rozumiała, co łączy tę wizję z wizją komory pełnej wody. Może giganci przepijali do siebie, bo ona, Percy i Jason już zginęli? -

Trzeba poczekać na innych - powiedziała. - Hazel, Frank i Leo powinni zaraz

wrócić. -

Nie możemy czekać - upierał się Percy.

Trener Hedge odchrząknął. -

To tylko dwa olbrzymy. Jeśli chcecie, mogę je załatwić.

-

Och, trenerze - powiedział Jason - to naprawdę piękny gest z twojej strony, ale

musisz zaopiekować się okrętem. Hedge nachmurzył się. -1 co, tylko wy troje będziecie mieć zabawę? Percy chwycił go za ramię. -

Kiedy wróci tu Hazel z chłopcami, będziesz im potrzebny. Będą potrzebowali

przywódcy. Jesteś ich opoką. -

No pewnie. - Jason starał się zachować powagę. - Leo zawsze mówi, że jesteś

jego opoką. Powiesz im, dokąd poszliśmy, i posterujesz okrętem, żebyśmy mogli wszyscy spotkać się na Forum. -1 weź to. - Piper odwiązała pas z Katoptrisem i włożyła go trenerowi w ręce. Wytrzeszczył oczy. Żaden półbóg nie powinien pozbywać się broni, ale Piper miała już dość złych wizji. Wolała spojrzeć śmierci w oczy bez żadnych kolejnych zapowiedzi. -

Miej na nas oko. I możesz sobie sprawdzić wyniki w bejsbolu.

To załatwiło sprawę. Hedge ponuro pokiwał głową, gotów odegrać swoją rolę w tej misji.

-

Dobra - powiedział. - Ale jeśli nawinie mi się jakiś olbrzym...

-

Możesz w niego łupnąć z balisty - powiedział Jason.

-

A w denerwujących turystów?

-

Nie - odpowiedzieli wszyscy razem.

-

No dobra. Tylko nie marudźcie zbyt długo, bo i wam przywalę z balisty.

XLII PIPER Odnalezienie Forum nie było trudne. Percy zaprowadził ich prosto na opuszczone zbocze wzgórza nad ruinami. Wejście do środka też było łatwe. Jason rozciął kłódkę swoim złotym mieczem i żelazna brama stanęła przed nimi otworem. Nie zobaczył ich żaden śmiertelnik. Nie rozległ się żaden alarm. Spiralne schodki wiodły w ciemność. -

Ja pójdę pierwszy - powiedział Jason.

-

Nie! - krzyknęła Piper.

Obaj chłopcy odwrócili się do niej. -

Pipes, o co chodzi? - zapytał Jason. - Ta wizja na klindze... już ją przedtem

widziałaś, tak? Kiwnęła głową; zapiekło ją pod powiekami. -

Nie wiedziałam, jak wam to powiedzieć. Zobaczyłam tam, w dole, komorę

napełniającą się wodą. I nas troje. Tonęliśmy. Jason i Percy zmarszczyli brwi. -

Ja nie mogę utonąć - powiedział Percy, ale zabrzmiało to raczej jak pytanie.

-

Może przyszłość się zmieniła - spekulował Jason. - W tej wizji, którą nam

dopiero co pokazałaś, nie było żadnej wody. Piper bardzo by chciała, żeby miał rację, ale podejrzewała, że los nie okaże się dla nich tak łaskawy. -

Posłuchajcie - odezwał się Percy. - Ja to sprawdzę. Nie ma sprawy. Zaraz wrócę.

I zanim Piper zdążyła się sprzeciwić, zniknął w otworze schodów. Liczyła w duchu, czekając na jego powrót. Doliczyła do trzydziestu pięciu, kiedy usłyszała jego kroki i pojawił się na szczycie schodów. Wydawał się raczej zdziwiony niż uspokojony. -

Dobra wiadomość: nie ma wody. Zła: nie zauważyłem żadnego wyjścia. I dziwna

wiadomość: no... zresztą powinniście to sami zobaczyć... Schodzili ostrożnie po schodkach. Percy szedł pierwszy z Orkanem w dłoni. Piper za nim, na końcu Jason, chroniąc tyły. Kamienne spiralne schodki były wąskie, miały najwyżej półtora metra średnicy. Choć Percy zapewnił ich, że nic im nie grozi, Piper

wypatrywała pułapek za każdym zakrętem schodów. Nie miała broni, tylko ten róg obfitości przewieszony na rzemieniu przez ramię. Gdyby doszło do najgorszego, miecze chłopców na niewiele by się zdały w tak ciasnym pomieszczeniu. Mogłaby tylko poczęstować wrogów serią wędzonych szynek. Na ścianach widniały stare graffiti wyryte w kamieniu: rzymskie cyfry, imiona i krótkie zdania po włosku. Oznaczało to, że w nowszych czasach nieraz wchodzili tu ludzie, ale Piper to nie uspokoiło. Jeśli tam w dole były potwory, na pewno zignorowały śmiertelników, czekając na jakichś soczystych półbogów. Wreszcie dotarli do końca schodów. Percy odwrócił się. -

Uważajcie na ostatni stopień.

Zeskoczył na posadzkę okrągłej komory, z półtora metra poniżej schodów. Dlaczego wymyślono takie zejście, Piper nie miała pojęcia. Może komora i schody zostały zbudowane w różnych okresach? Miała ochotę zawrócić i uciec, ale nie mogła tego zrobić, bo Jason stał za nią, no i nie zostawiłaby Percy ego. Zsunęła się na dół, a Jason za nią. Okrągła komora była dokładnie taka, jaką zobaczyła na klindze Katoptrisa, tyle że nie wypełniała jej woda. Ściany kiedyś zdobiły freski, które z biegiem lat zblakły do brudnawej bieli z plamkami dawnych barw. Od kopulastego sklepienia dzieliło ich z piętnaście metrów. W głębi komory, naprzeciw schodów, w ścianach wykuto dziewięć nisz - każdą około półtora metra nad posadzką - dość wysokich, by pomieścić posąg wielkości człowieka. Wszystkie były puste. Powietrze było chłodne i suche. Jak powiedział Percy, nie było stąd żadnego innego wyjścia. -

No dobra. - Percy uniósł brwi. - Teraz ta dziwna część. Patrzcie.

Przeszedł na środek komory. Natychmiast na ścianach zapulsowało zielone i niebieskie światło. Piper usłyszała plusk fontanny, ale przecież tu nie było wody. A jedynym źródłem światła były miecze Percy'ego i Jasona. -

Czujecie ocean? - zapytał Percy.

Z początku nie zwróciła na to uwagi. Stała obok Percy ego, a on zawsze pachniał morzem. Ale miał rację. Woń słonej wody i sztormu nasilała się, jakby nadciągał letni huragan. -

Iluzja? - Nagle poczuła się dziwnie spragniona.

-

Nie wiem - odrzekł Percy. - Czuję, jakby gdzieś tutaj była woda... dużo wody. Ale

jej nie ma. Jeszcze nigdy nie byłem w takim miejscu. Jason podszedł do najbliższej niszy w ścianie. Dotknął dna, które było na wysokości jego oczu. -

Ten kamień... Jest inkrustowany muszelkami. To nimfeum.

Piper robiło się coraz bardziej sucho w ustach. -

Co?

-

Mieliśmy takie w Obozie Jupiter. Na Świątynnym Wzgórzu. To świątynia dla

nimf. Piper przesunęła dłonią po dnie innej niszy. Jason miał rację. Nisza była naszpikowana muszelkami świętego Jakuba, kau-ri, konchami. Zdawały się tańczyć w wodnistym świetle. W dotyku były lodowate. Zawsze myślała, że nimfy to przyjazne duchy - głupie i zalotne, ale na ogół nieszkodliwe. Miały dobre stosunki z dziećmi Afrodyty. Uwielbiały plotkować i dzielić się poradami na temat urody. To miejsce nie przypominało jednak jeziora w Obozie Herosów czy strumieni w lasach, gdzie je zwykle spotykała. To miejsce było jakieś nienaturalne, wrogie i bardzo suche. Jason cofnął się i spojrzał na rząd nisz. - W starożytnym Rzymie takie świątynie były wszędzie. Bogaci ludzie budowali je przy swoich willach, żeby uczcić nimfy i zapewnić sobie zawsze czystą wodę. Niektóre budowano wokół naturalnych źródeł, ale większość była dziełem ludzkich rąk. -

Ale... tutaj chyba nie było nimf? - zapytała Piper z nadzieją.

-

Nie wiem. To miejsce kiedyś mogło być sadzawką z fontanną. Jeśli nimfeum

należało do jakiegoś półboga, często się zdarzało, że zapraszał nimfy, by w nim zamieszkały. Jeśli się zgodziły, uważano to za dobry znak. -

Dla właściciela - dopowiedział Percy. - Ale bywało i tak, że nimfy przywiązywały

się do nowego źródła wody, na przykład fontanny w jakimś pięknym, słonecznym parku,

ze świeżą wodą pompowaną przez akwedukty... -

Ale przecież to miejsce od wieków jest pod ziemią - zauważyła Piper. - Jest suche

i zapomniane. Co się stało z nimfami? Plusk wody przeszedł w chór syków przywodzących na myśl widmowe węże. Niebieskie i zielone falujące światło zmieniło się w fioletowe i jadowicie zielonkawe. Ponad nimi zajaśniało dziewięć nisz. Już nie były puste. W każdej stała pomarszczona staruszka. Były tak wysuszone i kruche, że Piper przypominały mumie - tyle że mumie zwykle się nie poruszają. Ich oczy były ciemnofioletowe, jakby jasnoniebieska woda źródła życia zgęstniała w nich i ściemniała. Ich niegdyś piękne jedwabne suknie były teraz porwane i wyblakłe. Ich włosy, kiedyś ufryzowane w loki i przyozdobione klejnotami na modłę rzymskich dam, teraz były rozczochrane i suche jak słoma. Piper pomyślała, że gdyby istnieli wodni ludożercy, wyglądaliby właśnie tak. -

Co się stało z nimfami? - powtórzyła postać w środkowej niszy.

Była w jeszcze gorszym stanie niż jej towarzyszki. Plecy miała wygięte jak ucho dzbana. Skóra na kościach rąk przypominała najcieńszy pergamin. W matowych włosach połyskiwał pogięty wieniec ze "złotych liści wawrzynu. Utkwiła fioletowe oczy w Piper. -

To bardzo ciekawe pytanie, moja droga. Może nimfy wciąż tutaj są, cierpiąc,

czekając na pomstę. Piper przysięgła sobie, że kiedy tylko będzie mogła, stopi Katop-tris i sprzeda na złom. Ten głupi nóż jeszcze nigdy nie pokazał jej całej prawdy. Tak, zobaczyła, jak tonie w tej komorze, ale gdyby wiedziała, że czeka w niej na nią dziewięć zombie, które kiedyś były nimfami, nigdy by nie zeszła do podziemi. Chciała rzucić się ku schodom, ale kiedy się odwróciła, nie zobaczyła otworu w ścianie. Oczywiście. Teraz był tam tylko nagi mur. Podejrzewała, że to nie jest iluzja. Zresztą i tak zanim przebiegłaby przez całą komorę, te żywe mumie zdążyłyby wyskoczyć z nisz. Jason i Percy stanęli obok niej z mieczami w dłoniach. Dobrze było mieć ich tak blisko, ale podejrzewała, że ich miecze nie na wiele tu się przydadzą. Przecież już widziała, co się tutaj stanie. Te duchy i tak ich jakoś pokonają.

-

Kim jesteście? - zapytał Percy.

Środkowa nimfa zwróciła ku niemu głowę. -

Ach... imiona. Kiedyś je miałyśmy. Ja byłam Hagno, pierwszą z nas dziewięciu!

Piper pomyślała, że to jakiś okrutny żart, by taka wiedźma miała na imię Hagno, ale nie powiedziała tego na głos. -

Dziewięciu - powtórzył Jason. - Dziewięć nimf tej świątyni. Zawsze było

dziewięć nisz. -

Oczywiście. - Hagno obnażyła zęby w złośliwym uśmiechu. -Ale my jesteśmy

tymi pierwszymi dziewięcioma nimfami, Jasonie Grace, tymi, które były przy narodzinach twojego ojca. Jason opuścił miecz. -

Jupitera? Byłyście przy jego narodzinach?

-

Wtedy nazywałyśmy go Zeusem. Był takim małym, piszczącym berbeciem.

Pomagałyśmy Rei w porodzie. Kiedy dziecko przyszło na świat, ukryłyśmy je przed jego ojcem, Kronosem, boby je pożarł. Ach, ale miało płuca! Robiłyśmy co w naszej mocy, żeby Kronos nie usłyszał tego wrzasku. A kiedy Zeus podrósł, obiecał nam wieczyste zaszczyty. Ale to było w starym kraju, w Grecji. Inne nimfy zaczęły zawodzić i drapać paznokciami ściany nisz. Wyglądało na to, że są w nich uwięzione, jakby ich stopy były wtopione w kamień, podobnie jak te ozdobne muszelki. -

Kiedy Rzym stał się potęgą, zaproszono nas tutaj - ciągnęła Hagno. - Pewien syn

Jupitera skusił nas swoimi łaskami. „Będziecie miały nowy dom", obiecywał. „Większy i lepszy! Żadnych opłat z góry, w eleganckiej dzielnicy. Rzym będzie trwał wiecznie". -

Wiecznie - zasyczały nimfy.

-

Nie oparłyśmy się pokusie. Opuściłyśmy nasze proste studnie i źródła na górze

Lykaion i przeniosłyśmy się tutaj. Przez wiele stuleci wiodłyśmy tu cudowne życie! Przyjęcia, ofiary na naszą cześć, nowe suknie i klejnoty co tydzień. Flirtowali z nami wszyscy rzymscy półbogowie. I czcili nas. Nimfy znowu zaczęły jęczeć i wzdychać. -

Ale Rzym nie przetrwał. Akwedukty zmieniły kierunek. Willa naszego pana

opustoszała, zamieniła się w ruinę, przykryła ją ziemia. O nas zapomniano, a same nie

możemy stąd wyjść. Źródła naszego życia są tutaj, pod ziemią. Nasz dawny pan nie zadbał o to, by nas stąd uwolnić. Schniemy w tych ciemnościach od stuleci, spragnione... och, jak spragnione! Nimfy zaczęły drapać się po wargach. Piper poczuła ucisk w gardle. -

Bardzo wam współczuję - powiedziała, starając się użyć czaromowy. - To musi

być straszne. Ale nie jesteśmy waszymi wrogami. Jeśli możemy wam pomóc... -

Och, jaki słodki głos! - zawołała Hagno. - Jakie piękne rysy! Kiedyś byłam taka

jak ty. Mój głos koił jak górski strumień. Ale czy ty wiesz, co się staje z umysłem nimfy uwięzionej w ciemności, żywiącej się samą nienawiścią i pojącej się tylko pragnieniem zemsty? Tak, moja droga. Możecie nam pomóc. Percy uniósł rękę. -

Ee... jestem synem Posejdona. Może mógłbym wezwać jakieś nowe źródło wody.

-

Ha! - krzyknęła Hagno, a inne nimfy powtórzyły jak echo: - Ha! Ha!

-

No proszę, syn Posejdona - powiedziała Hagno. - Znałam dobrze twojego ojca.

Efialtes i Otis obiecali nam, że przyjdziesz. Piper chwyciła Jasona za ramię, żeby nie stracić równowagi. -

Giganci - powiedziała. — Pracujecie dla nich?

-

Są naszymi sąsiadami. - Hagno uśmiechnęła się. - Ich komnaty są pod tą komorą,

tam, dokąd skierowano wodę z akweduktu. Na igrzyska. Kiedy zawrzemy z wami układ... kiedy nam pomożecie. .. bliźniacy nam obiecali, że już nigdy nie będziemy cierpieć. Zwróciła się do Jasona. -

A ty, synu Jupitera, zapłacisz za ohydną zdradę twojego poprzednika, który nas tu

przywiódł. Znam potęgę boga nieba. Piastowałam go, kiedy był niemowlęciem! Kiedyś my, nimfy, panowałyśmy nad deszczem, nad naszymi studniami i źródłami. Gdy z tobą skończę, odzyskamy dawną moc. A ty, Percy Jacksonie, synu boga morza... od ciebie weźmiemy wodę, nieskończone zapasy wody. -

Nieskończone? - Oczy Percy'ego skakały od jednej nimfy do drugiej. - Ee...

słuchaj, nie znam się na nieskończoności. Ale może mógłbym podrzucić kilka galonów. -

A ty, Piper McLean - fioletowe oczy Hagno zalśniły - jesteś taka młoda, taka

urocza, masz taki słodki głos. Od ciebie zażądamy twojej piękności. Czekałyśmy na ten dzień, oszczędzałyśmy resztkę życiowej siły. Jesteśmy bardzo spragnione. I teraz napijemy się do woli. Wy troje nas napoicie! Wszystkie dziewięć nisz rozjarzyło się, nimfy znikły. Z nisz popłynęła woda niezdrowo ciemna woda, jak olej.

XLIII PIPER Piper pragnęła cudu, nie bajki na dobranoc. Ale teraz gdy zmartwiała czuła, jak czarna woda oblewa już jej stopy, przypomniała sobie legendę, o której wspomniał Acheloos - opowieść o potopie. Nie tę biblijną, o Noem, ale czirokeską wersję, którą opowiadał jej ojciec, o tańczących duchach i żywym szkielecie psa. Kiedy była mała, często zwijała się w kłębek obok ojca na jego wielkim fotelu z odchylanym oparciem. Patrzyła przez okno na wybrzeże Malibu, a ojciec opowiadał jej tę legendę, którą usłyszał z ust dziadka Toma w indiańskim rezerwacie w Oklahomie. -

Ten człowiek miał psa - zawsze zaczynał ojciec.

-

Nie możesz tak zaczynać opowieści! - protestowała. - Trzeba powiedzieć:

„Pewnego razu". Ojciec roześmiał się. -

Ale to jest czirokeską bajka. Oni nie lubią ozdobników. No więc ten człowiek

miał psa. Codziennie szedł z nim na skraj jeziora po wodę, a pies szczekał zawzięcie na jezioro, jakby go rozwścieczało. -

Był wściekły?

-

Bądź cierpliwa, skarbie. W końcu ten człowiek miał dość tego szczekania i skarcił

psa: „Niedobry pies! Przestań szczekać na wodę. To tylko woda". Ku jego zdumieniu pies spojrzał na niego i zaczął mówić. -

Nasz pies potrafi powiedzieć: „Dzięki" - wtrąciła Piper. -1 potrafi szczeknąć:

„Won". -

Coś w tym rodzaju - zgodził się ojciec. - Ale ten pies przemówił całymi zdaniami.

Powiedział: „Wkrótce pewnego dnia nadejdą burze. Woda powstanie i wszyscy się potopią. Możesz ocalić siebie i swoją rodzinę, budując tratwę, ale najpierw będziesz musiał złożyć mnie w ofierze. Musisz wrzucić mnie do wody". -

To okropne! Nigdy bym nie utopiła mojego psa!

-

Ten człowiek pewnie pomyślał to samo. Pomyślał, że pies kłamie... to znaczy,

kiedy już ochłonął po tym, jak pies zaczął mówić ludzkim głosem. Zaprotestował, a pies mu powiedział: „Jeśli mi nie wierzysz, spójrz na mój kark. Ja już jestem martwy".

-

To straszne! Dlaczego mi to opowiadasz?

-

Bo mnie o to poprosiłaś — przypomniał jej ojciec.

Rzecz w tym, że w tej opowieści było coś, co ją fascynowało. Słyszała ją już wiele razy, ale wciąż o niej rozmyślała. -

W każdym razie - ciągnął ojciec - ten człowiek złapał psa za kark i zobaczył, że

pod sierścią i skórą są same kości. Pies był szkieletem psa. -

Obrzydliwe.

-

Zgadzam się. Więc ten człowiek ze łzami w oczach pożegnał swojego psa i

wrzucił go do wody, a on natychmiast utonął. I ten człowiek zbudował tratwę, a kiedy nadszedł potop, on i jego rodzina przeżyli. -

Bez psa.

-

Tak. Bez psa. Kiedy deszcze ustały i tratwa wylądowała na brzegu, okazało się,

że na całej ziemi żyją już tylko oni. Ten człowiek usłyszał jakieś odgłosy zza wzgórza, jakby tysiące ludzi śmiały się i tańczyły, ale kiedy wbiegł na szczyt, ujrzał tylko mnóstwo kości, tysiące szkieletów wszystkich ludzi, którzy zginęli podczas potopu. Zrozumiał, że to tańczyły duchy zmarłych. To właśnie usłyszał. -

No i?

-

No i nic. Koniec.

-

Nie możesz tak skończyć! Dlaczego te duchy tańczyły?

-

Nie wiem. Twój dziadek nigdy mi tego nie wyjaśnił. Może duchy cieszyły się, że

przeżyła jedna rodzina. Może cieszyły się ze swojego życia po życiu. Duchy to duchy. Kto to wie? Piper nie zadowoliła taka odpowiedź. Miała tyle pytań. Czy ta rodzina znalazła sobie innego psa? Bo przecież nie wszystkie psy potonęły, skoro ona sama miała psa. Wciąż myślała o tej opowieści. Patrzyła na psy i zastanawiała się, czy któryś nie jest przypadkiem szkieletem psa. I nie mogła zrozumieć, dlaczego ta rodzina musiała poświęcić swojego psa, żeby przeżyć. Poświęcenie samego siebie, by ratować swoją rodzinę, to na pewno czyn bardzo szlachetny - taki bardzo psi. Teraz, stojąc w rzymskim nimfeum, gdy woda sięgała jej już do pasa, próbowała pojąć, dlaczego bóg rzeki Acheloos wspomniał o tej legendzie. Żałowała, że nie ma tratwy, ale obawiała się, że teraz przypomina raczej tego psa. Już

czuła się martwa.

XLIV PIPER Komora wypełniała się wodą z przerażającą szybkością. Piper, Jason i Percy walili pięściami w ściany, poszukując jakiegoś wyjścia, ale go nie znaleźli. Powłazili do nisz, żeby być nieco wyżej, ale ponieważ z każdej wylewała się woda, przypominało to balansowanie na krawędzi wodospadu. Nawet w niszy woda sięgała Piper już do kolan. Mierząc od posadzki, musiała już być głęboka prawie na dwa metry, a jej poziom wciąż się podnosił. -

Mogę spróbować wezwać błyskawicę - powiedział Jason. -Może wywalę dziurę

w suficie? -

Cała komora mogłaby się zawalić i nas zmiażdżyć - odrzekła Piper.

-

Albo mógłby nas porazić prąd - dodał Percy.

-

Mamy mały wybór.

-

Sprawdzę dno - powiedział Percy. - Jeśli tu kiedyś była fontanna, to musi być

jakiś odpływ. A wy zbadajcie ściany nisz. Może te muszle są czymś w rodzaju zatyczek. Był to rozpaczliwy pomysł, ale Piper ucieszyła się, że może coś zrobić. Piper 45 Percy skoczył do wody. Jason i Piper włazili po kolei do każdej niszy, kopiąc i waląc pięściami w ściany, próbując wyrwać muszelki z kamienia, ale to nic nie dało. Szybciej niż się Piper spodziewała, Percy wynurzył głowę, dysząc i młócąc wodę rękami. Podała mu rękę i mało brakowało, a wciągnąłby ją do wody, zanim zdołał się wgramolić do niszy. -

Nie mogłem oddychać - wykrztusił. - Ta woda... To nie jest zwykła woda. Ledwo

wróciłem. „Siła życiowa nimf" - pomyślała Piper. Tak jadowita i złośliwa, że nawet syn boga morza nie mógł nad nią zapanować. Piper poczuła, że ta woda i na nią źle wpływa. Mięśnie nóg drżały jej, jakby przebiegła wiele mil. Dłonie pomarszczyły się i wysuszyły, choć przecież była pośrodku fontanny. Chłopcy poruszali się ospale. Jason miał bladą twarz. Z trudem utrzymywał miecz w

ręku. Percy był przemoknięty i dygotał. Włosy mu pojaśniały, jakby spłukał sobie z nich farbę. -

Odbierają nam moc - powiedziała. - Wysysają nas.

-

Jasonie - wykrztusił Percy - wezwij grom.

Jason uniósł miecz. Zagrzmiało, ale nie pojawiła się błyskawica. Sklepienie nie pękło. Zamiast tego pod sufitem uformowała się miniaturowa chmura. Lunął deszcz, jeszcze szybciej wypełniając komorę wodą, ale nie był to normalny deszcz. Jego krople były tak samo czarne jak woda lejąca się z nisz. I każda kropla piekła. -

Nie tego chciałem - powiedział Jason.

Woda sięgała im już do szyi. Piper czuła, że opada z sił. Opowieść dziadka Toma o wodnych ludożercach była prawdziwa. Te złe nimfy skradną jej życie. -

Przeżyjemy - mruknęła pod nosem, ale nie potrafiła użyć czaromowy wobec

samej siebie. Wkrótce trująca woda przykryje im głowy. Musieliby pływać, ale to świństwo ich paraliżowało. Utoną, jak w tej wizji na Katoptrisie. Percy zaczął odpychać od siebie wodę wnętrzem dłoni, jakby odpędzał złego psa. -

Nie mogę... nie mogę nad nią zapanować!

„Będziesz musiał złożyć mnie w ofierze" - powiedział szkielet psa w opowieści o potopie. - „Musisz wrzucić mnie do wody". Piper poczuła się tak, jakby ktoś złapał ją za kark i obnażył kości. Ścisnęła swoją kornukopię. -

Nie pokonamy tego - powiedziała. - Jeśli będziemy się opierać, tylko opadniemy

z sił. -

O czym ty mówisz?! - zawołał Jason, przekrzykując szum deszczu.

Woda sięgała im już do podbródków. Jeszcze kawałek i będą musieli pływać. Ale komora nie została zatopiona nawet w połowie. A to oznaczało, że wciąż mają trochę czasu. -

Róg obfitości! - zawołała. - Musimy zalać nimfy świeżą wodą, dać im więcej, niż

mogą zużyć. Gdyby się udało rozwodnić to trujące świństwo... -

Twój róg może to zrobić? - Percy z trudem utrzymywał głowę nad powierzchnią

wody, co dla niego musiało być całkiem nowym doświadczeniem. Wyglądał na

śmiertelnie przerażonego. -

Tylko z waszą pomocą.

Piper zaczynała już rozumieć, jak działa róg. To, co wysypywał, nie pochodziło znikąd. Zdołała zasypać Herkulesa żywnością tylko dlatego, że skupiła się na pozytywnych uczuciach wiążących ją z Jasonem. Aby wytworzyć dość czystej wody, która by wypełniła komorę, musiała sięgnąć do głębszych pokładów swoich uczuć. Niestety, traciła już zdolność koncentracji. -

Musicie obaj skierować wszystko, co posiadacie, do tego rogu — powiedziała. -

Percy, myśl o morzu. -

O słonej wodzie?

Percy zaczął odpychać od siebie wodę wnętrzem dłoni, jakby odpędzał złego psa. -

Nie mogę... nie mogę nad nią zapanować!

„Będziesz musiał złożyć mnie w ofierze" - powiedział szkielet psa w opowieści o potopie. - „Musisz wrzucić mnie do wody". Piper poczuła się tak, jakby ktoś złapał ją za kark i obnażył kości. Ścisnęła swoją kornukopię. -

Nie pokonamy tego - powiedziała. - Jeśli będziemy się opierać, tylko opadniemy

z sił. -

O czym ty mówisz?! — zawołał Jason, przekrzykując szum deszczu.

Woda sięgała im już do podbródków. Jeszcze kawałek i będą musieli pływać. Ale komora nie została zatopiona nawet w połowie. A to oznaczało, że wciąż mają trochę czasu. -

Róg obfitości! - zawołała. - Musimy zalać nimfy świeżą wodą, dać im więcej, niż

mogą zużyć. Gdyby się udało rozwodnić to trujące świństwo... -

Twój róg może to zrobić? - Percy z trudem utrzymywał głowę nad powierzchnią

wody, co dla niego musiało być całkiem nowym doświadczeniem. Wyglądał na śmiertelnie przerażonego. -

Tylko z waszą pomocą.

Piper zaczynała już rozumieć, jak działa róg. To, co wysypywał, nie pochodziło znikąd. Zdołała zasypać Herkulesa żywnością tylko dlatego, że skupiła się na pozytywnych uczuciach wiążących ją zjasonem.

Aby wytworzyć dość czystej wody, która by wypełniła komorę, musiała sięgnąć do głębszych pokładów swoich uczuć. Niestety, traciła już zdolność koncentracji. -

Musicie obaj skierować wszystko, co posiadacie, do tego rogu - powiedziała. —

Percy, myśl o morzu. -

O słonej wodzie?

-

Nieważne! Wystarczy, że o czystej. Jason, myśl o burzach z deszczem. O

ulewnym deszczu. I obaj trzymajcie kornukopię. Stłoczyli się razem, kiedy woda uniosła ich z dna nisz. Piper próbowała sobie przypomnieć zasady bezpieczeństwa, które wbijał jej do głowy ojciec, kiedy zaczęli razem surfować. Żeby pomóc komuś, kto się topi, trzeba objąć go ramieniem od tyłu i machać nogami przed sobą, jakby się płynęło stylem grzbietowym. Nie była pewna, czy to okaże się skuteczne przy dwóch tonących, ale objęła ramieniem każdego chłopaka i starała się utrzymać ich na powierzchni, kiedy ściskali między sobą róg. Nic się nie wydarzyło. Deszcz lal strumieniami, nadal czarny i kwaśny. Poczuła, że nogi ma jak z ołowiu. Podnosząca się woda wirowała, wciągając ją w toń. Piper opadała z sił. -

To nie działa! - krzyknął Jason, wypluwając wodę.

-

Nic z tego! - zgodził się Percy.

-

Musimy działać razem! - zawołała Piper, mając nadzieję, że się nie myli. - Obaj

myślcie o czystej wodzie... o lawinie wody. Nie opierajcie się. Skupcie się na własnej mocy, wyobraźcie sobie te wszystkie siły, które was opuszczają. -

To nietrudne! - krzyknął Percy.

-

Ale wyrzucajcie je z siebie! Oddajcie wszystko, jakbyście... jakbyście już byli

martwi, a waszym jedynym celem była pomoc nimfom. To musi być dar... ofiara! Zamilkli po tych słowach. -

Spróbujmy jeszcze raz - powiedział Jason. - Wspólnie.

Tym razem Piper też udało się skupić na rogu. Nimfy pragnęły jej młodości, jej życia, jej głosu? Bardzo proszę. Chętnie je im odda. Wyobraziła sobie, że to wszystko z niej wypływa. „Jestem już martwa" - powiedziała sobie z takim spokojem jak ten szkielet psa. - „To jedyny sposób".

Czysta woda lunęła z rogu z taką siłą, że pchnęła ich na ścianę. Deszcz zamienił się w biały potok, tak czysty i zimny, że Piper aż krzyknęła. -

To działa! - zawołał Jason.

-

Za dobrze! - krzyknął Percy. - Komora wypełnia się jeszcze szybciej!

Miał rację. Woda podnosiła się tak szybko, że od sklepienia dzielił ich już zaledwie metr. Piper mogła sięgnąć ręką i dotknąć miniaturowej chmury deszczowej. -

Nie przestawajcie! - zawołała. - Musimy rozwodnić tę truciznę, żeby oczyścić

nimfy. -

A jeśli nie dadzą się oczyścić? - zapytał Jason. - Siedziały tutaj parę tysiącleci,

hodując w sobie zło. -

Nie opierajcie się - powtórzyła Piper. - Oddajcie wszystko. Nawet kiedy

będziemy już pod... Uderzyła głową w sklepienie. Deszczowa chmura rozpadła się i zmieszała z wodą. Róg obfitości nadał wypluwał z siebie potok czystej wody. Piper przyciągnęła do siebie Jasona i pocałowała go. -

Kocham cię - powiedziała.

Te słowa po prostu wylały się z jej ust jak woda z kornukopii. Nie wiedziała, jak na to zareagował, bo znaleźli się pod wodą. Wstrzymała oddech. Prąd huczał jej w uszach. Bąbelki powietrza wirowały wokół niej. Światło wciąż pulsowało w komorze i zaskoczyło ją, że je widzi. Czyżby woda już się oczyściła? Poczuła, że za chwilę pękną jej płuca, ale oddała kornukopii resztkę swojej energii. Woda wciąż się z rogu wylewała, choć komora była nią całkowicie wypełniona. Czy ściany nie pękną pod tym ciśnieniem? Pociemniało jej w oczach. Pomyślała, że ten ryk w uszach to bicie jej własnego serca. Potem dotarło do niej, że trzęsie się cała komora. Woda zakotłowała się gwałtowniej. Piper poczuła, że tonie. Ostatkiem sił wierzgnęła nogami, unosząc się w górę. Jej głowa przebiła powierzchnię wody. Łapczywie zaczerpnęła powietrza. Strumień wytryskający z kornukopii zamarł. Woda opadała tak szybko, jak się uprzednio podnosiła. Krzyknęła z przerażenia, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że głowy Percyego i Jasona

wciąż są pod wodą. Podciągnęła ich w górę. Percy wciągnął w płuca haust powietrza i zaczął machać rękami, ale Jason był jak szmaciana lalka. Przywarła do niego. Wykrzykiwała jego imię, potrząsała nim, biła go po twarzy. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że woda całkowicie opadła. Leżeli na mokrej posadzce. -

Jason!

Myślała gorączkowo: „Może przewrócić go na bok? Uderzyć w plecy?" — Piper — powiedział Percy — może ja mu pomogę. Ukląkł obok niej i dotknął czoła Jasona. Woda trysnęła Jaso-nowi z ust. Otworzył oczy i huk gromu odrzucił Percy ego i Piper do tyłu. Kiedy Piper odzyskała wzrok, zobaczyła, że Jason siedzi, dysząc ciężko, ale jego twarz już nabierała koloru. — Przepraszam — wykrztusił. - Nie chciałem... Piper objęła go. Zapragnęła go pocałować, ale bała się, że go udusi. Percy uśmiechnął się. -Jeśli chcesz wiedzieć, to miałeś w płucach czystą wodę. Po prostu ją z nich wyciągnąłem. -

Dzięki, stary. - Jason przybił mu słabą piątkę. - Ale myślę, że prawdziwą

bohaterką jest Piper. Ocaliła nas obu. -

Tak, uratowała was - powiedział jakiś głos, tocząc się echem po komorze.

Nisze rozjarzyły się. Pojawiło się w nich dziewięć postaci, ale nie były to już pomarszczone staruszki. W niszach stały młode, piękne nimfy w lśniących niebieskich szatach, z połyskującymi czarnymi lokami, upiętymi na głowie srebrnymi i złotymi broszami. Ich oczy mieniły się łagodnymi odcieniami błękitu i zieleni. Po chwili osiem nimf zamieniło się w strzępy mgły, które uniosły się w górę. Pozostała tylko jedna, w środkowej niszy. -

Hagno? - zapytała Piper.

Nimfa uśmiechnęła się. -

Tak, moja droga. Nie sądziłam, że śmiertelnicy są zdolni do takiego poświęcenia.

A zwłaszcza półbogowie. Bez obrazy. Percy wstał.

-

Jak moglibyśmy się obrazić? Przecież ty tylko próbowałaś nas potopić i wyssać z

nas życie. Hagno skrzywiła się. -

Wybaczcie mi. Nie byłam sobą. A wy przypomnieliście mi o słońcu, o deszczu, o

strumieniach płynących przez łąki. Percy i ty, Jasonie, dzięki wam przypomniałam sobie o morzu i niebie. Jestem już oczyszczona. Ale przede wszystkim dziękuję tobie, Piper. Podzieliłaś się ze mną czymś więcej niż tylko czystą wodą. Masz dobrą naturę, Piper. A ja jestem duchem natury. Wiem, o czym mówię. Wskazała przed siebie. W ścianie znowu pojawiły się schody. A pod nią w posadzce rozbłysnął okrągły otwór na tyle duży, że mógł się w nim zmieścić człowiek. Piper pomyślała, że właśnie tędy z komory wypłynęła woda. -

Możecie wrócić na powierzchnię - powiedziała Hagno. -Możecie też, jeśli taka

będzie wasza wola, dotrzeć tym podziemnym systemem wodnym do gigantów. Ta rura łączy się z dawnym akweduktem. Woda płynęła nim zarówno do nimfeum, jak i do hypogeum, które giganci nazywają swoim domem. -

Ojej. - Percy ucisnął sobie skronie. - Bardzo proszę, tylko bez takich

skomplikowanych słów. -

Och, „dom" nie jest chyba zbyt skomplikowanym słowem -powiedziała Hagno z

pełnym przekonaniem. - Myślałam, że to skomplikowane, ale teraz, dzięki wam, nie musimy już tkwić w tym miejscu. Moje siostry wyruszyły na poszukiwanie nowych domów... jakiegoś górskiego strumienia, może jeziora pośród łąk. I ja pójdę za nimi. Nie mogę się doczekać widoku lasów i łąk, i bystrej, czystej wody. -

Och - odezwał się nerwowo Percy - świat się trochę zmienił przez ostatnie parę

tysięcy lat. -

Bzdury - odparła Hagno. — Nie wierzę, żeby było aż tak źle. Pan nie pozwoliłby

skazić przyrody. Prawdę mówiąc, nie mogę się doczekać spotkania z nim. Percy miał taką minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. -

Powodzenia, Hagno - powiedziała Piper. -1 dziękujemy ci.

Nimfa uśmiechnęła się po raz ostatni i zamieniła w obłoczek mgły. Wkrótce nimfeum zajaśniało łagodniejszym światłem, jakby zalał je blask księżyca w pełni. Piper poczuła zapach jakichś egzotycznych ziół i kwitnących róż. Usłyszała

odległą muzykę i uradowane głosy i śmiechy. Pomyślała, że słyszy odgłosy przyjęć i ceremonii odbywających się dawno temu w tej starożytnej świątyni, jakby wspomnienia o nich zostały uwolnione wraz z duchami. -

Co to jest? - zapytał z niepokojem Jason.

Piper wsunęła rękę do jego dłoni. - To tańczą duchy. Chodźmy. Musimy iść na spotkanie z gigantami.

XLV PERCY Percy miał już dość wody. Gdyby się do tego przyznał, pewnie by go wylano ze szczepu Młodszych Skautów Morskich Posejdona, ale nie dbał o to. Po cudownym ocaleniu życia w nimfeum pragnął wyjść na powierzchnię ziemi. Chciał być suchy i przez długi czas siedzieć w słońcu - najlepiej z Annabeth. Niestety, nie wiedział, gdzie ona jest. Frank, Hazel i Leo zaginęli w akcji. Nadal musiał ocalić Nica di Angelo, oczywiście zakładając, że wciąż jeszcze żyje. No i był ten drobny problem z gigantami chcącymi zniszczyć Rzym, przebudzić Gaję i zawładnąć światem. Te potwory i ci bogowie mieli po kilka tysięcy lat. Nie mogliby sobie wziąć paru dziesięcioleci wolnego i pozwolić mu nacieszyć się życiem? Najwidoczniej nie. Percy prowadził, gdy zaczęli pełznąć w dół rurą odpływową. Po trzydziestu metrach dotarli do szerszego tunelu. Z lewej strony słychać było dudnienie i skrzypienie w oddali, jakby pracowała jakaś wielka nienaoliwiona maszyna. Nie miał najmniejszej ochoty sprawdzać, co wydaje ten dźwięk, więc uznał, że powinni iść właśnie w lewo. Ze trzysta metrów dalej trafili na zakręt. Percy uniósł rękę, dając znak Jasonowi i Piper, żeby zaczekali. Wyjrzał za róg. Korytarz otwierał się na wielką salę z rzędami kolumn podtrzymujących wysokie sklepienie. Wyglądała jak przywodzące na myśl podziemny parking pomieszczenie z jego snów, ale teraz nie było takie puste. Dudnienie i skrzypienie wydawał system olbrzymich przekładni zębatych i bloków, który podnosił i opuszczał różne wycinki posadzki bez widocznego celu. Woda płynęła odkrytymi kanałami (och, super, znowu woda!), obracając koła napędzające część maszyn. Inne maszyny były połączone z klatkami, w których piekielne psy biegały wewnątrz wielkich kół ze szczeblami. Percy mimo woli pomyślał o Pani 0'Leary: na pewno by nie chciała być uwięziona w takiej klatce. Inne klatki zwieszały się z sufitu. Były w nich żywe zwierzęta - lew, kilka zebr, całe stado hien i nawet ośmiogłowa hydra. Starożytne taśmociągi z brązu i skóry sunęły przez salę pełne różnej broni i zbroi, co trochę kojarzyło się z magazynem Amazonek w

Seattle, tylko że to miejsce wyglądało na o wiele starsze i gorzej zorganizowane. „Leonowi by się spodobało" - pomyślał Percy. Cała ta sala była jak jedna wielka machina, niebudząca zaufania, a raczej budząca strach. - Co tam jest? - wyszeptała Piper. Percy nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie dostrzegł nigdzie gigantów, więc machnął na przyjaciół, by podeszli i sami to zobaczyli. Z pięć metrów od wejścia z posadzki wyskoczyła płaska, drewniana makieta gladiatora. Klikając, przemknęła wzdłuż taśmociągu, po czym chwycił ją hak umocowany do liny i uniósł w górę, gdzie zniknęła w szczelinie w sklepieniu. -

Co to, u diabła, jest? - mruknął Jason.

Weszli do środka. Percy rozejrzał się po sali. Było tam mnóstwo rzeczy, na które warto było popatrzeć, większość w ruchu, ale półboskie ADHD Percyego sprawiało, że chaos mu nie przeszkadzał. Dostrzegł podium z dwoma pustymi krzesłami pretorów, około stu metrów dalej. Między nimi stała spiżowa kadź, dostatecznie duża, by pomieścić człowieka. -

Patrzcie. - Pokazał kadź ręką.

Piper zmarszczyła brwi. -

To by było za proste.

-

Oczywiście - zgodził się Percy.

-

Ale nie mamy wyboru - powiedział Jason. - Musimy ocalić Nica.

-

No pewnie.

Percy ruszył przez salę, omijając taśmociągi i ruchome platformy. Piekielne psy w klatkach z kołami nie zwracały na nich uwagi. Były zbyt pochłonięte biegiem i dyszeniem; ich czerwone oczy płonęły jak reflektory. Zwierzęta w innych klatkach patrzyły na nich obojętnie, jakby chciały powiedzieć: „Można by was pozabijać, ale szkoda energii". Percy starał się uważać na pułapki, ale tutaj wszystko wyglądało jak pułapka. Przypomniał sobie labirynt, w którym parę lat temu co krok groziła mu śmierć. Bardzo żałował, że nie ma tu Hazel z jej talentem poruszania się po podziemiach (i oczywiście ze względu na to, że jej brat był już tak blisko). Przeskoczyli przez kanał i przebiegli, zgięci wpół, pod rzędem klatek z wilkami. Byli

już w połowie drogi do spiżowej kadzi, gdy nad ich głowami rozwarło się sklepienie. Opadła platforma. Stał na niej, jak aktor, z jedną ręką w górze i uniesioną dumnie głową, olbrzym o purpurowych włosach - Efialtes. Tak jak we śnie Percyego, Wielki Ef był dość niskim gigantem - miał ze trzy i pół metra wysokości - ale starał się to nadrobić krzykliwym strojem. Już nie miał na sobie pancerza gladiatora, tylko koszulę hawajską, którą nawet Dionizos uznałby za bezguście. Był na niej jaskrawy wzór z umierających herosów, straszliwych tortur i lwów pożerających niewolników w Koloseum. We włosy miał wplecione złote i srebrne monety, przez plecy przewieszony trzymetrowy oszczep, niezbyt pasujący do koszuli. Miał też białe dżinsy i skórzane sandały na... no, nie na stopach, ale na głowach węży. Węże wysuwały nerwowo języczki i wiły się, jakby nie były zachwycone dźwiganiem ciężaru ciała giganta. Efialtes uśmiechnął się, jak gdyby ich widok bardzo, ale to bardzo go ucieszył. -

Nareszcie! - ryknął. - Taki jestem szczęśliwy! Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że

poradzicie sobie z nimfami, ale rad jestem, że się wam udało. Będzie lepsza zabawa. Zdążyliście akurat na główny numer naszego spektaklu! Jason i Piper stanęli po obu bokach Percy ego. To dodało mu otuchy. Stawiał już czoło większym potworom, ale ten miał w sobie coś, co przyprawiało o gęsią skórkę. W jego oczach tańczyło dziwne światło. -

Przyszliśmy - powiedział Percy i usłyszał, jak banalnie to zabrzmiało. - Wypuść

naszego przyjaciela. -

No pewnie! - ryknął Efialtes. - Chociaż myślę, że jest już trochę

przeterminowany. Otisie, gdzie jesteś? W odległości rzutu kamieniem rozwarła się posadzka i wysunęła się platforma z drugim gigantem. -

No wreszcie! - krzyknął jego brat ze złośliwą satysfakcją. -Wreszcie nie ubrałeś

się tak jak ja! Jesteś... - Nagle na jego twarzy odmalowało się przerażenie. - Cos ty na siebie włożył?! Otis wyglądał jak największa na świecie i najbardziej gburowata baletnica. Miał na sobie obcisły błękitny trykot, który zdaniem Percy'ego naprawdę powinien pozostawiać więcej miejsca dla wyobraźni. Czubki jego olbrzymich balete kbyły odcięte, żeby węże

mogły swobodnie wystawiać głowy. Diamentowa tiara (Percy wspaniałomyślnie uznał ją za królewską koronę) osadzona była na jego zielonych włosach, w które wplecione były petardy. Wyglądał żałośnie i musiało mu być bardzo niewygodnie w tym stroju, ale wykonał ukłon baletnicy - karkołomny, biorąc pod uwagę jego wężowe stopy i wielki oszczep na plecach. -

Na bogów i tytanów! - ryknął Efialtes. - Już czas na nasz show\ Co ty sobie

myślisz? -

Nie chciałem zakładać stroju gladiatora - poskarżył się Otis. - I nadal uważam, że

strój baletnicy będzie idealnie pasował, no wiesz, gdy już się zacznie Armagedon. Spojrzał na półbogów z nadzieją, unosząc brwi. - Mam parę dodatkowych kostiumów... -

Nie! - warknął Efialtes i tym razem Percy się z nim zgodził.

Olbrzym o purpurowych włosach zwrócił się do Percyego. Szczerzył zęby w tak bolesnym grymasie, jakby poraził go prąd. -

Wybacz mojemu bratu - rzekł. - Jako osobowość sceniczna jest do niczego,

kompletnie brak mu wyczucia stylu. -

Rozumiem. - Percy powstrzymał się od komentarza na temat hawajskiej koszuli. -

Ale jeśli chodzi o naszego przyjaciela... -

A, o tego. - Efialtes zaśmiał się kpiąco. - Mieliśmy pozwolić mu umrzeć na

scenie, ale stracił wartość rozrywkową. Przez wiele dni spał skulony w tej kadzi. Marny widok. Otisie, przewróć kadź. Otis poczłapał do podium, zatrzymując się co jakiś czas, by wykonać baletowy półprzysiad. Przewrócił kadź, pokrywa odpadła i ze środka wypadł Nico di Angelo. Na widok jego śmiertelnie bladej twarzy i ogólnego wychudzenia w Percym zamarło serce. Trudno było ocenić, czy Nico jest żywy, czy martwy. Percy chciał do niego podbiec i to sprawdzić, ale Efialtes zagradzał mu drogę. -

Musimy się pospieszyć - powiedział Wielki Ef. - Mamy wszystko dokładnie

wyreżyserowane. W hypogeum wszystko już zrobione! Percy był gotów przeciąć go mieczem na pół i szybko się stąd wydostać, ale Otis stał nad Nikiem. Gdyby doszło do walki, Nico nie byłby w stanie się obronić. Trzeba mu dać trochę czasu na odzyskanie przytomności. Jason uniósł swój złoty gladius.

-

Nie weźmiemy udziału w żadnym spektaklu. I co to jest to hypo... i tak dalej?

-

Hypogeum! Przecież jesteś rzymskim półbogiem, nie? Powinieneś wiedzieć! Och,

ale tak sobie myślę, że jeśli dobrze odwalimy naszą robotę, tu, w podziemnej maszynowni, nie będziesz nawet wiedział, że hypogeum istnieje. -

Znam to słowo - odezwała się Piper. - To pomieszczenie pod areną, z całą

maszynerią do efektów specjalnych. Efialtes zaklaskał entuzjastycznie. -

Dokładnie! Jesteś studentką teatrologii, dziewczyno?

-

Ee... mój ojciec jest aktorem.

-

Cudownie! - Efialtes zwrócił się do swojego brata. - Otis, słyszałeś?

-

Aktor - mruknął Otis. - Każdy jest aktorem. Tylko nikt nie potrafi tańczyć.

-

Bądź miły! - zrugał go Efialtes. - W każdym razie, moja panienko, masz

absolutną rację, ale taka maszynownia pod areną cyrku to nic w porównaniu z tym hypogeum. Pewnie słyszałaś, że dawno temu część gigantów uwięziono pod ziemią i to oni od czasu do czasu wywołują trzęsienia ziemi, kiedy próbują się uwolnić? No, a my dwaj mieliśmy o wiele lepszy pomysł! Od wielu tysiącleci jesteśmy uwięzieni tu, pod Rzymem, ale przez ten czas zdążyliśmy zbudować własne hypogeum. I teraz jesteśmy gotowi pokazać najwspanialszy, największy spektakl, jaki Rzym kiedykolwiek widział. I ostatni! Leżący u stóp Otisa Nico zadrżał. Percy poczuł się tak, jakby w jego klatce piersiowej ponownie ruszyło koło napędzane przez piekielne psy. A więc Nico żyje! Teraz muszą tylko pokonać gigantów, najlepiej nie niszcząc przy tym Rzymu, i wydostać się stąd, by odnaleźć przyjaciół. -

A więc — powiedział z nadzieją, że skupi na sobie uwagę giganta - macie

wszystko dobrze wyreżyserowane, tak? -

Tak! Oczywiście wiem, że aby otrzymać nagrodę, należy zachować ciebie i

Annabeth przy życiu, o ile to możliwe. Ale szczerze mówiąc, już po dziewczynie, więc mam nadzieję, że nie będziesz zawiedziony, jeśli zmienimy plany. Percy poczuł w ustach smak zatrutej wody z nimfeum. -

Już po dziewczynie? Chyba nie chcesz powiedzieć, że...

-

Że umarła? Nie. Jeszcze nie. Ale nie martw się! Bo widzisz, mamy tu pod

kluczem innych twoich przyjaciół. Z ust Piper wyrwał się zdławiony okrzyk. -

Leo? Hazel i Frank?

-

Tak, to oni - potwierdził Efialtes. - No więc możemy ich złożyć w ofierze.

Możemy pozwolić, by córka Ateny umarła, co zadowoli Jej Wielkopańskość. A was troje możemy wykorzystać w naszym widowisku! Gaja będzie trochę zawiedziona, ale to naprawdę uczciwy kompromis. Wasza śmierć będzie o wiele bardziej widowiskowa. -

Chcesz widowiska? - warknął Jason. - Zaraz ci zorganizuję widowisko.

Piper zrobiła kilka kroków do przodu. Udało się jej nawet słodko uśmiechnąć. -

Mam lepszy pomysł. A gdybyście tak pozwolili nam odejść? To dopiero byłby

numer. Niewiarygodnie nowatorski pomysł sceniczny, no i pokazalibyście całemu światu, jacy jesteście wspaniali. Nico poruszył się. Otis spojrzał na niego. Z jego wężowych stóp wystrzeliły języczki w stronę głowy Nica. -

To nie wszystko! - dodała szybko Piper. - Moglibyśmy uciekać tanecznym

krokiem. Prawdziwy numer baletowy! Otis zapomniał o Nicu. Poczłapał do brata i wycelował w niego palec. -

Widzisz? Właśnie o tym ci mówiłem! To by dopiero był numer!

Przez chwilę Percy myślał, że Piper się udało. Otis wpatrywał się w brata błagalnym wzrokiem. Efialtes gładził podbródek, jakby rozważał ten pomysł. W końcu potrząsnął głową. -

Nie... nie. Nie mogę się na to zgodzić. Bo widzisz, dziewczyno, jestem anty-

Dionizosem. Muszę dbać o reputację. Dionizos uważa, że zna się na organizacji imprez? Myli się! Jego hulanki to zabawy dla grzecznych dzieci w porównaniu z tym, na co mnie stać. Na przykład ten stary numer, jaki odwaliliśmy, piętrząc góry jedną na drugą, żeby dosięgnąć Olimpu... -

Mówiłem ci, że to nie przejdzie - mruknął Otis.

-

A ten numer, kiedy mój brat owinął się mięsem i przebiegł przez tor przeszkód

smoków... -

Przyrzekałeś, że Hefajstos-TV pokaże to w porze największej oglądalności -

przerwał mu Otis. -1 co? I nikt mnie nie zobaczył.

-

No, ale ten spektakl będzie jeszcze lepszy - obiecał Efialtes. — Rzymianie zawsze

chcieli chleba i igrzysk, żarcia i rozrywki! Gdy zniszczymy ich miasto, damy im jedno i drugie. Proszę, oto próbka! Coś spadło z sufitu i wylądowało u stóp Percy'ego: bochenek chleba kanapkowego w białym plastikowym opakowaniu w czerwone i żółte kropki. Percy podniósł to. -

Cudowny Chleb?

-

Wspaniały, nie? - Oczy Efialtesa zatańczyły z podniecenia. -Możesz go

zatrzymać. Zamierzam rozdać rzymianom miliony takich chlebków, kiedy będę ich unicestwiał. -

Cudowny Chleb jest dobry - przyznał Otis. - Ale rzymianie powinni zatańczyć,

żeby go dostać. Percy zerknął na Nica, który zaczął się już poruszać. Dobrze by było, żeby odzyskał przytomność i chociaż odpełzł na bok, nim rozpocznie się walka. No i trzeba wyciągnąć z gigantów więcej informacji o Annabeth i o miejscu uwięzienia pozostałych przyjaciół. -

Może powinniście ściągnąć tu naszych przyjaciół - powiedział. -No wiecie, takie

spektakularne śmierci... im więcej, tym weselej, prawda? -

Hmm. - Efialtes zaczął się bawić guzikiem swojej hawajskiej koszuli. - Nie. Już

za późno, żeby zmieniać choreografię. Ale nie martw się. To dopiero będzie cyrk! Ach... i to nie jakiś nowoczesny cyrk, w którym wygłupiają się klowni. Nie znoszę klownów. -

Nikt nie znosi klownów - powiedział Otis. - Nawet sami klowni ich nie cierpią.

-

Dokładnie — zgodził się jego brat. - Ale my mamy w planie o wiele lepsze

popisy. Wy troje zginiecie w męce, tam, na górze, gdzie będą to mogli oglądać wszyscy bogowie i śmiertelnicy. A to będzie tylko uroczyste otwarcie widowiska! Za dawnych czasów igrzyska ciągnęły się całymi dniami lub nawet tygodniami. Nasze widowisko... zniszczenie Rzymu... będzie trwało cały miesiąc, póki Gaja się nie obudzi. -

Zaraz - odezwał się Jason. - Miesiąc... i Gaja się obudzi?

Efialtes machnął ręką. -

Tak, tak. Gdzieś około pierwszego sierpnia to najlepsza data na zniszczenie

ludzkości. Nieważne! Matka Ziemia, w swojej nieskończonej mądrości, zgodziła się, by najpierw zniszczyć Rzym, powoli i widowiskowo. I to nam pasuje!

-

Więc... - Percy nie mógł uwierzyć, że rozmawia o końcu świata z bochenkiem

Cudownego Chleba w ręku. - Więc wasz show to tylko rozgrzewka dla Gai? Efialtes spochmurniał. -

To nie jest żadna rozgrzewka, półbogu! Wypuścimy na ulice dzikie zwierzęta i

potwory. Nasza sekcja efektów specjalnych wywoła pożary i trzęsienia ziemi. Z ziemi będą nagle wyrastać wulkany, pootwierają się leje! Będą szaleć duchy! -

Ten numer z duchami nie zadziała - powiedział Otis. - Nasze grupy dyskusyjne

twierdzą, że nie podniesie wskaźnika oglądalności. -

Niedowiarki! Z takim hypogeum wszystko zadziała!

Efialtes podszedł do wielkiego stołu przykrytego płachtą. Ściągnął ją, ujawniając całą kolekcję dźwigni, klawiszy i pokręteł, prawie tak skomplikowaną jak panel kontrolny Leona na „Argo II". -

Ten klawisz? Wyrzuca tuzin rozwścieczonych wilków na Forum. A ten

wypuszcza automatycznych gladiatorów na turystów przy Fontannie di Trevi. Ten sprawi, że Tyber wystąpi z brzegów, tak żebyśmy mogli odtworzyć bitwę morską na Piazza Navona! Percy Jacksonie, ty, jako syn Posejdona, powinieneś to docenić! -

No... ale wciąż uważam, że wypuszczenie nas jest lepszym pomysłem.

-

On ma rację - spróbowała ponownie Piper. - Bo inaczej nie unikniemy

konfrontacji. Będziemy walczyć. Wasze plany legną w gruzach. Ostatnio pokonaliśmy mnóstwo potworów. Nie cierpię, gdy sprawy wymykają się spod kontroli. Efialtes pokiwał głową w zadumie. -

Masz rację.

Piper zamrugała. -Tak? -

Nie możemy pozwolić, by sprawy wymknęły się spod kontroli. Wszystko musi

działać jak w zegarku. Ale nie martw się. Opracowałem choreografię waszej śmierci. Będziecie zachwyceni. Nico zaczął się odczołgiwać, jęcząc głośno. Percy wolałby, żeby Nico poruszał się szybciej, a jęczał ciszej. Zastanawiał się, czy nie cisnąć w niego Cudownym Chlebem. Jason przerzucił miecz do drugiej ręki. -

A jeśli nie zgodzimy się wystąpić w waszym widowisku?

-

No cóż, nie możecie nas zabić. - Efialtes roześmiał się, jakby sama myśl o tym

była bardzo zabawna. - Nie pomagają wam żadni bogowie, a tylko pod takim warunkiem moglibyście mieć nadzieję na zwycięstwo. Więc naprawdę o wiele rozsądniej byłoby umrzeć w mękach. Przykro mi, ale przedstawienie musi trwać! Percy zrozumiał, że ten gigant jest gorszy nawet od boga morza Forkisa. Właściwie to nie był anty-Dionizosem. Był oszalałym Dionizosem na sterydach. To prawda, Dionizos był bogiem hulanek i wymykających się spod kontroli imprez. Ale Efialtesa bawiły tylko krwawe zamieszki i totalne zniszczenie. Spojrzał na przyjaciół. -

Ta jego koszula zaczyna mnie wnerwiać.

-

Czas na walkę? - Piper chwyciła za róg obfitości.

-

Nie cierpię Cudownego Chleba - powiedział Jason.

I wszyscy troje natarli na gigantów.

XLVI PERCY I natychmiast wszystko poszło nie tak. Giganci zniknęli w bliźniaczych obłoczkach dymu, by pojawić się o wiele dalej, każdy w innym miejscu. Percy pobiegł ku Efialtesowi, ale pod jego stopami rozwarły się szczeliny i po obu stronach wystrzeliły metalowe ściany, oddzielając go od przyjaciół. Te ściany zaczęły się do niego przybliżać jak szczęki olbrzymiego imadła. Podskoczył i uchwycił się dna klatki z hydrą. Spostrzegł Piper przeskakującą nad ognistymi dziurami jak podczas gry w klasy. Zmierzała w stronę oszołomionego i bezbronnego Nica, ku któremu biegła już para lampartów. Tymczasem Jason zaatakował Otisa, który ściągnął oszczep z pleców i westchnął ciężko, jakby wolał raczej zatańczyć partię solową z Jeziora łabędziego, niż zabić jeszcze jednego półboga. Percy dostrzegł to wszystko w ułamku sekundy, ale nie był w stanie im pomóc. Hydra rzuciła się na jego ręce, kłapiąc zębami. Zakołysał się i spadł, lądując w zagajniku drzew z pomalowanej sklejki, który wyskoczył znikąd. Drzewa zmieniały pozycje, Percy gdy próbował między nimi przebiec, więc musiał ściąć Orkanem cały lasek. — Wspaniale! - krzyknął Efialtes. Stał przy panelu kontrolnym, niecałe dwadzieścia metrów na lewo od Percyego. - Możemy to uznać za próbę kostiumową. Mam teraz wypuścić hydrę na Schody Hiszpańskie? Pociągnął za jakąś dźwignię i Percy zerknął przez ramię. Klatka, z której przed chwilą zwisał, unosiła się ku zapadni w suficie. Za trzy sekundy zniknie. Jeśli teraz zaatakuje giganta, hydra zacznie siać spustoszenie w mieście. Zaklął i rzucił Orkanem jak bumerangiem. Miecz'to wprawdzie nie broń miotana, ale niebiański spiż przeciął łańcuchy, na których wisiała klatka. Zachybotała się, drzwiczki się otworzyły i potwór wyskoczył, lądując tuż przed Percym. -

Och, ale łobuz z ciebie, Jackson! - zawołał Efialtes. - Świetnie. Walcz z nią tutaj,

jeśli musisz, ale twoja śmierć nie będzie już tak widowiskowa bez oklaskujących tłumów. Percy zrobił krok ku potworowi - i zdał sobie sprawę, że nie ma w ręku broni. Trochę źle to zaplanował. Przetoczył się na bok, kiedy wszystkich osiem głów hydry zionęło jadem,

zamieniając posadzkę, na której przed chwilą stał, w dymiący krater stopionego kamienia. Naprawdę nienawidził hydr. Może i dobrze się stało, że utracił miecz, bo w pierwszym odruchu zacząłby ścinać te głowy, a na ich miejscu natychmiast wyrastałyby nowe. Ostatnim razem przed atakującą hydrą ocalił go pewien okręt wojenny: salwa ze spiżowych armat roztrzaskała hydrę na kawałki. Taki manewr raczej nie mógł mu teraz pomóc... A może jednak? Hydra rzuciła się na niego. Dał nurka za klatkę z wielkim kołem i przebiegł wzrokiem salę, szukając tych pudeł, które widział we śnie. Pamiętał, że miały coś wspólnego z wyrzutniami rakiet. Na podium Piper stała nad Nikiem, broniąc go przed lampartami. Wycelowała kornukopię i strzeliła nad ich głowami porcją duszonego mięsa i jarzyn. Musiało dobrze pachnieć, bo lamparty pobiegły za nim. Po prawej stronie, jakieś trzydzieści metrów od Piper, Jason walczył z Otisem: miecz przeciw oszczepowi. Otis zgubił swoją diamentową tiarę i trochę go to rozzłościło. Pewnie przebiłby już Jasona kilka razy, gdyby się nie uparł za każdym razem robić piruet, co go spowalniało. Tymczasem Efialtes ryczał ze śmiechu, wciskając klawisze na panelu kontrolnym, przyspieszając bieg taśmociągów i otwierając różne klatki ze zwierzętami. Hydra ruszyła do ataku, okrążając klatkę z kołem. Percy skoczył za kolumnę, chwycił plastikowy worek pełny Cudownego Chleba i cisnął nim w potwora. Hydra plunęła jadem, co było jej błędem. Worek i plastikowe opakowania rozpłynęły się w powietrzu. Cudowny Chleb wchłonął jad jak piana z gaśnicy i obryzgał hydrę, pokrywając ją kleistą, dymiącą, wysokokaloryczną i trującą mazią. Kiedy potwór zatoczył się, potrząsając głowami i mrugając ślepiami, by pozbyć się z nich Cudownego Jadu, Percy rozejrzał się rozpaczliwie po sali. Nie dostrzegł nigdzie skrzyń z wyrzutniami rakiet, ale pod ścianą stała jakaś dziwna konstrukcja podobna do sztalugi malarskiej ze sterczącymi z niej wyrzutniami pocisków. Były tam bazuka, granatnik, olbrzymia świeca rzymska i kilkanaście innych groźnie wyglądających broni. Na szczycie sztalugi wymalowano słowa: MIŁEGO ZNISZCZENIA, RZYMIE! Percy pobiegł ku sztaludze. Hydra zasyczała i rzuciła się za nim.

-Już wiem! - zawołał radośnie Efialtes. - Zaczniemy od eksplozji na Via Labicana! Nie możemy pozwolić, by nasza widownia czekała tak długo! Percy wcisnął się za sztalugę i zwrócił ją w stronę Efialtesa. Nie miał talentu Leona do maszyn, ale wiedział, jak wycelować broń. Hydra potoczyła się ku niemu, zasłaniając mu giganta. Percy miał nadzieję, że to urządzenie dysponuje dostateczną siłą ognia, by rozwalić dwa cele naraz. Pociągnął za dźwignię. Ani drgnęła. Osiem głów hydry zawisło nad nim, gotowych zamienić go w kałużę szlamu. Jeszcze raz pociągnął za dźwignię. Tym razem sztaluga zadygotała, a pociski zaczęły syczeć. -

Kryć się! - wrzasnął Percy, mając nadzieję, że przyjaciele zrozumieją, o co mu

chodzi. Uskoczył w bok, gdy sztaluga dała ognia. Huknęło, jakby wyleciała w powietrze fabryka prochu strzelniczego. Hydra zamieniła się w obłok pyłu. Niestety, odrzut przewrócił sztalugę na bok i pociski poszybowały po całej sali. Kawał sufitu roztrzaskał jedną z klatek z kołami. Więcej klatek pozrywało się z łańcuchów i wypadły z nich dwie zebry i stado hien. Granat eksplodował nad głową Efialtesa, ale tylko zwalił go z nóg. Panel kontrolny wyglądał na nienaruszony. Wokół Piper i Nica spadały worki z piaskiem. Piper starała się odciągnąć chłopca na bok, ale jeden z worków trafił ją w ramię i przewrócił. -

Piper! - krzyknął Jason.

Popędził ku niej, całkowicie zapominając o Otisie, który wycelował oszczepem w jego plecy. -

Uważaj! - wrzasnął Percy.

Jason miał szybki refleks. Kiedy Otis cisnął oszczepem, przetoczył się w bok i ostrze przeleciało tuż nad nim. Strzepnął ręką, wzywając podmuch wiatru. Oszczep nagle skręcił, przemknął przez salę i wbił się Efialtesowi w bok w momencie, w którym ten już się podnosił. -

Otis! - ryknął Efialtes, zataczając się i ściskając oszczep tkwiący mu w boku, gdy

już zaczął się rozpadać w pył. - Może byś przestał mnie zabijać! -

To nie moja wina! - krzyknął Otis.

Zaledwie to wypowiedział, sztaluga strzeliła ostatnią kulą rzymskich fajerwerków.

Ognista różowa kula (oczywiście musiała być różowa) uderzyła w sufit nad Otisem i wybuchła, wzniecając wspaniałą fontannę świateł. Kolorowe iskierki zatańczyły w piruetach wokół giganta. A potem trzymetrowy kawał sufitu runął w dół, miażdżąc go na placek. Jason podbiegł do Piper. Krzyknęła, gdy dotknął jej ramienia. Było nienaturalnie wygięte. -

W porządku. Nic mi nie jest - mruknęła.

Obok niej siedział Nico, rozglądając się wokoło ze zdumieniem, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ominęła go bitwa. Niestety, nie był to koniec gigantów. Efialtes już się odradzał: jego głowa i ramiona wynurzały się z góry pyłu. Wyciągnął z niej ręce i łypnął spode łba na Percy'ego. W drugim końcu sali poruszył się stos gruzu i wychynął z niego Otis. Głowę miał trochę wklęśniętą. Wszystkie petardy w jego włosach wybuchły i dredy mu dymiły. Kostium baletnicy był w strzępach, co okazało się chyba jedynym sposobem, by wyglądał na nim jeszcze mniej atrakcyjnie. -

Percy! - krzyknął Jason. - Sterownia!

Percy otrząsnął się. Znowu znalazł w kieszeni Orkana, dobył go i rzucił się ku panelowi kontrolnemu. Chlasnął mieczem poziomo po wierzchu, odcinając przełączniki w deszczu spiżowych iskier. -

Nie! - jęknął Efialtes. - Zniszczyłeś mi cały spektakl!

Percy odwrócił się zbyt wolno. Efialtes zamachnął się oszczepem jak wędką i drasnął mu ostrzem pierś. Percy upadł na kolana, czując piekący ból. Jason podbiegł do niego, ale Otis już się za nim toczył. Percy'emu udało się podnieść i teraz stał ramię w ramię z Jasonem. Piper nadal leżała na podium, Nico był na wpół przytomny. Giganci odzyskiwali siły. Trudno to było powiedzieć o Percym. Efialtes uśmiechnął się pobłażliwie. -

I co, troszkę się zmęczyłeś, Percy Jacksonie? Jak powiedziałem, nie możecie nas

zabić, więc chyba jesteśmy w impasie. Och, zaraz... nie, to nie impas! Przecież my możemy was zabić! -

To pierwsze sensowne słowa, jakie dzisiaj wypowiedziałeś, braciszku - burknął

Otis, podnosząc oszczep. Giganci wycelowali oszczepy w Percyego i Jasona, gotowi zamienić ich w szaszłyki z półbogów. -

Nie poddamy się - warknął Jason. - Posiekamy was na kawałki, jak Jupiter zrobił

z Saturnem. -

Zgadza się - powiedział Percy. - Obaj już jesteście trupami. I guzik mnie

obchodzi, czy mamy po swojej stronie jakiegoś boga, czy nie. -

A szkoda - powiedział jakiś nowy głos.

Na prawo od nich z sufitu opuściła się jeszcze jedna platforma. Opierając się niedbale na lasce zakończonej sosnową szyszką, stał na niej mężczyzna w fioletowej obozowej koszulce, w sandałach i białych skarpetkach. Uniósł swój kapelusz z szerokim rondem, a w jego oczach rozbłysły purpurowe ogniki. -

Nie zniósłbym myśli, że odbyłem tę specjalną wycieczkę na próżno.

XLVII PERCY Percy nigdy nie uważał Pana D. za kogoś, kto wnosi spokój w otoczenie, ale nagle wszystko ucichło. Maszyny zatrzymały się. Dzikie zwierzęta przestały warczeć. Podeszły dwa lamparty - wciąż oblizując się po gulaszu Piper - i otarły się przymilnie głowami o nogi boga. Pan D. podrapał je po uszach. -

Doprawdy, Efialtesie - zakpił - zabijanie półbogów to jedna sprawa, ale żeby

wykorzystywać w swoim spektaklu lamparty? To już chyba przesada. Gigant pisnął cicho. -To... to niemożliwe. D-Dio... -

Aktualnie Bachus, drogi przyjacielu. I, oczywiście, to jest możliwe. Ktoś mi

powiedział, że tu jest jakaś impreza. Wyglądał podobnie jak w Kansas, ale Percy wciąż nie mógł się nadziwić różnicom między Bachusem a swoim nie-do-końca-przyjacielem Panem D. Bachus był twardszy i szczuplejszy, z mniejszym brzuchem. Miał dłuższe włosy i bardziej sprężysty krok, a w oczach więcej złości. Nawet ta szyszka na końcu jego laski budziła grozę. Oszczep Efialtesa lekko zadrżał. -

Wy... wy, bogowie, jesteście skazani na zagładę! Idź precz, w imię Gai!

-

Hmm - mruknął lekceważąco Bachus.

Zaczął chodzić po sali, pośród potrzaskanych rusztowań, platform i efektów specjalnych. -

Tandeta. - Machnął ręką w stronę drewnianego gladiatora, po czym zwrócił się ku

machinie, która wyglądała jak wielki wałek do ciasta nabity nożami. - Tanie. Nudne. A to... - Obejrzał urządzenie do wystrzeliwania różnych pocisków, które wciąż dymiło. Tandeta, taniocha i nudziarstwo. Doprawdy, Efialtesie, brak ci wyczucia stylu. -

STYLU?! - Gigant zaczerwienił się. - Mnie brak wyczucia stylu? Mam go

nieograniczone zapasy! Ja... ja wyznaczam styl! Ja... ja... -

Mój brat ocieka stylem - odezwał się Otis.

-

Dziękuję ci! - krzyknął Efialtes.

Bachus ruszył ku nim; obaj giganci cofnęli się gwałtownie.

-

Czyżbyście obaj zmaleli? - zapytał bóg.

-

Och, kiepski dowcip - warknął Efialtes. - Jestem dość wysoki, by cię zniszczyć,

Bachusie! Wy, bogowie, zawsze kryjecie się za plecami śmiertelnych herosów, powierzając losy Olimpu w ręce takich jak ci tutaj. Spojrzał z szyderczym uśmiechem na Percyego. Jason uniósł miecz. -

To co, Panie Bachusie, zabijemy tych olbrzymów?

-

No cóż, mam taką nadzieję - odrzekł Bachus. - Proszę, zaczynajcie.

Percy wytrzeszczył na niego oczy. -

Przecież chyba jesteś tu, żeby nam pomóc!

Bachus wzruszył ramionami. -

Och, doceniam tę ofiarę złożoną mi na morzu. Cały okręt pełen dietetycznej coli.

Bardzo miły gest, chociaż wolałbym dietetyczną pepsi. -

1 sześć milionów w złocie i klejnotach - mruknął Percy.

-

Zgoda, ale w wypadku przyjęć dla co najmniej pięciu półbogów napiwki są

wliczone w cenę, więc to nie było konieczne. -

Co?

-

Nieważne - rzekł Bachus. — W każdym razie zwróciliście na siebie moją uwagę.

Jestem tutaj. Teraz muszę zobaczyć, czy wy jesteście warci mojej pomocy. Do boju. Jeśli zrobicie dobre wrażenie, wezmę udział w wielkim finale. -

Jednego przebiliśmy oszczepem - powiedział Percy. - Drugiego zmiażdżyliśmy

sufitem. Co według ciebie robi wrażenie? -

Ach, dobre pytanie. - Bachus zastukał swoim tyrsem, a potem uśmiechnął się w

sposób, który Percyego trochę przeraził. -Może potrzebujecie trochę inspiracji? Ta scena jest do kitu. I ty to nazywasz spektaklem, Efialtesie? Zaraz ci pokażę, jak to się robi. Rozpłynął się w obłok purpurowej mgły. Piper i Nico znikli. -

Pipes! - krzyknął Jason. - Bachusie, gdzie...

Cała posadzka zadygotała i zaczęła się podnosić. W sklepieniu pojawiło się kilkanaście otworów, przez które wpadło światło słońca. Powietrze zadrgało jak miraż, a Percy usłyszał nad sobą ryk tłumu. Hypogeum przebiło się przez las podniszczonych kamiennych kolumn, zamieniając

się w arenę kolistego cyrku. Serce Percy'ego wykonało salto. To nie był jakiś cyrk. To było Koloseum. Zbudowane przez gigantów machiny do tworzenia efektów specjalnych położyły deski na zrujnowanych belkach, tak że arena odzyskała właściwą podłogę. Trybuny zaczęły się same naprawiać, aż zalśniły bielą. Olbrzymi, czerwono-złoty baldachim zawisł nad ich głowami, ocieniając je przed popołudniowym słońcem. Lożę cesarską udrapowały jedwabne tkaniny, a po bokach wyrosły proporce i złote orły. Ryk aplauzu pochodził z gardeł tysięcy rozmigotanych fioletowych duchów, larów Rzymu, ściągniętych tu na powtórkę wielkich igrzysk. W podłodze otworzyły się dysze, które obsypały arenę piaskiem. Wyskoczyły olbrzymie dekoracje - wielkie jak garaże gipsowe pagóry, kamienne kolumny i (nie wiadomo po co) plastikowe zwierzęta naturalnych rozmiarów. Z jednej strony pojawiło się małe jeziorko. Przez podłogę areny przebiegły zygzaki rowów, na wypadek gdyby ktoś zechciał się zabawić w wojnę okopową. Percy i Jason stali ramię w ramię pośrodku areny, mając przed sobą dwóch gigantów. — To jest dopiero widowisko! - zagrzmiał głos Bachusa. Zasiadł w loży cesarskiej, wystrojony w purpurową szatę i zloty wieniec laurowy. Po jego lewej stronie siedzieli Nico i Piper, której ramię opatrywała nimfa w stroju pielęgniarki. Po prawej stronie kulił się satyr, podając Bachusowi czipsy i winogrona. Bóg wzniósł puszkę dietetycznej pepsi, a tłum ucichł z szacunkiem. Percy spojrzał na niego ze złością. — I co, masz zamiar tam siedzieć? -

Półbóg dobrze mówi! - ryknął Efialtes. - Walcz sam, tchórzu! No... bez

półbogów. Bachus uśmiechnął się leniwie. -

Junona twierdzi, że zgromadziła dzielną drużynę herosów. Pokażcie, co

potraficie. Zabawcie mnie. Dajcie mi powód, bym zrobił coś więcej. Bogowie mają swoje przywileje. Otworzył puszkę pepsi, a tłum ryknął aplauzem.

XLVIII PERCY Percy stoczył już wiele bojów. Walczył nawet na paru arenach, ale tym razem było zupełnie inaczej. W tym olbrzymim Koloseum, z tysiącami wrzeszczących entuzjastycznie duchów, z bogiem Bachusem patrzącym na niego z góry i z dwoma prawie czterometrowymi olbrzymami stojącymi nad nim, czuł się mały i niepozorny jak mucha. Czuł też wzbierającą wściekłość. Walka z gigantami to jedno. Kiedy Bachus zamienia ją w cyrkowe popisy, to zupełnie inna sprawa. Przypomniał sobie słowa Lukę'a Castellana, wypowiedziane lata temu, kiedy Percy powrócił ze swojej pierwszej misji: „Nie zdałeś sobie sprawy, jak bez sensu jest to wszystko? Całe to bohaterstwo -jesteśmy pionkami bogów". Był teraz niemal w tym samym wieku co wówczas Luke. Zrozumiał, dlaczego Luke stał się taki zgorzkniały. W ciągu ostatnich pięciu lat Percy zbyt często bywał pionkiem. Wyglądało na to, że mieszkańcy Olimpu po kolei wykorzystywali go do swoich planów. Może bogowie byli lepsi od tytanów albo gigantów czy Gai, ale to nie czyniło ich jeszcze dobrymi i mądrymi. Nie zachęcało Percyego do tej idiotycznej walki na arenie. Niestety, nie miał wyboru. Jeśli ma ocalić przyjaciół, musi pokonać tych gigantów. Musi przeżyć i odnaleźć Annabeth. Efialtes i Otis ułatwili mu tę decyzję. Zaatakowali. Unieśli gipsowy pagór, wielki jak jego mieszkanie w Nowym Jorku, i cisnęli nim w półbogów. Percy i Jason uskoczyli, dając nurka do najbliższego okopu. Pagór roztrzaskał się nad nimi, obsypując ich odłamkami gipsu. Nie było to groźne, ale okropnie piekło. Z trybun dały się słyszeć gwizdy i wołanie o krew. -

Walczyć! Walczyć!

-

Brać znów Otisa?! - zawołał Jason, przekrzykując wrzawę. -A może teraz ty go

chcesz? Percy starał się zebrać myśli. Podział wrogów był naturalną sprawą - trzeba pokonać gigantów w walce jeden na jednego - ale ostatnio niezbyt dobrze im to wychodziło. Zaświtało mu w głowie, że tym razem powinni obrać inną taktykę. Od początku wyprawy Percy czuł się odpowiedzialny za przyjaciół i był pewny, że

Jason czuje to samo. Działali w małych grupkach, sądząc, że tak będzie bezpieczniej. Walczyli pojedynczo, każdy półbóg robił to, co potrafił najlepiej. Ale Hera nie bez powodu stworzyła drużynę. Parę razy kiedy Percy działał wspólnie z Jasonem wzywając burzę w Forcie Sumter, pomagając „Argo II" pokonać Słupy Herkulesa, nawet napełniając nimfeum - czuł się pewniej, łatwiej mu było rozwiązywać problemy, jakby przez całe życie był cyklopem i nagle się obudził, mając dwoje oczu. -

Zaatakujemy razem - powiedział. - Najpierw Otisa, bo jest słabszy. Wykończymy

go i zajmiemy się Efialtesem. Uderzymy razem spiżem i złotem, może nie będą się tak szybko odradzać. Jason uśmiechnął się krzywo, jakby zrozumiał, że ma umrzeć w dość żałosny sposób. -

Dlaczego nie? - zgodził się. - Ale Efialtes nie będzie stał bezczynnie, czekając, aż

zabijemy jego brata. Chyba że... -

Mamy dziś dobry wiatr, a pod areną biegnie rurociąg.

Jason natychmiast zrozumiał, o co mu chodzi. Roześmiał się, a Percy poczuł przeskakującą między nimi iskrę przyjaźni. Facet o wielu sprawach myśli podobnie jak on. -

Na trzy? - zapytał Jason.

-

A po co czekać?

Wyskoczyli z okopu. Jak można było się spodziewać, bliźniacy unieśli drugi gipsowy pagór i czekali na nich, trzymając go nad głowami. Percy sprawił, że pod ich stopami pękła rura wodna, wstrząsając podłogą. Jason skierował gwałtowny podmuch wiatru prosto w pierś Efialtesa. Purpurowowłosy olbrzym runął do tyłu, a Otis puścił pagór, który spadł na jego brata. Wystawały spod niego tylko wężowe stopy, obracające szybko głowami, jakby się dziwiły, co się stało z resztą ciała. Tłum ryknął z zachwytu, ale Percy podejrzewał, że Efialtes jest tylko ogłuszony. W najlepszym razie zyskali kilka sekund. -

Hej, Otisie! - krzyknął. - Dziadek do orzechów gryzie!

-

Aghhhhh!

Otis chwycił oszczep i cisnął nim, ale był zbyt rozwścieczony, by dobrze wycelować. Jason odbił go mieczem nad głową Percy ego. Oszczep wpadł do jeziorka. Półbogowie wycofali się w stronę wody, wykrzykując obelgi na temat baletu, co nie

było zbyt łatwe, bo Percy nie bardzo się na nim znał. Otis potoczył się ku nim bez broni, zanim uświadomił sobie, że: a) nie ma broni, b) walka w wodzie z synem Posejdona to nie najlepszy pomysł. Zbyt późno usiłował się zatrzymać. Półbogowie uskoczyli przed nim w różne strony, a Jason wezwał wiatr, wykorzystując impet giganta, by wepchnąć go do wody. Kiedy Otis z trudem się podnosił, Percy i Jason zaatakowali go razem. Wskoczyli na niego i cięli mieczami w głowę. Biedny gigant nie zdążył już nawet zrobić piruetu. Rozpadł się w obłok pyłu i rozlał na powierzchni jeziorka jak wielka plama mleczno-owocowego napoju. Percy wzbudził w jeziorku wodny wir. Esencja Otisa próbowała się przyoblec w nowe ciało, ale kiedy jego głowa wynurzyła się z wody, Jason wezwał grom, którego uderzenie ponownie zamieniło olbrzyma w pył. Jak dotąd nowa taktyka skutkowała, ale nie mogli powstrzymywać Otisa bezustannie. Percy już był wyczerpany walką pod ziemią. Wnętrzności wciąż go bolały od ciosu oszczepem. Czuł, że siły go opuszczają, a przecież musieli jeszcze pokonać drugiego giganta. Jakby na zawołanie eksplodował za nimi gipsowy pagór. Efialtes powstał, rycząc z wściekłości. Percy i Jason stali ramię w ramię, gdy ruszył ku nim z oszczepem w dłoni. Najwidoczniej miażdżące uderzenie gipsowej góry tylko go rozjuszyło. W oczach tańczyły mu mordercze błyski. Popołudniowe słońce połyskiwało na monetach wplecionych w dredy. Rozzłościły się nawet jego wężowe stopy, obnażając kły i sycząc. Jason wezwał nowy grom, ale Efialtes odbił go oszczepem i stopił plastikową krowę naturalnej wielkości. Percy nadal wzburzał wodę w jeziorku, starając się utrzymać w nim Otisa, ale gdy Efialtes był już o parę metrów od nich, musiał się skupić na drugim przeciwniku. Obaj stawili czoło gigantowi. Miotali się wokół niego, dźgając i tnąc w rozbłyskach złota i spiżu, ale Efialtes odbijał każdy cios. - Nie ustąpię! — ryknął. - Udało wam się zniszczyć mój spektakl, ale Gaja zniszczy wasz świat! Percy zrobił wypad, przecinając oszczep giganta na pół. Efialtes nawet się nie

speszył. Zamachnął się nisko tępym końcem oszczepu i zwalił Percy'ego z nóg. Percy upadł na prawą rękę i wypuścił miecz z dłoni. Jason próbował wykorzystać tę sytuację. Podskoczył bliżej i dźgnął olbrzyma w pierś, ale ten zdołał w ostatniej chwili odparować cios. Smagnięty końcem oszczepu od gardła po brzuch, z rozdartą koszulką, Jason zachwiał się i spojrzał na cienką krwawą linię biegnącą po jego piersi w dół. Efialtes kopnął go, odrzucając na plecy. Z cesarskiej loży dał się słyszeć krzyk Piper, ale wnet utonął w ryku tłumu. Bachus uśmiechał się lekko, grzebiąc w torbie z czipsami. Efialtes stanął nad Percym i Jasonem; obie połówki jego oszczepu zawisły nad ich głowami. Percy'emu zdrętwiało całe ramię. Gladius Jasona smyrgnął przez arenę. Ich plan zawiódł. Percy spojrzał na Bachusa, zastanawiając się, jaką ostatnią obelgą obrzucić bezczynnego boga, kiedy zobaczył jakiś ciemny kształt nad Koloseum - opadający szybko wielki czarny owal. Wyłaniający się z jeziorka Otis chciał ostrzec brata, ale z jego jeszcze nie do końca uformowanej twarzy wydobył się tylko okrzyk: -

Uch-um-muuuu!

-

Nie martw się, bracie! - odkrzyknął Efialtes, nie spuszczając wzroku z półbogów.

- Zaraz trochę pocierpią! „Argo II" zwrócił się w powietrzu lewą burtą do areny i z bali-sty buchnął zielony ogień. -

Na twoim miejscu - powiedział Percy - spojrzałbym za siebie.

Obaj odtoczyli się błyskawicznie, gdy Efialtes odwrócił się i ryknął z niedowierzaniem. Percy wpadł do okopu w tym samym momencie, w którym wybuch wstrząsnął Koloseum. Kiedy z niego wylazł, „Argo II" już był gotów do lądowania. Jason wyglądał zza plastikowego konia. Efialtes leżał zwęglony, jęcząc cicho, a piasek wokół niego stopił się na szkło od żaru greckiego ognia. Otis miotał się w jeziorku, próbując się odrodzić, ale od ramion w dół wyglądał jak kałuża przypalonej owsianki. Percy powlókł się do Jasona i klepnął go po ramieniu. Widownia duchów nagrodziła

ich owacją na stojąco, podczas gdy „Argo II" osiadł na arenie. Leo stał przy sterze, Hazel i Frank szczerzyli zęby u jego boków. Trener Hedge tańczył wokół platformy z balistą z uniesioną pięścią i wrzeszczał: -

Właśnie o to mi chodziło!

Percy zwrócił się do loży cesarskiej. -

No i co?! - krzyknął do Bachusa. - Zabawiliśmy cię, ty mały, cuchnący winem...

-

Daruj sobie. - Nagle bóg znalazł się na arenie tuż obok niego. Strzepnął okruszki

czipsów ze swojej purpurowej szaty. - Uznałem was za godnych partnerów w tej walce. -

Partnerów? - warknął Jason. - Nie kiwnąłeś palcem!

Bachus podszedł na skraj jeziorka. Woda natychmiast wyschła, pozostawiając na dnie górę papki z głową Otisa na szczycie. Bóg zszedł na dno i ogarnął spojrzeniem widownię. Wzniósł swój tyrs. Tłum ryknął, rozległy się gwizdy, wszyscy wskazywali kciukami w dół. Percy nigdy nie wiedział, czy ten gest oznacza „życie", czy „śmierć". Różnie mówiono. Bachus wybrał bardziej widowiskową opcję. Zdzielił głowę Otisa swoją laską z szyszką, a wielka kupa otisowsianki rozpadła się kompletnie. Tłum oszalał. Bachus wyszedł z jeziorka i dostojnym krokiem podszedł do Efialtesa, który wciąż leżał rozciągnięty na szklistym piasku, przypalony i dymiący. Bachus ponownie wzniósł tyrs. -

ZRÓB TO! - ryknął tłum.

-

NIE RÓB TEGO! - jęknął Efialtes.

Bachus stuknął go laską w nos i gigant rozsypał się w popiół. Duchy wiwatowały i rzucały widmowe konfetti, gdy Bachus obchodził arenę z uniesionymi triumfalnie ramionami, napawając się oddawaną mu czcią. Uśmiechnął się do półbogów. -

To, moi przyjaciele, jest prawdziwe widowisko! I, oczywiście, coś jednak

zrobiłem. Zabiłem dwóch gigantów! Kiedy przyjaciele Percyego zeszli z pokładu, tłum duchów zamigotał i znikł. Piper i Nico opuścili lożę cesarską, gdy magiczna odnowa Koloseum zaczęła się zamieniać w mgłę. Podłoga areny przetrwała, ale po chwili cały rzymski cyrk wyglądał tak, jakby od tysiącleci nie oglądano na nim dobrej walki z gigantami.

-

No cóż - powiedział Bachus - było zabawnie. Macie moje pozwolenie na

kontynuowanie waszej podróży. -

Twoje pozwolenie} — warknął Percy.

-

Tak. - Bachus uniósł brew. - Chociaż twoja podróż może się okazać trochę

trudniejsza, niż się spodziewasz, synu Neptuna. -

Posejdona - poprawił go automatycznie Percy. - Co masz na myśli, mówiąc o

mojej podróży? -

Możecie spróbować na parkingu za Pałacem Emanuela - rzekł bóg. - To najlepsze

miejsce, by przebić się do środka. A teraz żegnajcie, moi przyjaciele. I... och, życzę powodzenia w tej innej drobnej sprawie. Bachus zamienił się w obłok mgły, lekko pachnący sokiem z winogron. Jason pobiegł, by spotkać się z Piper i Nikiem. Trener Hedge przykłusował do Percyego, a Hazel, Frank i Leo za nim. -

To był Dionizos? - zapytał Hedge. - Uwielbiam tego faceta!

-

Żyjecie! - zawołał Percy. - Giganci powiedzieli, że trafiliście do niewoli. Co się

stało? Leo wzruszył ramionami. -

Och, to tylko jeszcze jeden wspaniały pomysł Leona Valdeza. Nie uwierzysz, co

można zdziałać, mając kulę Archimedesa, dziewczynę, która wywęszy wszystko w podziemiach, i łasiczkę. -

To ja byłem łasiczką — burknął Frank.

-

Przede wszystkim - mówił Leo - uruchomiłem hydrauliczną turbinę tym

ustrojstwem Archimedesa, które, nawiasem mówiąc, będzie niesamowite, kiedy je zainstaluję na okręcie. Hazel wyniuchała najprostszą drogę, żeby przebić się na powierzchnię. Wydrążyliśmy tunel na tyle szeroki, by przecisnęła się przez niego łasiczka, a Frank wylazł na górę z prostym nadajnikiem, który złożyłem na poczekaniu. A potem wystarczyło tylko włamać się do ulubionych kanałów satelitarnych Hedgea i powiedzieć mu, żeby przytargał okręt i nas uwolnił. Gdy to zrobił, to was było już łatwo odnaleźć dzięki tej łunie boskiego światła nad Koloseum. Percy zrozumiał tylko dziesięć procent z opowieści Leona, ale uznał, że to mu wystarczy, bo dręczył go inny problem.

-

Gdzie jest Annabeth?

Leo skrzywił się. -

No tak, ona... chyba wciąż jest w tarapatach. Może jest ranna, może ma złamaną

nogę... w każdym razie coś takiego pokazała nam Gaja. Ocalenie jej to nasz następny przystanek. Dwie sekundy wcześniej Percy był bliski omdlenia. Teraz nowy strumień adrenaliny przebiegł mu przez żyły. Chciał dusić Leona i żądać odpowiedzi, dlaczego „Argo II" nie ruszył najpierw na pomoc Annabeth, ale pomyślał, że wyglądałoby to na niewdzięczność. -

Powiedz mi o tej wizji. Opowiedz mi wszystko.

Podłoga zadygotała. Deski zaczęły zanikać, piasek sypał się przez dziury do hypogeum pod spodem. -

Porozmawiamy na pokładzie — powiedziała Hazel. - Lepiej się stąd wynośmy,

póki możemy. Odlecieli z Koloseum i poszybowali na południe nad dachami Rzymu. Ruch uliczny wokół Piazza del Colosseo zamarł. Zgromadził się tam tłum śmiertelników, prawdopodobnie zaintrygowanych dziwnymi światłami i odgłosami dochodzącymi z ruin. Percy nie dostrzegł żadnych śladów świadczących o powodzeniu spektakularnych planów gigantów. Miasto wyglądało tak samo jak wcześniej. I najwyraźniej nikt nie zwracał uwagi na wielką grecką triremę wznoszącą się w niebo. Półbogowie zebrali się wokół sterowni. Jason bandażował zwichnięte ramię Piper, a Hazel siedziała na rufie, karmiąc Nica ambrozją. Syn Hadesa ledwo mógł unieść głowę. Miał tak słaby głos, że musiała się nachylić, by go usłyszeć. Frank i Leo opowiedzieli, co się stało w komnacie z kulami Archimedesa i o wizji, którą ukazała im Gaja w spiżowym zwierciadle. Wszyscy szybko uznali, że aby odnaleźć Annabeth, muszą posłużyć się zagadkową wskazówką Bachusa: Pałac Emanuela, choć nie mieli pojęcia, gdzie i co to jest. Frank pochylił się nad klawiaturą komputera pokładowego, a Leo pstrykał zawzięcie przełącznikami na panelu sterowania, mrucząc pod nosem: „Pałac Emanuela. Pałac Emanuela". Trener Hedge starał się pomóc, walcząc z rozłożonym do góry nogami planem Rzymu. Percy ukląkł przy Jasonie i Piper. -

Co z ramieniem?

Piper uśmiechnęła się. -

Wyleczy się. Obaj dzielnie się spisaliście.

Jason trącił Percy'ego łokciem. -

Niezła z nas drużynka, co?

-

Lepiej nam poszło niż wtedy na polu kukurydzianym w Kansas - zgodził się

Percy. -

Jest! — krzyknął Leo, wskazując na monitor. - Frank, jesteś niesamowity! Już

ustalam kurs. Frank zwiesił ramiona. -

Ja tylko odczytałem nazwę na ekranie. Jakiś chiński turysta zaznaczył ją na planie

w Googlach. Leo wyszczerzył zęby. -

On czyta po chińsku.

-

Troszkę - przyznał Frank.

-

To musi być ekstra, nie?

-

Chłopcy - przerwała im Hazel - nie chcę wam psuć sesji wzajemnej adoracji, ale

powinniście tego posłuchać. Pomogła Nicowi wstać. Zawsze był blady, ale teraz jego skóra miała barwę mleka w proszku. Jego ciemne, zapadnięte oczy przypominały Percy'emu zdjęcia uwolnionych jeńców wojennych - właściwie Nico się do nich zaliczał. -

Dzięki - wychrypiał, obrzucając ich wystraszonym spojrzeniem. -Już straciłem

nadzieję. Jeszcze tydzień temu Percy'emu chodziły po głowie najróżniejsze zjadliwe uwagi, którymi zamierzał obrzucić Nica, kiedy znów się spotkają. Teraz syn Hadesa wyglądał tak żałośnie, że Percy nie był w stanie wzbudzić w sobie dawnej złości. -

Od dawna wiedziałeś o dwóch obozach - powiedział. - Powinieneś być ze mną

szczery pierwszego dnia, kiedy przybyłem do Obozu Jupiter, a nie byłeś. Nico oparł się ciężko o sterownię. -

Percy, wybacz mi. Odkryłem Obóz Jupiter w zeszłym roku. Zaprowadził mnie

tam mój ojciec, chociaż wtedy nie wiedziałem dlaczego. Mówił, że bogowie przed wiekami rozdzielili oba obozy i że nie mogę tego zdradzić nikomu. Jeszcze nie czas. Ale

dodał, że ja koniecznie muszę to wiedzieć... - Urwał, zginając się wpół w ataku kaszlu. Hazel podtrzymała go za ramiona, dopóki znowu się nie wyprostował. - Ja... ja myślałem, że ojcu chodzi o Hazel - ciągnął Nico. -Żebym znalazł jej jakieś bezpieczne miejsce. Ale teraz... myślę, że powiedział mi o dwóch obozach, żebym zrozumiał, jak ważna jest wasza misja, żebym odszukał Wrota Śmierci. Powietrze przesyciło się elektrycznością - dosłownie, bo z Jasona zaczęły się sypać iskry. - 1 odnalazłeś te wrota? - zapytał Percy. Nico kiwnął głową. -

Byłem głupi. Myślałem, że mogę sobie wędrować po Podziemiu, gdzie zechcę,

ale wpadłem prosto w zastawioną przez Gaję pułapkę bez wyjścia. Równie dobrze mógłbym próbować wydostać się z czarnej dziury. -

Yyy... - Frank przygryzł wargi. - O jakiej czarnej dziurze mówisz?

Nico zaczął wyjaśniać, ale urwał, jakby to, co chciał powiedzieć, było zbyt przerażające. Zwrócił się do Hazel. Położyła' mu rękę na ramieniu. -

Nico powiedział mi, że Wrota Śmierci mają dwie strony, jedną w świecie

śmiertelników, drugą w Podziemiu. Ta śmiertelna strona jest w Grecji. Jest pilnie strzeżona przez sługi Gai. Właśnie tamtędy przenieśli Nica z powrotem do górnego świata, a potem przetransportowali do Rzymu. Piper musiała się zdenerwować, bo jej kornukopia wypluła cheeseburgera. -

Gdzie dokładnie są te wrota w Grecji?

Nico westchnął głośno. -

W Domu Hadesa. To podziemna świątynia w Epirze. Mogę pokazać to miejsce na

mapie, ale... ale ta śmiertelna strona portalu to nie problem. W Podziemiu Wrota Śmierci są w... w... Zimny dreszcz przebiegł Percy'emu po plecach. Czarna dziura. Niedostępna część Podziemia, do której nawet Nico di Angelo nie miał wstępu. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? Przecież był na samym skraju tego miejsca. Wciąż widywał je w koszmarnych snach. -

W Tartarze - powiedział. - W najgłębszej części Podziemia.

Nico pokiwał głową. -

Percy, wciągnęli mnie do tej dziury. To, co tam zobaczyłem...

Hazel zacisnęła usta. -

Żaden ze śmiertelników jeszcze nigdy nie był w-Tartarze -wyjaśniła. - A w

każdym razie nikt nigdy nie wyszedł stamtąd żywy. To najpilniej strzeżone więzienie Hadesa, w którym trzyma tytanów i innych nieprzyjaciół bogów. Właśnie tam trafiają wszystkie potwory, kiedy umrą tu, na ziemi. To... no... nikt nie wie, jak tam właściwie jest. Spojrzała na brata. Nie musiała kończyć myśli: Nikt oprócz Nica. Hazel wręczyła mu jego czarny miecz. Nico wsparł się na nim jak na lasce. -

Teraz rozumiem, dlaczego Hades nie mógł zamknąć tych wrót. Nawet bogowie

nie wchodzą do Tartaru. Nawet bóg śmierci, sam Tanatos, nie zbliża się do tego miejsca. Leo spojrzał na nich zza koła sterowego. -

No więc niech zgadnę. Musimy tam wejść.

Nico potrząsnął głową. -

To niemożliwe. Jestem synem Hadesa, a ledwo ocalałem. Sługi Gai natychmiast

mnie pochwyciły. Są tam tak potężni... że żaden półbóg nie ma z nimi szans. Ja prawie oszalałem. Jego oczy wyglądały jak potrzaskane szklane soczewki. Percy zastanawiał się, czy coś w nim nie zostało potrzaskane na zawsze. -

Więc pożeglujmy do Epiru - powiedział Percy. - Zamknijmy wrota z tej strony.

-

Chciałbym, żeby to było takie łatwe - odrzekł Nico. - Wrota muszą być

kontrolowane z obu stron, żeby je zamknąć. To coś w rodzaju podwójnego zamka. Może... tylko może... was siedmioro razem mogłoby pokonać siły Gai po śmiertelnej stronie, w Domu Hadesa, ale póki nie będziecie mieć jakiejś drużyny walczącej jednocześnie po stronie Tartaru, drużyny na tyle silnej, by pokonać legion potworów na ich terytorium... -

Musi być jakiś sposób - powiedział Jason.

Nikt się nie zgłosił z żadnym wspaniałym pomysłem. Percy pomyślał, że opada mu żołądek. Potem uświadomił sobie, że to cały okręt

opada ku wielkiej budowli podobnej do pałacu. Annabeth. To, co powiedział Nico, było tak straszne, że Percy na chwilę zapomniał, że jego dziewczyna wciąż jest w niebezpieczeństwie. Poczuł okropne wyrzuty sumienia. -

Później będziemy się zastanawiać, jak ten problem rozwiązać - powiedział. - Czy

to jest Pałac Emanuela? Leo kiwnął głową. -

Bachus mówił coś o parkingu? No, to jest parking. Co teraz?

Percy przypomniał sobie swój sen o ciemnej komorze, jadowity głos potwora nazywanego Jej Wielkopańskością. Przypomniał sobie, jaka Annabeth była wstrząśnięta, kiedy wróciła z Fortu Sumter po spotkaniu z pająkami. Zaczął podejrzewać, co może być pod tą świątynią... Matka wszystkich pająków. Jeśli miał rację i Annabeth jest tam uwięziona, sam na sam z tym potworem, ze złamaną nogą, od wielu godzin... Już przestało się liczyć, czy miała to być jej samotna misja, czy nie. -

Musimy ją stamtąd wyciągnąć - powiedział.

-

No tak - zgodził się Leo. — Ale...

Wyglądał, jakby chciał powiedzieć: „Ale jeśli przybywamy za późno?" Mądrze zrobił, zmieniając temat. -

Parking pod nami.

Percy spojrzał na trenera Hedge'a. -

Bachus mówił coś o przebiciu się do środka. Trenerze, masz jeszcze amunicję do

tych balist? Satyr wyszczerzył zęby jak dziki kozioł. -

Już myślałem, że o to nie zapytasz.

XLIX ANNABETH Annabeth przekroczyła granicę przerażenia. Została zaatakowana przez szowinistyczne duchy. Złamała nogę w kostce. Uciekała nad przepaścią przed armią pająków. Teraz, zwijając się z bólu, z nogą unieruchomioną dwiema deseczkami i owiniętą bąbelkową folią, ze sztyletem jako jedyną bronią, stała przed Arachne - potworną pajęczycą, która chciała ją zabić i utrwalić to wydarzenie na pamiątkowym gobelinie. W ciągu paru ostatnich godzin Annabeth dygotała, pociła się, łkała, pojękiwała i przełknęła tyle łez, że jej ciało po prostu przestało się już bać, a umysł złożył mniej więcej takie oświadczenie: „No dobra, wybacz. Już bardziej nie mogę być przerażony". Więc zaczęła myśleć. Arachne schodziła ze szczytu pokrytego pajęczyną posągu. Lazła powoli od jednej nitki do drugiej, posykując radośnie, a jej czworo oczu połyskiwało w ciemności. Albo się nie spieszyła, albo była powolna z natury. Annabeth miała nadzieję, że pajęczyca jest powolna z natury. Oczywiście nie miało to większego znaczenia. Nie była w stanie uciec, nie miała też szans w walce z tym potworem. Arachne ważyła pewnie ponad sto kilogramów. Jej kolczaste nogi były stworzone do chwytania i zabijania ofiar. Prócz tego prawdopodobnie dysponowała jakąś inną straszliwą bronią - paraliżującym jadem albo błyskawicznie miotaną pajęczyną, jak jakiś starożytny grecki Spider-Man. Nie. Walka nie wchodziła w rachubę. Trzeba ruszyć głową, coś wymyślić. Jakiś podstęp. W dawnych mitach Arachne wpadła w tarapaty z powodu swojej pychy. Przechwalała się, że jej tkaniny są lepsze od tkanin Ateny, co doprowadziło do pierwszego na Olimpie reality show pod hasłem: Jak one tkają. Arachne przegrała w wielkim stylu. Annabeth wiedziała co nieco o pysze. To był i jej słaby punkt. Często musiała sobie przypominać, że nie wszystko może zrobić sama. Nie zawsze była najlepszą osobą do wykonania każdego zadania. Czasami miała klapki na oczach i zapominała o potrzebach innych ludzi, nawet Percy ego. I łatwo się zagalopowywała, mówiąc o swoich ulubionych

projektach. Ale czy mogłaby wykorzystać tę słabość w walce z pająkiem? Może zyskałaby trochę na czasie... tylko co by jej to dało? Przyjaciele i tak by się tu nie dostali, nawet gdyby wiedzieli, gdzie jest. Odsiecz się nie pojawi. Ale i tak zyskiwanie czasu jest lepsze od rychłej śmierci. Starała się zachować spokojną minę, co nie jest takie łatwe, kiedy się ma złamaną kostkę. Pokuśtykała do najbliższego gobelinu - panoramy starożytnego Rzymu. -

Cudowne - powiedziała. - Opowiedz mi o tej tkaninie.

Wargi Arachne zaokrągliły się wokół potężnych szczęk. -

A po co ci to? Zaraz umrzesz.

-

No niby tak, ale sposób, w jaki uchwyciłaś światło, jest zdumiewający. Użyłaś

prawdziwej złotej przędzy, tkając te promienie słońca? Oczywiście nie miało to większego znaczenia. Nie była w stanie uciec, nie miała też szans w walce z tym potworem. Arachne ważyła pewnie ponad sto kilogramów. Jej kolczaste nogi były stworzone do chwytania i zabijania ofiar. Prócz tego prawdopodobnie dysponowała jakąś inną straszliwą bronią - paraliżującym jadem albo błyskawicznie miotaną pajęczyną, jak jakiś starożytny grecki Spider-Man. Nie. Walka nie wchodziła w rachubę. Trzeba ruszyć głową, coś wymyślić. Jakiś podstęp. W dawnych mitach Arachne wpadła w tarapaty z powodu swojej pychy. Przechwalała się, że jej tkaniny są lepsze od tkanin Ateny, co doprowadziło do pierwszego na Olimpie reality show pod hasłem: Jak one tkają. Arachne przegrała w wielkim stylu. Annabeth wiedziała co nieco o pysze. To był i jej słaby punkt. Często musiała sobie przypominać, że nie wszystko może zrobić sama. Nie zawsze była najlepszą osobą do wykonania każdego zadania. Czasami miała klapki na oczach i zapominała o potrzebach innych ludzi, nawet Percy'ego. I łatwo się zagalopowywała, mówiąc o swoich ulubionych projektach. Ale czy mogłaby wykorzystać tę słabość w walce z pająkiem? Może zyskałaby trochę na czasie... tylko co by jej to dało? Przyjaciele i tak by się tu nie dostali, nawet gdyby wiedzieli, gdzie jest. Odsiecz się nie pojawi. Ale i tak zyskiwanie czasu jest lepsze od

rychłej śmierci. Starała się zachować spokojną minę, co nie jest takie łatwe, kiedy się ma złamaną kostkę. Pokuśtykała do najbliższego gobelinu - panoramy starożytnego Rzymu. -

Cudowne - powiedziała. — Opowiedz mi o tej tkaninie.

Wargi Arachne zaokrągliły się wokół potężnych szczęk. -

A po co ci to? Zaraz umrzesz.

-

No niby tak, ale sposób, w jaki uchwyciłaś światło, jest zdumiewający. Użyłaś

prawdziwej złotej przędzy, tkając te promienie słońca? Tkanina była naprawdę olśniewająca. Annabeth nie musiała udawać, że jest pod wrażeniem. Arachne pozwoliła sobie na pełen samozadowolenia uśmiech. -

Nie, dziecinko. Nie złotej. Zmieszałam kolory, wykorzystując kontrast między

jaskrawą żółcią a ciemniejszymi barwami. To daje efekt trójwymiarowości. -

Cudowne.

Umysł Annabeth jednocześnie pracował na dwóch poziomach: nad podtrzymywaniem rozmowy i gorączkowym poszukiwaniem możliwości ocalenia. Nic nie przychodziło jej do głowy. Arachne została pokonana tylko raz - przez samą Atenę. Wymagało to jednak boskiej magii i nieprawdopodobnego talentu do tkactwa. -

Więc... widziałaś tę scenę na własne oczy?

Arachne zasyczała, a z jej ust wytoczyła się niezbyt przyjemna piana. -

Próbujesz opóźnić swoją śmierć. Nic z tego.

-

Nie, nie. Tak tylko sobie myślę... to wielka szkoda, że tych tkanin nie-mogą

zobaczyć wszyscy. Powinny wisieć w jakimś muzeum albo... -

Albo co?

Zupełnie zwariowany, ale w pełni uformowany pomysł wyskoczył z mózgu Annabeth jak jej matka z głowy Zeusa. -

Nic. - Westchnęła z żalem. - To tylko taka głupia myśl. Szkoda.

Arachne spełzła w dół po posągu i usadowiła się na szczycie tarczy bogini. Nawet z tej odległości Annabeth czuła jej odór, jakby cały sklep garmażeryjny pełen pasztecików pozostawiono zamknięty na miesiąc. -

No co? - nalegała pajęczyca. - Co to za głupia myśl?

Annabeth z trudem zmusiła się do pozostania na miejscu. Co tam złamana noga, w tej chwili każdy jej nerw pulsował strachem i nakazywał ucieczkę przed tym olbrzymim wiszącym nad nią pająkiem. -

Och... chodzi tylko o to, że poproszono mnie, żebym zmieniła wystrój Olimpu.

No wiesz, po wojnie tytanów. Ukończyłam większość prac, ale potrzeba jeszcze sporo dobrych dzieł do ozdoby poszczególnych pomieszczeń. Na przykład sala tronowa... Pomyślałam, że twoje prace idealnie by tam pasowały. Olimpijczycy przekonaliby się wreszcie, jaka jesteś utalentowana. Ale to tylko taka głupia myśl... Włochaty odwłok Arachne zadrgał. Jej czworo oczu rozbłysło, jakby za każdym czaiła się inna myśl, a pajęczyca próbowała je spleść w jedną spójną sieć. -

Zmieniasz wystrój Olimpu - powiedziała powoli. - Moje prace... w sali tronowej.

-

No, również w innych miejscach. W głównym pawilonie mogłoby zawisnąć kilka

z nich. O, ta, z greckim krajobrazem... dziewięć muz byłoby nią zachwyconych. I jestem pewna, że inni bogowie też biliby się o twoje prace. Każdy chciałby mieć twoje gobeliny w swoim pałacu. Pewnie prócz Ateny żaden z bogów jeszcze nie widział twoich dzieł? Arachne kłapnęła szczękami. -

Żaden. Moje gobeliny ukazują bogów w raczej niepochlebny sposób. Twojej

matce to się nie podobało. -

To chyba przejaw hipokryzji - powiedziała Annabeth - bo przecież bogowie

wciąż się z siebie nawzajem naśmiewają. Myślę, że sztuczka polegałaby na tym, żeby napuścić jednego boga na drugiego. Aresowi, na przykład, bardzo by się spodobał gobelin wyśmiewający moją matkę. Zawsze żywił do niej urazę. Arachne przechyliła się pod nienaturalnym kątem. -

Działałabyś przeciw własnej matce?

-Ja tylko mówię, jaki jest Ares. A Zeus byłby zachwycony czymś, co ośmiesza Posejdona. Och, jestem pewna, że gdyby Olimpijczycy zobaczyli twoje prace, zdaliby sobie sprawę, jaka jesteś niesamowita, a ja musiałabym pośredniczyć w ostrej licytacji. A jeśli chodzi o działanie przeciw matce, to czemu nie? Wysłała mnie tu na pewną śmierć, prawda? Kiedy się po raz ostatni spotkałyśmy w Nowym Jorku, po prostu się mnie wyrzekła. Opowiedziała Arachne o tym spotkaniu. Podzieliła się z nią swoją goryczą i

smutkiem, co musiało zabrzmieć bardzo szczerze. Pajęczyca wysłuchała tego uważnie. -

Atena już ma taką naturę - zasyczała. - Odrzuciła własną córkę. Nigdy by nie

pozwoliła, by moje tkaniny zawisły w pałacach bogów. Zawsze była o mnie zazdrosna. -

Ale wyobraź sobie, że w końcu możesz się na niej zemścić.

-

Zabić ciebie!

-

Może. - Annabeth podrapała się po głowie. - Albo... pozwolić mi być swoim

agentem. Mogłabym zanieść twoje dzieła na Olimp. Mogłabym zorganizować pokaz tych gobelinów dla innych bogów. Kiedy moja matka by się o tym dowiedziała, byłoby już za późno. Olimpijczycy w końcu przekonaliby się na własne oczy, że twoje prace są lepsze. -

A więc przyznajesz to?! - krzyknęła Arachne. - Córka Ateny przyznaje, że jestem

lepsza! Och, jak miło to słyszeć. -

1 wynikłoby z tego dużo dobra. Jeśli teraz umrę, będziesz nadal żyła tutaj w

ciemności. Gaja zniszczy bogów i już nigdy nie przekonają się, że jesteś lepszą tkaczką. Pajęczyca zasyczała. Annabeth bała się, że nagle pojawi się jej matka i przeklnie ją, zsyłając jakieś okropne schorzenie. Każde dziecko Ateny miało wbijane do głowy od najmłodszych lat: mama jest najlepsza we wszystkim i nie wolno nigdy, przenigdy, sugerować, że jest inaczej. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Może Atena rozumiała, że Annabeth mówi to wszystko tylko po to, by ocalić życie. A może była w tak podłym stanie, rozdarta między swoimi dwiema osobowościami, grecką i rzymską, że w ogóle jej to nie obchodziło. -

To nic nie da - burknęła Arachne. - Nie mogę na to pozwolić.

-

No cóż...

Annabeth poruszyła się, przenosząc ciężar ciała na zdrową nogę. Gdy nagle w posadzce pojawiła się nowa szczelina, cofnęła się niezdarnie. -

Uważaj! - warknęła Arachne. - W ciągu tylu wieków fundamenty tej świątyni

całkowicie zmurszały! Serce Annabeth na chwilę przestało bić. -

Zmurszały?

-

Nie masz pojęcia, ile nienawiści kipi pod nami. Mściwe myśli tylu potworów,

które próbowały dotrzeć do Ateny Partenos i zniszczyć posąg. Tylko moje pajęczyny

podtrzymują jeszcze tę salę, dziewczyno! Jeden fałszywy ruch i spadniesz do samego Tartaru, a wierz mi, to nie Wrota Śmierci, to by była podróż w jedną stronę i bardzo twarde lądowanie. Nie pozwolę ci umrzeć, zanim nie opowiesz mi o swoim planie. Annabeth miała w ustach smak rdzy. „Spadniesz do samego Tartaru"? Próbowała się skupić, ale nie było to łatwe, gdy wciąż słyszała trzaski pękającej posadzki i rumor spadającego w otchłań gruzu. -

Słusznie, plan. E... jak już powiedziałam, bardzo bym chciała zabrać twoje

gobeliny na Olimp i wszędzie je pozawieszać. Mogłabyś utrzeć Atenie nosa swoim mistrzowskim rzemiosłem. Na całą wieczność. Ale mogłabym to zrobić tylko w taki sposób, że... Nie. To za trudne. Równie dobrze mogłabyś od razu mnie zabić. -

Nie! - krzyknęła Arachne. — To nie do przyjęcia. Rozważanie tego nie sprawia

mi już żadnej przyjemności. Moje prace muszą zawisnąć na Olimpie! Co mam zrobić? Annabeth potrząsnęła głową. -

Wybacz mi, nie powinnam była tego mówić. Po prostu mnie zabij albo zepchnij

do Tartaru. -

Odmawiam!

-

Nie bądź śmieszna. Zabij mnie.

-

Nie rozkazuj mi! Powiedz mi, co mam zrobić! Albo... albo...

-

No cóż...

Annabeth poruszyła się, przenosząc ciężar ciała na zdrową nogę. Gdy nagle w posadzce pojawiła się nowa szczelina, cofnęła się niezdarnie. -

Uważaj! - warknęła Arachne. - W ciągu tylu wieków fundamenty tej świątyni

całkowicie zmurszały! Serce Annabeth na chwilę przestało bić. -

Zmurszały?

-

Nie masz pojęcia, ile nienawiści kipi pod nami. Mściwe myśli tylu potworów,

które próbowały dotrzeć do Ateny Partenos i zniszczyć posąg. Tylko moje pajęczyny podtrzymują jeszcze tę salę, dziewczyno! Jeden fałszywy ruch i spadniesz do samego Tar-taru, a wierz mi, to nie Wrota Śmierci, to by była podróż w jedną stronę i bardzo twarde lądowanie. Nie pozwolę ci umrzeć, zanim nie opowiesz mi o swoim planie. Annabeth miała w ustach smak rdzy. „Spadniesz do samego Tar-taru"? Próbowała się

skupić, ale nie było to łatwe, gdy wciąż słyszała trzaski pękającej posadzki i rumor spadającego w otchłań gruzu. -

Słusznie, plan. E... jak już powiedziałam, bardzo bym chciała zabrać twoje

gobeliny na Olimp i wszędzie je pozawieszać. Mogłabyś utrzeć Atenie nosa swoim mistrzowskim rzemiosłem. Na całą wieczność. Ale mogłabym to zrobić tylko w taki sposób, że... Nie. To za trudne. Równie dobrze mogłabyś od razu mnie zabić. -

Nie! - krzyknęła Arachne. - To nie do przyjęcia. Rozważanie tego nie sprawia mi

już żadnej przyjemności. Moje prace muszą zawisnąć na Olimpie! Co mam zrobić? Annabeth potrząsnęła głową. -

Wybacz mi, nie powinnam była tego mówić. Po prostu mnie zabij albo zepchnij

do Tartaru. -

Odmawiam!

-

Nie bądź śmieszna. Zabij mnie.

-

Nie rozkazuj mi! Powiedz mi, co mam zrobić! Albo... albo...

-

Albo mnie zabijesz?

-

Tak! Nie! - Pajęczyca przycisnęła przednie nogi do głowy. -Muszę pokazać moje

dzieła na Olimpie. Annabeth starała się ukryć podniecenie. Jej plan mógłby się powieść... ale wciąż musiała przekonać Arachne, by zrobiła coś niemożliwego. Przypomniała sobie pewną dobrą radę, której jej udzielił Frank Zhang: „Nie komplikuj". -

Może mogłabym coś utkać - powiedziała.

-

Ja jestem w tym najlepsza! Jestem pająkiem!

-

No tak, ale żeby pokazać twoje prace na Olimpie, trzeba będzie przejść przez

rutynowe eliminacje. Musiałabym przedstawić sam pomysł, opracować konkretne propozycje, pokazać twoje portfolio. Hmm... masz jakieś swoje zdjęcia? -

Zdjęcia?

-

Błyszczące, czarno-białe... Ach, to nieistotne. Eliminacje są najważniejsze. Te

gobeliny są wspaniałe, ale bogowie muszą zobaczyć coś naprawdę wyjątkowego, coś, co ukaże twój talent z najlepszej strony. Arachne warknęła. -

Sugerujesz, że to nie są moje najlepsze prace? Chcesz ze mną konkurować?

-

Och, nie! - Annabeth roześmiała się. - Ja z tobą? Skądże! Jesteś o wiele za dobra.

Chodzi raczej o to, żebyś współzawodniczyła z samą sobą, żebyś udowodniła, że naprawdę masz to, czego potrzeba, aby pokazać twoje prace na Olimpie. -

No pewnie, że mam!

-

Ja też tak uważam. Ale te eliminacje... no wiesz, to niezbędna formalność.

Obawiam się, że będzie bardzo trudno. Jesteś pewna, że nie wolisz mnie po prostu zabić? -

Przestań o tym mówić! - zaskrzeczała Arachne. - Co mam zrobić?

-

Pokażę ci.

Annabeth zdjęła plecak. Wyjęła laptop Dedala i otworzyła go. W mroku zalśniło logo - znak delty. -

Co to jest? — zapytała Arachne. - Jakieś krosno?

-

Można tak powiedzieć. Tka się na nim pomysły. Pokazuje wzór dzieła, które

masz stworzyć. Palce jej drżały, gdy przebiegała nimi po klawiaturze. Arachne zniżyła się, żeby widzieć ekran nad jej ramionami. Annabeth nie mogła się pozbyć myśli, że te ostre jak igły zęby mogą w każdej chwili z łatwością wbić się w jej kark. Otworzyła program trójwymiarowej wizualizacji. Był tam wciąż jej ostatni wzór klucz do jej planu, zainspirowany przez najmniej spodziewaną muzę: Franka Zhanga. Wykonała parę szybkich obliczeń. Powiększyła model, a potem pokazała Arachne, co trzeba zrobić - nici spleść w pasma, a z nich utkać długi cylinder. Twarz pajęczycy rozjaśniła złota poświata z ekranu. -

Mam to utkać? Przecież to łatwizna! Coś tak małego i prostego!

-

Rzeczywiste rozmiary będą o wiele większe - ostrzegła ją Annabeth. - Widzisz te

podziałki? To musi być na tyle duże, żeby zrobić odpowiednie wrażenie na bogach. Może się wydawać proste, ale ta struktura ma niewiarygodne właściwości. Twoja pajęczyna będzie idealnym tworzywem, jest taka miękka i elastyczna, a jednocześnie mocna jak stal. -

Rozumiem... - Arachne zmarszczyła czoło. - Ale to przecież nie jest gobelin.

-

Właśnie dlatego będzie takim wyzwaniem. To coś, do czego nie przywykłaś.

Czegoś takiego... takiej rzeźby abstrakcyjnej... oczekują bogowie. Stałaby przy wejściu do sali tronowej, żeby mógł ją zobaczyć każdy, kto do niej wchodzi. Zdobyłabyś wieczną

sławę! W gardle Arachne narodził się cichy, buczący warkot. Annabeth przeraziła się, że pajęczyca jednak odrzuci jej propozycję. Oblała się zimnym potem. -

To by wymagało bardzo dużej ilości pajęczyny - powiedziała Arachne. - Więcej,

niż zdołałabym wysnuć przez rok. Annabeth miała taką nadzieję. Właśnie tak skalkulowała masę i rozmiary. -

Możesz wykorzystać pajęczynę z posągu.

Arachne skrzywiła się, ale Annabeth lekceważąco machnęła ręką w stronę Ateny Partenos. -

Co jest ważniejsze: oplatanie pajęczyną tego starego posągu czy udowodnienie,

że jesteś najlepszą tkaczką? Oczywiście musiałabyś być bardzo ostrożna i pozostawić dość pajęczyny, by nie dopuścić do zawalenia się sali. Ale skoro uważasz, że to jest zbyt trudne... -

Tego nie powiedziałam!

-

W porządku. Chodzi tylko o to... Atena powiedziała, że utkanie czegoś takiego

jest po prostu niemożliwe, że żadna tkaczka, nawet ona sama, nie potrafiłaby tego zrobić. Więc jeśli uważasz, że... -

Atena tak powiedziała?

-

No tak.

-

To śmieszne! Ja potrafię to zrobić!

-

Wspaniale! Ale musisz zacząć zaraz, zanim Olimpijczycy wybiorą jakiegoś

innego artystę do stworzenia tej instalacji. Arachne warknęła. -

Jeśli to jakiś podstęp, dziewczyno...

-

Przecież jestem twoją zakładniczką - przypomniała jej Annabeth. - Nie mogę stąd

wyjść. I myślę, że kiedy skończysz tę rzeźbę, przyznasz, że to najwspanialsze dzieło, jakie kiedykolwiek stworzyłaś. Jeśli nie, możesz mnie zabić. Arachne zawahała się. Jej kolczaste nogi były tak blisko, że mogłaby nimi przebić Annabeth jednym szybkim ruchem. sobie!

Dobrze - powiedziała w końcu. - Jeszcze jedno, ostatnie wyzwanie. Ja przeciw

Wspięła się po swojej pajęczynie oplatającej Atenę Partenos i zaczęła ją pruć. Annabeth straciła poczucie czasu. Czuła, że zjedzona wcześniej ambrozja zaczyna uzdrawiać jej nogę, ale ból nie mijał, promieniując przez kręgosłup aż do karku. Po ścianach pomykały małe pająki, jakby czekały na rozkazy swojej pani. Tysiące ich mrowiły się za gobelinami, sprawiając, że utkane na nich sceny poruszały się jak na wietrze. Usiadła na kruszącej się posadzce, starając się oszczędzać siły. Kiedy Arachne nie patrzyła, próbowała złapać zasięg na laptopie Dedala, by skontaktować się z przyjaciółmi, ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Mogła tylko ze zdumieniem i przerażeniem obserwować Arachne, której osiem nóg poruszało się z hipnotyzującą prędkością, powoli prując pajęczynę oplatającą posąg. W swojej złotej szacie, ze świetlistą twarzą z kości słoniowej, Atena Partenos wyglądała jeszcze bardziej przerażająco niż Arachne. Spoglądała groźnie w dół, jakby chciała powiedzieć: „Przynieście mi jakieś smaczne przekąski, bo jeśli nie..." Annabeth wyobraziła sobie, że jest starożytną Greczynką, która wchodzi do Partenonu i widzi tę potężną boginię, z jej tarczą, włócznią, pytonem, trzymającą w dłoni Nike, uskrzydloną boginię zwycięstwa. Na ten widok każdy śmiertelnik zadrżałby ze strachu pod swoim chitonem. Co więcej, posąg promieniował mocą. Wraz ze stopniowym odsłanianiem bogini ogrzewało się powietrze. Jej skóra zajaśniała życiem. W całej sali mniejsze pająki wyraźnie się zaniepokoiły i zaczęły się chować po kątach. Annabeth podejrzewała, że sieć Arachne w jakiś sposób stłumiła magiczną moc posągu. Teraz gdy się z niej uwalniała, Atena Partenos wypełniła komnatę magiczną energią. Przez całe stulecia śmiertelnicy wznosili do niej modły i spalali przed nią ofiary. Ta podziemna komnata była przesycona mocą bogini. Arachne jakby tego nie zauważała. Wciąż mruczała do siebie, mierząc metry jedwabnej nici i rachując liczbę splotów niezbędnych do utkania wielkiego cylindra. Przy każdym jej zawahaniu Annabeth wykrzykiwała do niej słowa zachęty i przypominała, jak wspaniale będą wyglądać jej tkaniny na Olimpie. Posąg tak się rozgrzał i rozjaśnił, że Annabeth mogła dostrzec więcej szczegółów tej

świątyni - rzymską kamieniarkę, prawdopodobnie kiedyś połyskującą bielą, poczerniałe kości dawnych ofiar Arachne uwięzione w splotach pajęczyny, grube sznury jedwabistej sieci łączące podłogę z sufitem. Spostrzegła, jak kruche są płytki posadzki pod jej stopami. Pokrywała je gruba warstwa pajęczyny, jak siatka utrzymująca razem potrzaskane zwierciadło. Za każdym razem gdy Atena Partenos poruszyła się lekko, pojawiało się i poszerzało coraz więcej szczelin. Gdzieniegdzie ziały już dziury wielkie jak pokrywy studzienek kanalizacyjnych. Annabeth prawie żałowała, że zrobiło się tak jasno. Nawet jeśli jej plan się powiedzie, nawet jeśli pokona Arachne, wciąż nie miała pojęcia, jak wyjść z tej komnaty. - Tyle nici - mruknęła Arachne. - Mogłabym utkać dwadzieścia gobelinów... -

Nie przerywaj! — zawołała Annabeth. - Wspaniale sobie radzisz!

Pajęczyca nadal pruła swoją sieć. Czas wlókł się niemiłosiernie, aż wreszcie u stóp posągu nagromadziła się góra błyszczących nici. Ściany sali nadal pokrywały pajęczyny. Nienaruszone były grube sznury spinające ją i powstrzymujące od zawalenia. Ale Atena Partenos była już wolna. „Błagam, przebudź się" - modliła się Annabeth do posągu. -„Matko, pomóż mi". Nic się nie wydarzyło, tylko szczeliny zaczęły szybciej rozwierać się w posadzce. Według Arachne złośliwe myśli potworów skruszyły w ciągu wieków fundamenty świątyni. Gdyby tak rzeczywiście było, teraz gdy Atena Partenos została już uwolniona, uwięzione w Tartarze potwory mogłyby się nią bardziej zainteresować. -

Wzór - powiedziała Annabeth. - Powinnaś się pospieszyć.

Uniosła otwarty laptop, żeby Arachne mogła spojrzeć na ekran, ale pajęczyca warknęła: -

Zapamiętałam wszystko, dziecinko. Mam oko do szczegółów. Jestem artystką.

-

Oczywiście. Ale musimy się pospieszyć.

-

Dlaczego?

-

No... żeby pokazać twoje dzieło światu!

-

Hmm. No dobrze.

Arachne zaczęła tkać. Robiła to powoli, splatając nici w długie pasma tkaniny. Komnata dygotała i dudniła. Szczeliny u stóp Annabeth coraz bardziej się poszerzały. Arachne albo tego nie zauważyła, albo się tym nie przejmowała. Annabeth rozważała

pomysł zepchnięcia pajęczycy do jakiejś dziury, ale uznała go za niewykonalny. Tak wielkiej dziury nie było, a poza tym gdyby nawet posadzka się rozwarła, Arachne pewnie by zawisła na swojej nici i uciekła, a Annabeth i Atena Partenos spadłyby do Tartaru. Arachne powoli kończyła splatanie nici w pasma. Pracowała bezbłędnie i płynnie. Annabeth mimo woli czuła podziw dla jej zręczności. Pomyślała o swojej matce i znowu ogarnęły ją wątpliwości. A jeśli Arachne naprawdę była lepszą tkaczką od Ateny? Ale przecież nie w tym rzecz. Arachne została ukarana za pychę i arogancję. Można być w czymś mistrzem, ale nie wolno obrażać bogów. Mieszkańcy Olimpu przypominają samym swoim istnieniem, że zawsze jest ktoś lepszy od nas, więc nie ma co się puszyć i wywyższać. A jednak... przemiana w potwornego nieśmiertelnego pająka jest chyba trochę zbyt srogą karą za przechwałki. Arachne pracowała teraz szybciej, łącząc ze sobą pasma tkaniny. Wkrótce skończyła. U stóp posągu leżał cylinder utkany z pajęczyny. Miał półtora metra średnicy i ze trzy metry długości. Choć jego powierzchnia błyszczała jak muszla uchowca, w Annabeth nie budził zachwytu. Dla niej był tylko pułapką. Zachwyci się nim, jeśli zadziała zgodnie z jej planem. Arachne uśmiechnęła się do niej łakomie. -

Gotowe! A teraz moja nagroda! Udowodnij mi, że potrafisz spełniać obietnice.

Annabeth przyglądała się pułapce. Obeszła ją dookoła, marszcząc czoło, badając każdy splot pod różnymi kątami. Potem ostrożnie, by nie urazić złamanej kostki, wczołgała się na czworakach do środka. Kalkulacji dokonywała w głowie. Gdyby się pomyliła, jej plan by się nie powiódł. Pajęczyna była lepka, ale udało jej się przepełznąć przez tunel, nie dotykając jego ścian. Wyczołgała się z drugiego końca cylindra i pokręciła głową. -Jest błąd - powiedziała. -

Co?! - zawołała Arachne. - To niemożliwe! Postępowałam zgodnie z twoimi

instrukcjami... -Wewnątrz. Wejdź tam i sama się przekonaj. Pośrodku. Tam jest skaza w osnowie. Na wargach Arachne pojawiła się piana. Annabeth przestraszyła się, że przesadziła, że pajęczyca zaraz się na nią rzuci, a wtedy... wtedy zostaną po niej tylko kości omotane pajęczyną.

Ale Arachne tylko tupnęła swoimi ośmioma nogami. -

Ja nie popełniam błędów.

-

Och, to tylko drobna skaza. Na pewno to naprawisz. Chciałabym pokazać bogom,

że jesteś niezrównaną mistrzynią. Wejdź do środka i sama zobacz. Naprawisz to i pokażemy twoją rzeźbę Olimpijczykom. Zostaniesz najsłynniejszą artystką wszech czasów. Myślę, że zwolnią dziewięć muz i zatrudnią ciebie, żebyś nadzorowała wszystkie rodzaje sztuki. Bogini Arachne... tak, wcale bym się nie dziwiła. -

Bogini... - Arachne oddychała szybko. - Tak, tak. Zaraz to naprawię.

Wetknęła głowę do tunelu. -

Gdzie to jest?

-

W samym środku. Wejdź. Tobie może być tam trochę ciasno.

-

Dam sobie radę! - warknęła Arachne i wcisnęła się do cylindra.

Zgodnie z obliczeniami Annabeth odwłok pajęczycy zmieścił się w cylindrze, choć z trudem. Kiedy wciskała się dalej, utkane pasma pajęczyny rozciągały się pod jej naporem. Wcisnęła tułów aż po kądziołki. -

Nie widzę żadnej skazy!

-

Naprawdę? To dziwne. Wyjdź, a ja jeszcze raz sprawdzę.

Chwila prawdy. Arachne zaczęła się wiercić i zwijać, próbując się wycofać. Utkany tunel skurczył się wokół niej i trzymał mocno. Spróbowała posunąć się do przodu, ale pajęczyna już się przy-kleiła do jej brzucha. Nie mogła się ruszyć ani w tył, ani w przód. Annabeth bała się, że kolczaste nogi Arachne mogą przebić tkaninę, ale były tak mocno przyciśnięte do tułowia, że pajęczyca nie mogła nimi poruszyć. -

Co... co to znaczy?! - krzyknęła. - Ugrzęzłam!

-

Ach. Zapomniałam ci powiedzieć. Ta instalacja artystyczna nosi nazwę chińskiej

pułapki. W każdym razie to taka większa wariacja na temat. Ja to nazywam chińską pułapką na pająka. -

To podstęp! - Arachne miotała się, zwijała i kurczyła, ale pułapka nie puszczała.

-

To raczej kwestia przeżycia - poprawiła ją Annabeth. - Zamierzałaś mnie zabić

bez względu na to, czy ci pomogę, czy nie, tak? -

Oczywiście! Jesteś dzieckiem Ateny! - Cylinder znieruchomiał. — To znaczy...

nie, ależ skąd! Dotrzymuję obietnic. -

Aha, jasne. - Annabeth cofnęła się, gdy cylinder znowu zaczął się gwałtownie

poruszać. - Takie pułapki zwykle tka się z włókien bambusowych, ale pajęczyna jest chyba jeszcze lepsza. Trzyma dobrze i jest tak mocna, że nie można jej przerwać. Nawet ty tego nie dokonasz. -

Gahhhh! - Arachne wiła się i miotała, cylinder potoczył się po posadzce, ale

Annabeth zdążyła się usunąć na bok. Nawet ze złamaną nogą zdołała się bronić przed olbrzymią jedwabną pułapką na palce. -

Zniszczę cię! — krzyknęła Arachne. — To znaczy... nie, będę dla ciebie bardzo

miła, jeśli mnie wypuścisz. -

Na twoim miejscu oszczędzałabym siły. - Annabeth odetchnęła głęboko,

rozluźniając się po raz pierwszy od kilku godzin. - Zamierzam wezwać moich przyjaciół. -

Wezwiesz ich, żeby... żeby mogli zobaczyć moje dzieło? - zapytała Arachne z

nadzieją w głosie. Annabeth rozejrzała się. Musi być jakiś sposób wysłania Iris-wiadomości na „Argo II". W butelce miała jeszcze trochę wody, ale skąd wziąć dość światła i mgły, żeby w ciemnej komorze stworzyć tęczę? Cylinder z pajęczyny znowu zaczął się toczyć po posadzce. -

Chcesz wezwać swoich przyjaciół, żeby mnie zabili! - krzyknęła. - Ale ja nie

umrę! Nie w ten sposób! -

Uspokój się. Nie zabijemy cię. Chcemy tylko zabrać ten posąg.

-

Posąg?

-

Tak. - Annabeth powinna na tym skończyć, ale teraz jej strach ustąpił miejsca

złości i urazie. - Wiesz, jakie dzieło sztuki wystawię w najlepszym miejscu na Olimpie? Nie twoje. Tam jest miejsce dla Ateny Partenos. W ogrodzie bogów. -

Nie! Nie, to by było straszne!

-

Och, nie od razu. Najpierw zabierzemy posąg do Grecji. Przepowiednia mówi, że

jego moc pomoże nam pokonać .gigantów. A potem... no, nie możemy go ustawić z powrotem w Partenonie. Stworzyłoby to zbyt wiele problemów. Będzie bezpieczniejszy na Olimpie. Zjednoczy dzieci Ateny i przyniesie pokój między Rzymianami a Grekami. Dzięki ci za to, że chroniłaś go przez tyle wieków. Oddałaś Atenie wielką przysługę.

Arachne wrzasnęła i rzuciła się gwałtownie. Z jej kądziołków wystrzeliła nić, która przyczepiła się do jednego z gobelinów. Pajęczyca skurczyła odwłok i zaczęła na oślep rozrywać tkaninę. Toczyła się dalej, strzelając tu i tam pajęczyną, przewracając kosze z magicznym światłem i wyrywając płyty z posadzki. Komnata zadygotała. Gobeliny zaczęły płonąć. -

Przestań! - Annabeth z trudem uskakiwała przed miotanymi przez pajęczycę

nićmi. - Rozwalisz całą świątynię i obie zginiemy pod gruzami! -

Wolę to od oglądania twojego zwycięstwa! Moje dzieci! Pomóżcie mi!

No, cudownie. Annabeth miała nadzieję, że magiczna aura posągu wystraszy mniejsze pająki, ale Arachne wciąż głośno wzywała ich pomocy. Może zabić ją sztyletem, żeby przestała krzyczeć? Teraz nie byłoby to trudne. Annabeth czuła jednak opór przed zabijaniem bezbronnych potworów, nawet jeśli to była Arachne. A zresztą gdyby zaczęła ją dźgać sztyletem poprzez pajęczynę, utkany cylinder mógłby się rozerwać. Arachne mogłaby zdążyć uwolnić się z pułapki. Wszystkie te myśli przyszły za późno. Pająki zaczęły wpełzać do komnaty. Posąg Ateny zapłonął silniejszym światłem. Pająki najwyraźniej bały się do niego zbliżyć, ale podpełzały co chwilę do przodu, jakby zbierały w sobie odwagę. Ich matka wciąż wzywała pomocy. W końcu zaroją się wszędzie i oblepią Annabeth. - Arachne, przestań! - krzyknęła. - Ja... Arachne jakoś udało się obrócić w pułapce. Skierowała odwłok w stronę jej głosu. Gruba nić ugodziła dziewczynę w pierś jak rękawica boksera wagi ciężkiej. Annabeth upadła, czując straszliwy ból w nodze. Rozpaczliwie zamachnęła się sztyletem, bo Arachne już ją ciągnęła ku swoim kłapiącym kądziołkom. Przecięła nić i odczołgała się w bok, ale małe pająki już ją otaczały. Zrozumiała, że to już koniec. Nie wydostanie się stąd. Dzieci Arachne zabiją ją u stóp posągu jej matki. „Percy" - pomyślała. - „Wybacz mi". W tym momencie komnata jęknęła i sklepienie rozerwało się w wybuchu oślepiającego ognia. Annabeth widywała już różne dziwne rzeczy, ale jeszcze nigdy nie widziała deszczu

samochodów. Kiedy sklepienie komory się zawaliło, oślepiło ją słońce. Uchwyciła wzrokiem unoszący się nad nią „Argo II". Okręt musiał wystrzelić z balisty, żeby przebić taką dziurę przez grubą warstwę ziemi. Z góry runęły bryły asfaltu wielkie jak garażowe drzwi, a także z sześć lub siedem włoskich samochodów. Jeden roztrzaskałby Atenę Partenos, ale jaśniejąca aura posągu działała jak pole energii i auto odbiło się od niej niczym od niewidzialnej ściany. Niestety, poleciało prosto na Annabeth. Odskoczyła w bok na złamanej nodze. Ból był tak straszny, że o mało nie zemdlała, ale zdążyła upaść na plecy. Zobaczyła, jak jaskrawoczerwony fiat 500 uderzył w utkany z pajęczyny cylinder, rozwalił posadzkę i zniknął pod nią razem z chińską pułapką na pająka. Spadając w otchłań, Arachne zawyła jak lokomotywa, której maszynista zorientował się, że grozi mu kolizja, ale ten krzyk szybko zamarł. Wokół Annabeth wciąż waliły w posadzkę bryły gruzu, wybijając w niej czarne dziury. Atena Partenos nie ucierpiała, ale marmurowy podest posągu poznaczony był rozbiegającymi się szczelinami. Annabeth oblepiały pajęczyny. Z jej ramion i nóg zwisały grube nici, jak sznurki marionetki, ale - co było zdumiewające - nie trafił w nią żaden kawał gruzu. Chciała wierzyć, że ochronił ją posąg, ale podejrzewała, że po prostu jej się poszczęściło. Armia pająków znikła. Albo umknęły w ciemne czeluści, ale spadły w przepaść. Kiedy światło dzienne wypełniło komorę, ku rozpaczy Annabeth gobeliny Arachne rozsypały się w pył. Było jej żal zwłaszcza tego z nią i Percym. Ale i tak wszystko to przestało się liczyć, gdy usłyszała dobiegający z góry głos Percy'ego: -

Annabeth!

-

Tutaj! - załkała.

Nagle opadło z niej całe przerażenie. Kiedy „Argo II" zaczął się opuszczać, zobaczyła Percy'ego wychylającego się znad relingu. Jego uśmiech był lepszy od każdego gobelinu, jaki w życiu widziała. Komnata wciąż się trzęsła, ale Annabeth jakoś udało się wstać. Posadzka pod jej

stopami na chwilę znieruchomiała. Zniknął jej plecak, razem z laptopem Dedala, a także spiżowy sztylet, który dostała, gdy miała siedem lat — prawdopodobnie spadły do otchłani. Ale nie przejmowała się tym. Żyła. Pokuśtykała do wielkiej dziury wyrąbanej przez fiata 500. Najeżone ostrymi występami skalne ściany ginęły w ciemności. Tu i tam ze ścian wystawały wąskie półki, ale nie dostrzegła na nich niczego prócz pasm pajęczyny zwieszających się po bokach jak łańcuchy na bożonarodzeniowej choince. Czy Arachne powiedziała prawdę o tej otchłani? Czy spadła do samego Tartaru? Gdyby tak było, Annabeth powinna poczuć satysfakcję, ale jakoś zrobiło jej się przykro. Arachne potrafiła tak cudownie tkać. Tak już się nacierpiała przez wiele tysiącleci. A teraz jej gobeliny się rozpadły. Upadek do Tartaru to chyba zbyt okrutny koniec. Uświadomiła sobie mgliście, że „Argo II" zawisł jakieś dwanaście metrów nad posadzką. Opadła z niego drabinka sznurowa, ale Annabeth wciąż stała oszołomiona, wpatrując się w ciemną otchłań. I nagle stanął obok niej Percy, splatając palce z jej palcami. Odwróciła się powoli od czarnej dziury i uniosła ręce, otaczając się jego ramionami. Wtuliła twarz w jego pierś i wybuchła płaczem. -

Już w porządku — powiedział. - Jesteśmy razem.

Nie powiedział: „Nic ci się nie stało" albo „Żyjemy". Po tym wszystkim, co przeszli w ciągu ostatniego roku, najważniejsze było, że są razem. Kochała go za to. Otoczyli ich przyjaciele. Zobaczyła wśród nich Nica di Ange-lo, ale wciąż była tak oszołomiona, że wcale jej to nie zaskoczyło. Wydało jej się to całkiem normalne. -

Twoja noga. - Piper uklękła przy niej i obejrzała owinięte bąbelkową folią łupki. -

Och, Annabeth, co się stało? Zaczęła opowiadać. Z początku mówienie sprawiało jej trudność, która jednak stopniowo ustępowała. Przez cały czas trzymała Percyego za rękę, co dodawało jej pewności siebie. Kiedy skończyła, wszyscy patrzyli na nią w osłupieniu. -

Na bogów Olimpu - powiedział Jason. - I tego wszystkiego dokonałaś sama. Ze

złamaną nogą. -

No... części tego ze złamaną nogą.

Percy uśmiechnął się.

-

Skłoniłaś Arachne, żeby utkała pułapkę na samą siebie? Wiedziałem, że jesteś

niesamowita, ale... na świętą Herę, Annabeth, dokonałaś tego. Pokolenia dzieci Ateny próbowały i nie dały rady. Odnalazłaś Atenę Partenos! Wszyscy spojrzeli na posąg. - 1 co my z nią zrobimy? - zapytał Frank. - Jest ogromna. -

Będziemy musieli zabrać ją ze sobą do Grecji - powiedziała Annabeth. - Ten

posąg ma potężną moc. Pomoże nam powstrzymać gigantów. -

Blednie olbrzymów zmora ozłocona - zacytowała Hazel. - Z utkanego więzienia

w bólu uwolniona. - Spojrzała z podziwem na Annabeth. - To było więzienie Arachne. Nakłoniłaś ją podstępem, żeby je sobie sama utkała. „Kosztowało mnie to wiele bólu" - pomyślała Annabeth. Leo uniósł ręce. Zrobił ramkę z palców, jakby oceniał wymiary posągu. -

Może trzeba będzie coś przeorganizować, ale myślę, że wejdzie przez luk do

stajni. Jeśli będzie trochę wystawać, możemy owinąć ją jakąś flagą albo czymś takim. Annabeth wzdrygnęła się. Wyobraziła sobie Atenę Partenos wystającą z ich triremy i owiniętą płachtą z napisem: SZEROKI ŁADUNEK. A potem pomyślała o innym zdaniu z przepowiedni: Już węszą mdły oddech anioła bliźnięta, pod którego strażą wiecznej śmierci pęta. -A co się działo z wami? - zapytała. - Co z gigantami? Percy opowiedział jej o uwolnieniu Nica, o pojawieniu się Bachusa i o walce z bliźniakami w Koloseum. Nico niewiele mówił. Biedak wyglądał tak, jakby błąkał się po jakimś pustkowiu przez sześć tygodni. Percy wyjaśnił, co Nico odkrył o Wrotach Śmierci: że muszą zostać zamknięte z obu stron. Choć przez rozwalone sklepienie spływało do komnaty światło słońca, Annabeth wydało się, że po jego słowach znowu zrobiło się ciemniej. -

Więc ta śmiertelna strona znajduje się w Epirze - powiedziała. - Tam

przynajmniej możemy dotrzeć. Nico skrzywił się. -

Ale problemem jest ta druga strona. To Tartar.

To słowo zdawało się toczyć echem po komnacie. Z dziury za ich plecami zionął lodowaty powiew. Annabeth nie miała już wątpliwości. Ta otchłań naprawdę prowadziła

prosto do Podziemia. Percy też musiał to odczuć. Odprowadził ją kawałek dalej od skraju dziury. Idąc, wlokła za sobą pajęczynę jak ślubny welon. Żałowała, że nie ma swojego sztyletu, by ją poodcinać. Już chciała poprosić Percyego, by zrobił to Orkanem, gdy powiedział: -

Bachus wspomniał coś o tym, że moja podróż będzie trudniejsza, niż się

spodziewam. Nie bardzo wiem dlaczego... Komnata jęknęła. Atena Partenos przechyliła się na bok. Jej głowa zawisła na jednym z grubych sznurów utkanych przez Arachne, ale marmurowy podest pod piedestałem zaczął się kruszyć. Annabeth poczuła mdłości. Jeśli posąg spadnie w otchłań, wszystkie jej wysiłki okażą się daremne. Misja zakończy się porażką. -

Zabezpieczyć posąg! - krzyknęła.

Jej przyjaciele natychmiast zrozumieli, o co chodzi. -

Zhang! - zawołał Leo. - Przenieś mnie do sterowni, szybko! Trener jest tam sam.

Frank zamienił się w wielkiego orła i obaj poszybowali ku okrętowi. Jason objął Piper. Zwrócił się do Percyego. -

Zaraz wrócę.

Wezwał wiatr i oboje wystrzelili w powietrze. -

Ta posadzka długo nie wytrzyma! - zawołała Hazel. - Na drabinkę!

Z dziur w posadzce wydobywały się kłęby pyłu i pajęczyn. Grube sznury podtrzymujące Atenę drżały jak struny gitary i już zaczęły pękać. Hazel rzuciła się do drabinki i machnęła ręką do Ni-ca, by zrobił to samo, ale chłopak nie był w stanie pobiec szybko. Percy mocniej ścisnął dłoń Annabeth. -

Nie bój się, będzie dobrze - mruknął.

Spojrzała w górę i zobaczyła liny abordażowe wystrzelające z „Argo II" i oplatające posąg. Jedna owinęła się wokół szyi Ateny jak stryczek. Leo wykrzykiwał komendy ze sterowni, a Frank miotał się od liny do liny, starając się je zabezpieczyć. Nico już dotarł do drabinki, gdy Annabeth poczuła straszliwy ból w złamanej nodze. Krzyknęła cicho i zatoczyła się. -

Co jest? - zapytał Percy.

Spróbowała pokuśtykać ku drabince. Ale... dlaczego się cofa? Nogi się pod nią ugięły i upadła na twarz. -Jej kostka! - krzyknęła Hazel z drabinki. - Odetnijcie ją! Odetnijcie! Annabeth mąciło się z bólu w głowie. Odciąć jej kostkę? Percy najwidoczniej też nie zrozumiał, o co chodzi Hazel. Nagle coś szarpnęło Annabeth do tyłu i zaczęło ciągnąć ku czarnej dziurze. Percy doskoczył i złapał ją za ramię, ale siła rozpędu pociągnęła i jego. -

Pomóż im! — krzyknęła Hazel.

Annabeth zobaczyła Nica idącego ku nim chwiejnym krokiem, Hazel próbującą wyplątać swój kawaleryjski miecz z pętli drabinki. Inni nadal byli skupieni na posągu, a głos Hazel zginął w ogólnym tumulcie i grzmocie rozpadającej się komory. Annabeth załkała, gdy mocno uderzyła o krawędź dziury. Zbyt późno zdała sobie sprawę z tego, co się stało: była zaplątana w pajęczynę. Powinna była odciąć ją natychmiast. Myślała, że to tylko luźna lina, a ponieważ posadzkę pokrywały pajęczyny, nie zauważyła, że jedno z pasm owinęło się wokół jej stopy, a jego drugi koniec wpadał prosto do dziury. Musiał być przywiązany do czegoś ciężkiego tam, w ciemności, czegoś, co ciągnęło ją w otchłań. -

Nie - wycedził Percy przez zęby, a w jego oczach rozbłysło światło. - Mój

miecz... Nie mógł jednak wyciągnąć Orkana, nie puszczając ramienia Annabeth, a ona opadła już z sił. Ześliznęła się poza krawędź dziury, pociągając go za sobą. Uderzyła w coś całym ciałem. Pociemniało jej w oczach z bólu. Kiedy odzyskała wzrok, zdała sobie sprawę, że zawisła w powietrzu nad czarną otchłanią. Percy emu udało się złapać jakiejś półki skalnej z pięć metrów poniżej krawędzi. Trzymał się jej jedną ręką, a drugą ściskał przegub Annabeth, ale gruba pajęczyna nadal ciągnęła ją w dół. -

Nie ma ratunku - powiedział głos z ciemności w dole. - Trafię do Tartaru, ale i ty

się tam znajdziesz. Annabeth nie była pewna, czy naprawdę usłyszała głos Arachne, czy tylko własną myśl w głowie. Rozpadlina zadygotała. Annabeth nie spadała tylko dlatego, że trzymał ją Percy, a on

sam z trudem chwytał się skalnego występu, wąskiego jak półka na książki. Nico wychylił się zza krawędzi dziury i wyciągnął rękę, ale był o wiele za daleko, żeby im pomóc. Hazel wołała na innych, ale nawet jeśliby ją usłyszeli, i tak nie zdążyliby na czas. Annabeth poczuła się tak, jakby jej odrywano nogę od tułowia. Ból skąpał wszystko w czerwieni. Moc Podziemia ściągała ją w dół jak jakaś mroczna siła grawitacyjna. Już się poddała. Zrozumiała, że jest zbyt głęboko, by ktoś ją ocalił. -

Percy, puść mnie - wychrypiała. - Nie zdołasz mnie podciągnąć.

Twarz miał białą z wysiłku. Poznała po jego oczach, że i on zrozumiał, że to beznadziejne. -

Nigdy - powiedział i spojrzał w górę na Nica. - Nico, ta druga strona! Tam się

spotkamy. Rozumiesz? Nico wytrzeszczył oczy. -

Ale...

-

Doprowadź ich tam! Przyrzeknij!

-

Ja... przyrzekam.

Pod nimi roześmiał się głos. -

Ofiary. Cudowne ofiary, by przebudzić boginię.

Percy zacisnął mocniej rękę na przegubie Annabeth. Twarz miał wychudłą, podrapaną i zakrwawioną, włosy pokryte pajęczyną, ale kiedy ich spojrzenia się spotkały, pomyślała, że jeszcze nigdy nie wyglądał tak pięknie. -

Nigdy się nie rozstaniemy - powiedział. - Nie opuścisz mnie. Już nigdy.

Dopiero teraz zrozumiała, co się stanie. „Pułapka bez wyjścia". „Bardzo twardy upadek". -

Dopóki będziemy razem - powiedziała.

Usłyszała głosy Nica i Hazel wołających o pomoc. Wysoko, bardzo wysoko dostrzegła światło słońca - może po raz ostatni w życiu. A potem Percy puścił wąski występ skalny i razem, trzymając się za ręce, spadli w bezdenną ciemność. LEO Leo wciąż był w szoku.

Wszystko wydarzyło się tak szybko. Umocnili liny abordażowe wokół Ateny Partenos, gdy nagle posadzka się zapadła i pękły wszystkie podtrzymujące ją sznury pajęczyn. Jason i Frank zanurkowali w dół, by pomóc innym, ale znaleźli tylko Nica i Hazel wiszących na drabince sznurowej. Percy i Annabeth zniknęli. Szyb do Tartaru był zawalony tonami gruzu. Leo zdążył podnieść „Argo II" w ostatniej chwili, zanim cała podziemna świątynia zawaliła się razem z parkingiem. Okręt wylądował na wzgórzu nad miastem. Jason, Hazel i Frank udali się na miejsce katastrofy, mając nadzieję, że przekopią się przez gruzowisko i odnajdą Percyego i Annabeth, ale powrócili z niczym. Podziemna komora po prostu przestała istnieć. Na miejscu było pełno policjantów i ratowników. Nie ucierpiał żaden śmiertelnik, ale jeszcze przez wiele miesięcy Włosi zachodzili w głowę, jakim cudem nagle w samym środku parkingu rozwarła się olbrzymia dziura, w którą wpadło z tuzin samochodów w idealnym stanie. Oszołomieni, pogrążeni w rozpaczy półbogowie ostrożnie załadowali Atenę Partenos do luku pod pokładem za pomocą okrętowych wyciągarek hydraulicznych i przy pomocy Franka Zhan-ga, który zamienił się w słonia. Posąg się zmieścił, chociaż Leo nie miał pojęcia, co z nim teraz zrobią. Trener Hedge był w zbyt opłakanym stanie, by im pomóc. Wciąż ze łzami w oczach krążył po pokładzie, szarpiąc się za koźlą bródkę, tłukąc pięściami po głowie i mrucząc pod nosem: „Powinienem ich uratować! Powinienem walić z balisty i z kusz!" W końcu Leo powiedział mu, żeby zszedł pod pokład i przygotował wszystko do odlotu. Nie polepszy sytuacji, waląc głową w ścianę. Sześcioro półbogów zebrało się na pokładzie rufowym i patrzyło na daleką kolumnę pyłu wciąż wiszącą nad miejscem katastrofy. Leo położył rękę na kuli Archimedesa, która teraz leżała na rufie gotowa do zainstalowania. Powinien być podekscytowany. To było największe odkrycie w jego życiu - większe nawet od Bunkra Dziewiątego. Gdyby zdołał odczytać zwoje Archimedesa, mógłby dokonać niesamowitych rzeczy. Miał nawet nadzieję, że udałoby mu się zbudować nowy dysk kontrolny dla pewnego smoka, który był jego przyjacielem. Ale cena była zbyt wysoka. Prawie słyszał śmiech Nemezis i jej kpiące słowa: „Powiedziałam ci, że zdołamy tego

dokonać, Leonie Valdezie". Rozłamał ciasteczko z wróżbą. Zdobył kod do kuli, ocalił Franka i Hazel. Ale kto za to zapłacił? Percy i Annabeth. Był tego pewny. -

To moja wina - powiedział żałosnym głosem.

Inni wybałuszyli na niego oczy. Tylko Hazel go zrozumiała. Była z nim na Wielkim Jeziorze Słonym. -

Nie - powiedziała stanowczo. - Nie, to wina Gai. Ty nie masz z tym nic

wspólnego. Leo chciałby w to uwierzyć, ale nie potrafił. Na samym początku wyprawy nawalił, bombardując Nowy Rzym. A skończyli w Rzymie, po tym jak przełamał ciasteczko i komuś przyszło zapłacić za to straszną cenę. -

Leo, posłuchaj. - Hazel złapała go za rękę. - Nie pozwolę ci wziąć całej winy na

siebie. Nie mogłabym tego znieść po... po tym jak Sammy... Urwała, ale Leo dobrze wiedział, co miała na myśli. Jego bisa-buelo obwiniał się o zniknięcie Hazel. Sammy był dobrym człowiekiem, ale poszedł do grobu przekonany, że sprzedając przeklęty diament, wydał wyrok na dziewczynę, którą kochał. Leo nie chciał wciąż sprawiać Hazel przykrości, ale tym razem było inaczej. „Prawdziwy sukces wymaga ofiar". Przełamał ciasteczko. Percy i Annabeth spadli do Tartaru. To nie mógł być przypadek. Podszedł do niego Nico di Angelo, podpierając się swoim czarnym mieczem. -

Leo, oni nie umarli. Wyczułbym to, gdyby tak się stało.

-

Skąd ta pewność? Jeśli ta dziura prowadzi do... no wiesz... jak możesz to wyczuć

z tak daleka? Nico i Hazel wymienili spojrzenia; może porównywali dane na swoim HadesowoPlutonowym radarze śmierci. Leo poczuł dreszcz przebiegający mu po plecach. Nigdy nie myślał o Hazel jako o dziecięciu Podziemia, ale Nico di Angelo... tak, ten facet przyprawiał go o gęsią skórkę. -

Nie mamy stuprocentowej pewności - powiedziała Hazel -ale myślę, że Nico ma

rację. Percy i Annabeth wciąż żyją... przynajmniej do tej pory. Jason uderzył pięścią w reling. -

Nie zwracałem uwagi na to, co się dzieje. Mogłem zlecieć na dół i ich uratować.

-Ja też - jęknął Frank, który wyglądał, jakby się powstrzymywał od płaczu. Piper położyła rękę na ramieniu Jasona. -

To nie twoja wina. Ani twoja, Frank. Próbowaliście ratować posąg.

-

Piper ma rację - odezwał się Nico. - Nawet gdyby ta dziura się nie zawaliła, to

Tartar i tak ściągnąłby was w dół. Tylko ja tam byłem. Trudno opisać, jaką moc ma to miejsce. Wystarczy się zbliżyć, a wsysa do środka. Byłem bez szans. Frank pociągnął nosem. -

Więc Percy i Annabeth też są bez szans?

Nico obracał swój pierścień ze srebrną czaszką. -

Percy jest najpotężniejszym półbogiem, jakiego w życiu spotkałem. Bez obrazy,

ale taka jest prawda. Jeśli ktokolwiek zdoła tam przeżyć, to właśnie on, zwłaszcza z Annabeth u boku. Odnajdą drogę przez Tartar. -

Do Wrót Śmierci, tak? - zwrócił się do niego Jason. - Ale przecież mówiłeś, że

strzegą ich najsilniejsze wojska Gai. Jak dwoje półbogów mogłoby... -

Nie widm. Ale Percy powiedział mi, żebym zaprowadził was do Epiru, do

śmiertelnej strony wrót. Chciał, żebyśmy się tam z nim spotkali. Jeśli uda nam się przeżyć w Domu Hadesa, przebić przez siły Gai, to może uda nam się też współdziałać z Percym i Annabeth i zamknąć Wrota Śmierci z obu stron. -

1 pomóc im się stamtąd wydostać? - zapytał Leo.

-

Może.

Leonowi nie spodobał się ton, jakim Nico to powiedział, jakby nie chciał się z nimi podzielić wszystkimi wątpliwościami. Leo znał się na zamkach i drzwiach. Jeśli Wrota Śmierci mają być zamknięte z obu stron, jak mogliby to zrobić, skoro tych dwoje będzie tam nadal uwięzionych? Nico wziął głęboki oddech. -

Nie wiem, jak tego dokonają, ale Percy i Annabeth znajdą jakiś sposób.

Przewędrują przez Tartar i odnajdą Wrota Śmierci. A kiedy to zrobią, musimy być gotowi z drugiej strony. -

To nie będzie łatwe - zauważyła Hazel. - Gaja zrobi wszystko co w jej mocy, by

nam przeszkodzić w dotarciu do Epiru. -

To dla nas nic nowego - westchnął Jason.

Piper pokiwała głową. -

Nie mamy wyboru. Musimy zamknąć Wrota Śmierci, zanim powstrzymamy

gigantów przed obudzeniem Gai. Bo inaczej jej potwory nigdy nie umrą. I musimy się pospieszyć. Rzymianie są w Nowym Jorku. Wkrótce pomaszerują na Obóz Herosów. -

W najlepszym razie mamy na to miesiąc - dodał Jason. - Efialtes powiedział, że

Gaja przebudzi się równo za miesiąc. Leo wyprostował się. -

Zrobimy to.

Wszyscy na niego spojrzeli. -

Ulepszę okręt za pomocą kuli Archimedesa - powiedział, mając nadzieję, że się

nie myli. - Zamierzam zbadać te zwoje, które zdobyliśmy. Muszą kryć wiele pomysłów na nową broń, którą mogę wyprodukować. I uderzymy na siły Gai z całym nowym arsenałem. Na dziobie okrętu Festus otworzył pysk i wyzywająco zionął ogniem. Jason zdobył się na uśmiech. Poklepał Leona po ramieniu. -

No to mamy plan, admirale. Chcesz ustawić kurs?

Często z niego kpili, nazywając go admirałem, ale tym razem zgodził się na ten tytuł. To był jego okręt. Nie po to dotarł tak daleko, żeby teraz się zatrzymać. Odnajdą ten Dom Hadesa. Opanują Wrota Śmierci. I, na bogów, jeśli będzie musiał wymyślić i stworzyć wysięgnik na tyle długi, by wyciągnąć Percy ego i Annabeth z Tartaru, zrobi to. Nemezis chciała, żeby zemścił się na Gai? Leo z radością to uczyni. Gaja jeszcze pożałuje, że zadarła z Leonem Valdezem. - No dobra. - Po raz ostatni ogarnął spojrzeniem Rzym czerwieniący się w blasku zachodzącego słońca. - Festusie, stawiamy żagle. Mamy do uratowania dwoje przyjaciół.

SŁOWNIK A0E alfa, theta, epsilon. Grecki skrót oznaczający „Ateńczyków" albo „dzieci Ateny" Acheloos potamos, bóg rzeki Afrodyta grecka bogini miłości i piękności. Poślubiona Hefajstosowi, kochała jednak Aresa, boga wojny. Rzymski odpowiednik: Wenus Alkyoneus gigant, najstarszy syn Gai. Jego przeznaczeniem była walka z Plutonem Amazonki plemię wojowniczych kobiet Arachne tkaczka, która ogłosiła, że tka lepiej od Ateny. Rozgniewana bogini zniszczyła jej krosno i tkaninę. Arachne powiesiła się, a Atena przywróciła jej życie, zamieniając w pająka Archimedes grecki matematyk, fizyk, inżynier, wynalazca i astronom żyjący w latach 287-212 p.n.e., uważany za jednego z największych uczonych starożytności Ares grecki bóg wojny, syn Zeusa i Hery, brat przyrodni Ateny. Rzymski odpowiednik: Mars argentum srebro „Argo II" fantastyczny pływający i latający okręt zbudowany przez Leona. Jego dziób zdobiła spiżowa głowa smoka Fe-stusa. Pierwszy „Argo" był okrętem, na którym Jazon i jego greccy towarzysze wyruszyli na wyprawę po Złote Runo Atena grecka bogini mądrości. Rzymski odpowiednik: Minerwa Atena Partenos wielka figura Ateny, najsłynniejszy grecki posąg, w starożytności stojący w Partenonie w Atenach augur wróżbita aurum złoto Bachus rzymski bóg wina i ucztowania. Grecki odpowiednik: Dionizos balista rzymska machina wojenna, z której wystrzeliwano wielkie pociski na dużą odległość (zob. także skorpion) Bellona rzymska bogini wojny centaur mityczna istota o ciele konia z torsem i głową człowieka centurion oficer armii rzymskiej Ceres rzymska bogini rolnictwa. Grecki odpowiednik: Demeter cesarskie złoto rzadki metal magiczny, skuteczny w walce z potworami, poświęcany w Panteonie; jego istnienie było pilnie strzeżoną tajemnicą rzymskich cesarzy chiton grecki strój bez rękawów, szeroki pas płótna lub wełny spięty na ramionach broszami, związywany pasem Chrysaor brat Pegaza, syn Posejdona i Meduzy, znany jako Złoty Miecz cyklop olbrzym z jednym okiem pośrodku czoła czaromowa zdolność wpływania na innych za pomocą głosu; Afrodyta obdarzała nią swoje dzieci Dedal w greckiej mitologii inżynier i wynalazca, który zbudował Labirynt na Krecie zamieszkiwany przez Minotaura (człowieka o głowie byka) Dejanira druga żona Heraklesa, który walczył o jej rękę z Ache-loosem. Centaur Nessos namówił ją podstępnie, by wymoczyła tunikę Heraklesa w jego trującej krwi. Heros zginął, kiedy nałożył zatrutą tunikę Demeter grecka bogini rolnictwa, córka

tytanów Kronosa i Rei. Rzymski odpowiednik: Ceres denar podstawowa moneta rzymska Dionizos grecki bóg wina i ucztowania, syn Zeusa. Rzymski odpowiednik: Bachus Dom Hadesa podziemna świątynia w Epirze poświęcona Hadesowi i Persefonie, znana też jako nekromanteion, czyli „wyrocznia śmierci". Starożytni Grecy uznawali ją za wejście do Podziemia, więc przybywali do niej, by porozumieć się ze zmarłymi Dom Wilków zrujnowana willa w pobliżu Sonomy w Kalifornii, pierwotnie zaprojektowana dla Jacka Londona; wilczyca Lupa szkoliła tam herosa Percy ego Jacksona drachma srebrna moneta grecka Efialtes i Otis giganci-bliźniacy, synowie Gai ejdolon duch wcielający się w ludzi Epir grecka kraina, obecnie część północno-zachodniej Grecji granicząca z Albanią Eurysteusz wnuk Posejdona. Dzięki Herze odziedziczył królestwo Myken, obiecane przez Zeusa Heraklesowi faun rzymski bożek leśny, pół człowiek, pół kozioł. Grecki odpowiednik: satyr Fontanna di Trevi słynna barokowa fontanna w Rzymie Forkis w greckiej mitologii pierwotny bóg morskich zagrożeń, syn Gai, brat-mąż Keto Fortuna rzymska bogini losu i powodzenia. Grecki odpowiednik: Tyche Forum Forum Romanum, centrum starożytnego Rzymu, plac, na którym załatwiano interesy, odbywano sądy i uroczystości religijne Gaja grecka bogini ziemi, matka tytanów, gigantów, cyklopów i innych potworów. Rzymski odpowiednik: Terra gladius rzymski krótki miecz gorgony trzy siostry, potwory o włosach z jadowitych wężów. Najsłynniejsza z nich, Meduza, wzrokiem zamieniała w kamień każdego, kto na nią spojrzał grecki ogień bojowy środek zapalający (ropa naftowa), używany zwłaszcza w bitwach morskich Hades grecki bóg śmierci i bogactwa. Rzymski odpowiednik: Pluton Hadrian cesarz rzymski (117-138), zasłynął jako budowniczy Muru Hadriana oddzielającego rzymską Brytanię od Szkocji. Odbudował Panteon i zbudował świątynię Wenus w Rzymie Hagno nimfa, która według legend arkadyjskich wychowywała Zeusa. Na górze Lykaion w Arkadii było poświęcone jej źródło harpia skrzydlata żeńska istota porywająca różne rzeczy Hebe bogini młodości, córka Zeusa i Hery, małżonka Heraklesa. Rzymski odpowiednik: Juwentus Herakles grecki odpowiednik Herkulesa, syn

Zeusa i Alkmeny, najsilniejszy z herosów Herkules rzymski odpowiednik Heraklesa, syn Jupitera i Alkmeny, słynny siłacz i bohater hipokampy pół konie, pół ryby, ciągnęły rydwan Posejdona, tworząc pianę morską hypogeum podziemia pod cyrkiem, w których mieściły się maszynerie i dekoracje używane podczas widowisk do efektów specjalnych ichtiocentaur rybocentaur, mityczne stworzenie o głowie i tułowiu człowieka, przednich nogach konia i ogonie ryby Iris tęcza, grecka i rzymska bogini będąca posłanniczką bogów, córka Taumasa i Elektry Junona rzymska bogini kobiet, małżeństwa i płodności, siostra i żona Jupitera, matka Marsa. Grecki odpowiednik: Hera Jupiter rzymski król bogów, zwany także Jupiter Optimus Maximus (Jupiter Najlepszy i Największy). Grecki odpowiednik: Zeus Juwentus rzymski bóg młodości. Grecki odpowiednik: Hebe kalendy lipcowe pierwszy dzień lipca, święto Junony karpoi duchy ziarna Katoptris sztylet Piper, dawniej należący do Heleny Trojańskiej. Katoptris oznacza „zwierciadło" Keto grecka bogini potworów żyjących w morzu i wielkich stworzeń morskich, takich jak wieloryby i rekiny. Córka Gai i sio-stra-żona Forkisa, boga morskich zagrożeń Kirke grecka czarodziejka, która zamieniła towarzyszy Ody-seusza w świnie Koloseum eliptyczny amfiteatr w centrum Rzymu, mogący pomieścić 50 tysięcy widzów. Odbywały się w nim walki gladiatorów i inne widowiska publiczne, takie jak egzekucje, inscenizacje słynnych bitew, sztuki teatralne kornukopia róg obfitości, wielki róg pełen wszelkich dóbr, stworzony z odciętego przez Heraklesa (rzymski odpowiednik: Herkules) rogu Acheloosa Kronos grecki bóg rolnictwa, syn Uranosa i Gai, ojciec Zeusa. Rzymski odpowiednik: Saturn Księgi Sybilli zbiór greckich rymowanych przepowiedni przypisywanych wieszczce Sybilli. Do Rzymu przywiózł je król Tarkwiniusz Pyszny; zaglądano do nich w czasach wielkich zagrożeń lar rzymski bożek domowy; czasem lary uznawano za duchy przodków Lupa święta wilczyca, która wykarmiła bliźniaków Romulusa i Remusa Mare Nostrum „Nasze Morze", rzymska nazwa Morza Śródziemnego Marek Agrypa rzymski mąż stanu i generał, wódz naczelny w czasach cesarza Oktawiana. Uczynił Panteon świątynią wszystkich bogów Rzymu Mars rzymski bóg

wojny, Mars Ultor. Patron cesarstwa, boski ojciec Romułusa i Remusa. Grecki odpowiednik: Ares Mgła magiczna siła ukrywająca przed śmiertelnikami bogów, potwory i magiczne obiekty Minerwa rzymska bogini mądrości. Grecki odpowiednik: Atena Minotaur potwór o ciele człowieka i głowie byka Mitra pierwotnie perski bóg słońca, później czczony przez rzymskich legionistów jako strażnik broni i patron żołnierzy muskeg zdradliwe bagno Narcyz grecki myśliwy, młodzieniec obdarzony niezwykłą urodą, gardzący miłością. Nemezis zwabiła go do sadzawki, w której ujrzał swoje odbicie i zakochał się w nim. Nie mogąc oderwać się od piękna swego odbicia, Narcyz umarł nad sadzawką Nemezis ' grecka bogini zemsty Neptun rzymski bóg morza. Grecki odpowiednik: Posejdon nereidy nimfy morskie, patronki żeglarzy i rybaków Nessos sprytny centaur, który podstępnie namówił Dejanirę, by zabiła Heraklesa niebiański spiż magiczny metal; wykutą z niego bronią można było pokonać potwory Nike grecka bogini siły, szybkości i zwycięstwa. Rzymski odpowiednik: Wiktoria nimfy greckie i rzymskie mityczne istoty, opiekunki różnych form natury nimfeum świątynia nimf Nowy Rzym miasto, siedziba wspólnoty półbogów przy Obozie Jupiter. Jego mieszkańcy wiedli spokojne życie, z dala od śmiertelników i potworów Obóz Herosów tajemny obóz na Long Island w Nowym Jorku. Szkolono w nim greckich półbogów Obóz Jupiter tajemny obóz między wzgórzami Oakland a Berkeley w Kalifornii, w którym szkolono rzymskich półbogów Orkan miecz Percy ego Jacksona (gr. Anaklysmos) Panteon budynek w Rzymie ogłoszony przez Marka Agrypę świątynią wszystkich rzymskich bogów, odbudowany przez cesarza Hadriana ok. 126 r. pater łac. „ojciec", również imię rzymskiego boga Podziemia, później Plutona Pegaz w greckiej mitologii boski skrzydlaty koń, syn Posejdona i gorgony Meduzy, brat Chrysaora Persefona grecka królowa Podziemia, żona Hadesa, córka Zeusa i Demeter. Rzymski odpowiednik: Prozerpina Piazza Navona plac we współczesnym Rzymie, zbudowany na ruinach stadionu Domicjana, gdzie odbywały się igrzyska Pluton

rzymski bóg śmierci i bogactwa. Grecki odpowiednik: Hades Polybotes gigant, syn Gai pomerium linia graniczna wokół Nowego Rzymu, w starożytności linia graniczna Rzymu Porfyrion w greckiej i rzymskiej mitologii król gigantów Posejdon grecki bóg morza, syn tytanów Kronosa i Rei, brat Zeusa i Hadesa. Rzymski odpowiednik: Neptun pretor wybierany urzędnik rzymski, dowódca wojska Prozerpina rzymska królowa Podziemia. Grecki odpowiednik: Persefona Rea Sylwia kapłanka, matka Romulusa i Remusa, założycieli Rzymu Romulus i Remus bliźniaczy synowie Marsa i kapłanki Rei Sylwii, wrzuceni do Tybru przez brata swojego dziadka Amuliusa, Obóz Herosów tajemny obóz na Long Island w Nowym Jorku. Szkolono w nim greckich półbogów Obóz Jupiter tajemny obóz między wzgórzami Oakland a Berkeley w Kalifornii, w którym szkolono rzymskich półbogów Orkan miecz Percy ego Jacksona (gr. Anakłysmos) Panteon budynek w Rzymie ogłoszony przez Marka Agrypę świątynią wszystkich rzymskich bogów, odbudowany przez cesarza Hadriana ok. 126 r. pater łac. „ojciec", również imię rzymskiego boga Podziemia, później Plutona Pegaz w greckiej mitologii boski skrzydlaty koń, syn Posejdona i gorgony Meduzy, brat Chrysaora Persefona grecka królowa Podziemia, żona Hadesa, córka Zeusa i Demeter. Rzymski odpowiednik: Prozerpina Piazza Navona plac we współczesnym Rzymie, zbudowany na ruinach stadionu Domicjana, gdzie odbywały się igrzyska Pluton rzymski bóg śmierci i bogactwa. Grecki odpowiednik: Hades Polybotes gigant, syn Gai pomerium linia graniczna wokół Nowego Rzymu, w starożytności linia graniczna Rzymu Porfyrion w greckiej i rzymskiej mitologii król gigantów Posejdon grecki bóg morza, syn tytanów Kronosa i Rei, brat Zeusa i Hadesa. Rzymski odpowiednik: Neptun pretor wybierany urzędnik rzymski, dowódca wojska Prozerpina rzymska królowa Podziemia. Grecki odpowiednik: Persefona Rea Sylwia kapłanka, matka Romulusa i Remusa, założycieli Rzymu Romulus i Remus bliźniaczy synowie Marsa i kapłanki Rei Sylwii, wrzuceni do Tybru przez brata swojego dziadka Amuliusa, uratowani i wychowani przez wilczycę

Lupę. Po osiągnięciu pełnoletności założyli Rzym Saturn rzymski bóg rolnictwa, syn Urana i Gai, ojciec Jupitera. Grecki odpowiednik: Kronos Senatus Populusque Romanus (SPQR) „Senat i Lud Rzymu", oficjalny emblemat rządu Republiki Rzymskiej, później legionów cesarskich skolopendra w greckiej mitologii olbrzymi potwór morski z włochatymi nozdrzami, płaskim ogonem i rzędem płetwiastych nóg po bokach skorpion rzymska balista stymfalijskie ptaki w mitologii greckiej ludożercze ptaki ze spiżowymi dziobami i ostrymi piórami, którymi zabijały ludzi jak strzałami z łuku; poświęcone Aresowi, bogu wojny Tanatos grecki bóg śmierci. Rzymski odpowiednik: Letus Tartar małżonek Gai, duch otchłani, ojciec gigantów telchiny demony morskie z wysp Kos i Rodos, dzieci Thalassy i Pontosa; miały psie głowy i płetwy zamiast rąk Terminus rzymski bóg granic i kamieni milowych Terra rzymska bogini ziemi. Grecki odpowiednik: Gaja trirema starożytny okręt grecki z trzema rzędami wioseł w każdej burcie Tyber trzecia co do długości rzeka we Włoszech. Nad jego brzegami został założony Rzym. W starożytności uśmiercano w nim przestępców Tyberiusz cesarz rzymski (1437), jeden z największych rzymskich wodzów, zapamiętany też jako ponury samotnik, który tak naprawdę nie chciał być cesarzem Tyche grecka bogini powodzenia, córka Hermesa i Afrodyty. Rzymski odpowiednik: Fortuna tyrs broń Bachusa, laska zakończona szyszką sosny, opleciona bluszczem tytani rasa potężnych greckich bogów, potomków Uranosa i Gai, którzy panowali w Złotej Erze i zostali obaleni przez rasę młodszych bogów, Olimpijczyków Via Labicana starożytna droga w Italii wiodąca z Rzymu na południowy wschód Via Principalis główna ulica w rzymskim obozie lub forcie Wenus rzymska bogini miłości i piękności, małżonka Wulkana, zakochana w Marsie, bogu wojny. Grecki odpowiednik: Afrodyta westalki rzymskie kapłanki Westy, bogini ogniska domowego. Westalki ślubowały dziewictwo, by poświęcić się całkowicie studiowaniu i odprawianiu rytuałów religijnych Wiktoria rzymska bogini siły, szybkości i zwycięstwa. Grecki odpowiednik: Nike Wrota Śmierci ukryte przejście, którym dusze zmarłych mogły się przedostać z Podziemia do świata śmiertelników Wulkan rzymski bóg ognia i rzemiosł, zwłaszcza kowalstwa, syn

Jupitera i Junony, małżonek Wenus. Grecki odpowiednik: Hefajstos Zeus grecki bóg nieba, król bogów. Rzymski odpowiednik: Jupiter

You might also like

Latest Posts

Article information

Author: Virgilio Hermann JD

Last Updated: 05/17/2022

Views: 6104

Rating: 4 / 5 (61 voted)

Reviews: 92% of readers found this page helpful

Author information

Name: Virgilio Hermann JD

Birthday: 1997-12-21

Address: 6946 Schoen Cove, Sipesshire, MO 55944

Phone: +3763365785260

Job: Accounting Engineer

Hobby: Web surfing, Rafting, Dowsing, Stand-up comedy, Ghost hunting, Swimming, Amateur radio

Introduction: My name is Virgilio Hermann JD, I am a fine, gifted, beautiful, encouraging, kind, talented, zealous person who loves writing and wants to share my knowledge and understanding with you.